O nauczycielach internet napisał już wszystko. Że lenie, że trutnie, że tumany, że niekompetentni – i w związku z tym – że nie zasługują na wyższe płace. Problem polega na tym, że powyższe wnioskowanie niechybnie wciąga nasz system edukacji w błędne koło.

Takie będą Rze­czy­po­spo­lite, jakie ich mło­dzieży chowanie.

Jan Zamoyski

Długo się staram, ale wciąż nie potrafię zro­zu­mieć men­tal­no­ści osób, które w lekki, nie­skrę­po­wany sposób oceniają i depre­cjo­nują wartość czyjejś pracy. Mierzi mnie to okrutnie. Nauczy­ciele mają na tym polu dodat­kowo prze­chla­pane, bo przecież każdy spędził w szkol­nych murach niemały kawał swego życia. Wszyscy się znają, wszyscy dogłęb­nie poznali bel­fer­skie rze­mio­sło i wszyscy mogą śmiało wystawić zbiorczą recenzję setkom tysięcy peda­go­gów. Wiadomo, wszakże każdy pasażer tramwaju dosko­nale rozumie pracę motor­ni­czego, każdy pacjent naj­le­piej wie jak leczyć, a każdy kto dostał mandat zna dolę poli­cjanta. Gorzej jeśli ktoś posta­nowi zaopi­nio­wać naszą profesję. Oczy­wi­ście naj­cięż­szą, naj­trud­niej­szą i wyjąt­kową, za wyko­ny­wa­nie której zawsze powin­ni­śmy otrzy­my­wać więcej uznania i profitów niż cała reszta nierobów. Jak wiadomo, wszędzie dobrze gdzie akurat nas nie ma.

Bonus #1: Małe FAQ dla mal­kon­ten­tów

Żeby nie mar­no­tra­wić czasu własnego i waszego, od razu odpowiem na komen­ta­rze, które niemal na pewno pojawią się pod tekstem.

- Myślałem, że to blog o nauce. Dokład­niej to o nauce i racjo­na­li­zmie – zgadza się. Właśnie dlatego, jako osoba zaj­mu­jąca się prze­ka­zy­wa­niem wiedzy, której nauka leży szczerze na sercu, pozwalam sobie na zabranie głosu w temacie edukacji. Kto jak nie ja?
- To polityka. Nie wolno dotykać polityki, bo śmierdzi. To nauka. A, że nauka – podobnie do wszyst­kich innych dziedzin życia – uza­leż­niona jest od poli­ty­ków, to nie powód aby rezy­gno­wać z debaty. Mil­cze­nie z takiego powodu to przejaw irra­cjo­na­li­zmu i totalna bzdura. Więcej na ten temat pisałem w innym artykule. Ze swojej strony mogę jedynie obiecać, że jak zwykle skupię się na przed­mio­cie sprawy, a nie par­tyj­nych slo­ga­nach i wska­zy­wa­niu palcem winnych.
- Jak nauczy­cie­lom nie pasuje, to niech zmienią pracę. Wielu to robi. Prowadzi to do bardzo nie­bez­piecz­nego zjawiska, o którym między innymi chcę napisać.
- Na godną płacę zasłu­gują tylko ci, którzy pracują 40 godzin w tygodniu. Poszedł­bym o krok dalej. Zarabiać powinni tylko ci, którzy machają przez 8 godzin dziennie kilofem lub łopatą. Jeśli się nie spociłeś, to nie wiesz co to praw­dziwa praca.
- Znam nauczy­ciela, który jest leniwy, głupi i rosz­cze­niowy. Rozważ przez chwilę moż­li­wość, że takie samo zdanie, ten znajomy może mieć o Tobie (oczy­wi­ście na pewno się myli). Ale to chyba nie powód aby przez Twój przykład depre­cjo­no­wać całą profesję. Prawda?
- Wystar­czy wpro­wa­dzić wolny rynek i wszyscy będziemy bogaci i piękni. Sam jestem zwo­len­ni­kiem libe­ra­li­zmu i wolnego rynku, ale bądźmy poważni. Dosko­nale wiemy, że nie istnieje żadna siła poli­tyczna, ani wola spo­łeczna, która umoż­li­wi­łaby prze­pro­wa­dze­nie tego typu zmian. Roz­ma­wiajmy o tym co realne. Poza tym to temat na zupełnie inną dyskusję.

Nie tak dawno przy­glą­da­łem się jakiejś dyskusji na face­bo­oku i w oczy rzuciła mi się wypo­wie­dzi cnej bia­ło­gło­wej, która z godną podziwu zapal­czy­wo­ścią tłu­ma­czyła dlaczego nauczy­ciele to bez­wstydni nacią­ga­cze, nie­za­słu­gu­jący na ani złotówkę więcej. Jej pode­ner­wo­wa­nie gra­ni­czące z obu­rze­niem było tak duże, że zacząłem zasta­na­wiać się, jak ciężką i nie­wdzięczną pracę sama wykonuje. Czy jest neu­ro­chi­rur­giem, który wrócił po cało­noc­nej operacji na otwartym mózgu? Miała szychtę 800 metrów pod ziemią i o mały włos nie zmiotła jej eks­plo­zja metanu? A może poła­wiała kraby na Morzu Beringa podczas sztormu, który nieomal wywrócił kuter? Byłem blisko: jeśli wierzyć jej pro­fi­lowi, kobieta pia­sto­wała odpo­wie­dzialne sta­no­wi­sko social media managera. Widać nikomu się nie przelewa.

Sam mógłbym stanąć po drugiej stronie barykady i trochę pona­rze­kać na nauczy­cieli. W końcu mam za sobą epizod pracy w szkole, po czym uległem pokusie prze­bran­żo­wie­nia. Przyj­mu­jąc wspo­mniany wyżej wzorzec myślenia, powi­nie­nem teraz zło­rze­czyć byłym kolegom i kole­żan­kom. Przecież wcze­śniej (podobno) żyłem jak pączek w maśle (tylko obto­czony pyłem kredowym zamiast cukru pudru), a teraz – pro­wa­dząc własną dzia­łal­ność – haruję jak wół i pluję krwią łożąc na tych dar­mo­zja­dów.

Kodeks nauczyciela
Kiedyś to było.

Nic z tych rzeczy. Nie zro­zum­cie mnie źle, w roli uczącego czułem się jak ryba w wodzie i czasem tęsknię za szkolnym zgieł­kiem. Nadal sądzę, że prze­ka­zy­wa­nie wiedzy to jedna z naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­ją­cych przygód jakie prze­ży­łem (i poniekąd prze­ży­wam nadal, choćby pro­wa­dząc Kwantowo), ale z całą pew­no­ścią niełatwy kawałek chleba. Mógłbym pisać dlaczego, ale wiem, że i tak zrozumie to wyłącz­nie osoba, która również miała szansę zasiąść po drugiej stronie biurka.

Jednak w oko­łosz­kol­nej debacie pojawia się też inny zarzut, chyba nawet poważ­niej­szy:

Niekompetencja nauczycieli

Być może zaskoczę tu nie­któ­rych, ale wcale nie będę z tym zdaniem pole­mi­zo­wał. Tak, wśród nauczy­cieli nie brakuje fru­stra­tów, ćwierć­in­te­li­gen­tów i nie­udacz­ni­ków. Rzecz jasna, żaden zawód nie jest wolny od głupoty, ale umówmy się – od ludzi zaj­mu­ją­cych się edu­ko­wa­niem innych ludzi, mamy prawo wymagać ciut więcej. Chcemy żeby nauczy­ciele nie tylko posia­dali dyplom, ale rze­czy­wi­ście odzna­czali się erudycją i bystro­ścią umysłu. Żeby byli huma­ni­stami w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu, miłu­ją­cymi mądrość i pra­gną­cymi nieść kaganek oświaty w naj­ciem­niej­sze rejony igno­ran­cji. Oczy­wi­ście takich jed­no­stek mamy deficyt, tak w szkol­nic­twie powszech­nym jak i wyższym. Dlatego zamiast kone­se­rów nauki, w pokojach nauczy­ciel­skich nie­rzadko spo­ty­kamy inte­lek­tu­al­nych pariasów. Nie­za­in­te­re­so­wa­nych nawet własnym przed­mio­tem, mających alergię na książki, nie­rzadko zapa­trzo­nych w irra­cjo­nalne gusła (na naszej grupie wspo­mnia­łem kiedyś o bez­na­dziej­nym przy­padku nauczy­cielki regu­lar­nie odwie­dza­ją­cej wróżki i uza­leż­nia­ją­cej swoje decyzje od układu planet). Jed­nostki te są zwy­czaj­nie nie­wia­ry­godne w roli mentora i samą swoją postawą sku­tecz­nie dewa­stują etos zawodu.

Dlatego nie dziwią mnie liczne komen­ta­rze stwier­dza­jące, że polscy peda­go­dzy pre­zen­tują zbyt mierny poziom, aby domagać się wyższych apanaży. Nie dziwią, ale jed­no­cze­śnie nie mogę się z nimi zgodzić. W związku z tym, kiedy słyszę: “nauczy­ciele są nie­kom­pe­tentni i muszą się poprawić aby zarabiać więcej”, odpo­wia­dam: “jeśli chcecie kom­pe­tent­nych, naprawdę wykształ­co­nych nauczy­cieli, przy­cią­gnij­cie ich godnymi warun­kami”.

Wpadamy tu w błędne koło. Chcemy żeby nasze dzieci edu­ko­wane były przez świa­tłych ludzi z powo­ła­niem i wiedzą, ale nie chcemy im zbyt wiele płacić. Niestety, może być albo tanio, albo dobrze. Dlatego wszyst­kich agi­tu­ją­cych prze­ciwko nauczy­cie­lom i jed­no­cze­śnie uty­sku­ją­cych na ich jakość, zawsze pytam, czy aby na pewno to sobie prze­my­śleli? Wyobraź­cie sobie absol­wenta fizyki, chemii, czy biologii. Posiada wręcz nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Jeżeli ma śladowe ilości rozumu, znajdzie dla siebie ciekawe miejsce w sektorze pry­wat­nym i po kilku latach zarobi grubo ponad średnią krajową. Zresztą dotyczy to już nie tylko tzw. ści­słow­ców, bo świetny polo­ni­sta przy odro­bi­nie szczę­ście również ustrzeli nie­zgor­szą fuchę w wydaw­nic­twie, mediach lub mar­ke­tingu. Na kim ma więc spocząć ciężar edu­ko­wa­nia przy­szłych pokoleń? Pozo­stają dwie kate­go­rie ludzi: ci, którzy naprawdę poczuli powo­ła­nie i są gotowi do wyrze­czeń aby tylko nauczać, oraz ci, którym zabrakło umie­jęt­no­ści i wiary w siebie aby spró­bo­wać swoich sił w innej sferze. Zgad­nij­cie, których jest więcej?

Pensje nauczycieli
Odwieczna zasada divide et impera, zawsze sku­teczna.

Dla mnie, na przekór, niski poziom współ­cze­snych belfrów to naj­lep­szy powód aby wsypać trochę grosza do systemu oświaty. Istnieją uta­len­to­wani absol­wenci, którzy mogliby uczyć, ale prag­ma­tycz­nie wybie­rają dowolną kor­po­ra­cję, dzięki której zarobią dwa razy więcej i pozwolą sobie na dostat­nie życie. Oczy­wi­ście forsa nie rozwiąże magicz­nie wszyst­kich pro­ble­mów (jedynie więk­szość), ale powinna odwrócić nie­po­ko­jący trend. Pomoże zwięk­szyć kon­ku­ren­cję i zachęcić świeżo upie­czo­nych magi­strów do roz­wa­że­nia kariery peda­go­gicz­nej. Z kolei odma­wia­nie sen­sow­nego upo­sa­że­nia, przy jed­no­cze­snym ocze­ki­wa­niu samo­ist­nego, cudow­nego pod­nie­sie­nia jakości pracy – bez względu na branżę – brzmi nie­do­rzecz­nie.

No chyba, że otwarcie godzimy się na byle­ja­kość i właśnie taki stan rzeczy chcemy utrzy­my­wać. Zado­wa­lamy się prze­ciętną szkołą z prze­cięt­nymi nauczy­cie­lami, wypusz­cza­ją­cymi co najwyżej prze­cięt­nych uczniów. Byle tanio. W końcu dwóch pół­głów­ków to już prawie jeden geniusz.

Niestety coraz częściej odnoszę wrażenie, że to jest realny tok rozu­mo­wa­nia niemałej części spo­łe­czeń­stwa. Cała pozo­stała argu­men­ta­cja to tylko deko­ra­cja, mająca ukryć fakt, iż naj­zwy­czaj­niej nie dostrze­gamy wartości edukacji. Nie wykształ­ci­li­śmy w sobie szacunku do nauki i nie uważamy jej za coś praw­dzi­wie donio­słego. W związku z tym, nie sza­nu­jemy ludzi para­ją­cych się nauką, kulturą, czy sztuką i nie cenimy ich pracy. Może to kwestia wiecznie żywego kultu chłopa i robot­nika, jako podstawy zdrowej tkanki narodu? A może to jakiś rodzaj kom­pleksu, który przy­po­mina o naszych własnych brakach edu­ka­cyj­nych i nakazuje tępić tych paskud­nych inte­li­gen­tów, którzy siedzą z nosami w pod­ręcz­ni­kach zamiast uczciwie pobru­dzić sobie ręce. Nie wiem, nie wnikam. Faktem jest nato­miast, że ludzie kultury i nauki – w całym prze­kroju – w naszym pięknym kraju nie mieli i nadal nie mają lekko. Mimo upływu dekad i zmian ustro­jo­wych – muze­al­nik, biblio­te­karz, czy nauczy­ciel – wciąż okupują naj­niż­sze szczeble spo­łecz­nej drabiny. W epoce infor­ma­cji, gdy wiedza powinna być na wagę złota.

Bonus #2: Nie­zwy­kły wykres

Ostatnio prze­glą­da­jąc sieć wpadł mi w oko pewien wykres, jak się okazało zmaj­stro­wany przez Kan­ce­la­rię Prezesa Rady Mini­strów. Pierwsze co w nim uderza to umiesz­cze­nie wyłącz­nie średnich zarobków nauczy­cieli dyplo­mo­wa­nych (naj­wyż­szy stopień) i to po pod­wyż­sze­niu pensum. Po drugie, nie wiem dlaczego wykres urywa się na roku 2023. Skoro bawimy się w science-fiction i wróżenie z fusów, chciał­bym zobaczyć prognozy na rok 2050. Wreszcie po trzecie, zasta­na­wiają pro­por­cje poszcze­gól­nych słupków oraz fakt, że wykres nie zaczyna się od zera, lecz od 5 tys. – podczas gdy stażysta często nie dostaje nawet połowy tej sumy.

Wykres: średnie zarobki nauczycieli

Ale żeby nie było zbyt słodko, wodzi­re­jom strajku również brakuje oleju w głowach. Wiadomym jest, że każde rosz­cze­nie jednej grupy zawo­do­wej musi spotkać się z ostra­cy­zmem przed­sta­wi­cieli grup pozo­sta­łych. Pry­mi­tywne żądanie w stylu – “dejcie tysiąc złotych, bo nam się należy” – nigdy nie brzmi dobrze i pro­wo­kuje osoby trzecie. Dlaczego zatem nauczy­ciele nie wykazali się większym sprytem i rozwagą? Przecież wystar­czyło zapro­po­no­wać coś za coś, wykazać odrobinę dobrej woli. Pra­cow­nicy oświaty mogliby, przy­kła­dowo, wyjść z pro­jek­tem zakła­da­ją­cym większą selekcję kan­dy­da­tów dla nauczy­cieli. Albo z kon­cep­cją uroz­ma­ice­nia systemu awansów zawo­do­wych. W każdym razie wykonać ruch, który pokaże, że szanowni peda­go­dzy dys­po­nują nie tylko żąda­niami, ale również wolą samo­do­sko­na­le­nia. Ileż przy­jaź­niej wyglą­da­łyby wtedy ocze­ki­wa­nia ZNP.

