Obserwacje nieba zawsze rodziły przekonanie, że stanowimy trybik wewnątrz większego, misternie zaprojektowanego mechanizmu. W rzeczywistości jest to mechanizm delikatny, zawodny i w dłuższej skali nieprzewidywalny.

Chaos to nie otchłań. Chaos to drabina.

Lord Petyr Baelish

Zanim przej­dziemy do spraw kosmosu pozwolę sobie zacząć od dygresji. Jakiś czas temu jeden z czy­tel­ni­ków napisał do mnie z wąt­pli­wo­ściami doty­czą­cymi zmian kli­ma­tycz­nych. Wymiana zdań przy­brała dość typowy przebieg polemiki z denia­li­stą, z jedną różnicą, która zapadła mi w pamięć. Inter­nauta zapytał mnie, jak mogę nie dostrze­gać różnicy pomiędzy twardą nauką – jak nazywał astro­no­mię – a czymś tak mglistym jak badania atmos­fery. Rozumiał zaufanie do obser­wa­to­rów nieba, którzy potrafią z łatwo­ścią wyliczyć poło­że­nie dowolnej planety czy komety, ale odrzucał tezy kli­ma­to­lo­gów, w jego mnie­ma­niu nie będących w stanie prze­wi­dzieć niemal niczego.

Nie był to naj­lep­szy argument. Rozmówca nawet nie tyle trafił kulą w płot, co postrze­lił własną stopę. Tak się bowiem składa, że próby zaj­rze­nia w dalszą przy­szłość Układu Sło­necz­nego zazwy­czaj kończą się fiaskiem. Co więcej, utra­pie­nia dręczące astro­no­mów i fizyków atmos­fery mają to samo źródło.

Pozory stabilności

Pocie­sze­niem dla mojego adwer­sa­rza może być fakt, że wielu przed nim wyrażało podobną intuicję. Prze­świad­cze­nie o kosmicz­nym porządku jest natu­ralne i stare jak cywi­li­za­cja. Gdy tylko nasi przod­ko­wie spoj­rzeli w niebo natych­miast zauwa­żali regu­lar­no­ści, na których dało się polegać. Słońce nie­za­wod­nie wschodzi na wscho­dzie i zachodzi na zacho­dzie, gwiazdy formują zja­wi­skowe kon­ste­la­cje, zaś Księżyc prze­cho­dzi przez dobrze znane fazy. Wszystko zdaje się funk­cjo­no­wać jak zegar nakrę­cony przez przed­wiecz­nego zegar­mi­strza.

W nie­za­chwianą regu­lar­ność ciał nie­bie­skich nie chciał wątpić ani Johannes Kepler, ani Sir Izaak Newton, ani Pierre Simon de Laplace. Wizję tę umac­niały kolejne odkrycia, takie jak doko­na­nie Edmonda Halleya. Angiel­ski przy­rod­nik, sięgając po równania swojego kolegi z Cam­bridge dowiódł, że kometa nawie­dza­jąca nie­bo­skłon w latach 1531, 1607 i 1682 to jeden i ten sam obiekt. Prze­wi­dział również jej powrót na początku 1759 roku. Halley zmarł wcze­śniej, ale miał rację. Kosmiczny zegar tykał z godną zaufania precyzją, w rytmie wyzna­czo­nym przez świeżą teorię gra­wi­ta­cji.

Kometa Halleya zdawała się potwier­dzać tezę o pełnej prze­wi­dy­wal­no­ści Układu Sło­necz­nego. Dziś wiemy, że w skali dłuższej niż kilkaset lat jej orbita staje się cha­otyczna, zarówno w związku z pro­ce­sami zacho­dzą­cymi wewnątrz komety, jak również przez gra­wi­ta­cyjny wpływ mijanych planet.

Jak na ironię, ziarno nie­pew­no­ści zasiał właśnie twórca prawa powszech­nego ciążenia. Newton zakładał, że każde ciało wypo­sa­żone w masę oddzia­łuje na inne. Ziemia ściąga nas ku sobie, my nato­miast leciutko przy­cią­gamy Ziemię. Słońce utrzy­muje na orbicie planety, ale planety nie pozo­stają dłużne i deli­kat­nie bujają Słońcem. Księżyce krążą dookoła planet, a masa księ­ży­ców oddzia­łuje na planety. I tak dalej. Newtona zaczęła dręczyć wąt­pli­wość, czy w całym tym har­mi­drze – gdzie każdy wpływa na każdego – aby na pewno nie wystę­pują żadne nie­re­gu­lar­no­ści. A jeśli tak, to czy nie będą one z czasem rosnąć, aż wpłyną na pla­ne­tarny porządek i zburzą dobrze znaną harmonię?

