Dwa tygodnie temu Komisja Noblowska uhonorowała odkrycie planety pozasłonecznej w układzie 51 Pegasi. Aby lepiej zrozumieć tę decyzję, przypomnijmy sobie jak wyglądały początki poszukiwań obcych światów i wyjaśnijmy czego właściwie dokonali Michael Mayor i Didier Queloz.

Celowo zwle­ka­łem z tym tekstem. Wolałem zaczekać aż opadną emocje. Nie da się ukryć, że decyzja Sztok­holmu o doce­nie­niu Mayora i Queloza, przy jed­no­cze­snym pomi­nię­ciu Alek­san­dra Wolsz­czana była dla wielu osób sporym roz­cza­ro­wa­niem. Dla mnie również, choć szczerze mówiąc, nie jestem zasko­czony. Nazwisko toruń­skiego astro­noma tak naprawdę nigdy nie cieszyło się w świecie aż tak wielką sławą, jak byśmy sobie tego życzyli. Nawet w tym momencie mam pod ręką dwie książki zawie­ra­jące roz­działy poświę­cone zagad­nie­niu planet poza­sło­necz­nych, i wiecie co? Pierwsza, wydana w 2004 roku, lako­nicz­nie wspomina, że przed 1995 rokiem nie znano egzo­pla­net “z wyjąt­kiem kilku obiektów wiel­ko­ści Ziemi w pozo­sta­ło­ściach roze­rwa­nych eks­plo­zjami gwiazd”. Druga, z roku 2015, w ogóle ignoruje obser­wa­cje Wolsz­czana, trak­tu­jąc jako jed­no­znaczny punkt startowy póź­niej­szą pracę Mayora i Queloza. Rzecz jasna mowa o publi­ka­cjach popu­lar­no­nau­ko­wych – ogól­ni­ko­wych i płytkich – jednak roz­ło­że­nie akcentów nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści.

Aby lepiej to wszystko zro­zu­mieć cofnijmy się do początku lat 90. i prze­śledźmy badania, które zain­au­gu­ro­wały nową epokę w dziejach astro­no­mii.

Planetą w płot

Wizu­ali­za­cja pulsara.

Zacznijmy od kon­fe­ren­cji Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Astro­no­micz­nego zor­ga­ni­zo­wa­nej na początku 1992 roku. Głównym punktem programu miało być wystą­pie­nie Andrewa Lyne’a. Bry­tyj­ski astro­fi­zyk cieszył się niemałą popu­lar­no­ścią, jako kie­row­nik zespołu, który kilka miesięcy wcze­śniej pochwa­lił się zna­le­zie­niem pierw­szego dowodu na ist­nie­nie planety leżącej poza Układem Sło­necz­nym. Uczeni doszli do takiego wniosku, ana­li­zu­jąc wyraźne sygnały docie­ra­jące do Ziemi z odda­lo­nego o 30 tysięcy lat świetl­nych pulsara PSR 1829-10. Pulsary to zde­ge­ne­ro­wane pozo­sta­ło­ści martwych gwiazd, zacho­wu­jące się jak kosmiczny odpo­wied­nik latarni morskich. Rotują z nie­zwy­kłą pręd­ko­ścią, a ich pro­mie­nie cyklicz­nie jak w zegarku omiatają Ziemię zary­so­wu­jąc regu­larny wzór. W przy­padku PSR 1829-10 Lyne wraz z kolegami dopa­trzyli się zasta­na­wia­ją­cej modu­la­cji, którą zin­ter­pre­to­wali jako anomalię wywołaną obec­no­ścią dodat­ko­wego ciała. Wyde­du­ko­wali, że nie­wi­doczny obiekt musi być znacznie mniej masywny od samego pulsara, ale praw­do­po­dob­nie większy od Ziemi. Otrzy­mane wykresy zwia­sto­wały odkrycie pierw­szej planety poza­sło­necz­nej.