Nie­za­leż­nie od tego, trudno mi nauczy­cieli nie poprzeć. Tyle, że patrzę na ostatnie wyda­rze­nia szerzej, jak na element walki o godność ludzi nauki w ogóle – nawet jeśli sami belfrzy tego tak nie postrze­gają. Życzył­bym sobie aby personel szkół, insty­tu­cji kultury i oczy­wi­ście placówek nauko­wych, rekru­to­wany był nie spośród inte­lek­tu­al­nego szrotu, a elity. To praca u podstaw, która zaowo­cuje w przy­szło­ści i pozwoli na wykieł­ko­wa­nie świa­do­mego spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skiego.

  • Jasio­Zbuk

    Ten cały artykuł nie ma sensu. Jedyne sensowne roz­wią­za­nie to pry­wa­ty­za­cja szkół. Danie bonów oświa­to­wych każdemu rodzi­cowi. Szkoły zaczną kon­ku­ro­wać i szybko każdy rodzic będzie mógł albo dać bon, nie dopłacać i cieszyć się idio­tyczna edukacja (pewnie trochę lepsza niż pań­stwowa ale tylko trochę) albo dorzucić grosza i puścić dzie­ciaka do szkoły gdzie nauczy­ciele zara­biają tyle co szczury w kor­po­ra­cji. Problem pensji się rozwiąże. Ci lepsi nauczy­ciele dostaną dużo więcej pie­nię­dzy. Będzie można zwolnić połowę nierobów w MENie. Cudo.

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ten cały komen­tarz nie ma sensu. Bo opiera się na fantazji. Pry­wa­ty­za­cja może dałaby pozy­tywny efekt, może nie — ale o tym się nie prze­ko­namy, bo nigdy do niej nie dojdzie.

      • Mariusz Kaleta

        Dlaczego nigdy nie dojdzie do pry­wa­ty­za­cji szkol­nic­twa ?? Na pewno nie w naj­bliż­szym czasie, ale nie można skreślać takiej moż­li­wo­ści. Ja szczerze mówiąc nie widzę lepszego roz­wią­za­nia. Część rodziców sama się będzie orga­ni­zo­wała w naucza­nie dzieci (rożne domowe naucza­nia), a część wyśle do szkoły. Nawet ostatnio spo­tka­łem się z opinią socja­li­sty że w dzi­siej­szych czasach w dobie dostępu do inter­netu, nie potrzeba pań­stwo­wego szkol­nic­twa. Szczerze mówiąc jestem ciekaw argu­men­tów prze­ciwko pry­wa­ty­za­cji, bo nie znam żadnego sen­sow­nego, ale mogę się mylić. Ktoś coś ??

      • Dziadek

        W szkołach pry­wat­nych panuje dyktat pła­cą­cych rodziców. Oczy­wi­ście taki wychu­chany synalek jest geniu­szem “a ja nie za to płacę, żeby nieuk nauczy­ciel kry­ty­ko­wał moje cudowne dziecko”. A “dziecko” jest od małego roz­wy­drzone imw­szystko mu się należy, a świat ma się wokół dziecka kręcić. Tak to na ogół wygląda i nie stwarza raczej atmos­fery do uzy­ski­wa­nia wyso­kiego poziomu. Dlatego więk­szość szkół pry­wat­nych nie ma się czym pochwa­lić. P. S. Tak dla jasności — nie jestem pra­cow­ni­kiem oświaty. Ani nikt z moich bliskich czy przy­ja­ciół. Jestem uważnym obser­wa­to­rem.

      • Mariusz Kaleta

        Proszę zauważyć że rodzice sami szkodzą swojemu dziecku w ten sposób. Jeżeli płacą za to żeby chwalono ich dziecko, a nie uczono. Rozsądni rodzice będą przy wyborze szkoły kierować się wynikami, a Szkoła może wpro­wa­dzić swoje wyma­ga­nia i zasady co do trak­to­wa­nia uczniów. Teraz mimo pań­stwo­wego szkol­nic­twa i tak się dzieje i dochodzi do takich sytuacji, ale też proszę nie uogól­niać.

      • Jasio­Zbuk

        I to nie jest nic złego. Rynek ma to do siebie że zapełnia nisze. Będą szkoły dobre i zle. A Ty jako rodzic będziesz musiał zadać sobie trud żeby wybrać dobre. Po kilku latach wyniki naucza­nia będą mie­rzalne. Olim­pij­czycy, wyniki matur, dosta­wa­nie się na studia. Więc będzie można wybrać szkołę jaka Ci pasuje. Ot i wszystko.

      • Michał Skichał

        Ja znam argument prze­ciwko pry­wat­nej, w pełni wol­no­ryn­ko­wej oświacie. Mia­no­wi­cie: swobodny i powszechny dostęp do odpo­wied­niej jakości edukacji dla mak­sy­mal­nej liczby dzieci, bez względu na zasob­ność portfela ich rodziców. Pytanie, czy chcemy mieć nowe poko­le­nia sprawne inte­lek­tu­al­nie, czy może chcemy powrócić do czasów, gdzie pisać i czytać potrafił tylko ksiądz i panicz.

      • Nieważne

        Na fantazji to opiera się tytuł tego wpisu:
        “Chcę żeby (dobry) nauczy­ciel zarabiał (dużo) więcej”.
        Podwyżki dostaną wszyscy nauczy­ciele albo żaden,
        nie będze wery­fi­ka­cji kto jest parw­dzi­wym huma­ni­stą a kto inte­lek­tu­al­nym pariasem.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Wybacz, ale do stwo­rze­nia systemu oceny nauczy­cieli jest znacznie krótsza droga niż do nagłej rewo­lu­cji ustroju eko­no­micz­nego państwa i zmianie tysięcy szkół publicz­nych w prywatne. W momencie, gdy w Sejmie nie ma chyba żadnej poli­tycz­nej siły, która w ogóle by taki pomysł roz­pa­trzyła. Dlatego stwier­dzi­łem, że to fantazja.

        Stwier­dzi­łem również, że jakaś próba selek­cjo­no­wa­nia i oceny nauczy­cieli byłaby na miejscu, bo posta­wi­łaby strajk w lepszym świetle. I napi­sa­łem tak właśnie dlatego, że ZNP (ani MEN) z żadnym tego typu pomysłem nie wyszli, nad czym ubolewam.

      • Jasio­Zbuk

        Nigdy nie mów nigdy. Ten ustrój mimo nie­wia­ry­god­nie wydajnej gospo­darki utrzy­muje się tylko dlatego że są kraje trze­ciego świata. Kiedy skończy się tania siła robocza w indo­chi­nach zoba­czymy co się stanie. A wszyscy socjalni obrońcy ludz­ko­ści zdają się nie widzieć że 90% spo­łe­czeń­stwa chodzi w ciuchach uszytych w Ban­gla­de­szu czy Kambodży. Nosi elek­tro­nikę z chin itp itd. Ciekawe czy będzie tak różowo jak to podro­żeje o 300–400%. Mimo auto­ma­ty­za­cji będzie jak w XIX wieku. Jedne porządne portki na chlopa.

        A wracając do tematu to jak to kolego w innym komen­ta­rzu napisal: Ty zacząłeś fan­ta­zjo­wać wcze­sniej. A stwier­dze­nia w stylu: zapłacmy nauczy­cie­lom więcej to może (!) ktoś mądrzej­szy kiedyś będzie chciał w szkole pracować zakrawa troszkę na kpinę że wszyst­kich podat­ni­ków. Zastanów się czy kie­dy­kol­wiek na pry­wat­nym rynku ktoś by to powie­dział. Tylko w tak skrzy­wio­nym i sko­rum­po­wa­nym modelu takie zdanie można powie­dzieć i zachować powagę.

      • Michał Skichał

        A stwier­dze­nia w stylu: zapłacmy nauczy­cie­lom więcej to może (!) ktoś
        mądrzej­szy kiedyś będzie chciał w szkole pracować zakrawa troszkę na 
        kpinę że wszyst­kich podat­ni­ków. Zastanów się czy kie­dy­kol­wiek na 
        pry­wat­nym rynku ktoś by to powie­dział.

        Ha ha, przecież tak właśnie działa rynek, zwłasz­cza ten wolny! Jeżeli szukasz dobrego pra­cow­nika, dobrego spe­cja­li­stę z odpo­wied­nimi kwa­li­fi­ka­cjami, wykształ­ce­niem i doświad­cze­niem, to for­mu­łu­jąc ofertę pracy ofe­ru­jesz wysoką płacę. Jak otwie­rasz się na poten­cjal­nych pra­cow­ni­ków, oni przy­cho­dzą i mówią o swoim doświad­cze­niu, widzisz ich kom­pe­ten­cje a nie tanie frazesy i pytasz się, ile taki deli­kwent chciałby zarabiać, nie­rzadko ze smutkiem musisz jednak się zgodzić na wysoką płacę. Z tego co mi wiadomo, na rynku wykwa­li­fi­ko­wa­nych i doświad­czo­nych pra­cow­ni­ków już dawno nie chodzi o wysokość wyna­gro­dze­nia, ludzie decydują się przyjąć bądź nie przyj­mo­wać daną pracę z uwagi na czas dojazdu, korki na trasie dojazdu do pracy, ilość natu­ral­nego światła w biurze, wielkość ofe­ro­wa­nego pokoju itd. Jak potra­fisz dobrze wykonać sensowną i odpo­wie­dzialną pracę, to masz pewność, że zarobisz godne pie­nią­dze. PRL skończył się na prawdę dawno temu. Są jeszcze starzy dyrek­to­rzy rodem z PRLu, którzy płacić wysokiej płacy nie chcą, ale to są właśnie te firmy, które plajtują, upadają, a o naj­więk­szych z nich dowia­du­jesz się z mediów i zasta­na­wiasz się, co się im stało? Może znów zachodni biznes wygryzł dobrze zapo­wia­da­jącą się rodzimą firmę? Otóż nie, po prostu spe­cja­li­ści odeszli do kon­ku­ren­cji. To samo zjawisko też było ostatnio przed­mio­tem prze­ra­że­nia motłochu, kiedy to nagrano poli­ty­ków, jak szydzili, że mini­ster­stwo płaci spe­cja­li­stom tak marnie, że nikt nie chciałby tam pracować. Motłoch podniósł wrzask, bo nawet owa “niska” pensja mini­ste­rialna i tak była przecież wyższa niż płaca robot­nika nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nego. Tym­cza­sem prawda jest taka, że o ile mini­ster­stwo płaci spe­cja­li­ście mniej niż 10 tys., tenże spe­cja­li­sta na wolnym rynku ma oferty płacy od 20 tys. wzwyż.

        Swoim postem udo­wad­niasz, że kom­plet­nie nie masz pojęcia, czym jest wolny rynek. Choćby porów­nu­jąc sta­no­wi­sko pracy wyma­ga­jące wyższego wykształ­ce­nia, odpo­wied­niej wiedzy i kom­pe­ten­cji, wła­ści­wych cech oso­bo­wo­ści, oraz dużego natłoku pla­no­wa­nia i ela­stycz­no­ści w postę­po­wa­niu do sta­no­wi­ska pracy nie wyma­ga­ją­cego żadnego wykształ­ce­nia, żadnych kom­pe­ten­cji, żadnych spe­cy­ficz­nych cech cha­rak­teru, żadnego myślenia, no może odrobinę spraw­no­ści w orien­ta­cji prze­strzen­nej. Kierowca ubera to po prostu robotnik nie­wy­kfa­li­fi­ko­wany, pod­kre­ślę — nie wymaga się tutaj abso­lut­nie żadnych kom­pe­ten­cji (chyba że ktoś zalicza do nich prawo jazdy, ale to przecież tak, jakby do umie­jęt­no­ści i kom­pe­ten­cji ktoś chciał zaliczać umie­jęt­ność prze­cho­dze­nia przez przej­ście dla pieszych z sygna­li­za­cją świetlną, umie­jęt­ność obsługi kuchenki mikro­fa­lo­wej, czy wiedzę o tym, jak spraw­dzić ceny biletów do kina w inter­ne­cie). Czym innym jest wyko­ny­wa­nie pracy pole­ga­ją­cej na jeż­dże­niu samo­cho­dem, czym innym jest jednak wyko­ny­wa­nie pracy wyma­ga­ją­cej tak znacz­nych kwa­li­fi­ka­cji, wiedzy i odpo­wie­dzial­no­ści. Aby porównać te dwa zawody, musiał­byś wymagać, aby przed każdym kursem kierowca ubera samo­dziel­nie mody­fi­ko­wał swój samochód, jego silnik, gaźnik, zawie­sze­nie, resory itd. dla potrzeb klienta, a dodat­kowo był gotowy dokonać drob­niej­szych mody­fi­ka­cji już w trakcie kursu. Co więcej, kierowca musiałby też reali­zo­wać kurs wedle wytycz­nych mini­ste­rial­nych i umie­jęt­nie radzić sobie z sytuacją, w której mini­ster­stwo nakazuje jechać do A, ale klient chce jechać do B, przy czym w połowie trasy zmie­niają się wytyczne mini­ste­rialne, naka­zu­jące aby klientów wozić pojazdem posia­da­ją­cym dwa razy więcej obrotów, inny kształt foteli, zaś po zaje­cha­niu do A, zawieźć klienta też do G, M a potem J i wymusić na nim, aby przed następ­nym kursem odwie­dził Z.

      • Jasio­Zbuk

        Nie działa tak wolny rynek. Wolny rynek działa tak że fajtłapa plajtuje. Kto źle zarządza pie­nią­dzem plajtuje. Szkoła splaj­to­wać nie może. Ogarnij podstawy (i jak działaja komen­ta­rze) a potem się rzucaj. Szkoła bardziej przy­po­mina PGR niż prywatną firmę. Nikt się nie będzie trudził w wyszu­ki­wa­nie lepszych nauczy­cieli oprócz garstki ambit­nych dyrek­to­rów. Bo nie ma z tego żadnego zysku. Rejo­ni­za­cja zabije każda ini­cja­tywę. Podstawy. Podstawy. Podstawy. Poczytaj Hayeka Misesa nawet na początek bardziej lek­ko­straw­nego Fried­mana. Potem pogadamy.

        I jeszcze jedno: nigdzie nie porów­na­łem nauczy­ciela do tak­sów­ka­rza. Naprawdę musisz ogarnąć taki koncept jak autor komen­ta­rza jeśli chcesz z kimś dys­ku­to­wać.

      • Michał Skichał

        Wolny rynek działa właśnie tak, jak piszę. Wiem to dobrze, ale nikomu nie muszę nic udo­wad­niać, zwłasz­cza komuś, kto naczytał się bajek.

      • Jasio­Zbuk

        Chyle czoła w takim razie. Człowiek który austriacka szkole eko­no­miczna nazywa bajkami trzeba by gdzieś chociaż opu­bli­ko­wać. Zazdrosz­czę wiedzy i pewności siebie. Szcze­gól­nie tego drugiego, gdyż z mojego doświad­cze­nia w takiej mie­szance jest więk­szość drugiego prze­waż­nie.

      • Michał Skichał

        Za dużo książek też szkodzi, zwłasz­cza kiedy nie przeważa tego naj­zwy­klej­sze doświad­cze­nie.

        Obecna szkoła to nie jest wolny rynek, tylko budże­tówka. W sferze budże­to­wej nie są istotne kwa­li­fi­ka­cje, kom­pe­ten­cje ani jakość pracy, lecz zatrud­nie­nie na okre­ślo­nym sta­no­wi­sku, zwią­za­nym z takim to a nie innym upo­sa­że­niem. Z tej, jak to okre­ślasz, PGR-owskiej per­spek­tywy, nauczy­ciel jest niczym bydło, bądź zwy­czajny punkt sta­ty­styczny. (Dygresja: ciekawe, czy Straż Pożarna też jest jak PGR?). Jednak na wolnym rynku sytuacja byłaby cał­ko­wi­cie inna.

