Młyny nauki mielą powoli, lecz nad wyraz skutecznie. Teoria inteligentnego projektu nie jest zaś wodą na ten młyn: to plewy, które trzeba odsiać. Miejmy nadzieję, że zostanie odsiana, zanim zbyt poważnie uszkodzi umysły młodego pokolenia.
Seth Lloyd, Jak dużą inteligencję ma wszechświat?
Lato się kończy, a ja wciąż nie podsumowałem czerwcowych wydarzeń, jakie rozegrały się w gmachu Sądu Okręgowego w Warszawie. Chodzi oczywiście o drugą już rozprawę, dotyczącą rzekomego naruszenia dóbr osobistych Fundacji En Arche. Wiem, że powinienem to zrobić od razu, ale jakoś długo nie potrafiłem się przemóc. Najpierw dlatego, że chciałem podejść do tematu na chłodno, po opadnięciu emocji. Potem natomiast mój umysł robił wszystko, żeby tylko nie wracać myślami na salę rozpraw.
Ostatecznie jednak jestem wam winny tę relację. Jakby nie patrzeć, cała historia nie miałaby miejsca, gdyby nie działalność tego bloga i wsparcie jego czytelników. Wasze wsparcie. Pomyślałem też, że będzie to piękne uhonorowanie okrągłych rocznic dwóch innych batalii sądowych z teorią ewolucji w tle. Tak się bowiem zabawnie złożyło, że akurat w tym roku mija 20 lat od potyczki Kitzmiller v. Dover – kiedy to amerykański sąd na podstawie zeznań biegłych uznał inteligentny projekt za pogląd religijny, udający tylko teorię naukową – a także pełne 100 lat od legendarnej sprawy Tennessee v. Scopes, znanej szerzej pod nazwą małpiego procesu.
Zacznijmy może od streszczenia genezy konfliktu, bo nawet weterani Kwantowo mogą już nie pamiętać pierwszych odcinków tej telenoweli. Z góry przepraszam za nadużywanie wtrąceń i dygresji.
Cofnijmy się do Adama i Ewy
Pięć lat temu wraz z grupą innych popularyzatorów nauki sporządziliśmy List otwarty w sprawie pseudonaukowej teorii Inteligentnego Projektu. Ostrzegaliśmy w nim polskich naukowców oraz studentów przed nową falą pseudonauki w formie zakamuflowanych ruchów antydarwinistycznych. Szczególną uwagę zwróciliśmy na poczynania Fundacji En Arche powołanej w celu promowania koncepcji inteligentnego projektu (ang. intelligent design, ID). Organizacja formalnie chwaląca się „działaniami na rzecz nauki i edukacji”, w praktyce, naszym zdaniem pozostaje zainteresowana niemal wyłącznie przeszczepianiem na polski grunt tez, idei i wartości osławionego Discovery Institute.
Jeśli ktoś nie wie, w Stanach Zjednoczonych roi się od fundamentalistów, którzy najchętniej wywaliliby ze szkolnych podręczników teorię ewolucji, zastępując go biblijnym opisem stworzenia. Ich problem polega na tym, że cytowanie Księgi Rodzaju na lekcjach biologii, wydaje się współcześnie zbyt ortodoksyjne nawet dla większości konserwatystów. Dlatego trzydzieści lat temu Jonathan Wells, Stephen Meyer, Phillip Johnson, William Dembski i kilku innych ewangelików doszło do wniosku, że kreacjonizm wymaga generalnego rebrandingu.

Idąc z duchem czasu założyli instytut „badawczy” z siedzibą w Seattle, nadając swojej misji pozory naukowości, obiektywizmu i świeckości. W ten sposób dawni kreacjoniści przywdziali maski poważnych teoretyków projektu. Zamiast powoływać się na biblijne wersety zaczęli opowiadać o poszukiwaniach w przyrodzie śladów projektu, przy czym – gdyby ktoś się czepiał – bez zadawania pytań o naturę projektanta.
