Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, dnia 27 lutego 2026 roku, Sąd Okręgowy Warszawy w składzie ustawowym, po rozpoznaniu na rozprawie w dniu 18 lutego 2026 roku w Warszawie sprawy z powództwa Fundacji En Arche z siedzibą w Warszawie przeciwko Adamowi Adamczykowi o ochronę dóbr osobistych orzeka. Punkt pierwszy: oddala powództwo. Punkt drugi: zasądza od Fundacji En Arche z siedzibą w Warszawie na rzecz Adama Adamczyka kwotę 2517 złotych, tytułem kosztów procesowych wraz z odsetkami ustawowymi. (…)
Co do motywów ogłoszonego wyroku, odnieść należy, co następuje. Powództwo nie zasługiwało na uwzględnienie w żadnej części. Spór ogniskował się wokół użytego w liście stwierdzenia, tutaj cytat: „W sposób szczególny kierujemy Państwa uwagę na podstępne działania antyewolucjonistycznej fundacji En Arche, ściśle powiązanej ze środowiskami zagranicznych kreacjonistów i religijnych fundamentalistów”.
Według słownika języka polskiego „podstępny” to tyle, co używający często podstępów, a także, drugie znaczenie: „mający na celu oszukanie kogoś”. Z kolei wywodzący się ze słowa „fundamentalizm” termin „fundamentalista” to w rozumieniu powszechnego języka polskiego tyle, co tradycjonalistyczny i ortodoksyjny stosunek do wyznawanej religii. Dwa: radykalizm i wyznawanie jakiejś idei, odmawiający innym racjom prawa istnienia. Jest też poziom filozoficzny, że przeświadczenia rodzące się z poznania zmysłowego są prawdami niepodważalnymi, na których opiera się wiedza o świecie.
Analizując niniejszą sprawę, sąd oparł się na tym właśnie słownikowym rozumieniu użytych pojęć, gdyż oceny naruszenia dóbr osobistych poprzez posłużenie się rzekomo pejoratywnymi określeniami, dokonuje się nie z perspektywy subiektywnego przekonania skarżącego, lecz z perspektywy przeciętnego członka lokalnego społeczeństwa, w sposób obiektywny i spójny ze znaczeniami danego słowa w powszechnym języku, nie abstrahując jednocześnie od kontekstu, w jakim dane słowo zostało użyte.
Należy zatem uwypuklić kontekst i przyczynę powstania spornego listu. Chodziło o organizację, pod patronatem Wydziału Biologii UKSW, webinarium Teoria inteligentnego projektu 2020: Granice ewolucji. Podczas wydarzenia prelegentem miał być Michael Behe. Został on przedstawiony jedynie jako profesor nauk biologicznych z pominięciem jego powiązań z Discovery Institute oraz z pominięciem faktu, że od jego poglądów odcina się nawet macierzysty uniwersytet.
Fakt ten poruszył środowisko popularyzatorów nauki, którzy wystosowali sporny list otwarty, a także Radę Upowszechniania Nauki PAN oraz innych. Mamy w aktach dołączone oświadczenia naukowców. Taki biogram jest wybiórczy, niepełny, wprowadza w błąd i tworzy wrażenie prezentowania przez prelegenta zweryfikowanych naukowo poglądów. Tak bowiem działa na społeczeństwo posłużenie się tytułem profesora.
Wydział Biologii UKSW wyparł się tego, aby był organizatorem rzeczonego webinarium, choć na zaproszeniach figurował jako organizator. W tle pozostawała kwestia sfinansowania przez Fundację dla tego uniwersytetu wartościowego mikroskopu, ale nie miała ona znaczenia dla rozstrzygnięcia. Komitet Etyki PAN, w stanowisku z 24 lutego 2020 roku zatytułowanym Etyczne aspekty upowszechniania poglądów nienaukowych, jasno wytyczył granice, zalecając badaczom, aby m.in. powstrzymywali się od publicznego wypowiadania się na tematy, wykraczające poza ich własną specjalność naukową, przy jednoczesnym korzystaniu z autorytetu swojego stopnia i tytułu naukowego; a instytucjom naukowym zalecając niedopuszczanie do propagowania pseudonauki, m.in. przez organizowanie kursów lub szkoleń, niewynajmowanie sal dydaktycznych, a także nieudzielanie patronatów. (…) Zdaniem sądu sporny list wpisuje się w powyższe zalecenia, realizuje ich założenia i nie wykracza poza akceptowalne ramy, zwłaszcza że kierowany był do ograniczonego grona odbiorców. Stworzyli go propagatorzy nauki i dedykowali środowisku naukowemu. Można powiedzieć, że list miał ograniczone grono odbiorców.