        Owszem, nauczy­cieli jest dużo, teo­re­tycz­nie nawet więcej, niż pracy dla nich. Przy czym na wolnym rynku, szkoła musia­łaby umieć przy­cią­gnąć do siebie ludzi, którzy skłonni byliby zapłacić ciężkie pie­nią­dze za pracę nauczy­cieli. I tutaj szkoła nie ma żadnej innej mocy przy­cią­ga­nia portfeli klientów, jak tylko i wyłącz­nie jakość pracy zatrud­nio­nych nauczy­cieli. Wszelkie poten­cjalne sta­ty­styki, jakie mogą para­me­try­zo­wać ocenę szkoły, a więc liczba skarg i zażaleń, liczba procesów sądowych, liczba zajęć roz­wi­ja­ją­cych nie­pro­gra­mowe umie­jęt­no­ści (sportowe, muzyczne, aktor­skie itd.), wreszcie liczba uczniów, którzy uzyskują wysokie miejsca na olim­pia­dach, liczba absol­wen­tów którzy dostają się na studia wyższe na takich kie­run­kach, jak prawo, medycyna, itd. i kończą te studia z wyróż­nie­niem (to ostatnie pod­kre­ślam: którzy kończą te studia, na jakie się dostali — bo właśnie to jest kluczową i istotną sta­ty­styką, jaka służy do porów­ny­wa­nia pry­wat­nych szkół) — te dane, jak i wiele innych podob­nych, są bez­po­śred­nio związane z tym, jak dobry jest belfer. W efekcie dyrektor szkoły będzie się starał uczynić swoją placówkę atrak­cyjną dla naj­lep­szych belfrów, jakich może on pozyskać, ewen­tu­al­nie będzie poszu­ki­wał kre­atyw­nych i umie­ją­cych zmo­dy­fi­ko­wać program naucza­nia, bądź wzbo­ga­cić go tak, aby cała szkoła funk­cjo­no­wała jeszcze lepiej. Dyrektor będzie zależny od dobrego samo­po­czu­cia belfrów i to właśnie sprawi, że będzie zmuszony płacić — przy cał­ko­wi­cie spry­wa­ty­zo­wa­nej oświacie — spore pie­nią­dze nauczy­cie­lom.

        Zresztą, wysokość wyna­gro­dze­nia nie jest tutaj aż tak istotna, jak się więcej da na pensje, po prostu pod­nie­sie się czesne, aby te większe pie­nią­dze pozyskać. Jak nauczy­ciele będą fak­tycz­nie efek­tywni, to szkoła przy­cią­gnie rodziców skłon­nych te większe kwoty zapłacić.

        Ktoś tutaj uparcie porów­nuje nauczy­cieli ze zwykłymi robot­ni­kami, a dokład­niej z kierowcą i drwalem. Nie wiem czemu to ma służyć. Podobnie jest i w tym przy­padku: nauczy­ciel jest jak bydło w PGR. Albo jak ano­ni­mowy ktoś do segre­go­wa­nia doku­men­tów i klikania w przy­ci­ski myszki i kla­wia­tury w kor­po­ra­cji. Owszem, w dzi­siej­szej szkole, jaką mamy, w tej cen­tral­nie zarzą­dza­nej oświacie, nauczy­ciel to taki właśnie sze­re­go­wiec, ano­ni­mowy trybik, który łatwo można zastąpić jakimś innym try­bi­kiem. Tak rozu­miana oświata, to po prostu budże­tówka, gdzie nie liczy się jakość pracy, a sta­no­wi­sko na jakim się jest zatrud­nio­nym. To ono defi­niuje wysokość upo­sa­że­nia. Nauczy­ciele, a wiec ci, którzy odwalają całą tę robotę, są nic nie zna­czą­cym tłem, bez prawa głosu, bez decy­zyj­no­ści o tym, jak wygląda ich zawód, którzy mogą zająć najwyżej kilka niskich szczebli w struk­tu­rze oświaty. Taki nauczy­ciel dyplo­mo­wany to przecież i tak nic w porów­na­niu do sekre­tarki zatrud­nio­nej w kura­to­rium. Na tym tle, współ­cze­sne nam prywatne szkoły to jakiś margines, gdzie jakość pracy się nie liczy. Tam nie ma szans zatrud­nić się żaden sensowny nauczy­ciel, bo taki byłby zbyt ambitny. Nasze obecne prywatne szkoły, jako dodatek do cen­tral­nie zarzą­dza­nego, pań­stwo­wego systemu oświaty, to jedynie punkt sprze­daży dyplomów. Te szkoły w ogóle nie przyj­mo­wa­łyby uczniów fizycz­nie, gdyby nie wymagała tego ustawa — w prze­ciw­nym razie można by podważać wysta­wiany przez nie dyplom. To prawda, jest tam dyktat pła­cą­cych rodziców, niemniej jednak wszyscy dobrze wiedzą, że dzieci nie muszą się uczyć, bo i tak zdadzą. To samo tyczy się więk­szo­ści pry­wat­nych ośrodków kształ­cą­cych na poziomie szkoły wyższej. W Polsce nie istnieje żaden, pod­kre­ślam — żaden — prywatny ośrodek naukowo-dydak­tyczny. Istnieją prywatne labo­ra­to­ria, oczy­wi­ście, ale nikogo tam się nie uczy. A szkoła wyższa to wystar­czy aby miała jedną jedyną salę, na której stu­den­tów trzeba zgro­ma­dzić, przy świad­kach, aby można było później móc powie­dzieć, że zajęcia się przecież odbywały. Tylko nie­liczne takie szkoły są nasta­wione na jakość i są w stanie, pozy­sku­jąc nauczy­ciela aka­de­mic­kiego, zafun­do­wać mu drogie labo­ra­to­rium, bo ten w swej cham­skiej zuchwa­ło­ści, chce się bawić w upra­wia­nie nauki, która nie przynosi przecież zysków “akademii businesu”. Znam to aż za dobrze, ale chylę czoło przed tymi dwoma “aka­de­miami”, które fak­tycz­nie speł­niają prośbę swych “gwiazd” aka­de­mic­kich i fundują im poważne, na świa­to­wym poziomie laby i programy badawcze (bynaj­mniej nie w zakresie “businesu” tylko twardej nauki). Gene­ral­nie to też nie jest żaden przykład wolnego rynku w oświacie. To po prostu sprzedaż dyplomów i takie ośrodki edu­ka­cyjne istnieją wszędzie, gdzie można pro­wa­dzić swobodną dzia­łal­ność gospo­dar­czą. Nawet w Chinach.

        W pełni wolny rynek w oświacie, a więc sytuacja, gdzie nie ma ani jednej pań­stwo­wej szkoły (może poza spe­cjal­nymi ośrod­kami dla dzieci nie­peł­no­spraw­nych, hospi­ta­li­zo­wa­nych itd), wygląda zupełnie inaczej. I w Polsce też wyglą­dałby zupełnie inaczej. Ten nic nie znaczący i łatwy do zastą­pie­nia, ano­ni­mowy szary, sze­re­gowy trybik zmienia się w spe­cja­li­stę wysokiej klasy. Na tak rozu­mia­nym wolnym rynku nauczy­ciel nie byłby odpo­wied­ni­kiem sze­re­go­wego pra­cow­nika kor­po­ra­cji, tylko raczej śred­niego i wyso­kiego stopnia menagera banku bądź lekarza — spe­cja­li­sty. Cała wiedza prze­róż­nych teo­re­ty­ków, poli­ty­ków, filo­zo­fów i socjo­lo­gów biznesu na nic się nie przyda, jeżeli tej prostej rzeczy się nie zrozumie.

        Aby było prościej, wystar­czy spojrzeć na branżę IT. Tak jak istnieją nauczy­ciele różnych przed­mio­tów i spe­cjal­no­ści, tak są różne zawody w tej branży. Kiedy potrzeba kogoś zatrud­nić, to zapra­szają na rozmowę kwa­li­fi­ka­cyjną, i drżą ze strachu świadomi, że spe­cja­li­ści oczekują sporej zapłaty. Łatwo się zorien­to­wać, czy na rozmowę przy­szedł ktoś, kto się zna na robocie, czy ktoś, kto mówi jakieś wyuczone ogólniki i nic nie rozumie. Dlatego po 5- 10 roz­mo­wach pra­co­dawcy już wiedzą, że mogą wybrać kogoś z tych, których już widzieli i oddzwa­niają oferując nawet wyższe pie­nią­dze, niż te, o jakich była mowa na rozmowie, bojąc się, że deli­kwent pójdzie na inne rozmowy u innych poten­cjal­nych pra­co­daw­ców i oni go pozy­skają. Tak samo byłoby w przy­padku nauczy­cieli, gdyby oświata miała w pełni wolny rynek. Jestem prze­ko­nany, że duże szkoły szybko by znikły i tak, jak na zacho­dzie, domi­no­wa­łyby małe placówki, w których we wszyst­kich klasach dzie­cia­ków jest nie więcej, jak 50. Takich szkół byłoby pełno, tym więcej, im większe blo­ko­wi­ska w okolicy, a miałyby spore zain­te­re­so­wa­nie, bo któż by nie chciał posłać dziecko do takiej kame­ral­nej szkoły o rodzin­nej atmos­fe­rze? Prawo popytu i podaży — nauczy­cieli na rynku nagle by się zrobiło mało, bo szkół by przybyło i każda chcia­łaby, aby zatrud­niony u nich belfer pracował tylko dla nich. To proste, wystar­czy przyj­rzeć się, jak działają szkoły w Szwaj­ca­rii czy college w USA (pod względem kom­pe­ten­cji absol­wen­tów, college jest odpo­wied­ni­kiem naszego liceum ogól­no­kształ­cą­cego, a nie studiów licen­cjac­kich!).

        Wracając to tematu wyj­ścio­wego — nie mówimy tutaj o wysokich stawkach. Na wolnym rynku, dla osoby z wyższym wykształ­ce­niem i na sta­no­wi­sku wyma­ga­ją­cym tego wyższego wykształ­ce­nia, pensja na rękę w wyso­ko­ści 5 tys. to pensja prze­ciętna. A nauczy­ciele nie domagają się nawet takiej kwoty! Chcą zarabiać na rękę ze 3 tysiące, a ci bardziej doświad­czeni ze 4. Z hakiem. Z tej per­spek­tywy, ktoś ambitny, po skoń­czo­nych studiach, raczej nie przyj­dzie pracować do szkoły za 2 tysiące na rękę (z hakiem). Czyli mniej więcej na pensję mini­malną. A niekiedy nawet mniej, bo prze­ciętna oferta pracy to tylko część etatu bez moż­li­wo­ści zatrud­nie­nia się gdzieś indziej (dyrek­to­rzy wydają zgodę, czy nauczy­ciel zatrud­niony u nich na 1/8 etatu może pracować gdzieś indziej! I często nie wyrażają zgody, bo chcą mieć tego nauczy­ciela raz o 8:00 rano, innym razem o 15:00 w szkole, a za miesiąc upchną go na zastęp­stwo o jeszcze innej porze, więc gdyby taki ktoś miał sztywny har­mo­no­gram w innym miejscu, nie mógłby być aż tak dyna­miczny). Chcąc mieć lepszą jakość oświaty, trzeba zacząć od lepszych pie­nię­dzy. Biorąc pod uwagę to, jak działa nasza obecna oświata, to na prawdę trzeba zgodzić się z nauczy­cie­lami, którzy mówią, że przy obecnej wyso­ko­ści zarobków, do szkół nie chcą przy­cho­dzić nowi nauczy­ciele. Podobnie jest w przy­padku lekarzy, przy czym istotna liczba absol­wen­tów medycyny fak­tycz­nie wyjeżdża za granicę, istotna na tyle, że ich zaczyna brakować na rynku pracy u nas. Nauczy­ciele alarmują, że taka sytuacja — kiedy zacznie brakować nowych nauczy­cieli na rynku pracy — grozi też oświacie. Pomi­ja­jąc już oczy­wi­stą wolę otrzy­ma­nia więk­szego wyna­gro­dze­nia dla siebie i wolę wywal­cze­nia innych postu­la­tów, jakie oni zgłosili. I w tym właśnie różni się rynek cen­tral­nie zarzą­dzany od rynku wolnego: na wolnym rynku nauczy­ciele, którzy nie chcie­liby pracować za ofe­ro­wane im stawki, szybko otrzy­ma­liby większe pensje. To nie tak, że oni muszą pracować w szkołach. Mogą udzielać kore­pe­ty­cji, obsłu­gi­wać plat­formy e-ler­nin­gowe, pracować jako tera­peuci, dzien­ni­ka­rze i wyko­ny­wać tysiące innych zawodów. Mogą się też prze­kwa­li­fi­ko­wać na zupełnie inną robotę, nie związaną w żaden sposób z tym czego się uczyli na studiach. Na wolnym rynku ktoś, kto chciałby zapewnić lepszą jakość oświaty, po prostu zaofe­ro­wałby wyższe stawki. Skró­ci­łoby to ilość rozmów z chętnymi przed zatrud­nie­niem kogoś, zapew­niło stałe zain­te­re­so­wa­nie chętnych do pracy (zawsze pod ręką jest ktoś, kogo mogę zatrud­nić), a i do pracy zgła­sza­liby się bardziej ambitni, którzy nie zre­zy­gno­wali zawodu zaraz po skoń­cze­niu studiów, wiedząc, że jako bystrzy i sprawni, mogą robić co tylko zechcą. Tutaj nie chodzi tylko o kon­ku­ren­cję z innymi nauczy­cie­lami, lecz także z zatrud­nie­niem poza branżą.

    • roz­pier­da­lacz kazno­dzieja

      Kor­wi­ni­ści zawsze w formie: pry­wa­ty­za­cja receptą na wszystko, a każdy kto nie jest pro­gra­mi­stą to nierób.
      Tyle że istnieją prywatne szkoły, przed­szkola i uczelnie, naj­czę­ściej pre­zen­tują poziom niższy od publicz­nych.

      • Jasio­Zbuk

        Są prywatne szkoły wyższe które fak­tycz­nie mają za zadanie dać dyplom a nie wykształ­cić. Nato­miast prywatne szkoły pod­sta­wowe itp pre­zen­tują całkiem dobry poziom. Oczy­wi­ście są też takie które pre­zen­tują poziom żenujący ale jak jest popyt to jest podaż. I to jest piękno pry­wat­nych usług. Możesz zjeść w budzie z “azja­tycka kuchnia” albo pójść do drogiej restau­ra­cji.

      • Maja Szczerba

        czyli albo masz kasę i jesteś w stanie zapewnić dzieciom wykształ­ce­nie nie­za­leż­nie od ich moż­li­wo­ści, albo nie masz i nie jesteś, również nie­za­leż­nie od ich moż­li­wo­ści. Bo to, że bon nie pokryje wszyst­kiego to raczej oczy­wi­ste.

      • Jasio­Zbuk

        Oczy­wi­ście że tak. A czy szkoły teraz zapew­niają wszystko? Bloga naiwność wiary w publiczna edukację jest zaska­ku­jąca. Jak chcesz porząd­nie zjeść to idziesz do zakła­do­wej stołówki? Naprawdę nie ma co się bać prywaty. Pry­wat­nego wła­ści­ciela można zmo­ty­wo­wać do dzia­ła­nia bardzo łatwo. Państwo nato­miast obniżyło próg zali­cza­jący mature do 30%. Przecież to jest śmiech na sali. Wypycha się masowo ludzi z “debi­lo­wek” a oni się jeszcze cieszą że jest za darmo. Oczy­wi­ście przez za darmo rozu­miemy to że płacimy 150% kwoty rynkowej za podobną usługę w podat­kach.

    • kuba_wu

      Szwedzi poszli w tę stronę i dzisiaj żałują. Koszty pozo­stały takie same, a jakość naucza­nia spadła. Że to się nie zgadza z dogma­tami wol­no­ryn­kow­ców, well, tak to już jest z dogma­tami, opartymi na głębokim prze­ko­na­niu.

      Inny przykład, to system opieki zdro­wot­nej. Tam gdzie usłu­go­dawcy są prywatni (USA) jest hor­ren­dal­nie drogi (19%pkb!) i mniej efek­tywny, niż w więk­szo­ści krajów OECD (raporty WHO) I przede wszyst­kim wcale nie taki powszechny… Z kolei tam, gdzie jest naj­lep­szy (Singapur, 8% pkb) jest głównie pań­stwowy, ale z ele­men­tami pry­wat­nymi oraz silnie moty­wu­ją­cymi, zarówno dla usłu­go­daw­ców jak i pacjen­tów. Taki prag­ma­tyczny mix.

    • Michał Skichał

      Jedyne sensowne roz­wią­za­nie to pry­wa­ty­za­cja szkół. Danie bonów oświa­to­wych każdemu rodzi­cowi.

