Czytaj dalej

Kiedy w ubiegłym roku zapytałem czytelników o czym chcieliby przeczytać, przytłaczająca większość zagłosowała za dwoma opcjami: scenariuszami końca świata i czarnymi dziurami. Nie dziwi mnie to. Tajemnice czarnych dziur ekscytują i budzą kontrowersje od niemal wieku. Najpierw stanowiły niewiarygodną ciekawostkę teoretyczną, później niewygodną hipotezę. A dziś?

Co na to Einstein – krótki rys historyczny

Nie da się roz­pa­try­wać problemu czarnych dziur pomi­ja­jąc zagad­nie­nie gra­wi­ta­cji, a o gra­wi­ta­cji trudno mówić w ode­rwa­niu od osoby Alberta Ein­ste­ina. Na początku ubie­głego stulecia, opu­bli­ko­wał on w Annalen der Psyhik arcy­ważne prace, w których zilu­stro­wał swą słynną teorię względ­no­ści w dwóch odsło­nach, szcze­gól­nej i ogólnej. Właśnie wtedy świat dowie­dział się, jakie zna­cze­nie ma prędkość światła oraz że energia i masa to różne przejawy tego samego. Dla nas, naj­waż­niej­sze są jednak zało­że­nia ogólnej teorii względ­no­ści, czyli nowej teorii gra­wi­ta­cji. Odkrycie to zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wało spoj­rze­nie na wszech­świat, cał­ko­wi­cie depcząc dotych­cza­sowe postrze­ga­nie naj­bliż­szego nam wszyst­kim oddzia­ły­wa­nia oraz istoty prze­strzeni i czasu. Dotąd gra­wi­ta­cja sta­no­wiła sztywną siłę trzy­ma­jącą ciała na uwięzi. Ten prze­sta­rzały, new­to­now­ski obraz, Einstein zamienił na roz­cią­gliwe, pofał­do­wane i skrę­ca­jące się płótno cza­so­prze­strzenne, nie­ubła­ga­nie odkształ­cane obec­no­ścią masy. Czym masyw­niej­sze ciało, tym większe zagłę­bie­nie w nie­wi­dzial­nej tkaninie. Ta ele­gancka kon­cep­cja zmieniła rozu­mie­nie wszech­świata, jed­no­cze­śnie rodząc wiele nowych, nur­tu­ją­cych pytań. Wśród nich jedno, wyjąt­kowo fascy­nu­jące: co otrzy­mamy, gdy skupimy nie­wia­ry­god­nie wielką masę w maleńkim punkcie?

Sam pomysł ist­nie­nia takich miejsc w kosmosie budził silny scep­ty­cyzm ówcze­snych naukow­ców. Obliczeń podjął się jako pierwszy Karl Schwarz­schild, astro­fi­zyk zain­te­re­so­wany geo­me­trią wszech­świata. Zajmując się coraz mniej­szymi punktami w prze­strzeni, Niemiec napo­ty­kał spore problemy. Nor­mal­nie, gdy zbliżamy się do jakiegoś obiektu dwu­krot­nie, to siła gra­wi­ta­cji wzrasta czte­ro­krot­nie – zgodnie z prawem powszech­nego ciążenia. Równania ogólnej teorii względ­no­ści wska­zy­wały jednak na nie­zwy­kły i zatrwa­ża­jący wniosek: odpo­wied­nie zagęsz­cze­nie materii, prze­kra­cza­jące pewną kry­tyczną granicę, powoduje, że siła gra­wi­ta­cyjna dla tej materii staje się nie­skoń­czona! Dziś tego typu ewe­ne­ment nazywamy oso­bli­wo­ścią – miejscem, w którym stan­dar­dowo rozu­miana fizyka traci sens.