Autorom nie chodziło o propagowanie jedynie słusznej teorii biologicznej. Nie było potrzeby przekonywania do niej osób już przekonanych, mających silne podstawy w zakresie wiedzy, znających problematykę i obeznanych z piśmiennictwem naukowym na jej temat. Chodziło o przekazanie innych kwestii. Poglądów propagowanych przez Fundację En Arche, powiązań osobowych tej fundacji, powiązań ideologicznych ze środowiskiem skupionym wokół Discovery Institute oraz wyraźne zajęcie stanowiska, a zarazem postawienie pytania: czy organizowanie takich przedsięwzięć pod patronatem uczelni, zwłaszcza wydziału biologii, dodatkowo przy ukryciu pełnych not biograficznych prelegenta jest akceptowalne i czy nie naraża na szwank autorytetu uniwersytetu. Już chociażby z tych przyczyn język listu mógł być dosadny i ostry, a zdaniem sądu on był i tak wyważony, powściągliwy, biorąc pod uwagę rangę zagadnienia. Niewątpliwie jest to zajęcie stanowiska w sprawach kontrowersyjnych, a jednocześnie społecznie ważnych, co już samo w sobie mogłoby uzasadniać wkroczenie w sferę dóbr osobistych powodowej fundacji.
Nie sposób także nie interpretować fragmentów listu w kontekście jego uzasadnienia, czy też rozwinięcia, w świetle którego należy wyjaśnić, co autor miał na myśli, pisząc o działaniach podstępnych i fundamentalistach religijnych. Nie można w końcu również tracić z pola widzenia, że w przypadku aktualnego stanu wiedzy i badań ewolucja jest faktem, a jej efektem jest różnorodność życia na Ziemi. Podlega ona badaniu i weryfikacji z użyciem metody empirycznej, zgodnie z zasadami metodologii nauk.
Dla sądu w tym składzie nie ma wątpliwości, że weryfikowalne powtarzalnymi badaniami nauki empiryczne, filozofia przyrody, czy filozofia nauki w ogóle, to uznane kierunki w dyskusji naukowej. Falsyfikowanie wyników badań w tych dziedzinach poprzez odwoływanie się wprost lub w sposób zawoalowany do argumentów wywodzonych z religii lub z objawienia jest błędem o tyle, że dogmaty lub przekonania religijne nie podlegają empirycznej weryfikacji ani falsyfikacji. Ponadto teologia w przeciwieństwie do nauk przyrodniczych odwołuje się do autorytetu. Tutaj mamy na myśli pismo bądź tradycję, niezależnie nawet od rodzaju religii, jako źródła ostatecznego poznania prawdy. Biologia czy też fizyka bada świat od zewnątrz, zaś religia stara się go wyjaśnić od wewnątrz.
W świetle aktualnego stanu nauki koncepcja inteligentnego projektu i kreacjonizmu jest poza konsensusem naukowym. Dystans do nich, tak na marginesie, wyraża nawet współczesna doktryna katolicka i to zarówno sięgając do Katechizmu Kościoła, czy też czytając encyklikę Fides et ratio. Więc tutaj nie podważa się wyników badań naukowych z racji braku adekwatnych instrumentów ku temu. Wszystkie cechy świata, które wcześniej przypisywano działaniu inteligencji, da się obecnie wyjaśnić przez odwołanie do teorii ewolucji.
Nie można też pominąć tego, co mamy w piśmiennictwie, czyli metodologicznych zarzutów formułowanych pod adresem teorii inteligentnego projektu. Mianowicie, po pierwsze wskazuje się na pogwałcenie zasady naturalizmu metodologicznego; po drugie na nietestowalność; po trzecie na stosowanie wyjaśnień nieodwołujących się do praw przyrody; po czwarte brak niezależnej wiedzy o projekcie i mechanizmach projektowania; po piąte brak przewidywań; a w końcu po szóste, używa się argumentu z niewiedzy.
Już tylko z tej perspektywy, nie oceniając racji przekonań stron, uznać należało, że były podstawy do sformułowania listu otwartego do polskich uczelni i poruszenia kwestii poglądów propagowanych przez Fundację En Arche współbrzmiących z programem Discovery Institute.
