Mało kto dziś pamięta, że siedem lat przed Czarnobylem, podobna katastrofa mogła nastąpić po drugiej stronie Atlantyku. Mimo, że awaria reaktora TMI-2 ostatecznie została opanowana, jej skutki są odczuwalne do chwili obecnej.

Na początek cie­ka­wostka. Elek­trow­nie jądrowe zaspo­ka­jają obecnie niecałe 20% zapo­trze­bo­wa­nia ener­ge­tycz­nego Stanów Zjed­no­czo­nych. Wynik ten powinien być znacznie bardziej impo­nu­jący, lecz spośród 250 roz­po­czę­tych inwe­sty­cji, jedynie połowa (!) docze­kała się reali­za­cji, a około 50 już ukoń­czo­nych placówek zostało przed­wcze­śnie wyga­szo­nych. Co więcej, Ame­ry­ka­nie od dawna niemal nie inicjują budowy nowych reak­to­rów, zaś wszyst­kie dzia­ła­jące liczą sobie po trzy­dzie­ści i więcej lat. Dla porów­na­nia: w momencie gdy piszę te słowa, w Chinach trwają prace nad uru­cho­mie­niem 25 nowych reak­to­rów.

Jak to się stało, że naj­więk­sza gospo­dar­cza i naukowa potęga współ­cze­snego świata tak oszczęd­nie korzysta z dobro­dziej­stwa ofe­ro­wa­nego przez fizykę jądrową? Odpo­wiedź nie należy do szcze­gól­nie ory­gi­nal­nych. Otóż w Stanach Zjed­no­czo­nych nie­zwy­kle żywy pozo­staje powszechny lęk przed potęgą atomu, nie­ustan­nie pod­sy­cany przez prężnie roz­wi­jane ruchy anty­nu­kle­arne oraz zako­rze­nione w popkul­tu­rze posta­po­ka­lip­tyczne wizje. Jednak nade wszystko niechęć ta jest pod­trzy­my­wana przez pamięć o kon­kret­nym incy­den­cie, sta­no­wią­cym punkt zwrotny w postrze­ga­niu energii nukle­ar­nej. Wbrew pozorom nie chodzi o Czar­no­byl, lecz wcze­śniej­szy wypadek, który o mały włos nie dopro­wa­dził do kolo­sal­nej tragedii na tery­to­rium USA.

Blok nr 2 w Three Mile Island

Wyda­rze­nia, o których mowa, roze­grały się równo czter­dzie­ści lat temu w Pen­syl­wa­nii. Scenę dramatu stanowił oddany do użytku pięć lat wcze­śniej kompleks Three Mile Island, wznie­siony na sztucz­nej wyspie pośrodku rzeki Susqu­ehanna.

Przed wschodem Słońca 28 marca 1979 roku, kiedy więk­szość miesz­kań­ców Har­ris­burga prze­wra­cała się na drugi bok, personel pobli­skiej elek­trowni usłyszał nie­po­ko­jący alarm. Z nie­zna­nej przy­czyny prze­stała działać pompa wodna służąca do chło­dze­nia bloku ener­ge­tycz­nego nr 2. W nor­mal­nej sytuacji, taka infor­ma­cja nie powinna spo­wo­do­wać paniki, bowiem funkcję uszko­dzo­nego pod­ze­społu prze­ję­łaby druga pompa awaryjna, a w razie potrzeby trzecia. Niestety, zastęp­cze urzą­dze­nia okazały się nie­do­stępne. Któryś z niezbyt roz­sąd­nych dyrek­to­rów musiał zade­cy­do­wać wcze­śniej o oddaniu do prze­glądu i remontu jed­no­cze­śnie wszyst­kich pomp awa­ryj­nych. W końcu co złego mogło się stać? Jaka jest szansa, że akurat w ciągu tych kilku tygodni dodat­kowe pompy okażą się potrzebne?

