Czytaj dalej

Zanim oddamy się majówkowemu lenistwu, rzućmy okiem na najważniejsze naukowe wydarzenia z ostatniego miesiąca. A działo się wiele: LIGO zarejestrowało nowe fale grawitacyjne, izraelska sonda rozbiła się na Księżycu, a uczeni z EHT pokazali pierwszy obraz czarnej dziury.

Zderzenie gwiazd neutronowych

LIGO znów zarejestrowało ślad zderzenia gwiazd neutronowych

W ostatnim czasie było dość cicho na temat projektu LIGO/Virgo i detekcji fal gra­wi­ta­cyj­nych. Cisza ta została prze­rwana w zeszłym tygodniu, gdy astro­no­mo­wie ogłosili uchwy­ce­nie nowej fali gra­wi­ta­cyj­nej. Cha­rak­te­ry­styka zare­je­stro­wa­nego sygnału sugeruje, że jego źródłem była naj­pew­niej para gwiazd neu­tro­no­wych, położona pół miliarda lat świetl­nych od Ziemi. Super­gę­ste obiekty zderzyły się ze sobą w finale żywio­ło­wego tańca, co wywołało zabu­rze­nie cza­so­prze­strzeni, którego echo dotarło do naszych detektorów. 

To druga detekcja fal gra­wi­ta­cyj­nych pocho­dzą­cych od gwiazd neu­tro­no­wych i piąta w ogóle (jeśli niczego nie prze­oczy­łem). Poprzed­nia, ozna­czona jako GW170817, miała miejsce w paź­dzier­niku 2017 roku. Było to istotne wyda­rze­nie, ponieważ pozwo­liło po raz pierwszy zare­je­stro­wać falę gra­wi­ta­cyjną i jed­no­cze­śnie dostrzec światło wyemi­to­wane podczas tego samego zda­rze­nia. Niestety tym razem sukces nie mógł być tak pełny, z uwagi na tym­cza­sową nie­ak­tyw­ność jednego z inter­fe­ro­me­trów. Prze­szko­dziło to uczonym w pre­cy­zyj­nym okre­śle­niu poło­że­nia źródła zaburzeń gra­wi­ta­cyj­nych, przez co tele­skopy musiały szukać błysku do pewnego stopnia na ślepo. Osta­tecz­nie udało się wyty­po­wać dwa obiekty speł­nia­jące odpo­wied­nie kryteria, ale istnieje też szansa, że żadne z nich nie jest śladem inte­re­su­ją­cej nas kata­strofy. Co ciekawe o odkryciu nie infor­muje ofi­cjalna strona LIGO, a twit­te­rowy profil odsyła do astronomy.com.

Hayabusa 2 zbombardowała planetoidę

Hayabusa 2 wybiła w planetoidzie krater

Tym­cza­sem Hayabusa 2 kon­ty­nu­uje bodaj naj­bar­dziej eks­cy­tu­jącą z aktu­al­nych misji kosmicz­nych. Gdy ostatnio was infor­mo­wa­łem o jej postę­pach, 21 lutego sonda wykonała niełatwy manewr lekkiego muśnię­cia powierzchni pla­ne­to­idy Ryugu. 5 kwietnia Japoń­czycy przy­stą­pili do kolej­nego etapu, wyma­ga­ją­cego jeszcze większej ekwi­li­bry­styki. Urzą­dze­nie wypu­ściło nie­wielki, dwu­ki­lo­gra­mowy ładunek wybu­chowy (Small Carry-on Impactor), który eks­plo­do­wał tuż nad piasz­czy­stym rejonem wybi­ja­jąc krater o średnicy 10 metrów. Zgodnie z planem dopro­wa­dziło to do wyrzu­ce­nia w prze­strzeń głęb­szych warstw skalnych, które następ­nie prze­chwy­ciła orbi­tu­jąca sonda. Za jakiś czas Hayabusa 2 podejmie próbę kolej­nego krót­ko­trwa­łego kontaktu z pla­ne­to­idą – w miejscu świeżo wybitego krateru. Po tym wszyst­kim, pod koniec tego roku, duma japoń­skiej astro­nau­tyki z uni­ka­to­wymi próbkami na pokła­dzie obierze kurs na Ziemię. Szcze­gó­łami ostat­niej operacji JAXA podzie­liła się na swojej witrynie.