Wróćmy do Polski. Nasz apel został opublikowany jako reakcja na webinarium Teoria Inteligentnego Projektu 2020: Granica ewolucji z udziałem prominentnego członka Discovery Institute, Michaela Behego. Przy czym kłopotu nie stanowił sam wykład, lecz fakt, że współorganizatorem i promotorem kontrowersyjnego webinarium miał być Wydział Biologii i Nauk o Środowisku UKSW.

Nie wchodząc w szczegóły, List otwarty przyniósł efekty w postaci m.in. oświadczenia UKSW oraz stanowiska Rady Upowszechniania Nauki PAN. En Arche mogło bronić swoich racji tylko w jeden sposób: merytorycznie wykazując, że promowane przezeń koncepcje są falsyfikowalne i ściśle naukowe, zostały podparte badaniami opisanymi w poważnych periodykach i stanowią realną wartość dla współczesnej biologii, chemii i fizyki. Fundator Krzysztof Bubrowiecki wybrał jednak inną drogę. Podzielił się uroczymi opiniami o mnie i o profesorach PAN, a wszystkich sygnatariuszy listu postraszył pozwem. A ponieważ pozwanie dziesięciu osób okazało się karkołomne, ostatecznie Fundacja uprościła sobie życie, wzywając przed sąd tylko jedną osobę. Mnie.
Według pozwu List otwarty naruszył dobre imię organizacji w trojaki sposób:
- sugerując jej powiązania z zagranicznymi fundamentalistami;
- wspominając o podstępnych działaniach;
- oraz porównując pseudonaukowe idee do „maszkar żerujących na ludzkiej ignorancji”.
Pierwsza rozprawa w siedzibie Sądu Okręgowego w Warszawie odbyła się we wrześniu 2024. Głos zabrali wtedy powołani przeze mnie świadkowie: dr Bartosz Borczyk z Zakładu Biologii Ewolucyjnej i Ochrony Kręgowców Uniwersytetu Wrocławskiego oraz prof. Paweł Golik, reprezentujący Wydział Biologii UW i RUN PAN. Dwaj naukowcy poświęcili swój czas, dowodząc przez bite dwie godziny, że Fundacja wbrew swoim zapewnieniom zajmuje się propagowaniem pseudonaukowej, niefalsyfikowalnej oraz inspirowanej religijnie koncepcji inteligentnego projektu. Jako smaczek dodam, że strona powodowa wnosiła o niedopuszczenie zeznań biologów jako nieistotnych dla sprawy. Sędzia oddalił ten wniosek.

Na drugą rozprawę przyszło mi czekać dziesięć miesięcy.
Zaszczuta fundacja i gnębieni naukowcy
Tym razem przesłuchani mieli zostać główni aktorzy tego dramatu. Z jednej strony Prezes En Arche, Ewa Bubrowiecka, z drugiej ja, Adam Adamczyk jako założyciel Kwantowo i współautor Listu otwartego. Los był w tym przypadku wyjątkowo przewrotny. Rozprawa miała miejsce o 9.00 w środę 25 czerwca – dokładnie w tym samym momencie, gdy startowała rakieta z drugim polskim astronautą na pokładzie. Muszę przyznać, że kiedy parę godzin później odsłuchałem orbitalne orędzie Uznańskiego-Wiśniewskiego o „początkach Polski technologicznej i naukowej”, czułem nieznośny posmak ironii.
Jako pierwsza zeznawała strona powodowa. Pani Prezes mówiła cicho i skromnie, zaczynając od przedstawienia finansów, struktury oraz zasług prowadzonej przez siebie Fundacji.
Już na tym etapie dowiedziałem się czegoś nowego. Chociaż fundatorem En Arche jest Krzysztof Bubrowiecki – przedsiębiorca branży hotelowej – podobno cała organizacja wisi jedynie na drobnych dotacjach, które w ubiegłym roku „na pewno nie przekroczyły tysiąca złotych”. Godne podziwu, zważywszy na to, że mówimy o podmiocie zajmującym się organizacją konferencji w kraju i zagranicą, wydawaniem własnych książek, wspieraniem czasopism (Filozoficzne aspekty genezy) czy nawet finansowaniem badań biedronek na Wyspach Kanaryjskich. Zresztą powódka sama pochwaliła się każdą z tych inicjatyw.
