Czytaj dalej

Niebawem przyjdzie nam podjąć refleksję nad mijającym rokiem. Jednak zanim do tego dojdzie, zapraszam was na szerszy bilans, w którym przypomnimy sobie, czym żył świat nauki w latach 2010–2019.

Już za moment, już za chwilę roz­pocz­niemy kolejne okrą­że­nie dookoła Słońca. Jed­no­cze­śnie wkro­czymy w lata 20. (nie mylić z trzecią dekadą) obecnego stulecia – a to skłania to prze­my­śleń. Czy czekają nas podobne przełomy i rewo­lu­cje, co naszych przodków sto lat temu? Czy zyskamy przy­wi­lej obser­wo­wa­nia narodzin wielkich teorii, które prze­war­to­ściują nasze spoj­rze­nie na wszech­świat? Czy znów, tak jak w latach 20. XX wieku, pojawią się wizjo­ne­rzy pokroju Heisen­berga lub Hubble’a, zdolni do zre­wi­do­wa­nia fun­da­men­tów nauki?

To się okaże. Na razie możemy ocenić mijające lata 2010–2019. Oto dziesięć wydarzeń, które moim zdaniem (choć wspo­mo­głem się suge­stiami Kwan­to­wi­czów) naj­po­waż­niej wpłynęły na kształt nauk przy­rod­ni­czych w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat, i które mają szansę przy­nieść dorodne owoce w przy­szło­ści. Począt­kowo chciałem usze­re­go­wać je chro­no­lo­gicz­nie, ale ze względu na trudność usta­le­nia kon­kret­nej daty dla nie­któ­rych zdarzeń, możecie trak­to­wać kolej­ność jako losową.


Kepler rozpruł wór z egzoplanetami

Planety poza­sło­neczne to zagad­nie­nie towa­rzy­szące astro­no­mii od niemal trzy­dzie­stu lat, czyli od pio­nier­skich detekcji Wolsz­czana i Fraila oraz obser­wa­cji tego­rocz­nych nobli­stów – Mayora i Queloza. Były to jednak tylko wsty­dliwe przy­miarki do wła­ści­wego polo­wa­nia, jakie nastało wraz ze startem misji Kosmicz­nego Tele­skopu Keplera. Do czasu umiesz­cze­nia tego wspa­nia­łego urzą­dze­nia na orbicie liczba ziden­ty­fi­ko­wa­nych egzo­pla­net nie prze­kra­czała dwustu sztuk. Kepler gwał­tow­nie powięk­szył tę kolekcję, samo­dziel­nie dorzu­ca­jąc do niej ponad 2600 nowych obiektów.

Zasłu­żony sta­ru­szek prze­szedł na eme­ry­turę w 2018 roku, zastą­piony przez jeszcze spraw­niej­szy teleskop TESS. W momencie, gdy piszę te słowa znamy już 4150 planet poza­sło­necz­nych, w tym co najmniej kil­ka­na­ście ciał zie­mio­po­dob­nych (co nie oznacza, że zdatnych do życia). Nie­wąt­pli­wie naj­lep­sze jeszcze przed nami, ale nie da się ukryć, że to właśnie ostatnie lata pozwo­liły na praw­dziwą eks­plo­zję tej działki astro­no­mii.

Miniaturyzacja zeszła do poziomu molekularnego

Minia­tu­ry­za­cja stanowi natu­ralny i oczy­wi­sty kierunek rozwoju dla niemal każdej gałęzi tech­no­lo­gii. Na końcu tej ścieżki znajdują się kon­struk­cje złożone z poje­dyn­czych atomów. Mole­ku­larne urzą­dze­nia – nanoboty, jak mawiają futu­ro­lo­dzy – mogłyby wyko­ny­wać proste operacje w mikro­skali, prze­miesz­cza­jąc lub zmie­nia­jąc struk­tury napo­tka­nych czą­ste­czek. Flota spraw­nych, naj­le­piej samo­re­pli­ku­ją­cych się nano­bo­tów byłaby w stanie sku­tecz­nie popra­wiać Matkę Naturę, prze­no­sząc chemię i medycynę na zupełnie inny poziom.