Uszkodzone DNA

Biolodzy z UJ opracowali metodę wykrywania uszkodzeń DNA

Łańcuchy DNA zde­cy­do­wa­nie nie są tworami trwałymi. Helisy bez przerwy ulegają uszko­dze­niom, prze­rwa­niom i pęk­nię­ciom. Na szczę­ście ewolucja zabez­pie­czyła się przed tym zja­wi­skiem wykształ­ca­jąc mecha­ni­zmy napraw­cze, które w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przy­pad­ków bły­ska­wicz­nie łatają powstałe defekty. Współ­cze­śni biolodzy dość dobrze orien­tują się w tym co i jak reperuje DNA, ale szcze­góły tego procesu wciąż są tematem dyskusji. Jednym z więk­szych i prak­tycz­nych kłopotów pozo­sta­wał sposób loka­li­zo­wa­nia powsta­łych uszko­dzeń, zwłasz­cza poje­dyn­czych i drobniejszych. 

Wyzwanie podjął kra­kow­ski kwartet w składzie: Mag­da­lena Kordon, Kamil Solar­czyk, Jerzy Dobrucki i Mirosław Zarębski. Naukowcy prze­ko­nują, że opra­co­wane przez nich narzę­dzie STRIND (ang. Sen­si­Tive Reco­gni­tion of Indi­vi­dual DNA Ends) wypełni tę lukę i roz­po­częli pro­ce­durę paten­tową. Metoda opiera się o detekcję nowych wolnych końcówek nici DNA, które powstają przy jej prze­rwa­niu helisy. Dokładne zlo­ka­li­zo­wa­nie wady może przy­nieść ogrom korzyści nie tylko w dia­gno­styce chorób gene­tycz­nych, ale także w ramach inży­nie­rii gene­tycz­nej – nie wyklu­cza­jąc robiącej furorę metody CRISPR/Cas9. Więcej na temat wyna­lazku swoich pra­cow­ni­ków napisała strona Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego.

Ostatnie zdjęcie misji Beresheet.

Lądownik Beresheet rozbił się na Księżycu

Ostatnio wszyscy mają ogromne parcie na Księżyc. W styczniu lądo­wa­nie na Srebrnym Globie zaliczył chiński próbnik Chang’e 4, latem wystar­tuje indyjska wyprawa Chan­dray­aan 2, zaś dwa tygodnie temu swoje ambicje pró­bo­wała zma­te­ria­li­zo­wać izra­el­ska misja Bere­sheet (od hebraj­skiego Na początku). Nie­wielka sonda została wynie­siona w prze­strzeń na pokła­dzie rakiety Falcon 9 i po ponad dwu­mie­sięcz­nym orbi­to­wa­niu wokół Ziemi, na początku kwietnia ruszyła w kierunku naszego natu­ral­nego satelity. Wszystko szło zgodnie z planem aż do finału, który nastąpił 11 kwietnia. Podczas zbli­ża­nia się do powierzchni, na dwie minuty przed samym kon­tak­tem, główny silnik odmówił posłu­szeń­stwa. Podjęto próbę odzy­ska­nia kontroli, jednak było już za późno na wpro­wa­dze­nie korekty, przez co Bere­sheet zano­to­wał bardzo twarde lądo­wa­nie. Powyższe zdjęcie jest ostatnim jakie otrzy­ma­li­śmy przed zerwa­niem łącz­no­ści. Choć było bardzo blisko, Izrael nie stał się czwartym państwem, które z pełnym sukcesem sięgnęło powierzchni Srebr­nego Globu. Więcej o misji pisano na space.com.

Jerzy Zięba z zarzutami

Postawiono zarzuty znachorowi Jerzemu Z.

Teraz dobra wia­do­mość z frontu walki z pseu­do­nauką. Kilka dni temu do siedziby firmy Visanto weszła policja. Sto­ją­cemu na jej czele Jerzemu Ziębie oraz jego wspól­ni­kom pro­ku­ra­tura posta­wiła zarzut bez­praw­nego handlu środkami far­ma­ceu­tycz­nymi. Jeśli wierzyć prasie, na handlu różnymi fał­szy­wymi medy­ka­men­tami, ziołami, wita­mi­nami (osła­wioną lewo­skrętną witaminą C) i struk­tu­ry­za­to­rami wody – naj­czę­ściej po kom­plet­nie nie­uza­sad­nio­nych cenach – zło­to­usty biz­nes­men miał zarobić ponad 23 miliony złotych. Zależnie od prze­biegu procesu, grozi mu do dwóch lat pozba­wie­nia wolności. 

Na szczę­ście dla znachora zarzuty dotyczą wyłącz­nie jego dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej. Jak na razie polski wymiar spra­wie­dli­wo­ści nie jest zain­te­re­so­wany samą szko­dli­wo­ścią pseu­do­me­dycz­nej dzia­łal­no­ści inży­niera. Jerzy Zięba od lat promuje róż­no­ra­kie pseu­do­te­ra­pie, jak leczenie raka witaminą C lub pestkami moreli; walka z twar­dziną układową za pomocą ćwiczeń odde­cho­wych, czy powięk­sza­nie piersi przez hipnozę. Przede wszyst­kim jednak znachor znie­chęca spo­łe­czeń­stwo do lekarzy, czynnie wspie­ra­jąc ruch pro­epi­de­mi­ków oraz odra­dza­jąc kla­syczne metody leczenia (w tym che­mio­te­ra­pię). Więcej o początku końca autora Ukrytych terapii prze­czy­ta­cie na co drugim portalu.