Schwarz­schild obliczył, że każde ciało może osiągnąć taki stan, o ile zostanie zgnie­cione do odpo­wied­nio małych roz­mia­rów. Po prze­kro­cze­niu tej granicy, prak­tycz­nie nie­moż­li­wym jest powstrzy­ma­nie dalszego zapa­da­nia się obiektu w samym sobie. W ten sposób astro­fi­zyk jako pierwszy prze­wi­dział powsta­nie “zmarłej gwiazdy” (ofi­cjal­nie po raz pierwszy sfor­mu­ło­wa­nia “czarna dziura” użył na kon­fe­ren­cji z 1967 roku John Wheeler). Dla naszego Słońca promień Schwarz­schilda wynosi najwyżej kil­ka­na­ście kilo­me­trów. Oznacza to, że skur­cze­nie jego masy, do roz­mia­rów nie­wiel­kiej pla­ne­to­idy, zaowo­cuje nie­po­skro­mio­nym zapa­da­niem się w sobie, bez moż­li­wo­ści odwrotu. Długość pro­mie­nia kry­tycz­nego, będzie pro­por­cjo­nal­nie uza­leż­niona od masy obiektu. Nie­wiel­kie ciało, wiel­ko­ści Ziemi, trzeba by zmiaż­dżyć do roz­mia­rów paru cen­ty­me­trów, aby stało się czarną dziurą. Nie powinno nas dziwić, iż przez długie lata uznani pro­fe­so­ro­wie zgodnie twier­dzili, że w przy­ro­dzie nie ma miejsca na tego typu fizyczne wyna­tu­rze­nia. W 1939 Einstein napisał: “Logiczny jest wniosek o nie­ist­nie­niu oso­bli­wo­ści Schwarz­schilda w fizycz­nej rze­czy­wi­sto­ści”. 

Narodziny osobliwości 

Dziś wiemy, że Albert Einstein był w błędzie i nie docenił poten­cjału własnej teorii. Otwarty pozo­sta­wał problem, co musi się stać, aby oso­bli­wość Schwarz­schilda rze­czy­wi­ście powstała. Tylko jedna kate­go­ria obiektów w kosmosie posiada wystar­cza­jący poten­cjał, aby wiązać z nią naro­dziny czarnych dziur – gwiazdy. Niczym ogromne piece ter­mo­ją­drowe spalają biliony ton wodoru, zamie­nia­jąc go na coraz cięższe pier­wiastki. Przez cały ten czas, trwa siło­wa­nie między ter­micz­nym ciśnie­niem roz­sa­dza­ją­cym gwiazdę, a gra­wi­ta­cją pró­bu­jącą ją zmiaż­dżyć. Osta­tecz­nie dochodzi do momentu wyczer­pa­nia paliwa, gdy powstaną pier­wiastki, z których reakcje jądrowe nie zdołają wykrze­sać więcej energii. W dalekiej przy­szło­ści czeka to wszyst­kie gwiazdy, jedne po milio­nach, inne po miliar­dach lat. Czym mniejsza gwiazda, tym spo­koj­niej­szy i, para­dok­sal­nie, dłuższy jej żywot. Prze­ciętne w tej skali Słońce znajduje się mniej więcej w połowie swojej egzy­sten­cji, a jego końca należy się spo­dzie­wać nie wcze­śniej niż za 4 miliardy lat.
Uproszczony schemat ewolucji gwiazdy.

Uprosz­czony schemat ewolucji gwiazdy.

Czarne dziury powstają przy okazji znacznie efek­tow­niej­szej śmierci, która spotyka naj­więk­sze gwiazdy. Mowa tu o hipe­rol­brzy­mach jak Rigel czy Betel­geza, osią­ga­ją­cych masę kil­ku­na­sto­krot­nie większą od naszego Słońca. Meta­bo­lizm gigan­tycz­nych gwiazd pozwala na nieco więcej, a ich koniec należy do naj­dra­ma­tycz­niej­szych wydarzeń jakie spo­ty­kamy w kosmosie.