Brzmi jak melodia odległej przy­szło­ści, ale pierwsze kroki zostały już dawno posta­wione. Nobel w dzie­dzi­nie chemii za rok 2016 przypadł ter­ce­towi euro­pej­skich badaczy za osią­gnię­cia w dzie­dzi­nie “pro­jek­to­wa­nia i syntezy maszyn mole­ku­lar­nych”. Fraser Stoddart, Bernard Fering i Jean-Pierre Sauvage pokazali światu jak odpo­wied­nie kon­fi­gu­ra­cje czą­ste­czek mogą z powo­dze­niem pełnić funkcje minia­tu­ro­wych silników, prze­kaź­ni­ków, chwy­ta­ków, pomp oraz trans­por­te­rów. Szcze­gól­nie zauro­czył mnie projekt nano­sa­mo­chodu, zło­żo­nego z sied­miu­set atomów, spo­czy­wa­ją­cych na czterech fule­re­nach, peł­nią­cych funkcję kół. Dwa lata temu odbyły się pierwsze mole­ku­larne wyścigi.

Nie brakuje również ciut więk­szych, ale równie poży­tecz­nych kon­struk­cji (mikro­bo­tów?), ste­ro­wa­nych za pomocą mani­pu­la­cji magne­tycz­nych. Takie ustroj­stwo będzie mogło z łatwo­ścią buszować, dajmy na to, po układzie pokar­mo­wym i wyciąć bądź pochwy­cić fragment wybranej przez lekarza tkanki. Szerokie moż­li­wo­ści płynące z tego dobro­dziej­stwa już pukają do naszych drzwi.

NASA posłała Curiosity na Marsa

21:50 wielka radość po siedmiu minutach grozy

Dosko­nale pamiętam medialny zgiełk jaki towa­rzy­szył począt­kom misji Mars Science Labo­ra­tory. Gdy 6 sierpnia 2012 roku Curio­sity Rover prze­bi­jał się przez rzadką atmos­ferę Czer­wo­nej Planety (“siedem minut grozy”) pół cywi­li­zo­wa­nego świata wstrzy­my­wało oddech. Wszyscy mieli nadzieję, że masywny łazik wreszcie odsłoni naj­skryt­sze tajem­nice Marsa, nie wyłą­cza­jąc naj­waż­niej­szej – doty­czą­cej śladów poza­ziem­skiego życia.

Tego ostat­niego co prawda nie udało się osiągnąć, ale Cie­ka­wość i tak powie­dział nam o sąsied­nim globie więcej niż trzy poprzed­nie roboty NASA (Mars Path­fin­der, Spirit, Oppor­tu­nity).

Po siedmiu latach urzą­dze­nie prze­mie­rzyło 21 kilo­me­trów, zbli­ża­jąc się ku wznie­sie­niom oka­la­ją­cym krater Gale’a. Tempo nie imponuje, ale podczas żmudnej wędrówki auto­no­miczne labo­ra­to­rium prze­słało nam tysiące foto­gra­fii, wykonało setki odwier­tów, prze­ana­li­zo­wało miej­scową atmos­ferę i bezlik próbek gruntu. Co nam to dało? Już w pierw­szych mie­sią­cach Curio­sity ziden­ty­fi­ko­wał złożone czą­steczki orga­niczne (tiofeny, benzen, toluen) uwię­zione w depo­zy­tach skalnych, mogące stanowić pozo­sta­łość po materii oży­wio­nej. Potwier­dził również, że rdzawe pust­ko­wia musiały w dalekiej prze­szło­ści obfi­to­wać w wodę – a jedno z jezior nie­wąt­pli­wie wypeł­niało eks­plo­ro­wany krater Gale’a. Ostatnie z inte­re­su­ją­cych odkryć, doty­czyło tajem­ni­czych, sezo­no­wych wahań stężenia metanu w mar­sjań­skiej atmos­fe­rze.