Efekt był taki, że gene­ra­tor pary przy reak­to­rze przestał otrzy­my­wać świeżą wodę, a tem­pe­ra­tura układu nie­bez­piecz­nie wzrosła. Ale spo­koj­nie – kon­struk­to­rzy prze­wi­dzieli spe­cjalny zawór bez­pie­czeń­stwa, służący do wypusz­cze­nia nadmiaru prze­grza­nej pary i zmniej­sze­nia ciśnie­nia, tak aby nie doszło do roz­sz­czel­nie­nia lub wybuchu. I rze­czy­wi­ście zawór zadzia­łał, tyle, że również nie bez kłopotów. Wypuścił nadmiar pary, lecz nie chciał się na powrót zamknąć. To z kolei dopro­wa­dziło do pod­nie­sie­nia ciśnie­nia także w deli­kat­niej­szych zbior­ni­kach awa­ryj­nych oraz ich uszko­dze­nia. W ten sposób 370 tys. litrów skażonej wody opuściło zamknięty obieg, a pompy osu­sza­jące i wen­ty­la­cja pozwo­liły na wydo­sta­nie się radio­ak­tyw­nych oparów do śro­do­wi­ska.

Jak sobie nie radzić z kryzysem?

Pra­cow­nicy bloku nr 2 wie­dzieli już, że sprawy nie uda się zamieść pod dywan i zawia­do­mili lokalne władze. Po godzinie 8:00 media podały wia­do­mość o kło­po­tach w Three Mile Island. Mimo ostroż­nego tonu i prze­strze­ga­nia przed paniką, część osób posta­no­wiła wyjechać na własną rękę.

Tym­cza­sem walka z awarią trwała nadal. Problem pomp chło­dzą­cych i wody to jedno, ale wciąż należało mieć na oku sam reaktor. Gdy tylko stało się to możliwe, do rdzenia wsunięto pręty bez­pie­czeń­stwa, pochła­nia­jące neutrony i wyha­mo­wu­jące procesy jądrowe. Nie zaże­gnało to jednak kryzysu. Przez zakli­no­wany zawór uciekła więk­szość chło­dziwa. Tem­pe­ra­tura nadal rosła, pręty kon­tro­lne zaczęły pękać, rdzeń uległ czę­ścio­wemu sto­pie­niu, a woda w całości przeszła ze stanu ciekłego w gazowy. Naj­więk­szą grozę budziło jednak coś innego: obecność cyrkonu obecnego w prętach, zaini­cjo­wała proces rozpadu molekuł na wodór i tlen. W ten sposób zrodził się sporej wiel­ko­ści, poten­cjal­nie wybu­chowy bąbel pro­mie­nio­twór­czych gazów. Sama eks­plo­zja nie musia­łaby być duża, jednak w razie uszko­dze­nia dachu bloku, ziściłby się sce­na­riusz podobny do tego, jaki znamy z Czar­no­byla.

Fatalnie w tej sytuacji reago­wały władze stanu, miotając się bez sensu i dopro­wa­dza­jąc do infor­ma­cyj­nego chaosu. Miesz­kańcy nie­od­le­głego Pit­ts­bur­gha czytali w lokalnej w gazecie:

Zamknąć się w domu czy wyjechać? Czekać i mieć nadzieję na poprawę sytuacji? Ocze­ki­wać na ofi­cjalne pole­ce­nie ewa­ku­acji? Incydent na wyspie Three Mile Island, niegdyś obszarze rekre­acyj­nym, zakłócił każdy aspekt życia cywil­nego i pry­wat­nego, na obszarze pięciu okręgów wokół stolicy stanu.

W końcu guber­na­tor Dick Thorn­burgh zalecił wyjazd dzieci i kobiet w ciąży, przy jed­no­cze­snych zapew­nie­niach, że poziom radiacji nie jest groźny dla życia i zdrowia. Do 31 marca okolicę opuściło około 140 tysięcy miesz­kań­ców. 1 kwietnia na miejsce przybył pre­zy­dent Jimmy Carter, oso­bi­ście doglą­da­jąc akcji napraw­czej.

Pre­zy­dent Jimmy Carter odwiedza elek­trow­nię Three Mile Island.