Początek tego procesu prze­biega ana­lo­gicz­nie w przy­padku wszyst­kich gwiazd. Gdy kończy się paliwo jądrowe tem­pe­ra­tura spada, a wraz z nią bijące na zewnątrz ciśnie­nie. Gra­wi­ta­cja zaczyna domi­no­wać, naci­ska­jąc coraz bardziej na jądro. Miaż­dżona materia ulega dege­ne­ra­cji, ponieważ cząstki ele­men­tarne znaj­du­jąc się tysiące razy bliżej niż nor­mal­nie, zaczy­nają drgać w sposób nie­kon­tro­lo­wany. Fizycy zaj­mu­jący się mecha­niką kwantową zwracają uwagę, że zde­ge­ne­ro­wane elek­trony zacho­wu­jące się czę­ściowo jak fale o bardzo krótkich dłu­go­ściach (z braku miejsca), noszą ponad­prze­cięt­nie wielką energię. To tak zwane ciśnie­nie dege­ne­ra­cji elek­tro­nów. Hinduski noblista Sub­ra­ma­nyan Chan­dra­se­khar obliczył, że jeżeli zapa­da­jąca się w ten sposób gwiazda nie prze­kra­cza masy 1,4 Słońca, to powsta­nie swojego rodzaju status quo między oddzia­ły­wa­niem gra­wi­ta­cji a ciśnie­niem dege­ne­ra­cji elek­tro­nów. Owocem tej rów­no­wagi będzie gęsty i blado świecący biały karzeł o średnicy zbli­żo­nej do Ziemi. Chan­dra­se­khar spo­dzie­wał się, że cięż­szych gwiazd nie czeka tak łagodny sce­na­riusz. Białe karły uważane w pierw­szej połowie XX wieku za coś nie­zwy­kłego, miały się okazać niczym szcze­gól­nym w porów­na­niu z tym co dopiero czekało na odkrycie. Znawca tematu teorii względ­no­ści Artur Eddinh­ton sko­men­to­wał te wnioski:  
“Mogą nastąpić rozmaite wyda­rze­nia, które uratują gwiazdę, lecz ja chcę pew­niej­szej ochrony. Uważam, że powinno być jakieś prawo przyrody, dzięki któremu owo absur­dalne zacho­wa­nie gwiazdy staje się nie­moż­liwe”!
To już drugi raz, kiedy cieszący się wielką sławą nauko­wiec nie chciał przyjąć do wia­do­mo­ści, że natura potrafi wymknąć się poza stan­dar­dowe postrze­ga­nie wszech­świata. Mimo sprze­ciwu legendy bry­tyj­skiej astro­no­mii, teoria Chan­dra­se­khara zyskała poparcie.

Wróćmy raz jeszcze do koń­czą­cego swój żywot hipe­rol­brzyma. Po wypa­le­niu swojego pod­sta­wo­wego ładunku – wodoru – musi się zado­wo­lić helem, a następ­nie coraz cięż­szymi pier­wiast­kami – tlenem, węglem, magnezem, siarką, neonem, krzemem i tak dalej. Gwiazda posila się w naj­lep­sze, aż do powsta­nia w jej wnętrzu atomów żelaza. Pier­wia­stek ten działa niczym trutka, gwał­tow­nie prze­ry­wa­jąc procesy ter­mo­ją­drowe. Na jądro zaczyna oddzia­ły­wać gigan­tyczna siła gra­wi­ta­cji, tak wielka, że ciśnie­nie dege­ne­ra­cji elek­tro­nów jego materii nie wystar­cza do zaha­mo­wa­nia procesu zgnia­ta­nia. W tym czasie, zewnętrzne warstwy gwiazdy bły­ska­wicz­nie spadają do środka, co powoduje “odbicie” z mon­stru­alną energią. Dochodzi do eks­plo­zji, która wstrząsa nie­bio­sami – super­no­wej. W ułamku sekundy wytwa­rzana jest energia tysiące razy większa niż nasze Słońce wypro­mie­niuje w ciągu całej swojej egzy­sten­cji. Gdy tego typu kata­strofa przy­da­rzyła się w odle­gło­ści ponad 7 tysięcy lat świetl­nych, wybuch był widoczny na naszej planecie nawet w dzień, a pro­mie­nio­wa­nie zosta­wiło ślad w rdzeniu lodowym Antark­tyki. We wnętrzu piekła super­no­wej nastę­puje osta­teczny triumf gra­wi­ta­cji: poddane gigan­tycz­nemu ciśnie­niu jądro zapada się w sobie tworząc czarną dziurę. 