Newton naj­le­piej pojmował wagę własnych wzorów, ale jako pokorny chrze­ści­ja­nin nie chciał mierzyć się z myślą o nie­do­sko­na­ło­ści boskiego planu. Dla spokoju duszy uznał więc, że Stwórca naj­wy­raź­niej dogląda swojego dzieła i w razie potrzeby wpro­wa­dza poprawki konieczne do zacho­wa­nia ładu.

Czas Lapunowa

Bez względu na umęczoną duszę Newtona, jego trop okazał się słuszny. Następne poko­le­nie mate­ma­ty­ków i fizyków zdawało sobie sprawę, że prawa opisane w Prin­ci­piach dają rękojmię porządku i pełnej prze­wi­dy­wal­no­ści, lecz tylko dopóki roz­pa­tru­jemy układ zawie­ra­jący dwa ciała. Para gwiazd złączona w gra­wi­ta­cyj­nym tańcu będzie zary­so­wy­wać w prze­strzeni regu­larne elipsy wokół wspól­nego środka masy. Wystar­czy jednak dorzucić do zabawy choćby jednego nie­pro­szo­nego gościa, aby na par­kie­cie zapa­no­wała anarchia. Ele­gancki walc zastę­puje szalona rumba.

Dzikie pląsy w układzie trzech ciał.

To kla­syczny problem n‑ciał. O ile para oddzia­łu­ją­cych na siebie obiektów niczym nas nie zaskoczy, o tyle układ trzech lub więcej ciał ewoluuje w sposób pozba­wiony schematu. Wyli­cza­nie przy­szłych tra­jek­to­rii, co jakiś czas należy roz­po­czy­nać od nowa.

Jednak choć zabrzmi to dziwnie, sam problem n‑ciał jeszcze nie prze­są­dza tezy o nie­prze­wi­dy­wal­no­ści Układu Sło­necz­nego. W końcu, licząc tylko Słońce, planety i większe księżyce, już mamy do czy­nie­nia ze złożonym systemem kil­ku­dzie­się­ciu ciał – a ten, mimo wszystko, zachwyca sta­bil­no­ścią. Być może gigan­tyczne odle­gło­ści między pla­ne­tami i przy­gnia­ta­jąca domi­na­cja gra­wi­ta­cyjna Słońca, sku­tecz­nie wytłu­miają poten­cjalne nie­re­gu­lar­no­ści*? Może nasza kosmiczna okolica naprawdę zacho­wuje dosko­nałą rów­no­wagę?

Zagadka zawład­nęła umysłem XIX-wiecz­nego mate­ma­tyka Alek­san­dra Lapunowa. Jako mło­dzie­niec Rosjanin bez reszty zatracił się w zagadce natu­ral­nego porządku, najpierw poświę­ca­jąc jej swoje magi­ste­rium O sta­bil­no­ści elip­so­idal­nych form płynów wiru­ją­cych, a później pracę dok­tor­ską Ogólny problem sta­bil­no­ści ruchu. Jego skru­pu­latne analizy nie­li­nio­wych układów dyna­micz­nych przy­nio­sły światu zestaw mate­ma­tycz­nych metod pozwa­la­ją­cych na wyzna­cze­nie mak­sy­mal­nego czasu, w prze­dziale którego dany układ można bez­kar­nie uznawać za stabilny. Po upływie czasu Lapunowa – jak go dzisiaj nazywamy – pałeczkę przej­muje chaos.

Motyl chaosu

Żeby lepiej zro­zu­mieć pojęcie chaosu i jego zna­cze­nie, pro­po­nuję abyśmy zato­czyli koło i powró­cili do badań atmos­fery.