Mimo wielu błędów popeł­nio­nych w pierw­szych chwilach po wykryciu awarii, sytuację udało się opanować. Po kil­ku­na­stu godzi­nach opra­co­wano metodę, która pozwo­liła na wpom­po­wa­nie bra­ku­ją­cej wody do obiegu. Tem­pe­ra­tura reaktora zaczęła wreszcie spadać odsu­wa­jąc groźbę wybuchu. 4 kwietnia inży­nie­ro­wie mogli ofi­cjal­nie ogłosić, że pęcherz wodoru cał­ko­wi­cie zniknął i nie­bez­pie­czeń­stwo zostało zaże­gnane. Co naj­waż­niej­sze, udało się zapobiec wycie­kowi paliwa jądro­wego. Jedyną radio­ak­tywną sub­stan­cją, jaka opuściła mury elek­trowni była część pary wodnej pocho­dzą­cej z systemu chło­dzą­cego. Jak wykazały pomiary, miesz­kańcy Har­ris­burga otrzy­mali prze­cięt­nie 0,08 mSv (mili­si­werta) pro­mie­nio­wa­nia. Nie jest to dawka mała, ale nie wykracza też ponad radiację z jaką mamy do czy­nie­nia podczas wyko­ny­wa­nia więk­szych prze­świe­tleń lub tomo­gra­fii.

Ameryka obraża się na atom

Naj­bar­dziej dale­ko­siężne okazały się skutki spo­łeczno-poli­tyczne wypadku. Już kilka dni po incy­den­cie w Three Mile Island, pre­zy­dent Carter wygłosił prze­mó­wie­nie, i jak przy­stało na polityka, powie­dział to co chcieli usłyszeć wyborcy. Podczas przemowy pod­kre­ślił, że rosnąca ame­ry­kań­ska gospo­darka wymaga poszu­ki­wań nowych źródeł ener­ge­tyki – wska­zu­jąc na pro­mie­nie sło­neczne, gaz ziemny czy nawet węgiel – ale kom­plet­nie prze­mil­cza­jąc wątek nowych reak­to­rów. Prawdę mówiąc wcale mu się nie dziwię. Tele­wi­zje zostały w tym okresie dosłow­nie zalane przez dzia­ła­czy i cele­bry­tów, którzy wreszcie dostali do rąk osta­teczny argument prze­ciwko dalszej ato­mi­za­cji Stanów Zjed­no­czo­nych. We wrześniu wypro­wa­dzili oni na ulice Nowego Jorku 200 tysięcy ludzi, kate­go­rycz­nie żąda­ją­cych odstą­pie­nia od energii jądrowej.

Ale co naj­lep­sze, w 1979 roku na ekrany kin trafił kata­stro­ficzny Chiński syndrom. Główni boha­te­ro­wie hitowego filmu (grani przez Jane Fondę i Michaela Douglasa) to para repor­te­rów, która odkrywa… awarię w elek­trowni jądrowej. To się nazywa trafić z premierą!

“Dom na sprzedaż. Żądam wysokiej ceny, ale do kompletu pro­mie­niu­jące cegły”!

Efekt został osią­gnięty niemal od razu i trwa do chwili obecnej. Spo­łeczne poparcie dla energii nukle­ar­nej spadło po raz pierwszy poniżej 50%. Chociaż w następ­nej dekadzie oddano do użytku kolejne reaktory, były to jedynie fina­li­za­cje inwe­sty­cji roz­po­czę­tych znacznie wcze­śniej. Nowe projekty na długo stały się tematem tabu. Z drugiej strony, przy­pa­dek Three Mile Island okazał się dro­go­cenną lekcją. Wykazał wyraźne braki w sys­te­mach bez­pie­czeń­stwa, potrzebę zmian w usta­wo­daw­stwie i przede wszyst­kim zmusił rząd do opra­co­wa­nia znacznie efek­tyw­niej­szych procedur na wypadek sytuacji kry­zy­so­wych.

Ponowny, ostrożny zwrot ku energii jądra atomu, nastąpił w USA dopiero w ostat­nich latach.