      Prze­pra­szam, ale nie rozumiem — jakie bony? Jeżeli mówimy o pry­wa­ty­za­cji, to wówczas chodzi o sytuację, w której szkoła wystawia rachunek za edukację dziecka, np. 10 tys. za rok. Jeżeli mówimy o pry­wa­ty­za­cji, to mówimy o czesnym, a nie o jakiś bonach. Bony to są w Bie­dronce albo w Lidlu. Cał­ko­wita pry­wa­ty­za­cja szkol­nic­twa nie jest możliwa z tego powodu, że wówczas więk­szość ludzi nie byłoby stać na posłanie dzieci do szkół, a tym­cza­sem w Polsce istnieje obo­wią­zek edukacji dzieci.

      Niestety, obo­wią­zek ten jest nie­wła­ści­wie sko­dy­fi­ko­wany i błędnie egze­kwo­wany. Okazuje się, że obo­wią­zek edukacji dzieci spada na nauczy­cieli. Przykład — nie bardzo można usunąć dziecko ze szkoły, bowiem właśnie istnieje obo­wią­zek edu­ka­cyjny. Jak dziecko chodzi do tej i tej szkoły, to szkoła ma obo­wią­zek dziecko uczyć. Obo­wią­zek edukacji powinien spo­czy­wać na rodzi­cach. Wówczas szkoła mogłaby swo­bod­nie usuwać uczniów, którzy nie uzyskują promocji do następ­nej klasy, którzy wagarują, którzy palą papie­rosy po ubi­ka­cjach itd. Zapew­niam, że rosz­cze­nio­wość rodziców spadłaby wówczas do zera, bo nie mogąc znaleźć szkoły, jaka zechcia­łaby przyjąć ich nie­grzeczne dziecko, mieliby problem prawny. Rodzic nie potra­fiący wywiązać się z obo­wiązku edu­ka­cyj­nego to rodzic nie­wy­dolny wycho­waw­czo, a więc sprawą zaj­mo­wałby się sąd rodzinny, a nie­grzeczny bachor mógłby trafić do spe­cja­li­stycz­nego ośrodka wycho­waw­czego. Wiem, że to skrajny przykład, ale proszę zobaczyć, że w takiej sytuacji już naj­mniej­szy problem dziecka byłby widoczny jak na dłoni. Rodzice nie śmieliby baga­te­li­zo­wać pro­ble­mów dzieci, zamiast mecha­nicz­nie wypi­sy­wać kolejne uspra­wie­dli­wie­nia, pisać skargi na nauczy­cieli którzy “znęcają się” nad dziec­kiem (czytaj: na nauczy­cieli którzy kon­se­kwent­nie wymagają od dziecka wyko­na­nia zadań domowych) itd.

      • Jasio­Zbuk

        Pry­wa­ty­za­cja szkół. Z puli PKB prze­zna­cza­nej obecnie na utrzy­ma­nie szkół publicz­nych zrobić bony wydawane rodzicom które oni dadzą kon­kret­nej szkole. Chyba prościej nie da się wykonać pierw­szego kroku do oddania wolności w pełni rodzicom. Nie rozumiem czego tu można nie rozumieć.

  • http://wswieciejutra.pl keeeper

    Bardzo fajny tekst i bardzo praw­dziwy. Naj­bar­dziej w ten całej sytuacji wkurzają mnie komen­ta­rze: “Jak się nie podoba to zmień pracę!”. Jeśli w szkołach pracują ludzie wyedu­ko­wani, z per­spek­ty­wami oraz dyle­tanci, którzy nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem to zgad­nij­cie — którzy z nich zmienią pracę? Będzie lepiej czy gorzej?

    Mam wykształ­ce­nie peda­go­giczne zdobyte na polskiej uczelni. A jednak w ojczyź­nie nie prze­pra­co­wa­łem nawet godziny — od kilku lat uczę w pry­wat­nej szkole za granicą. Ucznio­wie mnie ponoć lubią, firma od czasu do czasu rzuca podwyżkę — to chyba znaczy, że wiem co robię i jestem w tym dobry. Na późne lata chciał­bym wrócić do Polski, ale wciąż myślę czym mógłbym się wtedy zajmować, bo wiem, że pracować w pań­stwo­wej szkole z pew­no­ścią nie będę. Posłu­cham dobrej rady inter­ne­to­wych “Grażyn i Januszy” — nie podoba mi się i zmienię pracę. A wasze dzieci niech się uczą z Youtube’a.

  • Mikołaj Kar­kow­ski

    Chcę żeby każdy pra­cow­nik na Ziemi zarabiał (dużo) więcej.Nie da się nie zgodzić z tytułem. Uważam, że pry­wa­ty­za­cja była, czę­ściowo jest i może wróci. Wszyscy jesteśmy za reformą oświaty na lepsze ale czy oto chodzi w tym strajku? Gwa­ran­tuje Ci że jakby dostali 1000 zł czy 2000 to zapo­mnie­liby o wszyst­kich pro­ble­mach szkol­nic­twa. Czy zgadzasz się, że straj­ku­jący na pierw­szym miejscu mają swoje pie­nią­dzę a dopiero potem dobro uczniów?

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Zgadzam się, że niemal każdy zdrowy na umyśle człowiek na pierw­szym miejscu stawia dobro swoje (i swojej rodziny), a dopiero potem resztę. To racjo­nalne i nie widzę w tym nic dziwnego. Zapew­niam, że lekarz też na pierw­szym miejscu stawia dobro swoje, a potem pacjenta — ale jednak rezy­denci wykonali ruch, o którym piszę. Choć straj­ko­wali, to żądali nie tylko podwyżek, ale również ogólnego zwięk­sze­nia PKB prze­zna­cza­nego na służbę zdrowia. Ana­lo­gicz­nie powinni postąpić nauczy­ciele.

      • Jasio­Zbuk

        Hehe. Widać że ateista i prag­ma­tyk. Może nawet zwo­len­nik etyki uty­li­tar­nej pana Singera.

      • Michał Skichał

        Hehe. Widać że ateista i prag­ma­tyk. Może nawet zwo­len­nik etyki uty­li­tar­nej pana Singera

        A ja tu widzę, że cytowany przeze mnie komen­tarz chyba pomył­kowo znalazł się pod wpisem, pod którym się znalazł. Czyżby te komen­ta­rze były skądś przy­kle­jane? Tak tylko zgaduję, bo przecież jest zupełnie nie na temat toczonej tamże dyskusji, jest wręcz nie­ade­kwatny, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że zawarte w nim wnioski nie wynikają z prze­sła­nek — tj, z treści zawar­tych w poście, pod którym tenże komen­tarz się pojawił.

      • Jasio­Zbuk

        Stary, ogarnij tego disqusa. Zwracaj uwagę na który komen­tarz jest odpo­wiedz itp. To naprawdę nie jest trudne.

      • Michał Skichał

        Stary, ogarnij zna­cze­nie tej wypo­wie­dzi 😉

      • Djonizos

        Pamię­tamy jeszcze strajki kole­ja­rzy czy górników.
        Zawsze jak dostali co chcieli, to się wnet okazało, że “niczego nie trzeba więcej refor­mo­wać” i wszystko jest dobrze.
        Tym­cza­sem absurdy w tych branżach aż w oczy szczy­pały. Napisano o nich wiele i chyba nie muszę tu tego robić.

        Teraz znowu pytanie. Dlaczego prze­ciętny zjadacz chleba ma uwierzyć, że z nauczy­cie­lami jest inaczej. Że oni jak tylko dostaną podwyżki zaczną się samo­do­sko­na­lić, uzdra­wiać wady systemu, itp, itd.
        To też są przecież ludzie, normalni ludzi. Jak sam napi­sa­łeś.

        Ta forma strajku to takie samo­za­ora­nie. Nie ma bata żeby to przeszło w oczach części spo­łe­czeń­stwa.
        Nie ma bata, bo jak już pisałem — takie strajki pamię­tamy. To jest kolejny skok na kasę, a potem będzie przy­kle­py­wa­nie starego bagienka.

        Jak by przy­go­to­wali coś sen­sow­nego (jak sam pisałeś), to wtedy można roz­ma­wiać. Na razie nie ma o czym. Bo na tej samej zasadzie, to ja ci mogę napisać elaborat, że .….….…. (tu wpisz dowolny zawód) powinien zarabiać więcej. A jak ów przed­sta­wi­ciel zawodu nie zarabia, to państwo powinno mu dopłacić, bo to jest pośred­nio ważne dla całego spo­łe­czeń­stwa.

    • kuba_wu

      Kluczowe jest to, że niskie zarobi ozna­czają selekcję nega­tywną. Wysokie zaś sprawią, że zawód stanie się atrak­cyj­niej­szy, zwiększy się kon­ku­ren­cja, a zatem i selekcja. Oczy­wi­ście, to proces na poko­le­nie. Aby go przy­spie­szyć potrzebne są inne reformy, ALE BEZ podwyżek nic z tego po prostu nie wyjdzie, z przyczyn opi­sa­nych przez Adama.

    • Djonizos

      Uni­wer­salna zasada “dajcie pie­nią­dze, to jakoś to będzie”. Tak jest od straj­ku­ją­cych kole­ja­rzy, przez górników po nauczy­cieli.

  • http://jacek-belof.blogspot.com/ Jacek

    Podwyżki nie należą się nauczy­cie­lom… nie należą się też ani lekarzom, ani pie­lę­gniar­kom, ani poli­cjan­tom, czy emerytom, bądź rolnikom… należą się NAM POLAKOM — mamy naj­niż­sze zarobki w Europie i naj­wyż­sze podatki. Przy­pusz­czam jednak, że jak było, tak będzie, bo nasza „kochana władza” czerpie pełnymi gar­ściami z naj­lep­szych wzorców lat sie­dem­dzie­sią­tych, anta­go­ni­zu­jąc spo­łe­czeń­stwo i roz­gry­wa­jąc je prze­ciwko sobie.

    • kuba_wu

      Gwoli ści­sło­ści, ani nie mamy naj­niż­szych zarobków (choć oczy­wi­ście mamy niskie), ani naj­wyż­szych podatków. Ale faktem jest, że jak ostatnio pokazano, efek­tywne opo­dat­ko­wa­nie, łącznie z VAT-em, jest u nas degre­sywne.

  • januszek

    Autor, jako zwo­len­nik libe­ra­li­zmu i wolnego rynku powinien szanować fakt, że obecna sytuacja to efekt tego, że od 30 lat to rynek wycenia pracę nauczy­ciela; tak samo jak wycenia pracę pra­cow­nika marketu spo­żyw­czego. To, że nauczy­ciele zara­biają więcej niż kierowcy Ubera wynika tylko i wyłącz­nie z tego, że kierowcy Ubera nie mogą utworzyć związku zawo­do­wego. Silne związki zawodowe nauczy­cieli zakła­mują wyceny rynkowe i nauczy­ciele dzięki nim zara­biają więcej niż zara­bia­liby bez nich.

    • nauczy­cielka ka

      Czyli gdyby nie związek zawodowy otrzy­my­wa­ła­bym jeszcze mniej niż obecne 2200 zł, które zarabiam? Na w pełni wolnym rynku nauczy­ciel otrzy­my­wałby mniej niż woźna? Poczułam się zachę­cona. :3

      • januszek

        Tak działa wolny rynek. To dlatego Walter White musiał popo­łu­dniami dorabiać w myjni samo­cho­do­wej, gdzie czyścił felgi w furach swoich uczniów…

      • Rafał Jakieła

        Proszę się przejść do pry­wat­nej szkoły i zapytać ile zarabia nauczy­ciel. Tak właśnie wolny rynek wycenia nauczy­cieli. Teraz pytanie, ile procent spo­łe­czeń­stwa było by stać zapłacić taką kwotę. Zary­zy­kuję stwier­dze­nie, że ani połowa.

      • januszek

        Pełna zgoda. Właśnie tak działa wolny rynek. Na kilka eli­tar­nych szkół w których o zarob­kach i czesnym dżen­tel­meni nie roz­ma­wiają przy­pa­dają setki (albo i setki setek) takich zwy­czaj­nych, w których nie opłaca się pracować bo w mar­ke­tach płacą więcej.

      • januszek

        Ale spo­koj­nie, na pewno ktoś wymy­śliłby startupa, gdzie za pomocą apki można by się skrzyk­nąć na grupowe kore­pe­ty­cje. Uber­te­acher ;P

      • Rafał Jakieła

        Naprawdę chciał­byś, żeby Twoje dzieci były uczone przez jakiegoś gościa zła­pa­nego na apkę? A co np. z dziećmi miesz­ka­ją­cymi gdzieś w odle­głych wsiach w Biesz­cza­dach? Jak one korzy­stały by z takiej pry­wat­nej edukacji? I jakie były by tego koszty. Wolny rynek nadaje się do bardzo wielu rzeczy, ale przy wolnym rynku w edukacji mie­li­by­śmy pewnie z 20% anal­fa­be­tów w spo­łe­czeń­stwie, a naj­lep­sze szkoły były by tylko dla bogaczy. Wyobraź sobie, że do jakieś szkoły było by 5 kan­dy­da­tów na 1 miejsce. Co zrobił by dobry menadżer w szkole. Podniósł czesne tak, żeby zrobił się 1 kandydat na jedno miejsce uwalając tym samym zdolnych ale biednych uczniów.

      • januszek

        To nie ja jestem zwo­len­ni­kiem wolnego rynku tylko autor tekstu, pod którym komen­tu­jemy. Gdyby to ode mnie zależało to poszli­by­śmy w kierunku Skan­dy­na­wii a nie w kierunku USA, co ma miejsce od 25 lat.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Nie wiem dlaczego, zwo­len­nik w polskich realiach równa się eks­tre­mi­ście. Jeśli dopusz­czasz roz­wią­za­nia socjalne to jesteś komuchem albo nawet bol­sze­wi­kiem, jeśli libe­ra­łem, to spry­wa­ty­zo­wał­byś wszyst­kich i zli­kwi­do­wał podatki. Tak się składa, że kiedyś roz­wa­ża­łem na łamach bloga kwestię pry­wa­ty­za­cji w sektorze nauki i jestem wobec niej scep­tyczny, jak w przy­padku żadnej innej branży (chociaż nie tyle z powodów eko­no­micz­nych, co w związku ze spe­cy­fiką edukacji jako usługi). Jestem za roz­wią­za­niem hybry­do­wym, w którym istnieje oświata cen­tralna, ale dopusz­cza się podmioty prywatne.

      • januszek

        Tak jak napi­sa­łeś działa obecnie służba zdrowia. I widać tam, jeszcze większą zapaść, niż w edukacji. Dlatego, że działa mecha­nizm pry­wa­ty­za­cji zysków i uspo­łecz­nia­nia strat. No ale możemy popa­trzeć na publiczne szkoły w USA. Np przez pryzmat Ubera dla nauczy­cieli: http://www.parachuteteachers.com/#

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Służba zdrowia to służba zdrowia, a oświata to oświata. Dwie bardzo spe­cy­ficzne dzie­dziny — jed­no­cze­śnie różne od siebie — do których należy pod­cho­dzić deli­kat­nie i z roz­my­słem. Dla obu widział­bym inne roz­wią­za­nia, ale, że tylko z edukacją miałem zawodowy kontakt, to nie będę publicz­nie mówił o szpi­ta­lach. Napiszę tylko, że choć mamy do czy­nie­nia z różnymi pato­lo­giami, to wątpliwe aby ewen­tu­alne odsu­nię­cie pod­mio­tów pry­wat­nych od sektora zdro­wot­nego, napra­wiło pod­sta­wowe i ciągnące się latami problemy tej branży.

        Jedyne co łączy obie sprawy, to fakt, że tylko wyższe pensje mogą zachęcić zdolnych młodych ludzi do wzięcia na siebie odpo­wie­dzial­no­ści za uczniów lub pacjen­tów.