Potem przyszła pora na najważniejsze, czyli spostrzeżenia dotyczące wydarzeń z listopada 2020 roku. Co było łatwe do przewidzenia, Ewa Bubrowiecka zanegowała treść listu, określając go „próbą rozpowszechniania negatywnej opinii oraz zastraszenia środowiska akademickiego tak, aby z nami nie współpracowali”.
Dobór słów nie był przypadkowy. W swoich mediach społecznościowych i tekstach En Arche już wcześniej roztaczało atmosferę trwogi i zaszczucia. Sygnatariusze listu byli nazywani „przedstawicielami modnej ostatnio kultury hejtu, agresji i nienawiści” oraz „współczesnymi hunwejbinami”, zaś samą publikację określono jako „łobuzerski wybryk”. To prosta, rzekłbym prymitywna taktyka, polegająca na demonizowaniu przeciwnika. W tej bajce nie jesteśmy grupą blogerów, popularyzatorów i pracowników naukowych ostrzegających przed pseudonauką, lecz bandą niebezpiecznych i agresywnych łobuzów (o ile zbrodniarzy z chińskiej Czerwonej Gwardii, z którymi nas zrównano, można pieszczotliwie nazwać łobuzami).

[Dygresja]Dla dopełnienia żartu, Fundacja zasugerowała nawet w jednym z postów, że uzyska mój adres „przy udziale organów ścigania”. Do dziś zachodzę w głowę, czy naprawdę komuś tam przeszło przez myśl, że kwestia dwóch akapitów we wpisie na blogu, to materiał na sprawę karną.[/Dygresja]
Brnąc dalej w tę emocjonalną narrację, Pani Bubrowiecka w pewnym momencie zaczęła insynuować, że „gnębiłem” uczelnie telefonami. Z tego, co ja pamiętam, usiłowałem skontaktować się wyłącznie z dziekanem Wydziału Biologii UKSW i to bezskutecznie, ponieważ zakończyłem na krótkiej rozmowie z panią z dziekanatu. Byłem więc dość zdumiony poziomem własnej sprawczości, słuchając historii o profesorach odmawiających współprac, rzekomo przeze mnie zaszczutych. Sędzia chyba zauważył zaskoczenie na mojej twarzy, bo przerwał powódce, dopytując, czy wie o tym, że zaszczuwałem instytucje telefonami, czy tylko to przypuszcza.

Oczywiście to było tylko przypuszczenie. Sąd po raz pierwszy przywołał stronę do porządku, przypominając jej, że interesują go fakty. Z tym dalej było tak sobie, ponieważ zaraz potem słuchaliśmy anegdoty o jakiejś anonimowej Pani Doktor, która godziła się pisać dla En Arche, ale tylko pod pseudonimem. Bubrowiecka raz jeszcze przedstawiła to jako efekt publikacji listu, choć jednocześnie przyznała, że tajemnicza badaczka nigdy wprost nie zdradziła przyczyn swojej decyzji.
[Dygresja]Przerwa na eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie sytuację, w której na jakimś niedużym blogu pojawiłby się list otwarty przestrzegający przed działalnością Centrum Nauki Kopernik, albo Narodowego Centrum Badań Jądrowych, albo jakiejkolwiek innej poważnej instytucji naukowej. Jaki byłby efekt? Czy jakiś profesor z CNK zacząłby nagle pisać pod pseudonimem? Czy fizycy przestaliby przyjmować zaproszenia z NCBJ, trwożąc się o swoją karierę i dobre imię, bo Adamczyk z kolegami coś tam naskrobali w internecie? Oczywiście nie. Dorobek takich podmiotów broni się sam. Zmierzam do tego, że naukowcy na koniec sami oceniają sytuację. Gdyby inteligentny projekt nie był pseudonauką, to żaden uczony nie wstydziłby się występowania pod jego szyldem. My chcieliśmy się tylko upewnić, że każdy potencjalny gość En Arche będzie miał pełną świadomość, że jego autorytet zostanie wykorzystany do popularyzacji ID.[/Dygresja]
Dalej prezeska stanowczo zaprzeczyła, że kierowana przez nią Fundacja ma „formalne czy nieformalne”, „osobowe, finansowe lub organizacyjne” powiązania z Discovery Institute (proszę, żebyście dobrze zapamiętali to oświadczenie). Dodała również, że nie promują „skrajnych” poglądów antyewolucyjnych. Tylko nieskrajne. Zauważyła łaskawie, że „teoria ewolucji ma ogromne zasługi dla nauki”, jednakże są też „pewne pola i zjawiska, których ta teoria w chwili obecnej nie wyjaśnia”. W odróżnieniu do ID.