Literatura uzupełniająca:
G. Jezierski, Energia jądrowa wczoraj i dziś, Warszawa 2005;
G. Miedwiediew, Raport z Czarnobyla, przeł. T. Gosk, Warszawa 1991;
G. Adamson, We All Live on Three Mile Island: The Case Against Nuclear Power, Sydney 1981;
E. Blakemore, How the Three Mile Island Accident Was Made Even Worse By a Chaotic Response, [online:
www.history.com/news/three-mile-island-evacuation-orders-controversy];
B. Sholtis, Three Mile Island and thyroid cancer: Debates continue over health issues after nuclear plant accident, [online: www.pennlive.com/news/2019/03/three-mile-island-and-thyroid-cancer-study-ignites-debate-over-health-issues-after-nuclear-plant-accident.html].
  • Michał Skichał

    Oh, miło dowie­dzieć się czegoś nowego. Dotych­czas nie wie­dzia­łem, że było to sto­pie­nie rdzenia, jakimś cudem miałem wrażenie, że przy­tra­fiło się tam coś zupełnie innego. Heh, naj­wy­raź­niej nigdy nie wiadomo, co można znaleźć we własnej głowie 😉

    PS. Panie Adamie, ABC News zablo­ko­wało wyświe­tla­nie swojego filmiku z youtube na tej stronie. Pro­po­nuję usunąć skrypt odtwa­rza­cza i po prostu zamie­ścić link tekstowy do tego mate­riału.

  • arthy

    Jak wygląda histo­rycz­nie, powiedzmy dekada w dekadę, poparcie dla atomu w Polsce?

  • Mar­ko­nius

    Stare dzieje, słabo pamiętam relacje z z Three Mile Island i oddźwięk w PRL-u, lepiej sam film “Chiński syndrom” z początku lat 80-tych. Przy­po­mnijmy, że w tytule chodzi o żar­to­bliwą hipotezę, iż stopiony rdzeń może utorować sobie drogę przez środek Ziemi i wypaść gdzieś na anty­po­dach.
    Tra­fie­nie zdu­mie­wa­jące, bo światowa premiera fabuły wyprze­dziła o kil­ka­na­ście dni realny przy­pa­dek, a przebieg obydwu był całkiem podobny.

    • Dominik Kurek

      Ame­ry­ka­nie sądzą, że Chiny to antypody USA?

  • http://mmm777.kilu.de/ mmm777

    Coś mi się tak kojarzy, że pro­ble­mem obsługi była kaskada komu­ni­ka­tów o błędach, tzn. jeżeli pompa nie działa, to oprócz tego poja­wiają się się komu­ni­katy o braku ciśnie­nia i prze­pływu w wielu innych miej­scach…
    Zorien­to­wa­nie się, co się wła­ści­wie dzieje — nie było łatwe…

  • Skate

    Atom jest dosko­na­łym źródłem energii, ale do momentu kiedy coś się nie sypnie. Wtedy często już NIC nie można zrobić, a jeżeli coś można to BARDZO wysokim kosztem. Pocie­sza­jące jest to, że biorąc pod uwagę liczbę elek­trowni ato­mo­wych na świecie na prze­strzeni kil­ku­dzie­się­ciu lat doszło w sumie chyba tylko do 3 awarii. Zain­te­re­so­wa­nym polecam jeszcze poczytać o awarii w Wind­scale w 1957, ponieważ ten wypadek pokazuje też o ilu rzeczach zwią­za­nych z energia atomową na początku nie wie­dziano. Niestety w więk­szo­ści dziedzin tak jest, aby coś udo­sko­na­lić wypadki są nie­unik­nione. Uczymy się na błędach. Biorąc pod uwagę rosnące uza­leż­nie­nie czło­wieka od energii elek­trycz­nej, wydaje mi się z czasem w Polsce powinna powstać taka elek­trow­nia.

  • Dominik Kurek

    Nie wiem, co było bardziej bez­tro­skie: czar­no­byl­ski nie­prze­my­ślany eks­pe­ry­ment czy rezy­gna­cja ze wszyst­kich awa­ryj­nych pomp jed­no­cze­śnie.