W 1961 roku Edward Lorenz (nie mylić z Hen­dri­kiem Lorent­zem), mate­ma­tyk i mete­oro­log z MIT, zlecił kom­pu­te­rowi rutynowe spraw­dze­nie jakichś wykresów pogo­do­wych. Maszyna o wiel­ko­ści szafy ana­li­zo­wała dane przy­naj­mniej kilka godzin, toteż uczony udał się na lunch. Gdy wrócił, zobaczył na wydruku coś czego się nie spo­dzie­wał. Otrzy­mane wykresy kom­plet­nie nie pokry­wały się z wcze­śniej­szymi wyli­cze­niami, jak gdyby komputer pracował na zupełnie przy­pad­ko­wych danych.

W końcu Lorenz znalazł “błąd”. Jedna z setek liczb została wpro­wa­dzona do kom­pu­tera z dokład­no­ścią do trzech miejsca po prze­cinku… zamiast do sześciu. Ten detal wystar­czył do wywró­ce­nia prognoz do góry nogami.

Efekt motyla

Otrzy­mana roz­bież­ność okazała się dla naukowca cenną inspi­ra­cją. Swoją dalszą pracę naukową (zresztą bardzo owocną) skupił właśnie na pro­ble­mie wpływu małych zmian na dłu­go­ter­mi­nową ewolucję układów. Roz­wa­ża­nia te prze­nik­nęły również do lite­ra­tury popu­lar­nej, pod nazwą, którą z pew­no­ścią koja­rzy­cie: efektu motyla.

Mate­ma­tyczna teoria chaosu stwier­dza jed­no­znacz­nie, że w dyna­micz­nym śro­do­wi­sku, nawet rzą­dzo­nym przez sto­sun­kowo proste prawa (jak siła gra­wi­ta­cji), każde zabu­rze­nie ma kon­se­kwen­cje. Błaha z pozoru zmiana warunków począt­ko­wych z czasem nabiera zna­cze­nia, aby na końcu cał­ko­wi­cie wypaczyć wynik**.

Przykład teorii chaosu. Waha­dełka są iden­tyczne, ale nie­wielka zmiana w użytej sile na początku, w końcu przy­nie­sie wyraźną różnicę.

Żeby była jasność, nie uchybia to deter­mi­ni­zmowi fizyki kla­sycz­nej. For­mal­nie wszystko da się obliczyć, pod warun­kiem, że dys­po­no­wa­li­by­śmy kom­ple­tem nie­skoń­cze­nie dokład­nych infor­ma­cji o każdym ele­men­cie badanego układu oraz super­kom­pu­te­rem zdolnym do prze­mie­le­nia oceanu liczb. Oczy­wi­ście jest to warunek nie do speł­nie­nia, w związku z czym teo­re­tyczna prze­wi­dy­wal­ność przyrody osta­tecz­nie zawsze prze­grywa z prak­tycz­nym chaosem.

Prognoza dla Układu Słonecznego

Oto gdzie jesteśmy. W Układzie Sło­necz­nym mamy Słońce, osiem planet, pięć planet kar­ło­wa­tych, sto osiem­dzie­siąt pięć znanych księ­ży­ców, setki komet oraz zyliony pla­ne­toid i okruchów skalnych. Każdy obiekt posiada inną masę, każdy toczy się po orbicie nachy­lo­nej pod innym kątem, każdy porusza się z inną pręd­ko­ścią i rotuje w innym tempie. Kosmiczny gruz nie­ustan­nie podlega ście­ra­niu i kolizjom. Gazowe olbrzymy prze­chwy­tują gra­wi­ta­cyj­nie prze­la­tu­jące skały, dołą­cza­jąc je do swych bogatych kolekcji sate­li­tów. Mete­oryty bom­bar­dują planety wybi­ja­jąc wiel­gachne kratery. Lgnące ku Słońcu komety gubią materię i czasem giną pod wpływem tem­pe­ra­tury. Jedne księżyce powoli uciekają od swoich planet, inne dochodzą do granicy Roche’a gdzie czeka je roze­rwa­nie. Od zmian nie jest wolne nawet Słońce, które dla pro­duk­cji światła i ciepła co sekundę poświęca 4 miliony ton swojej materii.