      • januszek

        Rozumiem argument o wyższych pensjach. Jed­no­cze­śnie słyszę go od zawsze. Bo reformy oświa­towe i pro­ste­sty nauczy­ciel­skie (w zasadzie zawsze clou sporu to kasa) to jest proces ciągły, który na własne oczy obser­wuję od 40 lat.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Bo nadal przed­sta­wi­ciele szeroko rozu­mia­nej inte­li­gen­cji oraz odpo­wie­dzial­nych zawodów (pie­lę­gniarki) potrafią zarabiać grubo poniżej średniej. Na to nakłada się jeszcze jeden czynnik, pod postacią otwar­tych granic i moż­li­wość pracy w znacznie lepszych warun­kach za godne pie­nią­dze. Służba zdrowia, jak sam zauwa­ży­łeś, już padła na pysk (przy czym padła naprawdę, bo braku per­so­nalne są groźne jak nigdy). W edukacji będzie podobnie, choć może nie tyle zabrak­nie chętnych w ogóle, co ludzi z kom­pe­ten­cjami.

      • Rafał Jakieła

        Szkoły finan­suje się z budżetu głównie dla tego, żeby wszyst­kie dzieci miały w miarę równy dostęp i żeby był on reali­zo­wany jak naj­dłu­żej. Temu służyły m.in. gimnazja. Szkoła oprócz dobrze wykształ­co­nych i dobrze opła­ca­nych nauczy­cieli, potrze­buje przede wszyst­kim grun­tow­nej reformy podstawy pro­gra­mo­wej, z nasta­wie­niem według mnie na nauki ścisłe. Bo to postęp tech­no­lo­giczny buduje dobrobyt w państwie. Co oczy­wi­ści nie oznacza, że powin­ni­śmy mini­ma­li­zo­wać języki, historię, czy muzykę i sztukę. Po drugie program zarówno przed­mio­tów huma­ni­stycz­nych jak i przed­mio­tów ścisłych powinien być zsyn­chro­ni­zo­wany. Mam na myśli to, że bardzo często epoki nauczane na muzyce, plastyce, historii czy polskim, mijają się. Podobnie jest z naukami ścisłymi. Na fizyce wyko­rzy­stuje się działy mate­ma­tyki, które jeszcze nie były prze­ra­biane na mate­ma­tyce.

      • kuba_wu

        No cóż nie jest dla mnie odkry­ciem, że są dzie­dziny, w których wolny rynek działa po prostu bardzo źle, a jedną z nich jest powszechna, powta­rzam powszechna edukacja…

      • Michał Skichał

        w3

    • John Kofee

      hmm, serio? to Uberowi też płaci państwo?

      • januszek

        A ja tak napi­sa­łem? Jednak teza jest ciekawa bo fak­tycz­nie, kiedy się nad tym pochylić to widać, że Uber oszczę­dza na kasie, której państwo fak­tycz­nie nie jest w stanie od niego wyeg­ze­kwo­wać.
        Dlaczego odwo­ła­łem się do Ubera? Bo na wolnym rynku, każdy mógłby być nauczy­cie­lem. Np student Wia­cze­sław, emigrant z Ukrainy, mógłby dorabiać jako nauczy­ciel w pod­sta­wówce. Aby ogra­ni­czyć koszty pracy for­mal­nie mógłby być wolon­ta­riu­szem dla Fundacji Narodowa Edukacja. Darmowa edukacja ;P

    • kuba_wu

      O czym ty piszesz?!? Przecież NIE ISTNIEJE żaden “wolny rynek pracy nauczy­ciela”, skoro a) państwo jako pra­co­dawca jest prak­tycz­nym mono­po­li­stą (a już na pewno ma pozycję domi­nu­jącą), oraz b) sektor jest bardzo mocno ure­gu­lo­wany. Podobnie zresztą w medy­cy­nie. To państwo zbiera “premię mono­po­li­sty” dyktując cenę — w tym wypadku cenę pracy — oczy­wi­ście zaniżoną.

      Jako znawca wolnego rynku powi­nie­neś o tym wiedzieć 🙂

      Poza tym może spróbuj innego hmm “ryn­ko­wego” toku myślenia: skoro jest jeden zbiorowy pra­co­dawca (państwo), mający z tego powodu oczy­wi­ste przewagi, to jedynym sposobem zrów­no­wa­że­nia tego stanu, jest jeden wspólny przed­sta­wi­ciel pra­co­bior­ców — czyli masowy związek zawodowy. Tylko wtedy można mówić o (względ­nej) rów­no­wa­dze sił, prawda?

      • januszek

        To wyjaśnij różnicę zarobków pomiędzy robot­ni­kami w Lasach Pań­stwo­wych a nauczy­cie­lami. Pra­co­dawca jest ten sam 🙂

      • Michał Skichał

        Robot­nicy w Lasach Pań­stwo­wych zara­biają lepiej?

    • Michał Skichał

      obecna sytuacja to efekt tego, że od 30 lat to rynek wycenia pracę
      nauczy­ciela; tak samo jak wycenia pracę pra­cow­nika marketu spo­żyw­czego.

      Drogi januszku, właśnie wyka­za­łeś się cał­ko­wi­tym brakiem rozu­mie­nia tego, co znaczy “wolny rynek”. Libe­ralne (czyli wol­no­ryn­kowe) zasady pracy obo­wią­zują super­mar­kety i tam fak­tycz­nie, to “rynek” wycenia płacę pra­cow­ni­ków. Ale szkol­nic­two, opieka zdro­wotna, wojsko, policja, straż pożarna, skar­bówka i inne insty­tu­cje, jakich chyba nie ma już sensu tu wymie­niać, to tzw. “budże­tówka”, czyli nie­li­be­ralny — a ktoś złośliwy powie­działby, że wręcz lewacki — system zarzą­dzany cen­tral­nie przez państwo. To nie rynek, a pan lub pani minister wycenia płacę nauczy­ciela. Płace nauczy­cieli, poli­cjan­tów i stra­ża­ków wypła­cane są wprost z mini­ste­rial­nego konta ban­ko­wego, na którym znajduje się tzw. budżet państwa, czyli w tym przy­padku wpływy z podatków i akcyz, no nie tylko, ale przede wszyst­kim. Kupując wódkę i papie­rosy pomagasz nauczy­cie­lom — akcyza za te towary wpływa na rządowe konta bankowe, z których następ­nie wypła­cane są pensje pra­cow­ni­ków budże­tówki. Pani lub pan minister oświaty pyta się pani bądź pana ministra finansów, ile tej kasy rząd zgro­ma­dził, i ta dwójka urzęd­ni­ków pyta się następ­nie premiera, czy może pobrać z tej kasy stosowną kwotę na pensje nauczy­cieli. A pani lub pan premier może się zgodzić bądź nie. Być może waż­niej­sze jest prze­zna­cze­nie tych pie­nię­dzy na pewnego toruń­skiego redemp­to­ry­stę, albo wypłaty dla rolników w zależ­no­ści od liczby krów. To już jest polityka, a nie wolny rynek.

  • John Kofee

    Nie od dziś wiadomo, że nie­wy­kształ­co­nym motło­chem rządzi sie naj­ła­twiej… może chodzi o uzy­ska­nie takiego właśnie spo­łe­czeń­stwa. Wtedy brak łożenia na oświatę jak naj­bar­dziej ma sens. Obywatel ma umieć się podpisać, ale nie­ko­niecz­nie musi rozumieć pod czym…

  • rober­trock

    Żaden bon oświa­towy ani prywatna edukacja niczego a na pewno nie wiele zmieni. Moja nauczy­cielka z pod­sta­wówki wyje­chała do USA, mamy z nią kontakt i opowiada jak jest z tym podzia­łem na prywatne i publiczne. Jak dla mnie nie do zaak­cep­to­wa­nia. Tak jak już wspo­mniano o pry­wat­nych szkołach, histe­ryczni rodzice oczekują cudów bo płacą.
    Abso­lut­nie nie wolno wpro­wa­dzać wolego rynku (wolnej ame­ry­kanki) do edukacji. Nie wolno zwracać uwagi tylko na niskie koszty. Wiele rzeczy musi kosz­to­wać dużo. Nie można wszędzie wpro­wa­dzać ube­ry­za­cji.
    Jednakże zgadzam się, że trzeba podnieść płace nauczy­cie­lom choć to oczy­wi­ście nie rozwiąże wszyst­kich pro­ble­mów.
    Te osoby, które kry­ty­kują nauczy­cieli, według mnie są dowodem na to, że nie odebrali sta­ran­nej edukacji, nie znają spe­cy­fiki zawodu i mierzą wszystko swoją miarą.
    Jak firma zbuduje drogę, postawi budynek albo naprawią samochód to widać to od razu. A jak nauczy­ciel uczy to efektów tak szybko nie widać i dlatego tak małe zro­zu­mie­nie dla ich postu­la­tów.
    Domowe naucza­nie jest tylko wycin­kiem z całego zło­żo­nego problemu kształ­ce­nia. Oczy­wi­ście można wymie­niać znane oso­bi­sto­ści, które to kształ­ciły się w domu, ale nie wszystko jest dla wszyst­kich z bardzo różnych względów.
    Rządowe wyli­cze­nia podane w artykule są oczy­wi­ście zawyżone a nawet wzięte z kosmosu. Ale po tym rządzie nie można spo­dzie­wać się niczego innego. Dlatego nadal będzie próbował skłócać wszyst­kich ze wszyst­kimi bo tak im pasuje.
    Oso­bi­ście mam pre­ten­sje do nauczy­cieli, że tak bardzo jak za pod­wyż­kami nie pro­te­stują prze­ciwko bez­na­dziej­nej pod­sta­wie pro­gra­mo­wej. Sami powinni to dosko­nale rozumieć, że taka wiedza, z takiej podstawy, której więk­szość ucznio­wie i tak zapomną nadal zostawia nas w cywi­li­za­cyj­nym ogonie, a przy­szłych pra­cow­ni­ków jako tanią siłę roboczą.

  • Konrad / Zegis

    Przyznam w moich oczach głównym pro­ble­mem jest to co napi­sa­łeś o współ­cze­snych czasach: “W epoce infor­ma­cji, gdy wiedza powinna być na wagę złota”.

    Chciał­bym żeby tak było.
    Jednak obser­wu­jąc własne oto­cze­nie (uwaga dowód aneg­do­tyczny, będę bardzo szczę­śliwy, jeśli wnioski wycią­gnięte są nie­praw­dziwe i nie mają jakiej­kol­wiek kore­la­cji z rze­czy­wi­sto­ścią) nie mogę zigno­ro­wać panu­ją­cej w moim oto­cze­niu opinii, spro­wa­dza­ją­cej się do prostego stwier­dze­nia: “każdy ma przy sobie smart­phone, w nim internet. Jeśli czegoś nie wiem to znajdę.”
    Odnoszę wrażenie, że chociaż wiedza powinna być na wagę złota, to jednak fak­tycz­nie ceni się… po prostu infor­ma­cje. I cie­ka­wostki. Często powie­lane zupełnie bez zro­zu­mie­nia w sposób przy­wo­dzący na myśl głuchy telefon, czy sen­sa­cyjne artykuły z wielkich portali.

    Bardzo często wśród osób, które ukoń­czyły studia z tytułem magistra, czy też właśnie fina­li­zują swoje prace magi­ster­skie słyszę pytanie: “*Zagad­nie­nie?* A komu to w realnym życiu potrzebne? Mam kal­ku­la­tor, mam GPS, mam google”. Naj­czę­ściej pod kon­kretne zagad­nie­nie pod­sta­wiane są bardziej skom­pli­ko­wane zagad­nie­nia mate­ma­tyczne (co brzmi kurio­zal­nie biorąc pod uwagę, że 80% mojego oto­cze­nia ma również tytuł inży­niera), bądź bio­lo­giczne, lub che­miczne.

    Z jakiegoś powodu igno­ran­cja, oraz brak jakiej­kol­wiek cie­ka­wo­ści wydają się być w dzi­siej­szych czasach w dobrym tonie. Gdybam sobie, że jednym z powodów takiego stanu może być postę­pu­jąca spe­cja­li­za­cja wiedzy w wielu zawodach.

    Chodzi mi po głowie przykład pro­gra­mi­stów: którzy się coraz bardziej spe­cja­li­zo­wać w kon­kret­nych obsza­rach, które też roz­wi­jają się bardzo szybko: czasy, gdy jedna osoba pro­jek­to­wała wygląd strony www, prze­no­siła go do prze­glą­darki za pomocą html i css, później spra­wiała by strona była inte­rak­tywna poprzez java­script, później umoż­li­wiała trwały zapis danych, czy auto­ry­za­cje poprzez np. php, przy­go­to­wy­wała bazę danych, wyku­py­wała hosting, w skraj­nych wypad­kach kon­fi­gu­ro­wała. W tym momencie posta­wie­nie strony przez jedną osobę dalej jest możliwe, ale w skraj­nych wypad­kach opisanym procesem może zajmować się nawet zespół złożony z 5 osób, osobno pro­jek­tanta, osobno od “frontu” strony, osobno od — nazwijmy to — zaplecza, a do tego jeszcze po jednej osobie od baz danych i od samej kon­fi­gu­ra­cji. A naj­czę­ściej zespół 2 osobowy.

    To tylko przy­pusz­cze­nie ale… może coraz większa spe­cja­li­za­cja wyzwala u ludzi mocną prio­ry­te­ty­za­cje zagad­nień i depre­cjo­no­wa­nie tego, co wydaje się nie potrzebne w prze­wi­dy­wa­nej przy­szło­ści?

    Spe­cja­li­za­cje samą w sobie widzę często jako czołowy argument prze­ciwko obecnemu sys­te­mowi edukacji, a nie wydaje mi się, żeby osoba, która wyraźnie neguje współ­cze­sny model była chętna przyznać, że nauczy­ciele pra­cu­jący dokład­nie w tym modelu zasłu­gują na jakie­kol­wiek większe pie­nią­dze.

    Inna rzeczą jest to co sam przy­to­czy­łeś — prak­tycz­nie każda osoba, z którą się zetkną­łem pamięta przy­naj­mniej jednego nauczy­ciela, którego walory inte­lek­tu­alne były w naj­lep­szym wypadku wątpliwe. Pół biedy, jeśli na wąt­pli­wo­ściach się kończyło, gorzej jeśli za tym szła wzajemna anty­pa­tia, która obecnie prze­kłada się na niskie zdanie o całej grupie zawo­do­wej — było nie było ludzie maja natu­ralna ten­den­cję do gene­ra­li­zo­wa­nia; Wła­ści­wie cały mój komen­tarz oparty jest właśnie na gene­ra­li­za­cji.

    Nawet naj­lep­szy nauczy­ciel nie jest w stanie nauczyć nie­chęt­nego zagad­nie­niu ucznia. Takiego, który blokuje się na “Nie chce się tego nauczyć. To głupie!” — prze­ra­bia­łem to z językiem rosyj­skim, którego bardzo, ale to bardzo nie chciałem przy­swoić. 12 lat później wspo­mi­nam tamten okres i żałuje; ucząc się samo­dziel­nie w wolnych chwilach. Niestety nie każdy dociera w życiu do momentu, w którym zauważa, że to jednak wcale nie jest takie głupie.

    Do czego zmierzam?
    Wła­ści­wie do tego, co sam napi­sa­łeś pogru­bio­nymi literami. Jestem zdania, że problem polega na tym, iż właśnie w pełni świa­do­mie godzimy się na byle­ja­kość. Co gorsza z entu­zja­zmem wychwa­la­jąc jej uroki.
    Uważam, że wynika to zarówno z tego co napi­sa­łeś o wyna­gro­dze­niach, jak i z zaob­ser­wo­wa­nej przeze mnie igno­ran­cji.

    A to sprawia, że nasza praca jest o tyle bardziej nie­wdzięczna, że wymaga pracy u podstaw nie w kon­kret­nej grupie zawo­do­wej, czy insty­tu­cji, ale w całym spo­łe­czeń­stwie.

    Wła­ści­wie… prze­pra­szam za ten denia­lizm, ale… zasta­na­wiam się czy nie jest nie tylko nie­wdzięczna, ale wręcz nie­moż­liwa…

  • kuba_wu

    Pełna racja z tym prze­ła­do­wa­nym pro­gra­mem. Jako ojciec ośmio­kla­sistki mam to na bieżąco. Przykład — fizyka, klasa 8. Weźcie do ręki ten pod­ręcz­nik — mnóstwo mate­riału, skon­den­so­wa­nego, samo gęste. Jak nauczy­ciel ma tego nauczyć, skoro samo (krótkie) omó­wie­nie mate­riału zajmuje mu cały czas; a gdzie powtórki, utrwa­le­nia, ćwi­cze­nia? Dzieci nauczą się po łebkach albo wcale, chyba że tak jak
    moja córka, pracują po kilka godzin dziennie w domu… z pomocą taty!