Na wspo­mnia­nym spo­tka­niu AAS w styczniu 1992, Andrew Lyne miał święcić triumf przed­sta­wia­jąc szcze­góły prze­pro­wa­dzo­nej detekcji. Zamiast tego, ku zdu­mie­niu zgro­ma­dzo­nych gości, uczony publicz­nie przyznał się do… pomyłki. I to dość kurio­zal­nej. Zakłó­ce­nie dostrze­żone w złapanym sygnale nie wynikało wcale z tego, że pulsar okrąża jakaś planeta, lecz nie­uwzględ­nio­nego ruchu obser­wa­tora – obiegu Ziemi dookoła Słońca. Była to jedna z bardziej wsty­dli­wych omyłek w XX-wiecznej astro­no­mii. Jed­no­cze­śnie Bry­tyj­czycy wykazali postawę godną naj­wyż­szej pochwały: przy­znali się do błędu, samo­dziel­nie dokonali spro­sto­wa­nia i publicz­nie złożyli szczerą samo­kry­tykę.

Pulsar PSR 1257+12

W tym samym czasie, gdy Lyne żegnał się z marze­niami o nie­prze­mi­ja­ją­cej sławie, swój sukces otrąbiła para pra­cow­ni­ków Obser­wa­to­rium Radio­astro­no­micz­nego w Socorro w Nowym Meksyku – Alek­san­der Wolsz­czan oraz Dale Frail. Astro­no­mo­wie kie­ro­wali właśnie nasłu­chem innego pulsara, wyko­rzy­stu­jąc w tym celu mon­stru­alną czaszę por­to­ry­kań­skiego radio­te­le­skopu Arecibo.

Alek­san­der Wolsz­czan

Polak i Kana­dyj­czyk reje­stro­wali impulsy dobie­ga­jące z odda­lo­nego o nie­spełna tysiąc lat świetl­nych obiektu, ozna­czo­nego jako PSR 1275+12. Podobnie do kolegów po fachu dostrze­gli oni w sygnale radiowym modu­la­cje wska­zu­jące na chy­bo­ta­nie pulsara, co mogło dowodzić posia­da­nia przezeń nie­wi­docz­nego towa­rzy­stwa. Badacze musieli trzymać eks­cy­ta­cję na wodzy. Wystar­czyła drobna nieuwaga, prosty lapsus w obli­cze­niach, żeby doszło do drugiej zupełnie nie­tra­fio­nej inter­pre­ta­cji wyników. Możemy sobie tylko wyobra­zić jak zare­ago­wa­łoby śro­do­wi­sko astro­no­miczne, gdyby natych­miast po blamażu ekipy Lyne’a, wszczęto kolejny fałszywy alarm. Taka sytuacja nie tylko nara­zi­łaby na śmiesz­ność Wolsz­czana i Fraila, ale również rzu­ci­łaby się cieniem na całą dys­cy­plinę poszu­ki­wań planet poza­sło­necz­nych.

Naukowcy podjęli ryzyko i na początku 1992 roku podzie­lili się swoimi wnio­skami w cza­so­pi­śmie Nature. W artykule pod tytułem A Pla­ne­tary System Around the Mil­li­se­cond Pulsar PSR 1275+12, zawarli nastę­pu­jącą inter­pre­ta­cję pochwy­co­nych sygnałów:

Pre­cy­zyjne pomiary impulsów niedawno odkry­tego pulsara PSR 1275+12 o długości 6,2 ms, posłu­żyły do wyka­za­nia, że ​​wokół pulsara orbitują dwa lub więcej ciał wiel­ko­ści planety. Wykryte do tej pory planety mają masy co najmniej 2,8 i 3,4 masy ziemi. Ich odle­gło­ści od pulsara wynoszą kolejno 0,47 AU i 0,36 AU. Poru­szają się one po niemal okrą­głych orbitach z okresami 98,2 i 66,6 dni.

W ten sposób ogło­szono światu pio­nier­ską detekcję dwóch globów poza­sło­necz­nych. Szmery w reje­stro­wa­nych pro­mie­niach radio­wych pozwo­liły ustalić, że gwiazdę neu­tro­nową po bardzo ciasnej orbicie okrążają co najmniej dwie duże planety. Ze zro­zu­mia­łych powodów odkrycie przyjęto scep­tycz­nie, jednak kolejne analizy umocniły hipotezę. Obecnie wiemy, że układ PSR 1275+12 współ­two­rzą trzy egzo­pla­nety, czy raczej ich strzępy ocalałe po eks­plo­zji super­no­wej. Nadano im upiorne imiona: Draugr, Polter­ge­ist i Phobetor.