Badania teorii chaosu

Nakła­da­jąc na to wszystko problem n‑ciał, roz­wa­ża­nia Alek­san­dra Lapunowa i wreszcie teorię chaosu, przyszłe losy Układu Sło­necz­nego nie pozo­sta­wiają złudzeń. Sta­bil­ność to tylko pozory. I nie piszę wyłącz­nie o kom­plet­nym bajzlu panu­ją­cym w pasach pla­ne­toid. Nawet orbity planet leciutko rezonują, co w dłuższej skali czasu dewa­stuje nasze modele i prze­wi­dy­wa­nia. Możemy pokusić się o wyzna­cze­nie dokład­nej pozycji Marsa za dziesięć, sto, może tysiąc lat, ale już za dziesięć tysięcy – najwyżej w przy­bli­że­niu, za dziesięć milionów – w ogóle.

Pozo­stają nam nie­do­sko­nałe przy­bli­że­nia, modele, symu­la­cje i mate­ma­tyka. Dzięki tym narzę­dziom prze­wi­du­jemy np., że Kometa Halleya zupełnie zniknie za najdalej 200 tysięcy lat. Że za 10 milionów lat Kupid zderzy się z Belindą (księżyce Urana) lub zostanie wyrzu­cony w prze­strzeń. Że w ciągu 8–50 milionów lat Fobos spadnie na powierzch­nię Marsa lub zostanie roze­rwany przez jego gra­wi­ta­cję. Że w czasie 3 miliar­dów lat istnieje drobna szansa na zde­rze­nie Mer­ku­rego z Wenus, co mogłoby wpłynąć również na pozycję Ziemi.

Astro­no­mo­wie dys­po­nują zatem dokład­nie tym samym co fizycy atmos­fery: przy­dat­nymi, choć nie­do­sko­na­łymi pro­gno­zami. Różnicą jest tylko skala.

* Mimo wszystko, w większości obliczeń pozwalamy sobie na takie uproszczenia. Sama Ziemia, Księżyc i Słońce już stanowią de facto układ trzech ciał, lecz dla ułatwienia sobie życia bliski układ Ziemia-Księżyc będzie często traktowany jako jedno ciało okrążające gwiazdę.
** Jeśli wolicie bardziej ludzki wymiar efektu motyla, to pamiętajcie, że niemal każdy z naszych codziennych wyborów również skutkuje serią wydarzeń, które ostatecznie zmienią życie nasze i naszych bliskich. Przerażająca odpowiedzialność!
Literatura uzupełniająca:
I. Stewart, Liczby natury, przeł. M. Tempczyk, Warszawa 1996;
N. deGrasse Tyson, Kosmiczne rozterki, przeł. J. Bieroń, Kraków 2019;
J. Chambers, J. Mitton, Od pyłu dożycia. Pochodzenie i ewolucja Układu Słonecznego, przeł. B. Kenig, Warszawa 2018;
T. Crilly, Matematyka. 50 idei, które powinieneś znać, przeł. W. Bartol, Warszawa 2019;
M. Lecar, F. Franklin, M. Holman, Chaos in the Solar System, “Annual Review of Astronomy and Astrophysics”, 39:581–631;
R. Malhotra, M. Holman, T. Ito, Chaos and stability of the Solar System, “Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, 98 (22), Październik 2001;
B. Kinasiewicz, K. Życzkowski, Czy Układ Słoneczny jest chaotyczny?, “Foton”, nr 86, Jesień 2004.
  • Atlas

    Takie pytanie laika, odnośnie powyż­szych słów. W jakiej postaci Słońce traci masę, skoro fotony są bez­ma­sowe? Ponoć fizyka zakłada że energia nigdy nie znika, więc jak to jest? 😉

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Masz zupełną rację, fotony nie posia­dają masy, ale zawsze niosą energię. A dzięki dziad­kowi Alber­towi wiemy, że masa i energia są wymie­nialne, co działa w dwóch kie­run­kach. Z jednej strony masa może zniknąć pozo­sta­wia­jąc po sobie energię, z drugiej energia posiada poten­cjał do tzw. kreacji par. Nie uchybia to zasadom zacho­wa­nia — wręcz prze­ciw­nie. Zawsze jest coś za coś i wszystko odbywa się w zgodzie z prawami natury.

      • tipsi

        Poza tym jest wiatr sło­neczny, który składa się z cząstek posia­da­ją­cych masę, głównie protonów.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Też prawda.

    • Michał Skichał

      W jakiej postaci Słońce traci masę, skoro fotony są bez­ma­sowe?