    Całe szczę­ście, że ja — ści­sło­wiec, żona — huma­nistka, więc jakoś wspólnie nad­ra­biamy z córką, ale co z dziećmi bez tzw. kapitału kul­tu­ro­wego, których rodzice nie mają kom­pe­ten­cji, albo kasy na korki? To jest kolejna metoda utrwa­la­nia podzia­łów spo­łecz­nych! (Nawiasem mówiąc to jest też powód mojej bardzo kry­tycz­nej oceny pomysłów pry­wa­ty­za­cji edukacji — to sposób utrwa­la­nia podzia­łów. Naj­lep­sze systemy na świecie, takie które dobrze uczą ORAZ dają równe szanse, są jednak publiczne. Szwedzi zaek­spe­ry­men­to­wali i teraz żałują…)

    PS Prze­pra­szam za pomył­ko­wego minusa

  • Skate

    Ja po raz kolejny odnoszę wrażenie, że autor bloga jest ide­ali­stą — nie wiem w jaki sposób rozwój sztuki i kultury może roz­wią­zy­wać problemy eko­no­miczne i egzy­sten­cjalne spo­łe­czeń­stwa, może dlatego spo­łe­czeń­stwo ich nie docenia tak jak życzyłby sobie tego autor. Ponadto w nie­wy­dolny system można ładować dowolnie duże pie­nią­dze, a nie wpłynie to na poprawę jakości. Wreszcie dla mnie forma protestu jest nie­do­pusz­czalna, niby wzno­szone są wzniosłe hasła, że chodzi o dobro mło­dzieży, a jed­no­cze­śnie wybrano formę strajku która naj­bar­dziej w tą młodzież uderza.

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Wybrałeś sztukę i kulturę, ale nie wiem dlaczego w ode­rwa­niu od nauki. Te rzeczy czynią nas ludźmi i pozwa­lają na budowę cywi­li­za­cji. Tym zawsze odróż­niały się roz­wi­nięte spo­łe­czeń­stwa od tych bar­ba­rzyń­skich. Nauka przede wszyst­kim, ale i dobra kultury, roz­wi­jają czło­wieka umysłowo, zwięk­szają jego zdol­no­ści per­cep­cyjne i pozwa­lają dostrzec sub­tel­no­ści rządzące ota­cza­jącą rze­czy­wi­sto­ścią. Tym cha­rak­te­ry­zo­wali się zawsze naj­więksi poli­hi­sto­rzy i huma­ni­ści w historii, i tego bardzo brakuje w obecnych czasach. Mówiąc gór­no­lot­nie chodzi o mądre spo­łe­czeń­stwo, które dokonuje mądrzej­szych wyborów i jest w stanie poradzić sobie w ustroju, w którym muszą podej­mo­wać decyzje — a to przełoży się na rozwój, prawo i ekonomię. Prze­ci­wień­stwem jest spo­łe­czeń­stwo ogra­ni­czone, krót­ko­wzroczne, myślące tylko o tym żeby mieć co włożyć do garnka dziś, ale nie zaj­mu­jące się pla­no­wa­niem jutra.

      “forma protestu jest nie­do­pusz­czalna”

      Strajk ze swej natury ma być uciąż­liwy. Chcę jednak zwrócić uwagę na taki jeden tyci szczegół. Data tego protestu była znana ponad rok temu; rząd wstrzy­my­wał się z pro­po­zy­cjami i nego­cja­cjami do ostat­nich godzin. Jeśli więc nauczy­ciele nie dbają o młodzież, to mini­ster­stwo chyba wprost nią gardzi. Pomijam to, że znacznie większą krzywdą o bardziej dale­ko­sięż­nych kon­se­kwen­cjach, będzie pla­no­wana tzw. reforma.

      • Djonizos

        “Tym zawsze odróż­niały się roz­wi­nięte spo­łe­czeń­stwa od tych bar­ba­rzyń­skich.”

        Spo­łe­czeń­stwo Ame­ry­kań­skie uważasz za bar­ba­rzyń­skie czy roz­wi­nięte?
        Nato­miast wszelkie, nawet sondy uliczne pokazują, że to pół­główki wysokich lotów.
        Wujek tam mieszkał wiele laty i jak mówił, że jest z Polski, to pytali go “co to jest Polska, czy to jakiś stan ?” Nikt nie wiedział.

        PS.
        W Europie Zachod­niej, wcale nie jest lepiej. Prze­ciętny Euro­pej­czyk wiedzą ogólną nie grzeszy.

      • Kk

        to pytali go “co to jest Polska, czy to jakiś stan ?” Nikt nie wiedział.

        Pre­zen­tu­jesz dość ciekawe podej­ście. Abs­tra­hu­jąc od ich poten­cjal­nej nie­wie­dzy geo­gra­ficz­nej, zwróć uwagę, że Polska to tylko jeden z wielu krajów w Europie. Czy ty, jako miesz­ka­niec kraju euro­pej­skiego, jesteś w stanie podać wszyst­kie nazwy stanów w USA, jak również podać gdzie dokład­nie się znajdują?

      • Djonizos

        Sonda uliczna:

        “Czy uważasz, że USA powinno zaata­ko­wać Koreę Północną ?”

        Typowy Ame­ry­ka­nin: “TAK”

        A gdzie znajduje się Korea Północna ?

        Typowy Ame­ry­ka­nin: “O jezu”. A potem wskazuje na mapie Polskę, Azję środkową, Afrykę, a nawet Amerykę.

        Z resztą nie tylko geo­gra­fia, tego jest dużo więcej. Ci ludzie nie mają czegoś takiego jak wiedza ogólna.

      • Kk

        Nigdzie nie pytam o poziom ich wiedzy jak również nie twierdzę, że ta wiedza jest wystar­cza­jąca. Zauważ, że pytam cię o coś zupełnie innego i wyraźnie abs­tra­huję od poziomu ich wiedzy; tak więc jak to jest? Ponawiam:

        Czy ty, jako miesz­ka­niec kraju euro­pej­skiego, jesteś w stanie podać wszyst­kie nazwy stanów w USA, jak również podać gdzie dokład­nie się znajdują?

        Typowy Ame­ry­ka­nin: “TAK”

        Rozwiń proszę, bo jest to dość ciekawe zagad­nie­nie. Jak pre­zen­tuje się typowy Ame­ry­ka­nin? Tak samo jak pre­zen­tuje się typowy Polak, francuz itp.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie uważam za inte­lek­tu­al­nie roz­war­stwione, co również jest pro­ble­mem i wielu popu­la­ry­za­to­rów bije w związku z tym na alarm. Jed­no­cze­śnie, zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzasz oce­nia­jąc wiedzę typowego Ame­ry­ka­nina przez pryzmat jakichś sond ulicz­nych. Oglą­da­jąc rodzimy program Matu­ra­ToBz­dura, dosta­niesz dokład­nie taki sam obrazek.

        USA zawdzię­cza swoją pozycję wielu aspektom i zde­cy­do­wa­nie nie jest wzorem do naśla­do­wa­nia w każdej dzie­dzi­nie. Co więcej, nie wszystko co sprawdza się w tamtych realiach, musi przy­nieść taki sam rezultat u nas.

    • Andrzej Wit­kow­ski

      Napisz proszę, jaka forma protestu nauczy­cieli według ciebie byłaby sku­teczna a rów­no­cze­śnie nie dotykała w żaden sposób mło­dzieży?

    • Michał Skichał

      Prze­pra­szam, ale przecież o to chodzi. Rząd emituje kłamliwą i oszczer­czą pro­pa­gandę, pod­sy­ca­jąc ste­reo­typy i uprze­dze­nia, aby prze­siąk­nięci nią rodzice, prze­ko­nani o tym, że nauczy­ciele zara­biają po 10 tys. PLN, pracują 5 godz./miesiąc i mający 3 pełne miesiące wakacji ata­ko­wali z jadem i agresją nauczy­cieli. Tym­cza­sem nauczy­ciele straj­ku­jąc unie­moż­li­wiają dzieciom cho­dze­nie do szkoły, aby wywrzeć presję na rodziców, aby ci zaczęli naciskać na rząd, by wreszcie spełnił postu­laty nauczy­cieli. Na tym to polega, przecież to oczy­wi­ste.

      Nie rozumiem też pojęcia “forma strajku”. Strajk z defi­ni­cji polega na tym, że nie wykonuje się pracy. Czyli lekarz nie leczy, tak­sów­karz nie wozi klientów, sprze­dawca nie sprze­daje, a nauczy­ciel nie naucza. Można się czepiać czasu, w którym nauczy­ciele roz­po­częli strajk, ale przecież tak na prawdę to dobry czas — święta Wiel­ka­nocne, później majówka, okres egza­mi­nów… to gene­ral­nie w więk­szo­ści i tak byłby czas wolny od posy­ła­nia dzieci do szkoły. Termin strajku był znany już od mniej więcej roku. Każdy mógł się przy­go­to­wać, np. rodzice mogli znaleźć krewnych do opieki pociech a gminy mogły zapewnić świe­tlice. No ale cóż, Polacy nie grzeszą inte­li­gen­cją, zatem wszystko robi się byle jak i w ostat­niej chwili. Trzymam kciuki za nauczy­cieli, a z narze­ka­ją­cych na uciąż­li­wość strajku nauczy­cieli się po prostu śmieję.

      Związki zawodowe, akcje pro­te­sta­cyjne i strajki — w tym zawsze chodzi przede wszyst­kim o wysokość wyna­gro­dze­nia. Od poprawy jakości “systemu” jest już spo­łecz­ność aka­de­micka i mini­ster­stwo właściwe d/s problemu. Niestety, obecnemu mini­ster­stwu chodzi jedynie o wymianę programu naucza­nia i pod­ręcz­ni­ków na takie, które zawie­rają jak naj­wię­cej haseł pro­pa­gan­do­wych, np. aby na lekcji geo­gra­fii pod pre­tek­stem dobrze zapo­wia­da­ją­cego się tematu liczby ludności, dziet­no­ści itd. omawiać dziesięć zalet programu 500+. Tak, teraz dziecko nie musi znać czyn­ni­ków kształ­tu­ją­cych popu­la­cję homo sapiens, musi jednak wiedzieć, że naj­waż­niej­szym z tych czyn­ni­ków jest polityka państwa i umieć wymienić korzyści programu 500+ — oczy­wi­ście chodzi o hasła dobre na ulotki a nie o fak­tyczne korzyści, nie o dane socjo­lo­giczne czy eko­no­miczne. Z lekcji historii wyru­go­wano Wałęsę, Kuronia a wła­ści­wie można pominąć cały rok 89 — wg. nowego programu naucza­nia do czasów wyboru PIS w ostat­nich wyborach, wciąż istniał PRL. Jeżeli ktoś chce zmiany jakości programu naucza­nia, zmniej­sze­nia obcią­że­nia, to niestety, zacząć trzeba od wymiany jakości klasy poli­ty­ków. Jeżeli program edukacji szkolnej układa osoba bliżej nie­okre­ślona (chociaż jest to for­mal­nie infor­ma­cja jawna i publiczna, rząd zataił, zapewne do klauzuli “tajne spe­cjal­nego zna­cze­nia” nazwiska eks­per­tów którzy ułożyli program naucza­nia dla szkół) a jawni eksperci mini­ster­stwa wygła­szają hasła o tym, że mastur­ba­cja powoduje raka i bez­płod­ność, bądź domagają się wpro­wa­dze­nia złotówki jako waluty w UE uza­sad­nia­jąc to prze­po­wied­nią fatimską i ency­kliką JPII, to nie można się dziwić temu, że panuje chaos. Chcesz lepszego systemu, to zmień tych durniów na ludzi racjo­nal­nych i inte­li­gent­nych, którzy będą w stanie zro­zu­mieć, że jest problem i będą chcieli znaleźć praw­dzi­wych eks­per­tów, gotowych ułożyć nowe wytyczne.

      • Teresa

        Cał­ko­wita racja, nic dodać, nic ująć!

      • Djonizos

        To się wszystko zgadza, ale wymiana poli­ty­ków to jest zamiana jednej pro­pa­gandy na drugą. Co nie znaczy, że popieram obecną.

        Ja już mam szkołę dawno za sobą. Ale jak np zacząłem się inte­re­so­wać historią we własnym zakresie, to dopiero zacząłem z niej coś rozumieć. I zacząłem rozumieć jakich bzdur nas uczono (ach ta Polska, wiecznie Chry­stu­sem Narodów).

        A jaki z tego wyciągam wniosek ? Ano taki, żeby poziom edukacji obniżyć — tak obniżyć. Lepiej nic nie wiedzieć, niż wiedzieć głupoty. Lepiej nie znać historii niż mieć jej wypa­czony obraz, taki jaki daje polska szkoła.

        Nato­miast co z fachow­cami ? Wielu moich zna­jo­mych, dziś dobrze pro­spe­ru­ją­cych w pry­wat­nych firmach, pokoń­czyło baniate szkoły dla papierka. To nie prze­szko­dziło im w ambi­cjach. Każdy kto chce się uczyć i ma powód (awans, ambicje), ten tą wiedzę zdo­bę­dzie. Zwłasz­cza w dzi­siej­szych czasach.
        A takie kształ­ce­nie całego spo­łe­czeń­stwa “na siłę”, “bo trzeba”, kończy się efektami odwrot­nymi do zamie­rzo­nych.

        Spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie nie ma pojęcia o historii czy geo­gra­fii, baaaa nawet w czasie sondy w Niem­czech ludzie nie wie­dzieli czy Polska była za czy przeciw Nazistom w czasie II WŚ. Takich rzeczy nie wie­dzieli.
        A i tak radzą sobie o wiele lepiej od nas we współ­cze­snym świecie.

        Nato­miast obni­że­nie poziomu edukacji, dało by tyle, że można by wywalić z programu 90% poli­tyczno-reli­gij­nych bzdur.
        Kto obalił komunizm ? Nikt! Upadł i koniec. A upadł bo upaść musiał.
        I w tym jest więcej prawdy, niż w tych wszyst­kich pro­gra­mach naucza­nia pisanych na poli­tyczne zamó­wie­nie, z jednej czy z drugiej strony.

    • rober­trock

      A może właśnie trochę ide­ali­zmu potrzeba do próby roz­wią­za­nia sprawy?

      nie wiem w jaki sposób rozwój sztuki i kultury może roz­wią­zy­wać problemy eko­no­miczne i egzy­sten­cjalne spo­łe­czeń­stwa,

      Ano może i to bardzo. Nikt nie żyje w próżni i takie myślenie to jest źle pojęta spe­cja­li­za­cja. Liczy się wszech­stronne wykształ­ce­nie (oczy­wi­ście bez prze­ła­do­wa­nia) po to aby móc spojrzeć na jakiś problem z różnych stron a także na uwraż­li­wie­nie. Wiele razy mówi się, że powinny być rządy eks­per­tów ale to nie jest roz­wią­za­nie dobre do końca. Eko­no­mi­sta bez sze­ro­kiego kon­tek­stu będzie widział tylko regułki do których będzie chciał pod­po­rząd­ko­wać rze­czy­wi­stość.
      Einstein Miał tylko pracować, wracać do domu, zjeść zupę, spać i rano wracać do pracy. I na nic innego nie zwracać uwagi. Ale tak się stało, że jadąc tram­wa­jem i patrząc na wieże zegarową zajarzył ja to jest z czasem. Gdyby pozornie nie związane ze sobą rzeczy i miejsca nie zadzia­łały to trudno ocze­ki­wać, czy i jak szybko doszedłby do takich wniosków.
      Więc pozornie nie związane ze sobą rzeczy potrafią napro­wa­dzić nas na ciekawe roz­wią­za­nia. Albo po prosty zrobić z nasz lepszych, wraż­liw­szych ludzi.
      A forma protestu jest bardzo na miejscu. Otóż mamy obecnie trochę zwa­rio­wane czasy. Zakładać rodziny jeszcze nie warto, jeszcze czas bo kariera, dom, samochód i wakacje. Na dziecko także zawsze jest za szybko (według obecnych trendów kul­tu­ro­wych) bo zawsze jeszcze coś innego jest do ogar­nię­cia. I podobnie jest ze straj­kiem. Zawsze będzie argument, że egzaminy, przy­go­to­wa­nia do matur, nowe roczniki, nowe książki itd itd itd. Było mówione dość długo, że odbędzie się strajk więc o co chodzi?
      A może jakieś roz­wią­za­nie to płacenie na fundusz straj­kowy dla nauczy­cieli, żeby podczas strajku mieli się z czego utrzymać.