Powoływanie się na fakt – co mają w zwyczaju zwolennicy ID – że „nie wyjaśniliście jeszcze wszystkiego” , nie jest konkurencyjną hipotezą. Biologia ewolucyjna z pewnością nie rozwiązała jeszcze wszystkich problemów, z jakimi borykają się biologowie, lecz inteligentny projekt nie podjął, jak na razie przynajmniej, próby wyjaśnienia czegokolwiek.
D. Dennett, O wielkiej mistyfikacji zwolenników teorii inteligentnego projektu
Punktem kulminacyjnym tej rundy okazało się pytanie o statut Fundacji. Jej pierwszy statut. Żeby to dobrze wybrzmiało, najpierw przypomnę post, który pojawił się na profilu En Arche 12 listopada 2020 roku:

Czyli podobnie jak w przypadku Discovery Institute, założycieli En Arche interesuje wyłącznie czysta, niezmącona niczym nauka. Tymczasem w momencie rejestrowania Fundacji w 2017 roku, odpis w KRS wyglądał tak:

Tym razem to Pani Bubrowiecka wyglądała na zdezorientowaną. Miała do tego prawo, ponieważ celowo nie wyciągałem tego dokumentu w żadnej ze swoich dotychczasowych wypowiedzi, czekając na odpowiedni moment. I tak jak się spodziewałem, przedstawiciele Fundacji „działającej na rzecz nauki i edukacji” nie pomyśleli o tym, że komuś zachce się grzebać w Krajowym Rejestrze Sądowym (podziękowania dla jednego ze współautorów listu, Marka Glazera, który zwrócił moją uwagę na ten aspekt).
Wyjaśnienie było co najmniej niezgrabne. Powódka mówiła coś o tym, że na samym początku fundatorzy mieli ograniczone środki i dopiero po jakimś czasie zdecydowali się na wydzielenie drugiej fundacji, Prodoteo, skupionej już wyłącznie na promowaniu wiedzy z zakresu apologetyki chrześcijańskiej. Fajnie, tylko po co to przejaskrawione udawanie świeckości? Po co zarzekać się, że Fundacja En Arche nie jest powiązana „z żadną organizacją religijną”, skoro sama osoba fundatora łączy ją z całkowicie religijną Fundacją Prodoteo?

Trudno nie dostrzec w tym wszystkim podobieństw z tzw. strategią klina. Jest to wewnętrzny, wieloetapowy plan działania Discovery Institute, który wyciekł do przestrzeni publicznej w latach 90. Dokument artykułuje wprost, że nadrzędnym celem teoretyków projektu pozostaje „podważenie naukowego materializmu” i ponowne „otwarcie drogi do szeroko teistycznego pojmowania natury”. Żeby to osiągnąć, autorzy wzywają do stopniowego wbijania klina w główny nurt nauki przez podważanie teorii ewolucji, wydawanie własnych książek, czasopism, czy filmów i wreszcie pozyskiwanie wpływowych dziennikarzy, polityków i profesorów.
Wprowadzenie ID na uniwersytety jest elementem szerszego projektu społecznego, mającego prowadzić do „odnowy duchowej i kulturowej”. (W trakcie pierwszej rozprawy wątek ten został przywołany i omówiony przez dr. Borczyka).