      W samym środku Słońca nie ma atomów, bo jądra atomowe i elek­trony — z racji tem­pe­ra­tury przede wszyst­kim — są roz­dzie­lone i choć fruwają sobie koło siebie, to fruwają oddziel­nie. W samym środku Słońca ulegają ści­ska­niu jądra wodoru (czyli poje­dyn­cze protony) i to tak bardzo, że wytwa­rzają się tam z nich jądra helu (czyli cząstki alfa), neutrina i fotony. Fotony wytwo­rzone w tym procesie nie świecą — giną po prze­le­ce­niu mili­me­tra, ude­rza­jąc w elek­trony, protony i cząstki alfa. Uderzona takim fotonem cząstka ulega wzbu­dze­niu, a powra­ca­jąc do stanu wyj­ścio­wego emituje swój foton. Ten leci milimetr i znów ginie w zde­rze­niu z innym protonem czy cząstką alfa (i elek­tro­nami). I tak dalej. Tak więc fotony wyge­ne­ro­wane w reak­cjach ter­mo­ją­dro­wych, w których Słońce traci masę, to nie są te same fotony, które dolatują do nas.

      Słońce traci masę i generuje energię w swym środku, ale oświetla nam Układ Sło­neczny i każdy dzień na naszej planecie fotonami wyge­ne­ro­wa­nymi na drugim swoim końcu — na swojej powierzchni. Fotony, które dolatują do nas, to są fotony gene­ro­wane w miejscu, w jakim znajduje się granica między gwiazdą jako “ognistą” kulą plazmy, a pustką kosmiczną. Coś, co z braku laku zwykło się nazywać “powierzch­nią” Słońca, a fachowo mówimy na to fotos­ferą (powyżej fotos­fery jest jeszcze gwiaz­dowa atmos­fera, a więc chro­mos­fera, korona sło­neczna i helios­fera, ale to można tu sobie darować). Tylko te fotony, które wyge­ne­ro­wane zostaną w fotos­fe­rze, a więc na granicy “ognistej” kuli plazmy z kosmosem, mogą ze Słońca ulecieć w kosmos, bo… na ich drodze nie stoją już miliardy protonów, cząstek alfa i elek­tro­nów, które by mogły utrud­niać fotonom życie. A utrud­niają z tej prostej przy­czyny, że fotony to, mówiąc krótko, nic innego jak oddzia­ły­wa­nie elek­tro­ma­gne­tyczne. Nato­miast protony, cząstki alfa i elek­trony — wszyst­kie mają ładunek elek­tryczny. Zbiór nie­zwią­za­nych ze sobą protonów, cząstek alfa i elek­tro­nów to plazma, a takowa jest nie­prze­pusz­czalna dla światła.

      A dlaczego Słońce traci masę w reak­cjach ter­mo­ją­dro­wych? Ano dla tego, że masa sub­stan­cji począt­ko­wej jest większa, niż masa sub­stan­cji końcowej w tych reak­cjach. Jedno jądro helu waży mniej, niż pewna liczba jąder wodoru, z jakich osta­tecz­nie ten hel powsta­nie. Dajmy na to, z 5 gramów jąder wodoru powstaje 4‑gramowe jądro helu. Gdzie się podziała ten bra­ku­jący 1 gram? Uleciał w kosmos w postaci neutrin, a po części też jako fotony wzbudził oko­liczną plazmę, która następ­nie gene­ru­jąc swoje fotony wzbu­dziła dalszą plazmę, ta wyge­ne­ro­wała swoje fotony aby wzbudzić dalszą plazmę itd., aż do fotos­fery. To, że foton jest bez­ma­sowy, nie ma z tym nic wspól­nego. Bez­ma­so­wość fotonu powoduje nato­miast, że w próżni musi się poruszać z gra­niczną pręd­ko­ścią c i nie może być ani wol­niej­szy, ani szybszy (nic nie może być szybsze).