      • Skate

        Nie wiem czy obecna sytuacja nauczy­cieli jest tak zła, aby trzeba było stosować tak dosadną formę protestu. Można:
        — pracować i pro­wa­dzić akcję pro­te­sta­cyjną
        — pro­wa­dzić strajk włoski
        — rezy­gnu­jąc z lekcji można zapewnić mło­dzieży inne zajęcia i w ten sposób uwi­docz­nić, że im na niej zależy

        Czy nauczy­ciele, którzy nie popie­rają strajku mogą z niego zre­zy­gno­wać nie nara­ża­jąc się na ostra­cyzm i przy­pię­cie łatki łami­strajka?

        Naj­uczci­wiej byłoby, gdyby pan prze­wod­ni­czący ZNP, wraz ze swym zastępcą i grupą nauczy­cieli pro­te­sto­wał w sejmie, pod sejmem, pod KRM, tak jak to robiły pie­lę­gniarki za pierw­szego PIS-u. Nikt nie zamykał szpitali, nie wyrzucał chorych, wtedy protest trafiał bez­po­śred­nio do tych, do których był skie­ro­wany. A zostając przy służbie zdrowia, lekarze wie­lo­krot­nie pro­te­sto­wali ale nie odcho­dzili od łóżek chorych.

        Czy nauczy­ciele postę­pują etycznie wyko­rzy­stu­jąc do reali­za­cji swoich inte­re­sów jako zakład­nika i taran inną grupę spo­łeczną — uczniów i ich rodziców?

        Postu­laty nauczy­cieli to jeszcze inna kwestia, ale ich ogólność i brak mery­to­rycz­nych wskazań nie świadczą dobrze.

        Zawsze chodzi o pie­nią­dze, 1000 zł podwyżki jest na 1 miejscu postu­la­tów. Tylko, czy nauczy­ciele wiedzą skąd rząd bierze pie­nią­dze, co to jest budżet? może nie wiedzą, bo w szkole o tym nie uczą. Skoro mają prawo żądać podwyżek, to czemu od razu nie 2000 albo 3000? Każdy chce dobrze zarabiać.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        “trzeba było stosować tak dosadną formę protestu”

        Tak, jeśli miałby to być tylko hap­pe­ning — sztuka dla sztuki. Przecież dawne strajki, a także ostatnie protesty innych grup zawo­do­wych dają pewne wyobra­że­nie o tym co trzeba zrobić żeby być potrak­to­wa­nym poważnie.

        “Czy nauczy­ciele, którzy nie popie­rają strajku mogą z niego zre­zy­gno­wać nie nara­ża­jąc się na ostra­cyzm i przy­pię­cie łatki łami­strajka?”

        Mogą. Część nauczy­cieli nie straj­kuje.

        “Tylko, czy nauczy­ciele wiedzą skąd rząd bierze pie­nią­dze, co to jest budżet? może nie wiedzą, bo w szkole o tym nie uczą.”

        Dobre sobie. Może z tego samego miejsca, z którego pocho­dziło 1000 zł na wyższe pensje dla poli­cjan­tów? A może z tego, w którym rzekomo zalegają dzie­siątki miliar­dów złotych (więcej niż potrzeba na nauczy­cieli), które dopiero co obiecał wydać rząd na kiełbasę wyborczą, zapew­nia­jąc, że nasz budżet pęka w szwach? Twoje złośliwe pytanie jest bardzo dobre, ale należy je zadać w pierw­szej kolej­no­ści pre­mie­rowi RP. Wiele osób pyta dlaczego ten strajk wypadł akurat teraz i dlaczego jest aż tak dosadny. Oto odpo­wiedź. Politycy swoimi kurio­zal­nymi obiet­ni­cami roz­ju­szyli tych, którzy czekają na poprawę sytuacji od lat. Dostali jasny komu­ni­kat: “Mamy pie­nią­dze dla każdego, kto na nas zagło­suje; ale na grupy X, Y i Z szkoda środków”. To musiało wywołać reakcję i jestem pewny, że nie ostatnią.

      • Skate

        Czy od osób z wyższym wykształ­ce­niem i na pewnym poziomie nie należy ocze­ki­wać nieco więcej niż od innych. Bardziej inte­li­gent­nej formy strajku, mini­ma­li­za­cji kosztów dla całego spo­łe­czeń­stwa. Bo koszty strajku tak dużej grupy ponosi całej spo­łe­czeń­stwo. Może wtedy bardziej zasłu­ży­liby na tak ocze­ki­wany szacunek.

        Czy osoby wykształ­cone nie powinny mieć większej świa­do­mo­ści do czego może pro­wa­dzić oszalała i roz­daw­ni­cza polityka rządu. Czy nie powinni być mądrzejsi od tego rządu, ponosić większej odpo­wie­dzial­no­ści za cały kraj, a nie eska­lo­wać żądań pła­co­wych które prowadzą na skraj ban­kruc­twa. Jeżeli cała budże­tówka zacznie żądać podwyżek to na pewno nie dopro­wa­dzi to do niczego lepszego. Skoro w tym roku podwyżki dostali poli­cjanci, skoro są dofi­nan­so­wy­wane inne grupy spo­łeczne, to może roz­sąd­niej byłoby poczekać do przy­szłego roku.

        Tutaj wychodzą też wszyst­kie wady sektora pań­stwo­wego. Brak zasad ryn­ko­wych ogra­ni­cza moż­li­wo­ści oceny efek­tyw­no­ści pracy i wpro­wa­dza­nych zmian. Cały czas odnoszę wrażenie, że wpom­po­wy­wa­nie dodat­ko­wych pie­nię­dzy wcale nie musi roz­wią­zać pro­ble­mów sektora. Poza tym każdy pośred­nio finan­suje oświatę, dlaczego w zamian otrzy­mu­jemy produkt wybra­ko­wany. Gdyby egzaminy gim­na­zjalne nie odbyły się, to nauczy­ciele po prostu nie wywią­za­liby się z tego za co biorą pie­nią­dze. Czy w każdej innej branży jest możliwa taka bez­tro­ska?

        Poza tym naj­bar­dziej mery­to­rycz­nym momentem strajku było wpro­wa­dze­nie budzącej kon­tro­wer­sje reformy oświaty. Pomijam już ewen­tu­al­nie poli­tyczne podłoże i roz­grywki związ­kowe, bo to jest z naszego punktu widzenia trudne do wery­fi­ka­cji.

        Faktem jest, że ostatnio nauczy­ciele sami za zaczęli rozważać zmianę formy strajku, mówi się o strajku rota­cyj­nym. Czyli można? Można

      • Michał Skichał

        Nie wiem czy obecna sytuacja nauczy­cieli jest tak zła, aby trzeba było stosować tak dosadną formę protestu. Można:
        — pracować i pro­wa­dzić akcję pro­te­sta­cyjną…

        Halo! Halo! Proszę nie spać! Nauczy­ciele prowadzą akcję pro­te­sta­cyjną już od ładnych paru lat! A skoro zde­cy­do­wali się na strajk, to naj­wy­raź­niej uznali, że sytuacja jest jednak aż tak zła. Co do form protestu, to mniemam, że lepszym roz­wią­za­niem byłoby, gdyby np. nauczy­ciele wysta­wiali uczniom wyłącz­nie oceny nie­do­sta­teczne?

        Wszyscy wiemy, skąd pochodzą pie­nią­dze budżetu państwa. Nie chodzi o to, ile ich jest, bo jest wystar­cza­jąco dużo, lecz o to, jak się je wydaje. Nauczy­ciele chcą, aby je wydać na nich. Tym­cza­sem pani minister woli je wydać na swoich, w więk­szo­ści zatrud­nio­nych przez samą siebie, urzęd­ni­ków oświaty. Jeżeli wierzyć donie­sie­niom, w mini­ster­stwie d/s oświaty właśnie pod­nie­siono sobie pensje. A z kolei koleś z “obozu władzy”, choć nie ma żadnego związku z oświatą, zara­bia­jący przeszło 20 tys PLN/mies, radzi nauczy­cie­lom, aby pra­co­wali dla idei. Wg. mnie to argu­menty w sam raz za tym, aby nadal straj­ko­wać.

      • Skate

        W Wene­zu­eli też twier­dzono, że pie­nię­dzy jest odpo­wied­nio dużo i teraz mamy żywy przykład do czego to dopro­wa­dziło. We Włoszech, Hisz­pa­nii, Grecji też twier­dzono, że pie­nię­dzy jest dużo i gdyby teraz nie usilna chęć utrzy­ma­nia strefy euro oraz kro­plówki z EBC to pewnie nawet bogata Europa wysypała by się finan­sowo. Żądania płacowe nauczy­cieli szacuje się na 17 miliar­dów (chociaż te szacunki się zmie­niają). To jednak sporo więcej niż zapew­nie­nie podwyżek grupie urzęd­ni­ków mini­ster­stwa.

      • Michał Skichał

        Żądania płacowe nauczy­cieli szacuje się na 17 miliar­dów (chociaż te
        szacunki się zmie­niają). To jednak sporo więcej niż zapew­nie­nie podwyżek
        grupie urzęd­ni­ków mini­ster­stwa.

        Zgadza się. Zapewne wydaje się też, że to nic w porów­na­niu do 80 milionów PLN jakie dostał Rydzyk. Dlatego nadal wyda­wajmy na podwyżki w innych mini­ster­stwach, premie i nagrody, na przeloty samo­lo­tem z Warszawy do Łodzi i z powrotem, na kolejne limuzyny, którymi i tak nikt nie potrafi kierować (bo facho­wych kie­row­ców przecież zwol­niono), na dzi­waczne reformy, pomniki, akcje pla­ka­towe, czy dodat­kowe ławki w War­sza­wie, ładujmy tę kasę w dziwne fundacje “narodowe” i w inne czarne dziury — czyli niech rząd wypro­wa­dza nasze pie­nią­dze ile tylko może na prawo i lewo. Robią to, co wcze­śniej robili z FOZZ, tylko że na jeszcze większą skalę. Tym­cza­sem wydatki można zra­cjo­na­li­zo­wać. Co za problem prze­wi­dzieć w budżecie 17 mld? Żaden. Trzeba po prostu nie wydawać tych pie­nię­dzy na inne cele, nie­rzadko irra­cjo­nalne. Przykład Wene­zu­eli czy Włoch jest tu nie na miejscu, bo to nie jest to, czego chcą nauczy­ciele. Oby­wa­tele muszą upominać się o racjo­na­li­za­cję wydatków i kiedy takie grupy, jak pie­lę­gniarki, poli­cjanci czy nauczy­ciele mówią, że mają za mało, to znak, że racjo­na­li­za­cja kosztów jest nie­zbędna, Na mar­gi­ne­sie dodam, że żądanie tego nie­szczę­snego tysiąca więcej to trochę, wg. mnie, za dużo, niemniej jednak zauważ, że nauczy­ciele zeszli już z tej kwoty (a więc nie chcą już “aż” 17 mld rocznie)

      • Skate

        “Przykład Wene­zu­eli czy Włoch jest tu nie na miejscu, bo to nie jest to, czego chcą nauczy­ciele”

        Myślę, że nikt tego świa­do­mie nie chce, ale nie każdy jest w stanie dostrzec związek przy­czy­nowo-skutkowy.

        Każdy życzyłby sobie mądrego rzą­dze­nia i racjo­na­li­za­cji wydatków państwa, ale nie ocze­ku­jemy za wiele. Wbrew temu, co mówią politycy, jakie starają się usilnie wywrzeć na ludziach wrażenie, to
        pchają się do władzy tylko dla pie­nię­dzy i sta­no­wisk, no ewen­tu­al­nie wdra­ża­nia
        swoich uto­pij­nych idei. Nie po to prowadzą między sobą mor­der­czą walkę o głosy,
        pod­kła­dają naj­gor­sze świnie, aby później wieść żywot ascety. Mają co najmniej 4
        lata, żeby wyko­rzy­stać swoje sta­no­wi­ska.
        Musimy pozbawić się złudzeń. Państwo niestety nie potrafi się
        samo­ogra­ni­czyć, wręcz prze­ciw­nie dąży do zawłasz­cza coraz nowszych obszarów.
        Nie wiem, czy może być dobrze i efek­tyw­nie zarzą­dzane, może tak, ale raczej w
        wąskim zakresie, a im bardziej się rozpycha, tym gorzej – patrz upań­stwo­wie­nie
        gospo­darki w PRL i całym bloku wschod­nim. Tak to jest, jak zabiera się ludziom
        pie­nią­dze pod przy­mu­sem, to później można wydawać na głupot

      • Michał Skichał

        …[politycy] pchają się do władzy tylko dla pie­nię­dzy i sta­no­wisk, no ewen­tu­al­nie wdra­ża­nia swoich uto­pij­nych idei. Nie po to prowadzą między sobą mor­der­czą walkę o głosy, pod­kła­dają naj­gor­sze świnie, aby później wieść żywot ascety. Mają co najmniej 4 lata, żeby wyko­rzy­stać swoje sta­no­wi­ska.

        Zatem może jednak trzeba sta­now­czo, agre­syw­nie i bez­par­do­nowo upominać się o swoje? Jak inaczej zwykli oby­wa­tele mają szansę “urwać” jakieś “ochłapy” od “żłoba” dla siebie?

      • rober­trock

        Oso­bi­ście uważam, że sytuacja nauczy­cieli jest zła. Pod względem finan­so­wym ale także pod względem repu­ta­cji i szacunku do zawodu. Wiem jak jest z nauczy­cie­lami w Wielkiej Brytanii i we Francji. Ile mniej więcej zara­biają i z jakim sza­cun­kiem są trak­to­wani. I to jest ogromna różnica.
        Na prawdę myślę, że zawsze będziemy do tyłu w porów­na­niu z innymi krajami bo zawsze robimy wszystko jako plan minimum. Nie mam pre­ten­sji do nauczy­cieli ale do pro­gra­mów naucza­nia. Po jakiego grzyba komu wiedzieć z jakiej strony ma otwór gębowy wypławek?
        Wiele osób które narze­kają na protest praw­do­po­dob­nie kiedy kończy swoją prace idzie do domu i zapomina o niej na resztę dnia. Ma czas dla siebie (albo hejtuje w sieci). Nauczy­ciel nie bardzo, a pamiętaj, że jest zobo­wią­zany do usta­wicz­nego pod­no­sze­nia swoich kwa­li­fi­ka­cji. W czasie pry­wat­nym oczy­wi­ście.
        O moral­no­ści, etyce i pracy dla idei nie będę się wypo­wia­dał bo to jest dno myślenia ale czy etyczne i moralne jest naucza­nie według takiego programu jaki jest teraz?

      • Skate

        Z tego co się orien­tuje to w każdej branży wymagany jest usta­wiczny rozwój i dosko­na­le­nie swoich umie­jęt­no­ści. Bez­względ­nie wery­fi­kuje to pra­co­dawca. Szcze­gól­nie np. wśród księ­go­wych i praw­ni­ków zmiany zachodzą bardzo szybko i wymagają nie­ustan­nego szko­le­nia. Ludzie muszą pracować po godzi­nach, żeby wyrobić z ter­mi­nami. Osoby które “praw­do­po­dob­nie kiedy kończy swoją prace idzie do domu i zapomina o niej na resztę dnia” to chyba tylko urzęd­nicy pań­stwowi.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        To jest akurat dość ciekawe spo­strze­że­nie. Rze­czy­wi­ście, w wielu zawodach trzeba robić szko­le­nia, ciągle się uczyć i dosko­na­lić. Tylko pytanie, czy dotyczy to profesji z zarob­kami na poziomie 2–3 tys. złotych? Czy w ogóle mamy prawo żądać od kogoś kto zarabia tyle co kasjerka w sklepie (z całym sza­cun­kiem, ale tu nie potrzeba żadnego wykształ­ce­nia), dodat­ko­wego pod­no­sze­nia kwa­li­fi­ka­cji? Bo przy­wo­łani prawnicy czy księgowe z zasady otrzy­mują raczej większe wyna­gro­dze­nie.

