(Nie)uczciwa rywalizacja damsko-męska

Nową serię zaczniemy od mocnego kopniaka prosto w krocze. Racjonalizowanie relacji międzyludzkich, zwłaszcza zachowań seksualnych, to bardzo grząski grunt. Dochodzi do konfrontacji tlących się nas naturalnych instynktów, z wypracowanym przez cywilizację zestawem reguł. A może dysonans jest pozorny, a nasze obyczaje stanowią tylko echo odległego imperatywu biologicznego?

Przywołany konflikt “biologia vs kultura” można rozpatrywać na tysiąc sposobów, niezmiennie zadając pytanie o to na ile człowiek rozumny wybiegł przed szereg królestwa zwierząt. Weźmy na ten przykład kwestię podwójnych standardów postrzegania rozwiązłości seksualnej u obu płci. Chodzi o utarty slogan, wedle którego szlajający się facet pozostaje obiektem uznania i zazdrości swoich kolegów (w końcu to ogier i zdobywca!), a czerpiące pełnię radości z życia dziewczę, prędko uzyskuje status kurtyzany. Temat stary jak emancypacja kobiet i pewnie jeszcze długo pozostanie aktualny. Nieprzypadkowo statystyki nadal wyglądają tak a nie inaczej: przeciętny Polak przyznaje się do posiadania 11,6 partnerek w ciągu życia, podczas gdy Polka do zaledwie 4,4 partnerów.

Możemy pójść po linii najmniejszego oporu i wyjaśnić to uwarunkowaniami społecznymi. Skoro kobieta przez wieki znosiła dominację mężczyzny i pod wieloma względami zdana była na jego łaskę, to nigdy nie śmiała podejmować zbędnego ryzyka. Kiedy więc facet poszedł w plener to najczęściej nie działa mu się żadna krzywda, kiedy zaś jego żona postanowiła się zrewanżować – niemal zawsze ponosiła surowe konsekwencje, od kar fizycznych po degradację ekonomiczną. To jednak zbyt proste, więc wgryźmy się w problem znacznie mocniej.

Samice (z góry przepraszam panie za nieeleganckie słownictwo) i samce biorą udział w tej samej grze, ale używają zupełnie różnych talii kart. Artykuł ozdobiłem grafiką przedstawiającą komórkę jajową i dążące ku niej na złamanie wici plemniki. Zrobiłem to celowo, bo ta piękna scena naprawdę wspaniale obrazuje zestaw różnic między płciami. Z jednej strony mamy ogromną żeńską gametę niosącą w sobie niemal cały “surowiec” potrzebny do rozwoju nowego człowieka, z drugiej natomiast maleńkie plemniki, będące w istocie pociskami rozsiewającymi DNA. Ten fundamentalny brak symetrii wynika z przybrania odmiennych strategii przetrwania i rzutuje na dalsze zachowania przedstawicieli obu płci. Jakby tego było mało, to na samicę spada biologiczny ciężar towarzyszący ciąży, ochrona płodu, jego odżywianie i na końcu niełatwy poród. Dla przedłużenia gatunku, kobieta musi zainwestować nieproporcjonalnie wielkie zasoby energii, czasu i nierzadko ryzykować zdrowiem czy życiem. W tej perspektywie niemal niezniszczalna więź między matką i dzieckiem wydaje się bardziej niż naturalna. Wielka inwestycja wymaga szczególnej opieki.

Z pozoru może się wydawać, że natura to suka, która szczerze nienawidzi kobiet. A jednak, to co przedstawiłem przed momentem jako kamień u szyi, potrafi również przynieść profity. Niestety drodzy panowie, ale nasza strategia ewolucyjna polega (w dużym uproszczeniu) na przedkładaniu ilości nad jakość. Nie ma fizycznych powodów abyśmy nie mogli, niczym marokański sułtan Mulaj Ismail, dorobić się w ciągu życia 867 latorośli. Sęk w tym, że panie są z natury znacznie bardziej grymaśne i nie będą zrzucać ubrań przy byle okazji – w końcu ich inwestycja wiąże się ze znacznie większym wkładem i ryzykiem. Dlatego właśnie statystyczna kobieta oceni przeciętnie atrakcyjnego mężczyznę niżej niż statystyczny mężczyzna przeciętnie atrakcyjną kobietę. Tłumaczy to również wynik sławnego  eksperymentu Clarka i Hatfielda z 1989. Chodzący po kampusie przystojni “ankieterzy” i ponętne “ankieterki” zapraszali spotykanych studentów i studentki na randki oraz proponowali im seks. Jak nietrudno zgadnąć prawie 70% troskliwych facetów przygarnęłoby na noc nieznajomą, podczas gdy ani jedna dziewczyna (!) nie wyraziła zgody na niespodziewany stosunek.