Sukces polsko-kana­dyj­skiego tandemu stanowił spory krok na przód. Do tej pory uczeni co najwyżej spe­ku­lo­wali na temat ist­nie­nia obcych układów pla­ne­tar­nych, a wielu wątpiło, że dostępne metody mają jaką­kol­wiek szansę na uchwy­ce­nie ich śladu. Dowód Wolsz­czana i Fraila był jedynie aber­ra­cją na wykresie, jednak niósł on ze sobą wystar­cza­jący bagaż infor­ma­cji, aby trak­to­wać go poważnie. Polo­wa­nia na nie­wiel­kie, ciemne i odległe ciała nie­bie­skie, okazały się możliwe.

Planeta 51 Pegasi b

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Publi­ka­cja z 1992 roku sta­no­wiła zachę­ca­jącą przy­stawkę, jednak roz­ocho­ceni kone­se­rzy astro­no­mii liczyli na danie główne. Układ PSR 1275+12 przy­po­mi­nał pogo­rze­li­sko: obdarte jądra planet smętnie okrążały truchło martwej gwiazdy. Świat nauki zaczął ocze­ki­wać śladów ist­nie­nia systemów bardziej przy­po­mi­na­ją­cych nasz własny. Oczy­wi­ście bez­po­śred­nie zoba­cze­nie planety nadal nie wcho­dziło w grę, toteż znów należało zdać się na metodę pośred­nią.

Jak na pewno wiecie, światło, tak jak każdy przejaw pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego, cha­rak­te­ry­zuje pewna długość fali. Przy­kła­dowo nasze oczy inter­pre­tują bardziej roz­cią­gniętą falę świetlną jako barwę cie­plej­szą, a krótszą jako bliższą fio­le­towi. Fizycy zauwa­żyli też, że fala może ulegać kur­cze­niu i roz­kur­cza­niu, zależnie od tego czy emi­tu­jący ją obiekt zbliża się czy oddala od obser­wa­tora. To cha­rak­te­ry­styczne zjawisko legło cho­ciażby u podstaw badań Edwina Hubble’a. Wielki astronom dostrzegł, że widma odle­głych galaktyk pozo­stają prze­su­nięte ku czer­wieni, co było pierwszą prze­słanką upraw­do­po­dob­nia­jącą tezę o roz­sze­rza­niu się wszech­świata.

Dop­ple­row­skie prze­su­nię­cie światła emi­to­wa­nego przez gwiazdę.

Podobny mecha­nizm, choć deli­kat­niej­szy, miał pomóc w wykry­wa­niu egzo­pla­net. W jaki sposób?

Pomy­śl­cie przez moment o Układzie Sło­necz­nym. Ziemia wraz z innymi obiek­tami spo­koj­nie posuwają się po orbitach pod gra­wi­ta­cyjną komendą Słońca. To mocno wyide­ali­zo­wany obraz. W rze­czy­wi­sto­ści Słońce przy­ciąga planety, podczas gdy planety na swój skromny sposób oddzia­łują na Słońce. Układ pla­ne­tarny przy­po­mina wła­ści­ciela gromady cie­kaw­skich psów, które co chwila szarpią za smycz wytrą­ca­jąc swojego pana z rów­no­wagi. Podobnie gwiazdy pod­le­gają wychy­le­niom pod wpływem gra­wi­ta­cji towa­rzy­szą­cych im obiektów. Uczeni zro­zu­mieli, że ten nie­znaczny ruch skutkuje zbli­ża­niem i odda­la­niem się od obser­wa­tora. Fala świetlna emi­to­wana przez taki obiekt, powinna zatem cyklicz­nie ulegać naprze­mien­nemu skra­ca­niu i wydłu­ża­niu. Okres pomiędzy mak­sy­mal­nym ściskiem i roz­cią­gnię­ciem widma, byłby sko­re­lo­wany z okresem orbi­tal­nym naj­więk­szej planety lub planet przy­pusz­czal­nie obie­ga­ją­cych gwiazdę.

Michael Mayor i Didier Queloz na tle chi­lij­skiego Obser­wa­to­rium La Silla.

Reno­mo­wane obser­wa­to­ria chciwie zwróciły się ku pobli­skim gwiazdom wypa­tru­jąc dokład­nie takiego efektu. Na pierwszy promyk nadziei (nomen omen, w końcu mowa o analizie światła gwiazd), czekano trzy lata. Michael Mayor wraz ze swoim dok­to­ran­tem Didierem Quelozem z Uni­wer­sy­tetu Genew­skiego, uzyskali szalenie inte­re­su­jący sygnał pocho­dzący z gwiazdy 51 Pegasi w kon­ste­la­cji Pegaza. Grun­towna analiza spek­tralna światła ujawniła, że w odle­gło­ści 50 lat świetl­nych od Ziemi (czyli bardzo blisko, w porów­na­niu z oma­wia­nymi wcze­śniej pul­sa­rami), naj­praw­do­po­dob­niej znajduje się jakaś planeta.