Faktem jest też, że głównym ośrodkiem propagującym tę ideę jest właśnie Discovery Institute z Seattle, który jest prywatną organizacją deklarującą promowanie konserwatywnych idei. Warto podkreślić to, że jest to instytucja prywatna deklarująca się jako organizacja non-profit finansowana przez konserwatywnych chrześcijan, skupiająca się – jak sama deklaruje, bo są to informacje z ich strony – na badaniu, edukacji, działaniu i odnowie kulturowej. Instytut pisze o sobie, że „bada możliwości zmieniające życie wszechświata, pełnego informacji i inteligentnego projektu”. Szczególnie interesuje się „badaniem jak nauka i technologia mogą wspierać wolne rynki, napędzać nowe idee, oświetlać politykę publiczną oraz wspierać godność ludzką i metafizyczne fundamenty wolnego społeczeństwa”.
Słusznie postąpili sygnatariusze listu, w ocenie sądu, podejmujący próbę wyjaśnienia „kto stał za webinarium i czy na takie poglądy jest miejsce na uniwersytecie”. To jest z kolei cytat z przesłuchania pana pozwanego (…). Warto tu podkreślić, że ten list został sformułowany przez popularyzatorów nauk empirycznych i zyskał poparcie autorytetów w dziedzinie biologii. Także w tym kontekście należy oceniać jego treść i przekaz.
Co do użytych słów, które powód uważa za naruszające jego dobro osobiste. Sąd stoi na stanowisku, że ich słownikowe znaczenie bez interpretacji jakich dopuszczał się powód w uzasadnieniu pozwu oraz w trakcie przesłuchania, nie narusza dóbr osobistych powoda. Użycie takich słów nie naruszałoby dóbr osobistych żadnego podmiotu, jakikolwiek by on nie był. Nie jest rzeczą sądu rozstrzygać, która strona sporu między nauką a pewną konceptualną teorią ma rację. Rolą sądu jest rozstrzygnąć czy doszło do naruszenia dóbr osobistych, a zdaniem sądu nie doszło. Użycie słowa „podstępny” w znaczeniu oszukańczy, mający na celu oszukanie kogoś, nie było nadużyciem.
Wprowadzenie w błąd pozwany przekonująco uzasadnił odwołując się pośrednio do Dokumentu klina, ale wyjaśnił to również sposobem działania powódki, a mianowicie m.in. podpieraniem się autorytetem uczelni i tytułami naukowymi przy jednoczesnym ograniczeniu do minimum not biograficznych prelegentów i przemilczaniu ich powiązań z Discovery Institute, które uczelnią nie jest. Milczano też na temat konotacji wyznaniowych tych prelegentów. Przeciętny słuchacz w trakcie webinarium mógł zatem odnieść wrażenie, że prelegent wypowiada się z uwzględnieniem w pełni zweryfikowanej wiedzy naukowej w ramach dyscypliny, jaką reprezentuje. A tak nie było. Przy czym autorytet tytułu naukowego skłaniał słuchaczy do przyjmowania wygłaszanych tez za prawdę, za zweryfikowany fakt mieszczący się w ramach konsensusu naukowego. Gdyby biogram prelegenta był pełny, wówczas przeciętny słuchacz mógłby ostrożniej podejść do prezentowanych treści, a już sam charakter prelekcji straciłby nieco ze swojej naukowości. Zatajanie wybranych faktów i powiązań jest bowiem formą wprowadzania w błąd. Odbiorca mógł odnieść mylne wrażenie, że prelegent obala fakty naukowe innymi faktami naukowymi, podczas gdy w rzeczywistości faktom naukowym przeciwstawiano wątpliwości, będące w istocie koncepcjami myślowymi.
Jest to postępowanie nierzetelne i oparte na wprowadzającym w błąd założeniu, że płynące z nauk przyrodniczych wnioski – wynikające z badań i eksperymentów – można skutecznie weryfikować za pomocą samych tylko procesów myślowych. Z samego mnożenia wątpliwości jeszcze nic nie wynika, dopóki nie zostanie przedstawiony dowód przeciwny. Myśl i idea owszem są ważne, ale w przypadku nauk biologicznych wymagają one weryfikacji i podparcia badaniami.
Odnoszenie się do zarzutu rzekomych powiązań finansowych powodowej fundacji jest zbędne. Materia ta nie była bowiem przedmiotem tego listu, nie wynikała z niego ani wprost, ani nawet pośrednio. Wywodzenie jakichś dalszych znaczeń słów przez stronę powodową jest po prostu nadinterpretacją. Inne powiązania, mianowicie osobowe i światopoglądowe, zostały wykazane. Zresztą analiza statutu Fundacji En Arche i ogólnodostępnych informacji na stronie Discovery Institute, na takie relacje również wskazuje. Nie bez znaczenia jest też analiza tematyki oraz nazwisk autorów publikacji obu podmiotów. Zwrócenie uwagi na tożsame nazwiska prelegentów i tematykę ich wystąpień.