Jak wygląda dziura? 

Załóżmy, że pomimo całego chaosu wytwo­rzo­nego przez super­nową, obser­wa­tor przy­pa­truje się zja­wi­skom zacho­dzą­cym w samym centrum. Co widzi? Na pewno kurczące się pod wpływem implozji jądro gwiazdy. Jednakże, wbrew intuicji, proces ten będzie zacho­dził z każdą mili­se­kundą coraz wolniej. Jed­no­cze­śnie obser­wa­tor zauważy, że wraz z zagęsz­cza­niem jądra, pro­mie­nie świetlne w jego pobliżu coraz bardziej się uginają. Gdybyśmy oglądali Słońce przez pryzmat tak cięż­kiego ciała, obraz Gwiazdy Dziennej byłby bardzo zde­for­mo­wany. Ale to nie koniec. Pole gra­wi­ta­cyjne nadal rośnie, aż do osią­gnię­cia punktu kry­tycz­nego, roz­mia­rów poniżej pro­mie­nia Schwarz­schilda. Powolny proces kur­cze­nia zdaje się zastygać w czasie, przy­naj­mniej dla zewnętrz­nego obser­wa­tora, a światło tra­fia­jące w rejon obiektu zostaje wcią­gnięte do środka. Nazwa czarnej dziury nie jest tu przy­pad­kowa, bo rze­czy­wi­ście mamy do czy­nie­nia z ciemnym miejscem do którego, przy odro­bi­nie nieuwagi, można wpaść i już nigdy się nie wydostać. 

Światło i czarna dziura.

Światło i czarna dziura.

Wszystko za sprawą potężnej masy. Tkanina cza­so­prze­strzenna zostaje cał­ko­wi­cie zde­for­mo­wana, powo­du­jąc eks­tre­mum efektów gra­wi­ta­cyj­nych. Jeżeli chcemy pokonać przy­cią­ga­nie Ziemi, o masie “zaledwie” kilku try­liar­dów ton, nadajemy naszej rakiecie prędkość 11,2 km/s. Dla setki tysięcy razy więk­szego Słońca, prędkość ucieczki wynio­słaby już ponad 617 km/s. To jednak niewiele, bowiem dla uwol­nie­nia się z okowów ciążenia czarnej dziury potrzebna byłaby prędkość nie mniejsza niż 300 000 km/s, czyli wykra­cza­jąca poza szybkość światła! Problem polega na tym, że jak powszech­nie wiadomo nic nie może poruszać się szybciej niż pozba­wione masy fotony. To naj­bar­dziej zło­wiesz­cza cecha czarnej dziury: skoro światło nie może przed nią uciec, to tym bardziej nic innego. 