Dane ucie­szyły naukow­ców, ale również wprawiły w lekką kon­ster­na­cję. Choć oglądana gwiazda do złu­dze­nia przy­po­mi­nała Słońce, to jej towa­rzysz ozna­czony jako 51 Pegasi b, w niczym nie przy­po­mi­nał znanych nam globów. Z otrzy­ma­nych wykresów wyłaniał się obraz masywnej planety – gdzieś pomiędzy Saturnem a Jowiszem – orbi­tu­ją­cej wokół własnej gwiazdy z ogromną pręd­ko­ścią, w odle­gło­ści mniej­szej niż 8 milionów kilo­me­trów. Dla porów­na­nia: Merkury w swoim pery­he­lium zbliża się do Słońca na dystans 46 milionów kilo­me­trów.

Obecność towa­rzy­sza 51 Pegasi o masie Jowisza, wynika z obser­wa­cji okre­so­wych zmian pręd­ko­ści radial­nej gwiazdy. Towa­rzysz leży zaledwie około osiem milionów kilo­me­trów od gwiazdy, która w naszym Układzie Sło­necz­nym znaj­do­wa­łaby się na orbicie Mer­ku­rego. Obiektem tym może być gigan­tyczna gazowa planeta, która migro­wała do tego miejsca poprzez ewolucję orbi­talną lub powstała wskutek zdarcia wierzch­nich warstw brą­zo­wego karła.

Było to nie­zwy­kłe, ale liczby mówiły same za siebie. W listo­pa­dzie 1995 roku Mayor i Queloz ogłosili wyniki swoich pomiarów w artykule A Jupiter-mass com­pa­nion to a solar-type star.

Worek z planetami rozwiązany

Wkrótce inni astro­no­mo­wie poszli w ślady Szwaj­ca­rów, iden­ty­fi­ku­jąc kolejne układy pla­ne­tarne. Na początku szło to dość topornie. W ciągu dekady ska­ta­lo­go­wano nieco ponad setkę przy­pusz­czal­nych planet poza­sło­necz­nych. Z czasem posze­rze­niu uległ również wachlarz metod obser­wa­cyj­nych.

Szcze­gól­nie dużą popu­lar­no­ścią z uwagi na prostotę zyskała metoda tranzytu. Polega ona na śle­dze­niu okre­so­wych zmian jasności gwiazdy, nastę­pu­ją­cych gdy fragment jej tarczy przy­sła­nia planeta. Inny sposób zakładał się­gnię­cie do efektu mikro­so­czew­ko­wa­nia gra­wi­ta­cyj­nego, prze­wi­dzia­nego i opi­sa­nego przez pra­cu­ją­cego w Prin­ce­ton Bohdana Paczyń­skiego (jeśli znacie Wolsz­czana, a nie sły­sze­li­ście o Paczyń­skim – wstydź­cie się). Można to zrobić kiedy badany obiekt (w tym przy­padku gwiazda z poten­cjalną planetą) leży pomiędzy obser­wa­to­rem (Ziemią) a jakąś odległą gwiazdą. Zgodnie z zało­że­niami ogólnej teorii względ­no­ści, gra­wi­ta­cja badanego obiektu wzmocni obraz leżącej w oddali gwiazdy. Otrzy­mu­jemy więc jasne tło, na którym łatwiej wypa­trzeć zabu­rze­nia. Brzmi skom­pli­ko­wa­nie i zde­cy­do­wa­nie takie jest, niemniej mikro­so­czew­ko­wa­nie przez długi czas spraw­dzało się wszędzie tam, gdzie inne metody nie zdawały egzaminu.

Metoda tranzytu.
Metoda mikro­so­czew­ko­wa­nia.