Trudno powie­dzieć ile burz pia­sko­wych Curio­sity jeszcze przetrwa, ale wiadomo, że już w przy­szłym roku NASA wyśle mu towa­rzy­stwo.

LHC wyłapał bozon Higgsa

Pamiętna kon­fe­ren­cja w CERN. Wzru­sze­nie obecnego na auli Petera Higgsa mówi wszystko.

Czym jest masa? Wbrew pozorom to bardzo złożone pytanie, na które można udzielić co najmniej kilku równie dobrych odpo­wie­dzi. Starsze defi­ni­cje utoż­sa­miały ją z prostą miarą materii. To jednak nie wystar­czyło docie­kli­wym fizykom mikro­świata, którzy zapra­gnęli uchwycić sedno tego fenomenu. Chcieli wiedzieć, dlaczego w ogóle istnieje taka wła­ści­wość i co decyduje o tym, że jedna cząstka ele­men­tarna posiada masę większą od drugiej, a trzecia w ogóle jest jej pozba­wiona.

Zado­wa­la­jący model został zapro­po­no­wany w 1964 roku. Co istotne – a co ignoruje więk­szość popu­lar­nych opra­co­wań tematu – zagadka masy docze­kała się w nim roz­wią­za­nia niejako przy okazji. W pierw­szej kolej­no­ści teo­re­tycy mieli nadzieję na zro­zu­mie­nie istoty słabego oddzia­ły­wa­nia jądro­wego. Opisane przez nich pole Higgsa i związany z nim bozon, za jednym zamachem roz­wią­zy­wał zagadkę zjawiska skręt­no­ści, rozpadów cząstek ele­men­tar­nych i wreszcie samej masy.

Czter­dzie­ści osiem lat i siedem miliar­dów euro później teorię potwier­dziły detek­tory Wiel­kiego Zder­za­cza Hadronów. Na kon­fe­ren­cji zor­ga­ni­zo­wa­nej latem 2012 roku eks­pe­ry­men­ta­to­rzy przed­sta­wili wyniki kolizji o energii 125 GeV, na których dostrze­żono ślad nie­zna­nej, neu­tral­nej elek­trycz­nie drobiny o zerowym spinie. Były to prze­wi­dy­wane odciski bozonu Higgsa. W roku następ­nym wiekowi teo­re­tycy, François Englert i Peter Higgs, otrzy­mali zasłu­żo­nego Nobla. Zaszczyty ominęły Roberta Brouta, który zmarł zaledwie kil­ka­na­ście miesięcy przed eks­pe­ry­men­tem.

Kosmos przejęli wizjonerzy i szaleńcy

Relacja misji ORBCOMM‑2, podczas której Falcon 9 wyniósł na orbitę jede­na­ście sate­li­tów, a pierwszy stopień zaliczył w pełni udane lądo­wa­nie.

Po zakoń­cze­niu programu Apollo (nie tak dawno obcho­dzi­li­śmy 50-lecie lądo­wa­nia na Księżycu) i wyga­śnię­ciu sowiecko-ame­ry­kań­skiego wyścigu kosmicz­nego, rozwój astro­nau­tyki wyraźnie oklapł. Mimo upływu pół­wie­cza, nie tylko nie pole­cie­li­śmy na Marsa i nie wró­ci­li­śmy już na Księżyc – ale w ogóle prze­sta­li­śmy wyściu­biać nos poza niską orbitę oko­ło­ziem­ską.