      • Atlas

        Dzięki za wyczer­pu­jące wyja­śnie­nie. A co do bez­ma­so­wo­sci fotonów, to jak to zostało stwier­dzone, że fotony nie posia­dają masy? Wyszło to z równań czy może bardzo czujne apa­ra­tury to wykazały? Jak wrócę z psem sam, zobaczę czy na Kwantowo nie zostało to wyja­śnione 😉

      • Kuba

        W fizyce wiele rzeczy wiadomo z pomiarów pośred­nich — tzn. mierzymy coś apa­ra­turą i znając zależ­no­ści fizyczne wiel­ko­ści szukanej od mie­rzo­nej, wyli­czamy wielkość szukaną. Nikt nie postawił fotonów na wadze, ale bardzo czułą apa­ra­turą zmie­rzono np. ich pęd, energię i prędkość. Kon­kretną zależ­ność pędu, energii i pręd­ko­ści fizyka potrafi wytłu­ma­czyć tylko bez­ma­so­wo­ścią fotonu.

      • Atlas

        Thx za odpo­wiedź, sporo wyjaśnia.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk
      • Atlas

        Dzięki, ale tutaj trzeba mieć rozu­mie­nie fizyczne roz­wi­nięte niemal do per­fek­cji 😉 A w dodatku nie chce mi się tutaj włączyć tłumacz tej strony choć (mimo że to o wiele prostsze niż fizyka 😉 też tego nie rozumiem;) bo inne strony są zaś tlu­ma­czone 😉

      • Michał Skichał

        jak to zostało stwier­dzone, że fotony nie posia­dają masy? Wyszło to z równań czy może bardzo czujne apa­ra­tury to wykazały?

        Może od strony tech­nicz­nej jest to dość zawiłe, ale cie­ka­wość laika być może da radę zaspo­koić takie oto rozu­mo­wa­nie. Teoria względ­no­ści stwier­dza, że aby obiekt mający masę mógł prze­miesz­czać się z pręd­ko­ścią światła — z pręd­ko­ścią równą dokład­nie c — musiałby mieć nie­skoń­czoną energię. Skoro foton prze­miesz­cza się z pręd­ko­ścią wyno­szącą dokład­nie c i nie ma on nie­skoń­czo­nej energii, a teoria względ­no­ści jest słuszna, zatem foton nie może mieć masy.

        Laik może tutaj jeszcze sobie pogrze­bać po tym temacie i wówczas zobaczy, że od strony mate­ma­tycz­nej inaczej po prostu nie da rady. Ba, można nawet grzebać po tzw. starej szkole w obja­śnia­niu teorii względ­no­ści, szkole radziec­kiej, w jakiej wystę­puje pojęcie tzw. “masy rela­ty­wi­stycz­nej”. Jest to pojęcie mylące i złudne, bo nie chodzi tutaj o żadną masę. (Masa jest nie­zmienną cechą obiektu i nie zależy od warunków, w jakich obiekt się znajduje. Czy się prze­miesz­czasz, czy leżysz bez ruchu, zawsze masz tyle samo masy). Jak już coś, “masa rela­ty­wi­styczna” jest miarą zmiany energii obiektu wraz z pręd­ko­ścią, czy też wraz z przy­spie­sze­niem — chodzi tu o energię, nie masę. (To energia obiektu zmienia się zależnie od warunków, w jakich obiekt się znajduje). W pewnym sensie można powie­dzieć, że “masa rela­ty­wi­styczna” jest prostym prze­kształ­ce­niem alge­bra­icz­nym pewnych wzorów, nie powinna mieć nada­wa­nej inter­pre­ta­cji fizycz­nej i używano tego pojęcia, aby coś łatwiej stu­den­tom wyjaśnić, lecz ponieważ studenci się mylili i błądzili, to dziś odchodzi się od tego zby­tecz­nego pojęcia. Niemniej jednak w inter­ne­tach pełno jest “masy rela­ty­wi­stycz­nej”. Wzór na “masę rela­ty­wi­styczną” jest taki, że masa podlega lorent­zow­skim prze­kształ­ce­niom, jak to w teorii względ­no­ści bywa, a więc jest to ułamek: “praw­dziwa” masa obiektu (czyli, w teorii względ­no­ści, masa spo­czyn­kowa) jest tutaj dzielona przez pier­wia­stek z 1 — v^2/c^2. Uprośćmy to i darujmy sobie ten pier­wia­stek i kwadraty, w tym przy­padku nie będą miały zna­cze­nia. Wówczas w mia­now­niku będziemy mieli po prostu 1 — v/c (gdzie v to prędkość obiektu a c to prędkość światła w próżni, prędkość gra­niczna, stałą fizyczna). Jeżeli obiekt będzie miał prędkość v = c, to wówczas otrzy­mu­jemy w mia­now­niku 1 — 1 = 0. A więc cały wzór będzie wówczas równy masie obiektu dzie­lo­nej przez zero. Co to oznacza? Podstaw sobie jako masę 7, a zamiast zera coś bardzo zeru bli­skiego, np. 0,000000000001 i podziel.