To właśnie jeden z powodów, dla których pisaliśmy w liście o podstępnych działaniach ruchu ID oraz nieszczerości, co do jego rzeczywistych intencji. Inteligentny projekt jest kolejną odsłoną kreacjonizmu, a teoretycy projektu od początku są motywowani religijnie. Czy mają do tego prawo? Jak najbardziej. Tak samo jak ich odbiorcy mają pełne prawo wiedzieć, że pod płaszczykiem „nauki” kryje się coś więcej.
Moje zeznania
Na tym zakończyła się część Pani Prezes i zaczęła moja. O dziwo sąd niemal pominął kwestię ostatniego akapitu listu i „maszkar żerujących na ludzkiej ignorancji”, koncentrując się na wątku współpracy z zagranicznymi fundamentalistami.
Żeby wytłumaczyć zasadność takiego sformułowania, przywołałem sylwetkę jednego z głównych architektów światowego ruchu ID, zmarłego w ubiegłym roku Jonathana Wellsa. Amerykanin uchodził za jeden z najwyższych autorytetów Discovery Institute i był przywoływany przez En Arche w przynajmniej czterdziestu postach.
Fundacja nie wspomina jednak ani słowem, że Wells przez pięćdziesiąt lat swojego życia współtworzył Kościół Zjednoczeniowy, czyli Stowarzyszenie Ducha Świętego na rzecz Zjednoczenia Światowego Chrześcijaństwa. To sekta założona w latach 50. przez Sun Myung Moona, samozwańczego ojca ludzkości, który miał dokończyć niezrealizowane dzieło Jezusa (chyba nie wyszło). Wells nie był tylko szeregowym wyznawcą. Publikował eseje teologiczne i budował intelektualne zaplecze wspólnoty Moona.

W trakcie sędzia zapytał mnie, czy uważam, że osoba wierząca nie może zajmować się nauką. Odpowiedziałem, że problemem nie jest wiara sama w sobie, tylko umiejętność rozdzielenia pracy badawczej od sfery duchowej. Jonathan Wells zdecydowanie tej umiejętności nie posiadał. Nie rozpoczął studiów biologicznych, bo interesowało go poznawanie natury, tylko po to, żeby szukać potwierdzenia dla ustalonej z góry tezy. Jeszcze zanim przekroczył bramę uniwersytetu, wiedział, że musi „zniszczyć darwinizm”:
Ojciec wypowiadał się przeciwko złu na świecie; między innymi często krytykował teorię Darwina, że organizmy żywe powstały bez celowego, twórczego działania Boga. (…) Słowa Ojca, moje studia i modlitwy przekonały mnie, że powinienem poświęcić życie zniszczeniu darwinizmu, tak jak wielu moich kolegów z Kościoła Zjednoczeniowego poświęciło swoje życie zniszczeniu marksizmu. Kiedy Ojciec wybrał mnie (wraz z około tuzinem innych absolwentów seminarium) na studia doktoranckie w 1978 roku, z radością przyjąłem możliwość przygotowania się do walki.
Jonathan Wells, Dlaczego zdecydowałem się na drugi doktorat
Ale tego wszystkiego nie dowiecie się ze stron poświęconych ID. W tym uniwersum Wells jest po prostu znakomitym naukowcem i specjalistą od biologii molekularnej. Przemilczenie tak ewidentnych pozanaukowych motywacji, to moim zdaniem kolejny przykład nieszczerości i podstępu.
Inni przedstawiciele Discovery Institute wcale nie reprezentują się pod tym względem wiele wiarygodniej. Michael Behe należy do Międzynarodowego Stowarzyszenia Szkół Chrześcijańskich. Guillermo Gonzalez to współzałożyciel magazynu Fakty i wiara. Angus Menuge jest członkiem Ewangelickiego Towarzystwa Filozoficznego. William Dembski kończył Seminarium Teologiczne w Princeton. I tak dalej.