Jednak od jakiegoś czasu zachodzą zmiany, które pozwa­lają patrzeć w przy­szłość z większym opty­mi­zmem. Mówię oczy­wi­ście o roz­bu­ja­niu skost­nia­łej branży przez nowych graczy, na czele z przed­się­bior­stwami Blue Origin oraz SpaceX.

Kiedy Elon Musk po raz pierwszy wysko­czył ze swoją wizją rela­tyw­nie tanich rakiet wie­lo­krot­nego użytku – odpo­wie­działo mu tsunami szy­derstw i żartów. Obser­wa­to­rzy zasta­na­wiali się, czy miliar­der jest bardzo cwanym hochsz­ta­ple­rem, czy po prostu fantastą, który prze­li­czył się z moż­li­wo­ściami. I rze­czy­wi­ście, początki wska­zy­wały na rychłą porażkę odważnej wizji. Pierwsze próby z lądo­wa­nia Falcona 9 (najpierw z użyciem spa­do­chro­nów) prze­pro­wa­dzone w 2010 roku, zakoń­czyły się kom­plet­nym fiaskiem. Kolejne miesiące przy­no­siły miliar­dowe straty, które dopro­wa­dziły spółkę na skraj ban­kruc­twa. Jednak upór został nagro­dzony. W grudniu 2015 roku pierwszy stopień rakiety z gracją akrobaty osiadł na lądo­wi­sku LZ‑1.

Nie ważne jaki mamy stosunek do osoby Muska i czy wierzymy w jego hura­op­ty­mi­styczne obiet­nice doty­czące przy­szło­ści trans­portu i kolo­ni­za­cji Marsa. Czy nam się to podoba, czy nie, pomysł odzy­ski­wa­nia kosz­tow­nych kom­po­nen­tów rakiet stał się długo wycze­ki­wa­nym novum i kom­plet­nie odmienił oblicze prze­my­słu kosmicz­nego.

Rosetta odwiedziła kometę

“Ambicja”, czyli efek­towny krót­ko­me­tra­żowy film nakrę­cony dla promocji Rosetty. Wciąż zachwyca.

Nie chciałem aby pod­su­mo­wa­nie zdo­mi­no­wały bez­za­ło­gowe misje kosmiczne, toteż z ciężkim sercem doko­na­łem selekcji. Dokład­niej rzecz biorąc zrzu­ci­łem ciężar decy­zyjny na was, orga­ni­zu­jąc na face­bo­oku stosowną ankietę, w której popro­si­łem was o wybór pomiędzy Rosettą a New Horizons. Choć rywa­li­za­cja była zażarta, nie­wielką przewagę uzyskała flagowa misja Euro­pej­skiej Agencji Kosmicz­nej. Myślę, że to słuszna decyzja, bo choć sonda NASA ukazała nam inne oblicze Plutona, zabrakło jej pier­wiastka nie­zwy­kło­ści i prze­bo­jo­wo­ści, jaka wręcz bije od eks­pe­dy­cji Rosetty.

Celem euro­pej­skiej sondy było pierwsze w historii zbli­że­nie się do komety. Po dekadzie wojaży i poko­na­niu 6,5 miliarda kilo­me­trów, jesienią 2014 roku Rosetta wreszcie trafiła w okolice obiektu 67P/Czu­riu­mow-Gie­ra­si­mienko. Jakby tego było mało, sonda wypu­ściła próbnik Philae, który po powolnym, sied­mio­go­dzin­nym opadaniu wylą­do­wał na powierzchni komety. Jak stwier­dził dyrektor agencji, Thomas Reiter: “mieliśmy do czy­nie­nia z ciągłym wyzwa­niem ope­ra­cyj­nym, wyma­ga­ją­cym inno­wa­cyj­nego podej­ścia, precyzji oraz lat doświad­czeń”.