Worek z egzo­pla­ne­tami roz­wią­zał się na dobre wraz z prze­nie­sie­niem poszu­ki­wań na orbitę. Dzia­ła­jąca pomiędzy 2006 a 2013 rokiem euro­pej­ska sonda COROT zare­je­stro­wała ponad 500 obie­cu­ją­cych tran­zy­tów. Z kolei poże­gnany w 2018 roku Kosmiczny Teleskop Keplera zasko­czył nawet samych twórców iden­ty­fi­ku­jąc osza­ła­mia­jącą liczbę 2,3 tysiąca nowych obiektów. Aktu­al­nie główny ciężar badań spoczywa na następcy Keplera, czyli wystrze­lo­nym w kwietniu 2018 roku tele­sko­pie TESS (Trans­i­ting Exo­pla­net Survey Satel­lite).

W momencie gdy piszę te słowa, zgodnie ze sta­ty­sty­kami pro­wa­dzo­nymi przez The Extra­so­lar Planets Encyc­lo­pa­edia (tak, jest taka strona) w ciągu nie­spełna trzech dekad obser­wa­cji pozna­li­śmy 4122 planety poza­sło­neczne należące do 3063 układów. Co ciekawe, udało się nam uzyskać również pierwsze bez­po­śred­nie foto­gra­fie odle­głych światów.

Pierwszy Nobel z astronomii

Jeżeli spo­dzie­wa­li­ście się jednego, kon­kret­nego i naprawdę prze­ko­nu­ją­cego argu­mentu prze­ma­wia­ją­cego za Nagrodą Nobla dla Michaela Mayora i Didiera Queloza, to muszę was roz­cza­ro­wać. Bez cienia wąt­pli­wo­ści, odkrycie 51 Pegasi b stanowi ważny moment w dziejach współ­cze­snej astro­no­mii. Ale czy było ono waż­niej­sze od pio­nier­skiej pracy Alek­san­dra Wolsz­czana i Dale’a Fraila?

Nie­któ­rzy powiedzą, że planety krążące wokół pulsara nie robią takiego wrażenia i nie pobu­dzają wyobraźni tak mocno jak gorący Jowisz przy­na­le­żący gwieź­dzie podobnej Słońcu. Ale czy w takim razie nie powin­ni­śmy jeszcze wyżej ocenić odkrycia, dajmy na to, pierw­szej egzo­pla­nety przy­po­mi­na­ją­cej Ziemię? Inni zwracają uwagę na technikę badania. W istocie, metoda Szwaj­ca­rów odci­snęła większe piętno na astro­no­mii i pozwo­liła na doko­na­nie kolej­nych inte­re­su­ją­cych odkryć. Ale jeśli tak, to czy na doce­nie­nie nie zasłużył również nie­ży­jący już Bohdan Paczyń­ski? Pomysł sto­so­wa­nia mikro­so­czew­ko­wa­nia gra­wi­ta­cyj­nego oraz zaini­cjo­wany przez pro­fe­sora program OGLE, po dziś dzień służą nauce, wspo­ma­ga­jąc badania egzo­pla­net, pomiary rozkładu ciemnej materii i nie tylko.

Twardy orzech do zgry­zie­nia. Może zabrzmi to dziwnie, ale sądzę, że Komisja Noblow­ska postą­pi­łaby naj­roz­sąd­niej w ogóle nie nagra­dza­jąc badań planet poza­sło­necz­nych. Nie tylko dlatego, że pogo­dzi­łoby to samych zain­te­re­so­wa­nych. Kiedy przyj­rzymy się liście nobli­stów w dzie­dzi­nie fizyki (!), szybko spo­strze­żemy, że prace astro­no­mów nigdy nie należały do prio­ry­te­tów (czy w latach 30. ktoś w ogóle myślał o Noblu dla odkrywcy Plutona, Clyde’a Tom­bau­gha?). Co prawda badania wszech­świata były kil­ku­krotne nagra­dzane, jednak niemal zawsze wiązało się to z ich zna­cze­niem dla kosmo­lo­gii i fizyki teo­re­tycz­nej. Osią­gnię­cia ściśle astro­no­miczne brano w rachubę skrajnie rzadko.

Pojawia się zatem pytanie, czy Nobel dla Mayora i Queloza nie otworzył puszki Pandory. Czy odtąd Komisja już zawsze będzie roz­pa­try­wała również kan­dy­da­tury astro­no­mów? Czy obser­wa­to­rzy nieba, odkrywcy nowych ciał nie­bie­skich i zjawisk kosmicz­nych będą odtąd częściej kon­ku­ro­wać z fizykami? Jeśli tak, to w przy­szło­ści czeka nas jeszcze wiele inte­re­su­ją­cych, ale i mocno dys­ku­syj­nych Nagród Nobla.