Granica, spoza której nie ma odwrotu, nosi nazwę hory­zontu zdarzeń. Nie stanowi ona fizycz­nej zapory, raczej membranę czy kurtynę możliwą do prze­kro­cze­nia tylko w jednym kierunku. Nikt, co prawda, nie widział czarnej dziury (o powodach potem), ale obli­cze­nia wyni­ka­jące z ogólnej teorii względ­no­ści pomagają nam prze­wi­dzieć jej wygląd. Kształt hory­zontu opisuje się jako sfe­ryczny i idealnie gładki. Radziecki fizyk Witalij Ginzburg opisał to słowami – “czarne dziury nie mają włosów” – co miało oznaczać, że zapa­da­jąca się gwiazda, mimo wszel­kich nie­rów­no­ści czy pro­tu­be­ran­cji powsta­łych w wyniku pola magne­tycz­nego, wytworzy jed­no­li­cie okrągłą czarną dziurę. Obwód tejże dziury w kilo­me­trach, ściśle związany z pro­mie­niem Schwarz­schilda, wynosi w przy­bli­że­niu 18,5 razy więcej niż jej masa wyrażona w masach Słońca. To oznacza, że truchło martwej Betel­gezy osiągnie rozmiary około 250 kilo­me­trów przy masie czter­na­sto­krot­nie większej od naszego Słońca. To więcej niż masa 4,5 miliona Ziem, ści­śnię­tych do obwodu mniej­szego niż odle­głość dzieląca Katowice od Wro­cła­wia!
Przykłady "braku włosów" u czarnych dziur (rys. Czarne dziury i krzywizny czasu).

Przy­kłady “braku włosów” u czarnych dziur (rys. Czarne dziury i krzy­wi­zny czasu).

W zasadzie powyższe zdanie jest poprawne tylko poło­wicz­nie. Pisałem bowiem o roz­mia­rach samego hory­zontu zdarzeń, który jak usta­li­li­śmy stanowi tylko nie­ma­te­rialną powłokę czarnej dziury. Za płachtą hory­zontu materia dalej zapada się w sobie, do punktu w samym centrum. Oso­bli­wo­ści. Zro­zu­mie­nie tego czym jest oso­bli­wość nastrę­cza pro­ble­mów każdemu fizykowi, gdyż z samej defi­ni­cji odróżnia się ona od wszyst­kiego co znamy. Szacuje się, że jej wielkość nie odbiega znacząco od długości Plancka (10^-35 metra), a więc jest miliony razy mniejsza od poje­dyn­czego elek­tronu okrą­ża­ją­cego jądro atomowe. Zasada jest taka, że posu­wa­jąc się od powierzchni hory­zontu zdarzeń do środka czarnej dziury, miaż­dżące przy­cią­ga­nie będzie stale wzrastać, aż osiągnie wartość nie­skoń­czoną w oso­bli­wo­ści.

Skoro nie da się zajrzeć za mroczną kurtynę hory­zontu zdarzeń, nie­moż­li­wym jest zoba­cze­nie oso­bli­wo­ści. Przy­ja­ciel Stephena Hawkinga sir Roger Penrose, ukuł nawet kon­cep­cję kosmicz­nej cenzury: Bóg brzydzi się nagimi oso­bli­wo­ściami. Nie­któ­rzy próbują ujrzeć w oso­bli­wo­ści swoisty tunel cza­so­prze­strzenny pro­wa­dzący do innych światów; inni miejsce zagłady czasu i prze­strzeni, w którym nasza fizyka traci sens. Jedno jest pewne: długo nie dowiemy się co tak naprawdę kryje pod sobą horyzont zdarzeń.

One są wszędzie!

Szacuje się, że przy­naj­mniej 1% wszyst­kich gwiazd posiada poten­cjał wystar­cza­jący do utwo­rze­nia czarnej dziury. To sporo. Przyj­mu­jąc że Droga Mleczna zawiera 400 miliar­dów gwiazd, spo­dzie­wamy się aż 4 miliar­dów poten­cjal­nych czarnych dziur! Przy tych rachun­kach ilość kosmicz­nych potworów obecnie prze­mie­rza­ją­cych naszą galak­tykę należy podawać co najmniej w tysią­cach. Czy to powód do nie­po­ko­jów? Gdyby tak masywny obiekt zabłąkał się w okolice Układu Sło­necz­nego, odczu­li­by­śmy to niemal natych­miast. Zacząłby wyrywać planety z orbit wokół Słońca, roz­rzu­ca­jąc je niczym zabawki, a na koniec roz­pra­wiłby się bru­tal­nie z samą Gwiazdą Dzienną. Na szczę­ście nic nie wskazuje aby w obrębie naj­bliż­szych kil­ku­na­stu lat świetl­nych czyhało nie­bez­pie­czeń­stwo.