To i tak bardzo skromne pod­su­mo­wa­nie wiel­kiego sukcesu. Zbadanie odle­głego i maleń­kiego kawałka skały, o słabym przy­cią­ga­niu gra­wi­ta­cyj­nym i nie­re­gu­lar­nych kształ­tach, wymagało multum ekwi­li­bry­stycz­nych manewrów i nie­sły­cha­nej precyzji. Było to na pewno naj­bar­dziej ambitne przed­się­wzię­cie w dotych­cza­so­wej historii ESA, jak również jedna z naj­cie­kaw­szych misji bez­za­ło­go­wych XXI wieku.

LIGO zarejestrowało fale grawitacyjne

Sym­pa­tyczne wystą­pie­nie Rainera Weissa, fizyka, który wraz z Barrym Barishem i Kipem Thornem otrzy­mali Nobla za swój wkład w powsta­nie detek­to­rów LIGO.

Chyba jedyny punkt, obok bozonu Higgsa, który bez­sprzecz­nie musiał pojawić się w tym zesta­wie­niu. 14 września 2015 roku kom­pleksy LIGO odno­to­wały lekką anomalię, mani­fe­stu­jącą się w zmianie długości ramion dwóch olbrzy­mich inter­fe­ro­me­trów. Wielkość wah­nię­cia nie prze­kro­czyła średnicy protonu, ale to wystar­czyło aby roz­go­rącz­ko­wać tysiące ludzi zaan­ga­żo­wa­nych w projekt (z jednym z nich nawet prze­pro­wa­dzi­łem wywiad).

Gdzieś we wszech­świe­cie doszło do zde­rze­nia dwóch czarnych dziur. Zjawisko to wyzwo­liło mon­stru­alną energię, której część rozeszła się po kosmosie pod postacią znie­kształ­ceń geo­me­trii cza­so­prze­strzeni. Gra­wi­ta­cyjny “świergot” sta­no­wiący ledwie sły­szalne echo tego dra­ma­tycz­nego zda­rze­nia, prze­nik­nęło Ziemię, zosta­wia­jąc ślad w naszych instru­men­tach.

Program LIGO to nie tylko kosz­towny test dla ogólnej teorii względ­no­ści. To nie­optyczny, uni­ka­towy rodzaj obser­wa­to­rium, zdolny do analizy naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­cych zjawisk astro­no­micz­nych, zwią­za­nych z czarnymi dziurami, pul­sa­rami czy roz­bły­skami gamma. W chwili, gdy czytacie te słowa trwa trzeci “sezon” badawczy. Pierwsza dwa zaowo­co­wały tuzinem detekcji, w tym również zdarzeń, które potwier­dzono innymi metodami.

Podkręciliśmy atmosferę

Prosty gif Eda Hawkinsa z Uni­wer­sy­tetu w Reading, obra­zu­jący skalę wzrostu glo­bal­nych tem­pe­ra­tur.

Odkrycia odkry­ciami, ale czuję, że kom­pletne pomi­nię­cie wątku zmian kli­ma­tycz­nych byłoby nie­wła­ściwe. To też sprawa nauki. A poza tym, czy istnieje inne zagad­nie­nie naukowe, które w ostat­nich latach wzbu­dzi­łoby podobne emocje wśród rzą­dzą­cych, publi­cy­stów i zwykłych zjadaczy chleba?

Oczy­wi­ście o glo­bal­nym wzroście tem­pe­ra­tur wiemy od bardzo dawna, jednak dopiero w ostatnim czasie sprawa stanęła na ostrzu noża. Za pewną cezurę należy uznać maj 2015 roku, gdy gruch­nęła wia­do­mość o prze­kro­cze­niu bariery 400 ppm CO2 w atmos­fe­rze (czyli 400 czą­ste­czek CO2 na każdy milion czą­ste­czek powie­trza). Po czterech latach wartość pod­sko­czyła do 415 ppm i wciąż gwał­tow­nie rośnie. Żeby lepiej zro­zu­mieć powagę sytuacji, powin­ni­śmy pamiętać, że u zarania epoki prze­my­sło­wej stężenie dwu­tlenku węgla nie prze­kra­czało 300 ppm.