Literatura uzupełniająca:
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
S. Clark, Ale kosmos! Nieznany Wszechświat w dziesięciu rozdziałach, przeł. Ł. Lamża, Łódź 2019;
N. deGrasse Tyson, D. Goldsmith, Wielki początek. 14 miliardów lat kosmicznej ewolucji, przeł. P. Rączka, Warszawa 2007;
A. Wolszczan, D. Frail, A planetary system around the millisecond pulsar PSR1257+12, “Nature”, vol. 355, styczeń 1992;
M. Mayor, D. Queloz, A Jupiter-mass companion to a solar-type star, “Nature”, vol. 378, listopad 1995;
Nobel 2019 z fizyki, wykład A. Pollo dla Narodowego Centrum Badań Jądrowych, [online: www.youtube.com/watch?v=Y3E5gPtbpts];
The Extrasolar Planets Encyclopaedia, [online: http://exoplanet.eu/catalog/].


  • Teresa

    Wygląda na to, że naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym — jak już wcze­śniej ktoś zauważył — wydaje się być nie­do­ce­nie­nie Alek­san­dra Wolsz­czana z powodów ide­olo­gicz­nych. Cieniem kładzie się jego współ­praca ze służbą bez­pie­czeń­stwa w czasach PRL-u. To by tłu­ma­czyło igno­ro­wa­nie obser­wa­cji Wolsz­czana, pomi­ja­nie jego udziału w roz­dzia­łach poświę­co­nych zagad­nie­niu planet poza­sło­necz­nych. Inna rzecz, czy w ocenie czyichś osią­gnięć nauko­wych należy kierować się analizą jego życia oso­bi­stego.
    A wracając do samego odkrycia, którego dokonał Alek­san­der Wolsz­czan i Dale Frail. Wokół pulsara odkryto planety, “obecnie wiemy, że układ PSR 1275+12 współ­two­rzą trzy egzo­pla­nety, czy raczej ich strzępy ocalałe po eks­plo­zji super­no­wej”. W takim razie te planety już wcze­śniej krążyły wokół swojej gwiazdy zanim eks­plo­do­wała zmie­nia­jąc się później w gwiazdę neu­tro­nową-pulsara. Odle­gło­ści tych planet od pulsara, jak dobrze rozumiem, są mniejsze niż wynosi odle­głość ziemi od słońca. Jeżeli więc wcze­śniej już krążyły wokół gwiazdy to musiały znaj­do­wać się w sporo większej od niej odle­gło­ści. Czy podej­mo­wano już kiedyś jakieś próby co do moż­li­wo­ści usta­le­nia wcze­śniej­szych etapów “życia” tych egzo­pla­net?

    • Dominik Kurek

      Tylko czy chłod­nych Szwedów inte­re­suje “lista Macie­re­wi­cza”? Jeśli już, to chyba zdają sobie sprawę, że bez “współ­pracy”, zresztą często pro­wi­zo­rycz­nej, polscy uczeni nie mieli więk­szych szans na mię­dzy­na­ro­dową karierę.

      • Teresa

        Prze­my­śla­łam trochę ten temat i rze­czy­wi­ście przy­znaję rację, że Komisja Noblow­ska raczej głowy by sobie takimi sprawami jak “współ­praca” nie zaprzą­tała, ale w naszym kraju takie postrze­ga­nie ludzi jest wciąż aktualne (to tak w kon­tek­ście pomi­ja­nia zasług).

    • Fred Polo­now­ski

      Gdyby komisja Noblow­ska brała pod uwagę ide­olo­giczne aspekty, to nie przy­zna­liby nobla w dzie­dzi­nie lite­ra­tury Peterowi Handke.

  • Dominik Kurek

    Nie­zba­dane są wyroki noblow­skiej komisji. Bez względu na naro­do­wość kolegi Fraila werdykt Szwedów uważam za nie­spra­wie­dliwy. Do lat 90 sprawa ist­nie­nia egzo­pla­net była przecież otwarta. Skoro przy­pad­kiem odkryto ich szczątki wokół pulsara, to okazało się. że w kosmosie pewnie jest ich mnóstwo. To mogło zmo­ty­wo­wać innych astro­no­mów do pil­niej­szej pracy, jako że wcze­śniej poszu­ki­wa­czy poza­sło­necz­nych globów nie trak­to­wano całkiem poważnie.