Mimo przy­ję­cia tezy o powszech­no­ści czarnych dziur we wszech­świe­cie, astro­no­mii wciąż doskwiera wsty­dliwy problem: nikt nigdy ich nie widział. No bo, jak dostrzec przed­miot z defi­ni­cji nie­emi­tu­jący żadnego pro­mie­nio­wa­nia (no, prawie – ale o tym później)? Prawdą jest, że więk­szość naszej wiedzy opiera się na modelach teo­re­tycz­nych; jednak nie cała. Naj­lep­sze obser­wa­to­ria na świecie robią co mogą aby znaleźć ślady czarnych dziur. Jako pierwszy sposób poszu­ki­wań opra­co­wał Jakow Zeldo­wicz wraz ze swoim zdolnym stu­den­tem Igorem Nowi­ko­wem. Założyli oni, że nie trzeba widzieć samego hory­zontu zdarzeń, a jedynie materię nań opa­da­jącą. Gaz i pył pod wpływem potęż­nego ciśnie­nia, panu­ją­cego tuż nad kra­wę­dzią hory­zontu, ulegają ściskowi, co powoduje wzrost tem­pe­ra­tury do kilku milionów stopni i emisję pro­mie­nio­wa­nia. Świecące w ten sposób skupisko materii w pobliżu czarnej dziury nosi nazwę dysku akre­cyj­nego. Zeldo­wicz i Nowikow słusznie zauwa­żyli, że efekty te naj­ła­twiej będzie zaob­ser­wo­wać przy układach dwóch krą­żą­cych blisko siebie gwiazd. Gdy w miejscu jednej z nich powsta­nie czarna dziura, zacznie ona uprawiać kosmiczny kani­ba­lizm, pochła­nia­jąc materię swojej towa­rzyszki. Naj­słyn­niej­szy jak dotąd przykład układu podwój­nego gwiazdy z czarną dziurą zaob­ser­wo­wano w gwiaz­do­zbio­rze Łabędzia. W Cygnusie X‑1, jak został nazwany, nie­bie­ski nad­ol­brzym wykonuje taniec śmierci z obiektem o masie pięt­na­sto­krot­nie większej od Słońca, emi­tu­ją­cym ogromne ilości pro­mie­nio­wa­nia w zakresie rent­ge­now­skim.

To nie wszystko. Istnieją poważne dowody na ist­nie­nie znacznie strasz­niej­szych miejsc w kosmosie – super­ma­syw­nych czarnych dziur. Do tej pory mówi­li­śmy o obiek­tach o masie rzędu kil­ku­na­stu, mak­sy­mal­nie kil­ku­dzie­się­ciu Słońc. Super­ma­sywne czarne dziury mieszczą się w prze­dziale od miliona do miliar­dów mas prze­cięt­nej gwiazdy. Rekor­dzistka NGC 4889, odkryta w ubiegłym roku, może się poszczy­cić masą około 21 miliar­dów razy większą niż Słońce. Coś takiego wymyka się poza kate­go­rie, które poj­mu­jemy.