W parze z emisją gazów cie­plar­nia­nych postę­puje, a wła­ści­wie galopuje wzrost średnich tem­pe­ra­tur. Zresztą trudno o tym zapo­mnieć, słysząc co rusz o napły­wa­ją­cych z całego świata (nie wyłą­cza­jąc z tego grona Polski) rekor­do­wych upałach. Co na to rządzący? Sygna­ta­riu­sze głośnego Poro­zu­mie­nia Pary­skiego z 2015 roku zgodzili się, że mamy problem i powin­ni­śmy zrobić wszystko, aby globalna średnia tem­pe­ra­tur nie wzrosła bardziej niż 2°C w stosunku do poziomu sprzed epoki prze­my­sło­wej. Nie żebym był pesy­mi­stą, ale reali­za­cja tego postu­latu już teraz wydaje się nie­re­alna.

CRISPR/Cas9 pocięło DNA

Metoda CRISPR/Cas9 w wersji muzycz­nej.

“Obecnie pierwszy raz w dziejach posie­dli­śmy zdolność edycji DNA nie tylko każdego żyjącego czło­wieka, ale także przy­szłych pokoleń, czyli w gruncie rzeczy kie­ro­wa­nia ewolucją własnego gatunku” – pisała jedna z pio­nie­rek metody CRISPR/Cas9, Jennifer Doudna z Berkeley. Nawet jeżeli ją poniosło, to tylko odrobinę. Chociaż uczeni ingerują w genetykę od dawna (metody TALEN i ZFN), to dopiero CRISPR pozwolił czynić to z taką łatwo­ścią, precyzją i sto­sun­kowo niskim kosztem.

Zaczęło się od pospo­li­tej bakterii E. coli. Badający jej genom Yoshi­zumi Ishino wypa­trzył tajem­ni­czą sekwen­cję krótkich, powta­rza­ją­cych się frag­men­tów DNA. Właśnie tym ele­men­tom nadano nazwę CRISPR. Po wielu latach inni uczeni zauwa­żyli, że odkryte sekwen­cje to w istocie DNA należące do… wirusów. Był to natu­ralny odpo­wied­nik anty­wi­ru­so­wej bazy danych. CRISPR służy naturze iden­ty­fi­ko­wa­niu wrogich łań­cu­chów, podczas gdy towa­rzy­szący mu gen Cas wytwarza właściwy enzym, zdolny do jego prze­cię­cia.

Co nam z tego? Od 2012 roku inten­sy­fi­ko­wano wysiłki nad odwzo­ro­wa­niem tego mecha­ni­zmu i wyko­rzy­sta­niem do własnych celów. W efekcie uzyskano sgRNA, zdolne do zlo­ka­li­zo­wa­nia kon­kret­nego odcinka łańcucha DNA, które następ­nie może zostać prze­cięte przez enzym Cas9. W powstałą lukę naukowcy mogą wkleić co im się tylko podoba lub nie robić nic i po prostu “wyłączyć” dany gen. W momencie ujarz­mie­nia CRISPR/Cas9 mody­fi­ko­wa­nie gene­tyczne ludzi i zwierząt stało się proste jak nigdy przedtem.

EHT zajrzał w czeluść czarnej dziury

Kon­fe­ren­cja, podczas której pokazano oblicze M87.

Przed­sta­wie­nie pierw­szego w dziejach optycz­nego śladu czarnej dziury M87 było wyda­rze­niem, które odbiło się echem się­ga­ją­cym daleko poza śro­do­wi­sko fizyków i astro­no­mów. Nie tylko udało nam się zajrzeć w paszczę potwora o masie 6,5 miliarda Słońc, ale również potwier­dzić więk­szość dotych­cza­so­wych przy­pusz­czeń doty­czą­cych hory­zontu zdarzeń i towa­rzy­szą­cych mu efektów.