Czyż natura nie jest piękna w swojej spójności? Choć tego na co dzień tak nie postrzegamy, żeńska wybredność to ewolucyjna tarcza przed nieposkromioną męską chucią. Kobieta nie urodzi setek dzieci a już na pewno ich nie wykarmi, więc zostaje zmuszona do znacznie ostrożniejszej kalkulacji. Jak przeskoczyć ten mur? Najłatwiej jest tzw. samcom alfa, czyli przysłowiowym gwiazdom rocka na widok których piszczą nastolatki; ludziom sukcesu jawiącym się jako dawcy genów prima sort (słowo na dziś: hipergamia). Druga metoda wymaga przekonania partnerki, że ewentualny stosunek nie będzie wiązał się z ryzykiem, a ten wybór zagwarantuje jej bezpieczeństwo oraz pomoc w wychowaniu potomstwa. Jako, że pierwsza opcja pozostaje zarezerwowana dla zwycięzców w genetycznej loterii, zdecydowana większość mężczyzn musi zaoferować wybrance coś więcej niż tylko samego siebie.

penis mozg

Wracamy do pierwotnego zagadnienia: skąd wzięły się podwójne standardy dotyczące puszczalstwa pań i panów? Przyzwolenie dla seksualnych podbojów mężczyzn wydaje się w tym układzie jasne. Czysto biologicznie, każdemu racjonalnemu osobnikowi powinno zależeć na jak spłodzeniu tak wielkiej ilości potomstwa, na ile tylko pozwolą mu warunki. (Dla uściślenia, to że tak piszę, nie oznacza, że osobiście pochwalam radosne tryskanie spermą na prawo i lewo). Kiedy kobieta próbuje odgrywać analogiczną rolę i przyjmować hurtem zalotników, odczuwamy trudny do opisania wewnętrzny zgrzyt. Zauważmy przy okazji jak w ten chytry sposób natura wyrównuje rachunki. Samica ponosi główne koszty związane z potomstwem, ale to samiec ugania się za partnerką i płaci cenę aby to potomstwo w ogóle spłodzić. Przeciętny mężczyzna ma minimalne szanse jednostkowy stosunek z przeciętną kobietą, ale przeciętna kobieta bez większych problemów potrafi sobie znaleźć adoratora. Statystyczny mężczyzna musi się więc postarać
Samiec alfa z setką partnerek na koncie – choć to drań, hultaj i nicpoń – po prostu wykorzystuje swój główny biologiczny atut. Podfruwajka dopuszczająca do siebie kogo popadnie, wręcz odwrotnie, opuściła ewolucyjną gardę! Jej atrakcyjność spada, bo wydaje się  znacznie gorszym materiałem na stałą partnerkę a już na pewno na matkę. Mówiąc brutalnie, to osobnik wybrakowany, który z własnej woli odrzucił swój atut jakim była niedostępność. I niekoniecznie owa czarna owca będzie stygmatyzowana przez mężczyzn – bo i tak znajdzie dziesięciu desperatów w najbliższym barze – lecz przede wszystkim przez inne kobiety.

Może to racjonalna zawiść? Spróbujmy potraktować rozwiązłość również jako rodzaj strategii. Samica kopulująca gdy tylko może, odpowiada na potrzeby płci przeciwnej i dzięki niskim wymaganiom w sposób łatwy, szybki i przyjemny wygrywa rywalizację o męską atencję. Jednym słowem: marketing. Nagle może się okazać, że wierny mąż i ojciec pójdzie w tango z luźną koleżanką, jeżeli tylko zaproponuje mu ona stosunek bez żadnych zobowiązań. To cholernie nieuczciwa konkurencja, prowadząca do “psucia rynku” i niwecząca dorobek wszystkich kobiet stosujące stare i sprawdzone metody. Co z taką konkurencją począć?

Przejąć jej metody. Albo zdyskredytować.

Na zakończenie. Ufam w waszą inteligencję, ale wolę dmuchać na zimne. Rozważania powyższe jak i przyszłe jakie pojawią się w Racjonalnym gadaniu, nie mają na celu ani propagowania żadnych postaw ani ich usprawiedliwiania – co najwyżej próbę wyjaśnienia i racjonalizowania zjawisk, które i tak istnieją. Czy je tolerujemy, czy nie.

Bawimy się w Boga Czy w astrologii jest odrobina nauki? Głupota na niedzielę: o “głupocie” nauki?