Zaś co do zarzutu użycia słów „fundamentalista religijny”. Powód niesłusznie posługuje się rozumieniem tego pojęcia, tak jakby dotyczyło tylko fundamentalistów islamskich. Nie każdy fundamentalista religijny to fundamentalista islamski i tutaj z pomocą przychodzi słownik języka polskiego, który definiuje to pojęcie jako „tradycjonalistyczny, ortodoksyjny stosunek, chociażby do wyznawanej religii”. Użycie tego słowa w tym kontekście – a do tego przekonał sąd pozwany – nie jest pejoratywne, nie narusza dóbr osobistych. Tradycjonalizm i ortodoksja to nie powód, aby kogoś gorzej oceniać i nie jest to też przyczyna, aby użycie tych słów pod czyimś adresem uważać za naruszenie dóbr.
Podsumowując, obiektywnie nie doszło do naruszenia dóbr osobistych Fundacji. Ponadto istniała podstawa do sformułowania listu o tej właśnie treści. Podpierając się autorytetem profesorów i uniwersytetów, nie można nie być gotowym na to, że zostanie się wystawionym na krytykę tych środowisk. Powództwo cywilne z kolei nie służy do zamykania ust krytykom. Obowiązuje zasada swobody wypowiedzi i prawo do konstruktywnej krytyki, chronione konstytucyjnie i konwencyjnie.
Innymi słowy trzeba było z listem walczyć poprzez rzeczową odpowiedź na ten list, a nie grożąc powództwem, a w końcu to powództwo wytaczając. Z kolei żądanie usunięcia publikacji – która stała się przedmiotem tego sporu, a wcześniej dyskusji na forum publicznym – jest formą nieakceptowalnej cenzury. Chodzi o to, że historii nie piszemy na nowo. Skoro fakt, że taki list powstał miał miejsce, różne osoby się do niego odnoszą, nawet sama powodowa fundacja. (…) Gdyby ten list usunąć, to wszystkie publikacje powodowej fundacji, które tego listu dotyczą, straciłyby sens. Osoba czytająca taką publikację nie mogłaby sięgnąć do źródła, czyli sprawdzić, o co w ogóle chodzi, czego spór dotyczył.
Powyższa treść orzeczenia zostanie zedytowana i uzupełniona, kiedy otrzymam pełne uzasadnienie sądu na piśmie.
Cóż dodać?
To niekoniecznie koniec wyboistej drogi (Fundacja może złożyć apelację), ale nie będę ukrywał, że odczuwam satysfakcję. Ogromną. Chodzi nie tylko o wynik sam w sobie, ale również o brzmienie uzasadnienia. Sędzia Rafał Schmidt naprawdę wsłuchał się we wszystkie argumenty: moje, wezwanych świadków (raz jeszcze dziękuję Pawłowi Golikowi i Bartoszowi Borczykowi) oraz wybitnych biologów (polskich i zagranicznych), których opinie dostarczyłem na piśmie.
Werdykt nie został wydany na odczepnego, lecz z pełnym namysłem i świadomością wszelkich społecznych konsekwencji. A jest to sprawa w pewnym sensie unikatowa i może okazać się dla naszego kraju tym, czym dla Stanów Zjednoczonych był proces Kitzmiller v. Dover z 2005 roku. Znaczenie tego wyroku wykracza daleko poza ramy tego bloga, inteligentny projekt, oraz spór między mną a fundacją Bubrowieckich. Niech będzie to czytelny sygnał – dla wszystkich popularyzatorów, edukatorów, naukowców oraz pasjonatów – że wokół pseudonauki nie trzeba chodzić na paluszkach. Nie musimy reagować bojaźliwie i trzymać języka za zębami, tylko dlatego, że po drugiej stronie stoją pieniądze i wpływy. Nie jesteśmy całkowicie bezradni.
Oczywiście mógłbym dołożyć do tej beczki miodu kilka łyżek dziegciu. Podczas tego procesu przekonałem się jak wyrachowane potrafi być środowisko propagatorów nauki, jak wielu polskich badaczy to oportuniści, a także jak nieodpowiedzialni bywają ludzie na wysokich uniwersyteckich stanowiskach. To jednak temat na całkiem osobne rozważania. Dziś jest czas na świętowanie.

Dziękuję wszystkim tu obecnym za wsparcie. Serio, nie było łatwo.