Egzoplanety z układu HD 21749

TESS odkrył egzoplanetę najbliższą rozmiarami Ziemi

Obcho­dzący swoją pierwszą rocznicę teleskop kosmiczny TESS przy­słu­żył się już zare­je­stro­wa­niem niemal 400 nowych planet poza­sło­necz­nych. Do naj­cie­kaw­szych obser­wa­cji bez wąt­pie­nia należy zaliczyć trwającą od stycznia analizę okolic gwiazdy HD 21749. Czerwony karzeł leży 53 lata świetlne od Ziemi i okrążają go co najmniej dwa globy. Pierwszy to HD 21749b, gazowy olbrzym okre­ślany jako planeta sub­nep­tu­nowa, o masie 23 Ziem. Drugi, o ozna­cze­niu HD 21749c, jest ska­li­stym światem o znacznie skrom­niej­szych gaba­ry­tach i wzbudził niemałe pod­nie­ce­nie wśród astro­no­mów. Prze­pro­wa­dze­nie dokład­nego pomiaru tak małych obiektów nigdy nie jest łatwe, ale jeżeli przy­pusz­cze­nia są pra­wi­dłowe, mamy do czy­nie­nia z planetą naj­bar­dziej przy­po­mi­na­jącą Ziemię spośród wszyst­kich dotąd pozna­nych ciał poza­sło­necz­nych. Mowa jednak tylko o podo­bień­stwie pod względem roz­mia­rów. Na razie nie wiemy za wiele o panu­ją­cych na jej powierzchni warun­kach, ale z uwagi na nie­wielką odle­głość od swojej gwiazdy (zaledwie kilka milionów kilo­me­trów), niemal na pewno panują tam pie­kielne tem­pe­ra­tury. Tak czy inaczej, odkrycie każdej kolejnej drobnej planety ska­li­stej, wciąż stanowi nie lada sztukę i wyda­rze­nie warte odno­to­wa­nia. Ory­gi­nalną publi­ka­cję zespołu Diany Dragomir znaj­dzie­cie na łamach Astro­phy­si­cal Journal.

Odbyła się pierwsza komercyjna i (prawie) w pełni udana misja Falcona Heavy

Pewnie pamię­ta­cie dzie­wi­czy lot Falcona Heavy z lutego poprzed­niego roku. W ramach testu, naj­więk­sza rakieta Elona Muska wyniosła wtedy w prze­strzeń Teslę Roadster z posa­dzo­nym za kie­row­nicą mane­ki­nem o imieniu Starman. Drugi start super­cięż­kiej maszyny zapla­no­wano na 11 kwietnia z Centrum Kosmicz­nego im. Ken­ne­dy­’ego, jednak przez silne wiatry i fatalne warunki pogodowe osta­tecz­nie odbył się on dobę później. Tym razem ładunek stanowił satelita tele­ko­mu­ni­ka­cyjny sau­dyj­skiego koncernu Arabsat. Oczy­wi­ście dla fanów astro­nau­tyki i pra­cow­ni­ków SpaceX, naj­waż­niej­sze było pytanie, czy tym razem uda się odzyskać wszyst­kie trzy boostery. Rok temu atmos­ferę sukcesu zepsuł ostatni etap misji. Podczas gdy dwa boczne człony rakiety z gracją osiadły na flo­rydz­kich Landing Zone, człon cen­tralny nie trafił w pły­wa­jącą plat­formę Of Course I Still Love You i wpadł do oceanu. 

Tym razem triumf był jeszcze bliższy. Zarówno człony boczne jak i cen­tralny, bez­pro­ble­mowo osiadły na wyzna­czo­nych lądo­wi­skach. Pech przy­szedł nieco później. Z uwagi na sztorm, SpaceX nie wysłało ludzi, którzy zabez­pie­czy­liby pokład OCISLY. Zgodnie z naj­czar­niej­szym sce­na­riu­szem, olbrzy­mie fale roz­bu­jały plat­formę na tyle aby zachwiać głównym członem Falcona i strącić go do oceanu. Chcia­łoby się rzec: do trzech razy sztuka. Pol­sko­ję­zyczną relację z samego startu znaj­dzie­cie u Flo­ry­dziaka, nato­miast o pechowej utracie środ­ko­wego boostera prze­czy­ta­cie na theverge.com.