Astro­no­mo­wie zacie­rają ręce wiedząc, że czegoś tak potęż­nego natura nie zdoła ukryć. Jeżeli często oglą­da­li­ście programy doku­men­talne doty­czące kosmosu, to bardzo możliwe, że nie raz podzi­wia­li­ście pracę prof. Andrei Ghez z popu­lar­nego hawaj­skiego obser­wa­to­rium Mauna Kea; bądź prof. Rein­harda Genzela z Insty­tutu im. Maxa Plancka w Mona­chium. Obydwa zespoły od lat badają co gnieździ się w przy­sło­nię­tym obłokami pyłu i gazu środku naszej galak­tyki. Dlaczego tam? Wystrze­lony pod koniec ubie­głego wieku teleskop kosmiczny Chandra, dzia­ła­jący w zakresie promieni rent­ge­now­skich, zwrócił uwagę na znaj­du­jące się w tym rejonie nad­zwy­czaj silne źródło radiacji, ochrzczone nazwą Sagit­ta­rius A*. Ana­lo­gicz­nie jak w przy­padku Cygnusa X‑1 spo­dzie­wano się, że to sygnał emi­to­wany przez dysk akre­cyjny, ale krążący wokół znacznie masyw­niej­szej dziury. Gdy po kilku latach udało się prze­drzeć przez grube warstwy pyłu gwiezd­nego, dojrzano grupę kil­ku­na­stu gwiazd poru­sza­ją­cych się naj­bli­żej centrum Drogi Mlecznej. Dzięki pomiarom kształtu orbit i pręd­ko­ści poru­sza­nia się po nich, obli­czono jaką masę musi posiadać ciało wokół którego krążą. Szcze­gól­nie inte­re­su­jąca zdawała się gwiazda S2, która krążąc po mocno elip­tycz­nej orbicie potra­fiła nagle przy­śpie­szyć do 5 tys. km/s; ciało większe od Słońca posuwało się z szyb­ko­ścią 1,5% pręd­ko­ści światła! Rachunki dawały zatrwa­ża­jący wynik – gwiazdy środka galak­tyki tańczą wokół jakiegoś małego obiektu o masie co najmniej 2,2 miliona Słońc. Nauka nie znajduje lepszej hipotezy, niż uznanie Sagit­ta­riusa A* za super­ma­sywną czarną dziurę.
Centrum Drogi Mlecznej i tajemniczy Sagittarius A*. Polecam zobaczyć to w ruchu.

Centrum Drogi Mlecznej i tajem­ni­czy Sagit­ta­rius A*. Polecam zobaczyć to w ruchu.

Wnioski są na tyle doniosłe, iż naukowcy są prze­ko­nani o obec­no­ści naj­cięż­szych obiektów w jądrze każdej dużej galak­tyki. Przy wielkim tłoku panu­ją­cym w galak­tycz­nych centrach, czarne dziury mają pod dostat­kiem materii do pożarcia, co powoduje ich ciągły wzrost. To wyja­śnia­łoby wiele nie­zro­zu­mia­łych dotąd zjawisk. Super­ma­sywne czarne dziury mogłyby napędzać odległe aktywne galak­tyki (kwazary), wytwa­rza­jące nie­sa­mo­wite ilości pro­mie­nio­wa­nia; czy dawać początek wyrzu­ca­nym z ogromną mocą strugom materii (dżetom). Właśnie dzięki temu każda nowa wieść doty­cząca prac nad czarnymi dziurami jest tak eks­cy­tu­jąca. Od hipo­te­tycz­nych oso­bli­wo­ści Schwarz­schilda odrzu­ca­nych przez naj­tęż­sze umysły swoich czasów, czarne dziury zyskały status obiektów powszech­nych, o nie­ba­ga­tel­nym wpływie na losy i ewolucję wszech­świata.

W następ­nej części spró­bu­jemy dowie­dzieć się co tak naprawdę spo­tka­łoby nas, przy próbie wdarcia się za horyzont zdarzeń. 

Ciąg dalszy w tekście: Wszystko co chcie­li­by­ście wiedzieć o czarnych dziurach cz.2.
Literatura uzupełniająca:
I. Nowikow, Rzeka Czasu, Warszawa 1998;
M. Begelman, M. Rees, Ta siła fatalna: Czarne dziury we Wszechświecie, Warszawa 1999;
K. Thorne, Czarne Dziury i Krzywizny Czasu: Zdumiewające dziedzictwo Einsteina, Warszawa 2004;
S. Hawking, Teoria Wszystkiego: Powstanie i losy Wszechświata, Poznań 2004;
R. Kostecki, Wprowadzenie w Czarne Dziury [online], Warszawa 2005;
Kto się boi Czarnej Dziury?, prod. James Van Der Pool, Londyn, BBC, 2009.
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.