Jestem w pełni przekonany, że tę ekipę można z czystym sumieniem nazwać fundamentalistami. A na wypadek, gdyby ktoś chciałby zarzucić mi ateistyczne uprzedzenia, odsyłam do równie chłodnej opinii księdza prof. Michała Hellera:
W tej smutnej historii walki amerykańskiego religijnego fundamentalizmu nastąpiły dwa poważne zawłaszczenia. W teologii chrześcijańskiej termin kreacjonizm był od wczesnej epoki patrystycznej terminem technicznym. (…) Obecnie w popularnym odbiorze kreacjonizm przeciwstawia się ewolucjonizmowi i jest traktowany jako synonim zacofania i antynaukowości. Stanowi to oczywiste następstwo fundamentalistycznej próby przekształcenia kreacjonizmu w pseudonaukową koncepcję zwaną creation science. (…) Drugim takim zawłaszczonym terminem jest Intelligent Design. Oczywiście, każdy człowiek wierzący w Boga zdaje sobie sprawę z tego, że stwarzając świat, Bóg miał „inteligentny projekt”, choć nie należy go rozumieć tak, jak się rozumie np. projekt konstrukcyjny jumbo jeta. (…) Dziś nie można już użyć określenia „Inteligentny Projekt” w odniesieniu do stworzenia świata bez natychmiastowych skojarzeń z ideologią Johnsona i Discovery Institute. Ich koncepcja stanowi przeciwieństwo tych treści, które Einstein zawarł w swoim pojęciu the Mind of God.
Michał Heller, Filozofia przypadku. Kosmiczna fuga z preludium i codą
[Dygresja]Zachęcam również do lektury gościnnego tekstu Dlaczego „inteligentny projekt” nie zastąpi teorii ewolucji? brytyjskiego teologa i biologa Samuela McKee’a.[/Dygresja]
Kolejną tezą, którą miałem obowiązek udowodnić, było istnienie związku En Arche z tymi fundamentalistami. Mam nadzieję, że macie jeszcze w pamięci słowa Ewy Bubrowieckiej, która pod przysięgą twardo zaprzeczyła, jakoby jej Fundacja posiadała jakiekolwiek powiązania z zagranicznymi podmiotami.
Oto jak prezentuje się rzeczywistość.
List z listopada 2020 roku powstał w związku zaproszeniem przez En Arche do Warszawy Michaela Behego – autora (obalonej) hipotezy nieredukowalnej złożoności i ważnego członka Discovery Institute. Kilka miesięcy wcześniej En Arche zorganizowało konferencję Ikony ewolucji – Nauka czy mit?, przy specjalnym udziale Jonathana Wellsa – znanego nam już przedstawiciela Discovery Institute i Kościoła Zjednoczeniowego. W październiku 2023 roku miała miejsce debata Czy teoria ewolucji znajduje się w kryzysie? – na liście gości figurował Michael Denton, znów związany z Discovery Institute. Nawet tuż przed rozprawą Fundacja przygotowała dyskusję z udziałem Williama Dembskiego – kolejnego frontmena Discovery Institute – w Bibliotece Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Tak sobie myślę, że gdybym sam organizował konferencje, wykłady i debaty z udziałem jakiejś instytucji; gdybym regularnie publikował u siebie gościnne artykuły jej członków oraz przeprowadzał z nimi całe serie wywiadów na swój kanał YouTube – uznałbym, że łączy mnie z tą instytucją pewna zażyłość. W każdym razie, na pewno nie obrażałbym się, gdyby zewnętrzny obserwator uznał to za objaw ścisłych związków. Zwłaszcza, że to jeszcze nie wszystko.
Niecały rok przed listem trafiłem na szczodrą ofertę stypendium En Arche. Konkurs skierowany był do studentów oraz doktorantów zainteresowanych „neodarwinistyczną teorią ewolucji oraz jej krytyką z pozycji teorii inteligentnego projektu”. Kandydaci zostali poproszeni o napisanie eseju, obowiązkowo uwzględniającego literaturę amerykańskich teoretyków projektu, takich jak Meyer, Behe, Denton, Dembski, Wells (zgadnijcie co ich łączy?). Pomijając wątpliwą wartość naukową projektu w takiej postaci, nagrodą dla zwycięzcy, poza comiesięcznym wsparciem finansowym, miał być wyjazd do Seattle i staż – jakżeby inaczej – w siedzibie Discovery Institute.