Sądzę jednak, że sukces mię­dzy­na­ro­do­wego zespołu astro­no­mów zasłu­guje na upa­mięt­nie­nie również w związku z samą metodą obser­wa­cji. Otrzy­mana ilu­stra­cja była pro­duk­tem sko­or­dy­no­wa­nej pracy dzie­wię­ciu radio­te­le­sko­pów roz­sia­nych po całym globie: od Gren­lan­dii po Antark­tydę. Nasłuch zaowo­co­wał peta­baj­tami danych, które przez kolejne miesiące pod­le­gały analizie i obróbce przez setki osób pra­cu­ją­cych w kil­ku­na­stu pla­ców­kach. W ten sposób Event Horizon Tele­scope – jak nazwano projekt “wir­tu­al­nego obser­wa­to­rium” – był w stanie dojrzeć poje­dyn­czy obiekt leżący w sercu obcej galak­tyki, odda­lo­nej o 55 milionów lat świetl­nych. To jedna z naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych obser­wa­cji w historii astro­no­mii.

To jednak dopiero początek. Już teraz wiadomo, że sieć EHT będzie roz­bu­do­wy­wana. Najpierw dołą­czone zostaną kolejne radio­te­le­skopy naziemne, a w dalszej przy­szło­ści, zapewne również obser­wa­to­ria orbi­talne. Dzięki temu będziemy w stanie wejrzeć głębiej i dalej niż kie­dy­kol­wiek nam się śniło.


Ostatnie lata były bez wąt­pie­nia pra­co­wite. Podzi­wia­li­śmy nie­praw­do­po­dobne popisy inży­nie­rów, zaob­ser­wo­wa­li­śmy fan­ta­styczne zjawiska, a także potwier­dzi­li­śmy kilka fun­da­men­tal­nych kon­cep­cji. A jednak – nie wiem czy się zgo­dzi­cie – nie byliśmy świad­kami przełomu porów­ny­wal­nego z począt­kiem poprzed­niego stulecia. Nauka nie zrodziła dzieła o wadze teorii względ­no­ści, mecha­niki kwan­to­wej, modelu atomu, czy wiel­kiego wybuchu. Takie sukcesy jak uchwy­ce­nie bozonu Higgsa czy detekcja fal gra­wi­ta­cyj­nych było w istocie tylko (i aż) ugrun­to­wa­niem genial­nych teorii ukutych wiele dekad temu.

Ale czy to oznacza, że weszli­śmy w okres sta­gna­cji? Być może to tylko cisza przed burzą, a tuż za rogiem czai się rewo­lu­cja, która postawi współ­cze­sną struk­turę nauki na głowie. Tak byłoby ciekawie.

Literatura uzupełniająca:
M. Dworniczak, Maszyny molekularne: inżynieria przyszłości, [online: www.granicenauki.pl/maszyny-molekularne-inzynieria-przyszlosci-150877];
D. Castelvecchi, Drivers Gear Up for World’s First Nanocar Race, [online: www.scientificamerican.com/article/drivers-gear-up-for-worlds-first-nanocar-race];
Misja wykonana: Podróż Rosetty zakończona brawurowym lądowaniem na komecie, [online: www.esa.int/Space_in_Member_States/Poland/Misja_wykonana_Podroz_Rosetty_zakonczona_brawurowym_ladowaniem_na_komecie];
Observation of Gravitational Waves from a Binary Black Hole Merger, “Physical Review Letters”, Vol. 116, Iss. 6, 12 II 2016;
CO2 at NOAA’s Mauna Loa Observatory reaches new milestone: Tops 400 ppm, [online: www.esrl.noaa.gov/gmd/news/pdfs/7074.pdf];
G. Lindenberg, Ludzkość poprawiona. Jak najbliższe lata zmienią świat, w którym żyjemy, Kraków 2018.
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.