Homo luzonensis

Na Filipinach odkryto gatunek Homo luzonensis

Drzewo gene­alo­giczne naszego gatunku ciągle się rozrasta. W grocie Callao na fili­piń­skiej wyspie Luzon naukowcy natra­fili na szczątki osob­ni­ków nie­zna­nego dotąd gatunku. O Homo luzo­nen­sis nie potra­fimy na razie powie­dzieć zbyt wiele, poza tym, że byli znacznie mniejsi od czło­wieka współ­cze­snego i zamiesz­ki­wali połu­dniową Azję 750–50 tys. lat temu. O ist­nie­niu w tym regionie innego hominida zaczęto mówić już w 2007 roku, gdy zna­le­ziono nie­ty­pową kość śród­sto­pia pocho­dzącą sprzed 67 tys. lat (podczas gdy Homo sapiens zjawił się na wyspie nie wcze­śniej niż 40 tys. lat temu). Było to jednak zde­cy­do­wa­nie za mało aby ogłosić odkrycie. Tym razem eks­pe­dy­cja pod kie­row­nic­twem Florenta Détroita z Muséum National d’Hi­sto­ire Natu­relle odkopała 12 frag­men­tów kości, pocho­dzą­cych naj­praw­do­po­dob­niej od trzech różnych osob­ni­ków. Arche­olo­dzy twierdzą, że szczątki wykazują poje­dyn­cze cechy mor­fo­lo­giczne dostrze­żone u innych gatunków z rodzaju Homo (zwłasz­cza Homo flo­re­sien­sis i Homo sapiens), jednak ogólna kom­bi­na­cja zde­cy­do­wa­nie wskazuje na nowy gatunek. Taką kon­klu­zję można znaleźć w ofi­cjal­nej publi­ka­cji na łamach Nature.

Obraz Saggitarius A*.

EHT zaprezentował pierwszy w dziejach obraz czarnej dziury

Na koniec to, o czym wszyscy wszędzie pisali, czyli długo wycze­ki­wane wyniki pracy Event Horizon Tele­scope. Projekt współ­two­rzyło osiem radio­te­le­sko­pów roz­rzu­co­nych po całej Kuli Ziem­skiej, które przez kilka lat gro­ma­dziły całe peta­bajty danych. Pier­wot­nie rezul­taty obser­wa­cji miały zostać pokazane pod koniec 2018 roku, ale analiza i obróbka mate­riału okazały się znacznie większym wyzwa­niem niż począt­kowo zakła­dano. W końcu jednak docze­ka­li­śmy się. Podczas kon­fe­ren­cji 10 kwietnia Sheperd Doeleman obwie­ścił: “Mamy pierwszy obraz czarnej dziury. To nie­zwy­kły wyczyn naukowy dokonany przez zespół ponad 200 naukow­ców”. Pewne zasko­cze­nie stanowił wybór poka­za­nego obiektu. Aż do ostat­niej chwili spo­dzie­wano się obrazu Sagit­ta­riusa A* – cen­tral­nej czarnej dziury Drogi Mlecznej. Zde­cy­do­wano się jednak na upu­blicz­nie­nie sylwetki drugiego z z branych pod uwagę potworów – super­ma­syw­nej czarnej dziury zale­ga­ją­cej w jądrze odda­lo­nej 54 mln lat świetl­nych galak­tyki M87.

Pokazana ilu­stra­cja migiem obiegła media i stała się zja­wi­skiem popkul­tu­ro­wym. Mimo, że walory este­tyczne obrazu M87 pozo­sta­wiają wiele do życzenia, pierwszy naoczny ślad hory­zontu zdarzeń oko­lo­nego roz­pa­loną materią słusznie działa na wyobraź­nię. Nie wolno też zapo­mi­nać, że EHT nie kończy pracy, lecz dopiero ją zaczyna. Za jakiś czas otrzy­mamy obiecany obraz Sagit­ta­riusa A*, zaś sam projekt będzie stale roz­bu­do­wy­wany i nakie­ro­wy­wany na kolejne obiekty – nie tylko czarne dziury. Można powie­dzieć, że jesteśmy świad­kami otwarcia kolej­nego roz­działu w historii radio­astro­no­mii. Więcej infor­ma­cji na ten temat znaj­dzie­cie oczy­wi­ście na ofi­cjal­nej stronie eventhorizontelescope.org. Z kolei na Kwantowo możecie zapoznać się z roz­mia­rami czarnej dziury w M87, a także prze­czy­tać wywiad z Maciejem Wiel­gu­sem, który oso­bi­ście brał udział w wali­da­cji danych z EHT.

Z kolejnym prze­glą­dem naj­waż­niej­szych wia­do­mo­ści ze świata nauki przybędę do was, jak zwykle, na początku kolej­nego miesiąca.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.