  • https://www.facebook.com/app_scoped_user_id/1153757004670044/ Maciej Skwirut

    “Zacznijmy od kon­fe­ren­cji Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Astro­no­micz­nego zor­ga­ni­zo­wa­nej na początku 1992 roku.”
    “Pół roku później, na spo­tka­niu AAS, Andrew Lyne publicz­nie przyznał się do… pomyłki.”
    “Tuż przed tym, gdy Lyne żegnał się z marze­niami o nie­prze­mi­ja­ją­cej sławie, inte­re­su­jący sygnał docho­dzący z innego pulsara dotarł do mon­stru­al­nej czaszy radio­te­le­skopu Arecibo.”
    “Badacze musieli trzymać eks­cy­ta­cję na wodzy. Jak pokazał blamaż ekipy Lyne’a, prosty lapsus w obli­cze­niach mógł dopro­wa­dzić do kom­plet­nie nie­tra­fio­nej inter­pre­ta­cji wyników.”
    “Naukowcy podjęli ryzyko i na początku 1992 roku podzie­lili się swoimi wnio­skami w cza­so­pi­śmie Nature.”
    To się kom­plet­nie kupy nie trzyma. Sygnał dotarł do Arecibo przed przy­zna­niem się Lyne’a, czyli póżny 1992? Sygnał dotarł później niż opu­bli­ko­wany artykuł Wolsz­czana o tym sygnale? Jeśli Lyne przyznał się do pomyłki w koń­co­wych mie­sią­cach 1992, to jak i co miał pokazać ten blamaż Wolsz­cza­nowi na początku 1992?

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Wszyst­kie te wyda­rze­nia działy się w podobnym terminie, tj. na początku 1992 roku. Wspo­mniana kon­fe­ren­cja AAS była właśnie tą, na której Lyne miał się pochwa­lić swoim odkry­ciem (co poprze­dziła publi­ka­cja jeszcze z 1991), ale ku zdzi­wie­niu wszyst­kich Bry­tyj­czyk przyznał się do pomyłki. Artykuł Wolsz­czana i Fraila ukazał się w “Nature”, również w styczniu 1992 roku.

      Krótko mówiąc w cyto­wa­nym przez Ciebie akapicie miałem na myśli, że kon­fe­ren­cja odbyła się pół roku od odkrycia. Rze­czy­wi­ście to prze­for­mu­łuję, żeby nie było nie­po­ro­zu­mień.

  • Teresa

    Jakoś nie docze­ka­łam się odpo­wie­dzi na pytanie o to jak powstały wymie­nione w artykule planety, zadałam więc sobie trud odna­le­zie­nia pewnych infor­ma­cji odnośnie tego tematu, tak więc: PSR 1275+12 jest pulsarem mili­se­kun­do­wym, czyli w zasadzie to jest układ podwójny. W przy­padku pulsara mili­se­kun­do­wego “odpa­ro­wuje” on swojego towa­rzy­sza gwiaz­do­wego, a odpa­ro­wana w ten sposób materia może osiągnąć w jakiejś odle­gło­ści od pulsara stabilną orbitę i wytwo­rzyć dysk materii, w którym to mogą utworzyć się owe planety. Tak więc wokół pulsara mogą tworzyć się dyski materii złożonej z pyłu i gazu. Nie rozumiem nadal jednak dlaczego planety odkryte przez Wolsz­czana okre­ślone zostały jako strzępy ocalałe po eks­plo­zji super­no­wej. “Przeżyły” ten wybuch?

  • Teresa

    Dziękuję za odpo­wiedź.

  • BloodMan

    sądzę, że Komisja Noblow­ska postą­pi­łaby naj­roz­sąd­niej w ogóle nie nagra­dza­jąc badań planet poza­sło­necz­nych

    Dokład­nie to samo sądzę. NOBEL za odkrycie jakiejś planety poza­sło­necz­nej… eh.
    Mam nadzieję że komisja po fali krytyki pójdzie po rozum do głowy — jest wielu zasłu­żo­nych astro­no­mów, którym taki Nobel się należał jak psu zupa — można było ich zebrać i jako pierwszą nagrodę przyznać wspólnie w kilku może nawet kil­ku­na­stu za cało­kształt wnie­siony do kosmo­lo­gii :]

    Wg mnie byłoby to bardziej spra­wie­dliwe i lepiej przyjęte.