Wreszcie dochodzimy do wydawnictwa En Arche. Wystarczy rzut okiem na ich ofertę, żeby zauważyć znajome nazwiska. Behe, Denton, Dembski, Johnson, Axe, Flannery, Ruse, Sewell i oczywiście z pięć razy Wells. Żeby nie operować na ogólnikach, przed rozprawą przeanalizowałem cały katalog i jak wyliczyłem, na 44 dostępne w tamtym momencie publikacje, przynajmniej 37 wyszło spod ręki któregoś z przedstawicieli Discovery Institute. To aż 84% całości. Nie byłoby najmniejszej przesady w stwierdzeniu, że wydawnictwo En Arche powstało głównie po to, żeby tłumaczyć i kolportować treści produkowane przez ich przyjaciół z Seattle.
Używam słowa „przyjaciel”, ponieważ tak właśnie członków En Arche określał na swoim blogu sam Jonathan Wells, wspominając ciepło przyjazd do Warszawy z 2020 roku. W tym samym wpisie stwierdził nawet, że „Fundacja przypomina mu Discovery Institute sprzed dwudziestu lat”. Najwyraźniej Amerykanin nieco inaczej postrzegał relację obu podmiotów.
Zeznania Ewy Bubrowieckiej, która tak kategorycznie wykluczyła związki z Discovery Institute, brzmią w tym kontekście dość osobliwie. W liście napisaliśmy o ścisłych powiązaniach, ponieważ są one ewidentne. Nie wiem czy można je nazwać związkami „osobowymi, finansowymi lub organizacyjnymi” – my żadnego z tych słów nie użyliśmy – ale współpraca między tymi dwoma organizacjami jest permanentna, wielopłaszczyznowa i widoczna gołym okiem.
[Dygresja]Ale z tym brakiem związków osobowych, to też tak średnio. Na liście płac Fundacji znajduje się m.in. ojciec Michał Chaberek. Przyznała to sama Pani Bubrowiecka, twierdząc że teolog-zakonnik to ekspert w dziedzinie inteligentnego projektu. Pani Prezes zapomniała jednak, a może nie wiedziała, że dominikanin odbył stypendium naukowe w Discovery Institute.[/Dygresja]
Zwrot akcji
Swoich zeznań nie dokończyłem. Po jednej z odpowiedzi sędzia dość niespodziewanie zapytał, czy naprawdę nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia. Chyba nikt nie chciałby w takiej sytuacji wyjść na awanturnika, więc obie strony ostrożnie wyraziły zgodę na próbę ugody. Protokołowanie zostało wstrzymane, atmosfera zelżała i zaczęliśmy pertraktacje.
Rozmowy trwały 40 minut i dotyczyły przeredagowania newralgicznych fragmentów listu. Szybko ujawnił się jednak pewien problem formalny: w zasadzie nie mam prawa do samodzielnej edycji treści, która przecież została sformułowana i podpisana przez dziesięć osób. Mogę odpowiadać tylko za swoje słowa, zatem bez względu na wynik ugody czy całego procesu, oryginalne brzmienie Listu otwartego pozostanie bez zmian. Jedyne co mogłem zaproponować w tej sytuacji, to opublikowanie drugiej, uaktualnionej wersji tekstu i poinformowanie o niej w swoich kanałach społecznościowych.
Przypominało to przeciąganie liny. Ostatecznie zgodziłem się na wykreślenie słów, które najbardziej uwierały En Arche w pierwszym akapicie oraz usunięcie ostatniego akapitu w całości. „Ścisłe powiązania z zagranicznym fundamentalistami”, miało zastąpić bardziej neutralne zdanie o współpracy z Discovery Institute.
