Garść szybkich uwag na temat ‘Teorii wszystkiego’

Obrodziło w ostatnich latach filmami opowiadającymi niezwykłe historie wybitnych jednostek. Wśród nich pojawiła się produkcja, obok której nie miałem prawa przejść obojętnie – biografia najpopularniejszego brytyjskiego astrofizyka, Stephena Hawkinga. Chociaż Teoria wszystkiego pozostawia wątek naukowy raczej na uboczu, garstką uwag mogę sypnąć.



  • Eddie Redmayne zdarł skórę z Hawkinga. Aktor stanął przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Nie tylko musiał wcielić się w osobę cierpiącą na stwardnienie zanikowe boczne, ale również dostosowywać swoją fizjonomię, odruchy, mimikę do poszczególnych etapów degenerującej ciało choroby. Moim zdaniem Redmayne wywiązał się ze swoich obowiązków wzorowo. Na podkreślenie zasługuje również sama charakteryzacja filmowego Hawkinga, będąca bardzo udaną kalką oryginału. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie:

Hawking i Redmayne – dwaj przystojniacy.

  • Jane Hawking to główna bohaterka. Sylwetka żony naukowca, grana przez Felicity Jones, zaznaczona w filmie jest niemal tak samo wyraźnie jak postać samego Stephena. Reżyser częstokroć skupia naszą uwagę właśnie na jej uczuciach, problemach i pragnieniach. Nie żeby było to czymś koniecznie złym, ale bardzo wyraźnie ugruntowuje charakter i rzeczywistą tematykę Teorii wszystkiego.
  • To film o ALS. Wcale mnie to nie zdziwiło. Trudno oczekiwać od kinowej produkcji kierowanej do szerokiego grona odbiorców, odchodzenia od tego co najbardziej ludzkie i w pewnym sensie interesujące każdego. Znacznie częściej niż mury Cambridge, przyjdzie nam więc zwiedzać domowe zacisze rezydencji Hawkingów, w którym Jane toczy codzienne batalie z kalectwem męża.
  • Jednakże nauki nie wycięto. W każdym razie, nie całkiem. James Marsh przemyca treści prac profesora oszczędnie, ale muszę przyznać, że obawiałem się znacznie gorszego efektu. Koniec końców, widz usłyszy o czarnych dziurach, wielkim wybuchu, a nawet promieniowaniu Hawkinga. Ale jak wspomniałem: badania nie stanowią motoru napędowego fabuły, a raczej smaczek wstawiony ku uciesze fanów Krótkiej historii czasu (zawsze któryś może zabłądzić i dotrzeć do sali kinowej…).
  • Pojawia się ekipa z Cambridge! Kolejny smaczek, to pojawienie się na ekranie kilku znanych uczonych (tzn. ich aktorskich odpowiedników) współpracujących z Hawkingiem, w tym Kipa Thorne’a, Rogera Penrose’a oraz nieżyjącego już Dennisa Sciamy. 
  • Trzeba przecierpieć pierwsze pół godziny filmu. Ja wiem, że trudno wymagać od dłubiącego po nocach w równaniach okularnika bycia kampusowym dżolero, ale gdyby flirty między fizykiem a filologiem potrwały trochę dłużej, wstrzymałbym oddech i czekał na wybawienie. Przepraszam, ale nawet dla mnie podryw “na naukowca”, pozostaje kiczem.
  • Od dysput filozoficznych zgniły mi ziemniaki w piwnicy. Na pewno słabiej od wątku naukowego wypadła sfera poglądowa, której reżyser ewidentnie nie potrafił wykorzystać. Rozmowy między ateistycznym Stephenem a wierzącą żoną były miałkie, pozbawione zęba i na dobrą sprawę niczego nie wnosiły. Ogólnie, po seansie nie mogłem pozbyć się wrażenia, że twórcy bali się wprost wyartykułować rzeczywiste poglądy Hawkinga. Oby nigdy nie próbowali kręcić biografii Richarda Dawkinsa.
  • Ogólnie jest dobrze. I poprawnie. Miejscami nawet za bardzo poprawnie. Można się zastanawiać czy gdyby Teoria wszystkiego, nie dotyczyła Hawkinga a jakiegoś randomowego inwalidy, obraz straciłby na wartości. Film niby miał charakter osobisty, ale trudy jakie spotkały Jane i Stephena prawdopodobnie dotyczą każdej rodziny w podobnej sytuacji. 
  • Piękny umysł pozostaje lepszy.

A wy już oglądaliście?

podpis-czarny

“Mars” – wrażenia po pierwszym odcinku Najkrótszy kurs historii fizyki – recenzja “Fizyki w rysunkach” Dla samodzielnych obserwatorów nieba – recenzja ‚Na własne oczy’