      • Skate

        W jakiej branży by to nie było, pra­cow­nik, który
        przy­cho­dzi do pracy zielony nigdy nie może liczyć na zbyt wiele. To dopiero
        cały czas się dosko­na­ląc, udo­wad­nia­jąc swoją wartość może liczyć na awans i
        podwyżki (a i to nie zawsze, ale kto się o niego upomni?). Zresztą na ogół
        naj­lep­szymi kie­row­ni­kami są ci, którzy zaczy­nali w firmie od samego dołu.

        Uwaga! To może nie dotyczyć urzęd­ni­ków i pra­cow­ni­ków spółek skarbu państwa, bo
        tam często decyduje parytet poli­tyczny lub nepotyzm.

        Nato­miast nie ma co ukrywać, że jedne branże w ogóle są lepiej płatne a inne gorzej, ale to już zależy od np. rzad­ko­ści pewnych spe­cja­li­stów na rynku, albo docho­do­wo­ści branży. Ciekawe jak rynek wyce­niłby nauczy­cieli, gdyby szkol­nic­two było spry­wa­ty­zo­wane? Obawiam się, że to dopiero byłyby różnice w zarob­kach.

        Zarobki które wymie­ni­łeś dotyczą tylko młodych
        nauczy­cieli, u dyplo­mo­wa­nych to wygląda nieco lepiej (dwu­krot­nie?). Poza tym to
        jest dopiero podstawa do różnych dodatków. Nie mówiąc już o wymiarze godzi­no­wym
        etatu nauczy­ciel­skiego. Słusznie zauważa się, że często praca nie kończy się w
        szkole, ale dla wielu ludzi tak jest, tylko, że oni mają podstawy 40h
        tygo­dniowo, więc znam takich, którym nie starcza godzin w ciągu doby

      • Michał Skichał

        Naj­uczci­wiej byłoby, gdyby pan prze­wod­ni­czący ZNP, wraz ze swym zastępcą i grupą nauczy­cieli pro­te­sto­wał w sejmie, pod sejmem, pod KRM, tak jak
        to robiły pie­lę­gniarki za pierw­szego PIS-u. Nikt nie zamykał szpitali,
        nie wyrzucał chorych, wtedy protest trafiał bez­po­śred­nio do tych, do 
        których był skie­ro­wany

        Chciał­bym jedynie zwrócić drobną uwagę na ten prosty fakt, że kiedy pie­lę­gniarki były na ulicach Warszawy, nie było ich przy łóżkach chorych. Tak, tak, pie­lę­gniarki odeszły od pacjen­tów. Nauczy­ciele zaś od kilku lat bez­sku­tecz­nie kie­ro­wali swój protest i postu­laty “do tych, do których są skie­ro­wane”. I co? I nic.

  • BloodMan

    Ja już gdzieś to napi­sa­łem — nauczy­ciele — pod żadnym pozorem nie rezy­gnuj­cie ze strajku. Nie pod­da­waj­cie się.
    Jeśli się poddacie, to wasze póź­niej­sze mówienie i naucza­nie o tym aby zawsze dążyć do celu i się nie poddawać; będzie tylko rechotem okra­szone.

    Long live Molvania!

  • emilia

    Zara­biają po 6 tyś i jeszcze im mało ? Wszyscy by chcieli więcej .Może rząd powinien zacząć drukowac papierki bez pokrycia bo nauczy­ciele chcą więcej !? Ludzie bez wstydu

    • Łowca trolli

      Zasta­na­wia mnie raczej ile wstydu ma człowiek bez skrę­po­wa­nia roz­sie­wa­jący takie bzdury. Który nauczy­ciel zarabia 6 tys.?!

  • Mariusz Kaleta

    Tu chodzi o to że teraz i tak takich szkół nie ma (na odludziu), bo jest to po prostu nie opła­calne (a jak są to są zamykane), a w pry­wat­nym systemie edukacji, łatwiej będzie można ją zor­ga­ni­zo­wać, choćby domowe naucza­nie. No i tam na koniec, tak podobnie jak budka z warzy­wami. Znowu nie rozumiem co ma sala gim­na­styczna do tego czy szkoła jest pań­stwowa, czy prywatna

  • Djonizos

    Autora fajnie wszystko uar­gu­men­to­wał, ale jak zwykle teoria swoja, a życie swoje.
    Każdy powinien mieć wszech­stronną edukację, bo to przy­szłość, bez tego się nie da, będziemy wyrob­ni­kami cywi­li­zo­wa­nego świata, ble, ble, ble.

    A ja się tylko zapytam. Jaki jest poziom wiedzy i wykształ­ce­nia prze­cięt­nego przed­sta­wi­ciela zachod­nich państwa, albo np USA ?
    Spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie jest głupie jak but z lewej nogi (nie mówię tu o wybit­nych jed­nost­kach). Żaden prze­ciętny ame­ry­ka­nin w czasie np nie­daw­nego kryzysu na linii USA — KRLD, nie potrafił wskazać choćby w przy­bli­że­niu tego państwa na mapie.
    To był dramat.

    Z tego wynika, że spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie powinno być biedne i powinna być zapaść tech­no­lo­giczna. A jak jest ? Wszyscy wiemy.

    I tyle w temacie.

  • Alek­san­der Nowik

    Niski poziom edukacji to nie jest wina nauczy­cieli tylko całego spo­łe­czeń­stwa. Takich mamy
    nauczy­cieli jakie mamy spo­łe­czeń­stwo. Nauczy­ciele są jego częścią, nie przy­słali nam ich kosmici. Mamy takich nauczy­cieli jakie są nasze moż­li­wo­ści i potrzeby. Jeśli ktoś wini tylko nauczy­cieli za niski poziom oświaty, to znaczy, że nie wie jak działa ten system. Nauczy­ciel to nie fryzjer- wystar­czy, że dziecko grzecz­nie usiądzie a fryzjer ostrzyże. Uczenie się, to jest ciężka praca i potrzebna jest moty­wa­cja ucznia przez rodziców i środowisko.Tymczasem w naszym spo­łe­czeń­stwie nie ma etosu nauki i solid­nego wykształ­ce­nia. Jest kult papierka i układów, łatwo zdo­by­tych pie­nię­dzy i pry­mi­tyw­nego sukcesu. “Wykształ­ce­nie nie piwo nie musi być pełne” “Zakuć Zdać Zapo­mnieć” Uczeń nie wie: Po co mam się uczyć? Po co ten wysiłek? Duża część nauczy­cieli się do tego dosto­so­wuje. Ucznio­wie i rodzice dostają, to czego oczekują: papierek i dobre oceny, za którymi nie idą odpo­wied­nia wiedza i umie­jęt­no­ści. I wszyscy są zado­wo­leni: nauczy­ciel bo ma spokój, uczeń bo się nie napra­co­wał, dyrektor bo ma wysoką średnią itd To jest zbiorowe oszustwo, wszyscy biorą w nim udział a zwala się winę tylko na nauczy­cieli.

    Spo­łe­czeń­stwo musi odpo­wie­dzieć sobie na dwa pytania:
    Czy naprawdę chce wyso­kiego poziomu oświaty? Czy nas stać na wysoki poziom oświaty?
    Nie chodzi tylko o pie­nią­dze ale też o zasoby ludzkie. Skąd wziąć 600tys wysoko wykwa­li­fi­ko­wa­nych nauczy­cieli- zabrać z innych sektorów gospo­darki? A kto wtedy będzie zarabiał na nauczy­cieli? Dobry nauczy­ciel to osoba: przy­go­to­wana mery­to­rycz­nie do nauki kilku przed­mio­tów, komu­ni­ka­tywna, dobry orga­ni­za­tor umiejący kierować zespołem, znająca języki obce, posłu­gu­jąca się tech­no­lo­giami infor­ma­tycz­nymi. Taki pra­cow­nik zarabia obecnie kilka razy więcej niż nauczy­ciel. Dajecie na malucha a chcecie mer­ce­desa? Tak powie­dział pewien lekarz.

    Na koniec takie porów­na­nie: zdrowie to zbyt ważna rzecz aby zosta­wiać je tylko w rękach lekarzy. Podobnie z edukacją: Wykształ­ce­nie to zbyt ważna rzecz aby polegać tylko na nauczy­cie­lach i systemie oświaty. Jeden z naj­więk­szych fizyków- Faraday był samo­ukiem.

    • Alek­san­der Nowik

      W świetle tego co napi­sa­łem powyżej dobra szkoła to przed wszyst­kim zdolni i mocno zmo­ty­wo­wani ucznio­wie. W tytule artykułu jest sfor­mu­ło­wa­nie “dobry nauczy­ciel”. Zasta­nówmy się czy istnieje jakieś kry­te­rium pozwa­la­jące obiek­tyw­nie i spra­wie­dli­wie odróżnić słabych od dobrych nauczy­cieli. Podam kilka przy­kła­dów. Przez wiele lat poma­ga­łem uczniom z naj­lep­szych szkół kato­wic­kich i cho­rzow­skich z fizyki (uczyłem wtedy w szkole o bardzo słabych wynikach a więc byłem “słabym” nauczy­cie­lem). Dzięki mnie uzy­ski­wali ( i własnej ciężkiej pracy) lepsze oceny, ale wyniki tej pracy przy­pi­sy­wane były nauczy­cie­lowi i szkole, w której się uczyli. Jedna z matu­rzy­stek na maturze (z reno­mo­wa­nego liceum) uzyskała trzy­dzie­ści parę procent z roz­sze­rze­nia co nie pozwo­liło jej dostać się na wyma­rzoną medycynę. Popro­siła mnie o pomoc i przez rok uczyła się ze mną (stu­diu­jąc na płatnych zaocz­nych) po roku uzyskała ok. 80% na powtórce matury dzięki czemu przeszła na studia dzienne. Dzię­ku­jąc mi za pomoc powie­działa, że gdyby miała takiego nauczy­ciela w liceum to osią­gnę­łaby wysoki wynik za pierw­szym razem.
      Inny kurio­zalny przykład: Uczen­nica z rodzi­cami prze­by­wała przez kilka lat w USA, gdzie uczęsz­czała do szkoły. Po przy­jeź­dzie poszła do reno­mo­wa­nego liceum do drugiej klasy. Z marszu wzięła udział w olim­pia­dzie języka angiel­skiego i zajęła bardzo wysokie miejsce na szczeblu ogól­no­pol­skim. Nauczy­cielka angiel­skiego z tego liceum dostała dyplom i nagrodę finan­sową, a jedyny jej “wkład” to wysłanie tej uczen­nicy na olim­piadę.
      Na powyż­szych przy­kła­dach widać, że bardzo trudno jest ocenić: kto jest dobrym a kto słabym nauczy­cie­lem, a przecież od tego ma zależeć płaca nauczy­ciela i jego zatrud­nie­nie. Jak “zmierzyć” wkład pracy nauczy­ciela i efekty jego pracy. Od lat istnieje powie­dze­nie wśród nauczy­cieli “orka na ugorze”, czyli ciężka praca z uczniami mało zdolnymi i/lub bez moty­wa­cji do nauki. Jak porównać nauczy­ciela, który pracuje w takiej szkole do nauczy­ciela pra­cu­ją­cego ze zdolnymi uczniami? Kto jest dobrym a kto słabym nauczy­cie­lem? Oczy­wi­ście używamy tych sfor­mu­ło­wań, ale są to oceny subiek­tywne. NIE ma żadnego obiek­tyw­nego kry­te­rium pozwa­la­ją­cego odróżnić dobrego od słabego nauczy­ciela.

  • Łukasz Dragosz

    Artykuł moim subiek­tyw­nym zdaniem średni z racji braku dokład­nego pochy­le­nia się nad tematem co z komen­ta­rzy (w tym Autora!) jasno wynika jak­kol­wiek gratki za odważne poru­sze­nie kija w mrowisku i zachę­ce­nie do dyskusji (może o to chodziło).

    Pod­su­mo­wu­jąc:

    - psio­cze­nie na formę strajku jest co do zasady dziwne bo legalny strajk zakłada brak pracy i żądania płacowe a w orga­ni­za­cji pań­stwo­wej jest często jedynym sposobem (a nie np. wyższa jakość pracy) na walkę o swoje interesy co pokazuje zapo­wiedź strajku od roku oraz mani­pu­la­cja danymi i wydatki na inne sektory (nie można wszyst­kim dogodzić)

    - prywatna edukacja mogłaby się spraw­dzić ale nikt na świecie tego w pełni nie zrobił + możliwe iż wykształ­ce­nie byłoby kolejną barierą spo­łeczną gdyż bogatsi przez edukację boga­ci­liby się w kolej­nych poko­le­niach jeszcze bardziej choć w dobie inter­netu część zawodów (np. pro­gra­mi­ści, graficy) i tak uczą się sami a inni (prawnicy, lekarze) biorą korki

    - system oce­nia­nia nauczy­cieli jest trudny do opra­co­wa­nia o ile nie nie­moż­liwy z racji róż­no­rod­no­ści szkół i uczniów co rodzi problemy i pewnie nad­uży­cia ale i tak łatwiej­szy i pew­niej­szy w pozy­tyw­nych wynikach niż kwazi-pry­wa­ty­za­cja bonami czy praw­dziwa pry­wa­ty­za­cja czego nikt jeszcze nie zrobił. Kryteria powinien dobrać zespół eks­per­tów (KEN?)

    Pytanie główne:

    - czy jako spo­łe­czeń­stwo chcemy darmowej byle jakości czy płatnej kosz­tow­nej edkacji? A może ta druga to mrzonka z racji degre­no­lady zamoż­niej­szych rodziców chu­cha­ją­cych na swoje dzieci? Czy jest możliwa 3-cia droga gdzie nie ma nacisku w części szkół na wszech­stronną edukację (patrz próg 30% matury) jak np. w Austra­lii z wyborem przed­mio­tów?

    - jak się ma współ­cze­sna edukacja do wymogów rynku, w którym zdaje się naj­więk­szą potrzebą będzie umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów w oparciu o wiedzę (IT, auto­ma­ty­za­cja)? Ta forma szkol­nic­twa z wymogami wiedzy powszech­nej o której zapomina się w życiu dorosłym wraz z brakiem umie­jęt­no­ści prak­tycz­nych (np. zmień gniazdko) wydaje się być nieco skost­niała a rewo­lu­cja wyboru szkoły i przed­miotu (+ moty­wa­cja ucznia) wydaje się być szansą

    - dlaczego podwyżki nauczy­cieli to koszt 17 mld zł rocznie? W Polsce jest ok 600 tys. pełnych etatów co daje x 1000 zł 600 mln co przy 12 mie­sią­cach daje 7,2 mld więc narzut składek i wolnego (oraz cho­ro­bo­wego i spe­cjal­nych urlopów) wynosi aż 2,5x? To dużo, ciężko to pod kątem racjo­nal­nym ocenić (tak jak i często umowy o pracę utrud­niają esty­ma­cje pra­co­daw­com choć tam z doświad­cze­nia małego przed­się­biorcy liczy się stawkę bazową x2 jako koszt pra­cow­nika)

    Dodat­kowo z rozmów z kilkoma nauczy­cie­lami co do 40 godzin­nego wymiaru godzin pracy w szkole:

    - wuefiści nie zgodzą się na 40h bo nie mają zadań domowych ani się nie przy­go­to­wują (ew. drużyny itp.)
    — polo­ni­ści i nauczy­ciele języków obcych mają naj­wię­cej pracy w domu ze względu na spraw­dza­nie zadań
    — brak laptopów to rów­no­war­tość podwyżki 1 miesiąca (choć przy zakupie hurtowym i odli­cze­niu VAT pewnie i połowa a nawet przez różne narzuty jw. 1/4 kosztu z tego)
    — brak miejsca do pracy choć pewnie można by wymusić ciszy w pokoju nauczy­ciel­skim (o ile ten jest na tyle duży) przez spraw­dza­nie zadań tam a nie alter­na­tyw­nie w domu

    Temat rzeka ale też kluczowy dla dalszego rozwoju Polski a także innych krajów

  • Dominik Kurek

    Podobnie jest ze służbą zdrowia — chcemy jej poprawy, ale nie zwięk­sze­nia na nią i tak małych nakładów.