Trudniejsze okazało się wypracowanie satysfakcjonującego obie strony oświadczenia. En Arche robiło wszystko, żeby w treści pojawiło się coś o wycofaniu krzywdzących i niesprawiedliwych ocen. Trudno było mi nie odnieść wrażenia, że próbują uzyskać przeprosiny pod płaszczykiem ugody. Ja obstawałem przy suchej wiadomości o edycji poszczególnych fragmentów listu. Przez moment byliśmy całkiem blisko porozumienia.
Wtedy nastąpił kolejny zwrot akcji.
W żadne ugody nie będziemy się bawić…
Do szeptów między prezeską i jej pełnomocnikiem z każdą minutą coraz żywiej podłączał się starszy pan zajmujący pierwszą ławkę widowni. Był to rzecz jasna Krzysztof Bubrowiecki, fundator En Arche i ojciec powódki. Sędzia pozwolił im opuścić salę w celu narady.
Kiedy powrócili po paru minutach coś się zmieniło. Pełnomocnik Fundacji zaczął twardo wymagać ode mnie ukorzenia i przyznania w oświadczeniu, że przekroczyłem granicę. Odmówiłem, ponieważ nie na tym polega ugoda. Impas. Sędzia już wyraźnie zmęczony i zniecierpliwiony zaistniałą sytuacją, zapytał Bubrowieckich wprost: „czyli odrzucacie państwo warunki ugody”? Kiedy usłyszał nieśmiałe potwierdzenie, rzucił tylko krótko: „w takim razie kolejna rozprawa lutym”. I zamknął posiedzenie.

Skłamałbym udając, że nie czułem irytacji, ale nie powinienem też być całkowicie zaskoczony. Wszystko, czego doświadczam doskonale wpisuje się w schemat klasycznego procesu SLAPP – strategicznego postępowania sądowego przeciwko udziałowi społecznemu. Tu nigdy nie chodziło o żadne dobra osobiste, bzdury o „gnębieniu” naukowców, czy związki z Discovery Institute. Jeśli nasz list zadziałał, to tylko dlatego, że zwrócił uwagę społeczności akademickiej na pseudonaukowy, antyewolucyjny charakter En Arche oraz całego ruchu ID.
To jest istota sprawy. To podstawowy powód, dla którego list w ogóle powstał, a który został całkowicie przemilczany w pozwie. Nie dziwię się, bo wtedy sąd musiałby wziąć pod uwagę zeznania naukowców.
Zamiast tego bawimy się w semantyczne szachy. Cała obrona En Arche sprowadza się do kuriozalnych argumentów w stylu:
- Fundacja jest antydarwinistyczna, ale nie skrajnie;
- słowo „podstępny” może się kojarzyć z „bezprawny” (choć nigdzie nie ma takiej sugestii);
- „związki” nie brzmią tak ładnie jak współpraca;
- nawet jeżeli istnieją jakieś związki to nie są „ścisłe”;
- nawet jeżeli związki są ścisłe, to nie finansowe (nigdzie nie zawarliśmy żadnej wzmianki o finansach);
- „fundamentalizm” jest pejoratywny, bo kojarzy się z islamskimi terrorystami;
- list i mail to narzędzia „zastraszania” pracowników naukowych;
- metafory z „maszkarami” to paskudny hejt, ale porównania do komunistycznych zbrodniarzy są cacy.
Celem SLAPP nie jest wygrana sama w sobie, lecz wywołanie efektu mrożącego. Zniechęcenie kolejnych potencjalnych krytyków do zabierania głosu. Pogrożenie paluchem i przypomnienie, że organizacja ma wszelkie środki, żeby skutecznie uprzykrzyć ci życie.

I powiem wam, że rzeczywiście jestem tym wszystkim zmęczony. Każda rozprawa to dwudniowy wyjazd, szukanie noclegu, koszty i przygotowania, formalne oraz merytoryczne. Jednak, jeśli Pani Bubrowiecka nie koloryzowała i nasz krótki list naprawdę trafił do środowiska akademickiego, choć trochę utrudniając ekspansję inteligentnego projektu w Polsce – to chyba było warto.