        Jak już pisałem wcze­śniej, “masa rela­ty­wi­styczna” jest miarą energii. Zatem chcąc roz­pę­dzić 7‑gramową kulkę do pręd­ko­ści wyno­szą­cej dokład­nie c, musiał­byś spo­żyt­ko­wać więcej energii, aniżeli zapewnia to rów­no­cze­sna deto­na­cja wszyst­kich galaktyk w obser­wo­wal­nym Wszech­świe­cie. Musiał­byś spo­żyt­ko­wać nie­skoń­czoną energię. O ile symbol nie­skoń­czo­no­ści łatwo zapisać na kartce w rachun­kach, o tyle w rze­czy­wi­sto­ści nie ma takich wartości. Krótko mówiąc, jest to fizycz­nie nie­moż­li­wym, aby jaki­kol­wiek obiekt, mający choćby naj­mniej­szą z naj­mniej­szych masę, uzyskał prędkość równą dokład­nie tyle, ile wynosi c. Foton może taką prędkość uzyskać dla tego, że nie ma masy.

        Ofi­cjal­nie przyj­mu­jemy, że foton ma masę równą dokład­nie 0. Oczy­wi­ście istnieją hipotezy i kon­cep­cje suge­ru­jące, że obiekty takie, jak gluon czy foton jakąś tam mikro­sko­pijną masę posia­dają. Kiedyś ofi­cjal­nie przyj­mo­wa­li­śmy, że neutrina mają masę równą dokład­nie 0. (Teoria mówi, że foton, gluon i neutrino są bez­ma­sowe). Problem w tym, że na Ziemi zaczęto mierzyć neutrina gene­ro­wane na Słońcu i okazało się, że mierzymy ich zbyt mało, niż powin­ni­śmy. Jak to wyjaśnić, zakła­da­jąc, że nasza apa­ra­tura pomia­rowa jest OK, jak również nasze równania wyzna­cza­jące ilość gene­ro­wa­nych we Słońcu neutrin są OK? Założono, że neutrino ma różne rodzaje, a na Ziemi umiemy zmierzyć tylko kilka z nich, a nie wszyst­kie rodzaje. Założono dalej, że po tym, jak neutrina zostają wyge­ne­ro­wane na Słońcu, to w ich drodze ku Ziemi prze­mie­niają się z jednego rodzaju w drugi, w taki sposób, że na Ziemi wyła­pu­jemy tyle to a tyle danego rodzaju (a pozo­sta­łego rodzaju nie umiemy już zmierzyć). Lecz aby neutrina mogły tak oscy­lo­wać, zmie­nia­jąc się z jednego rodzaju w drugi, muszą mieć masę. I tą drogą dotar­li­śmy, że masa neutrina nie jest równa dokład­nie 0, lecz 0,000001. Potwier­dza to także pomiar ich pręd­ko­ści: są ciut wol­niej­sze od światła, nie osiągają idealnej pręd­ko­ści c. I to potwier­dza, że neutrina mają jakąś tam nie­ze­rową, maleńką masę. Zatem kto to wie, może kiedyś ktoś też odkryje, że fotony jednak jakąś mikro­sko­pijną masę mają?

      • sp3uca

        Ciekawe … zakła­da­jąc że foton miałby tą znikomą masę to może zmie­rzona i używana przez nas “prędkość światła” jako zaokr. 300 tys km/s jest właśnie dlatego taka bo dla fotonu być nie może, ale (!) dla “lżejszej” cząstki której jeszcze nie odkry­li­śmy wynosi 400 tys ? 😉

        Andrzej

      • Michał Skichał

        Podą­ża­jąc za opisanym przeze mnie wcze­śniej tokiem rozu­mo­wa­nia, pewnie można by hipo­te­tycz­nie tego ocze­ki­wać, niemniej jednak pra­gnął­bym zwrócić uwagę, że przed­sta­wione rozu­mo­wa­nie jest bardzo uprosz­czone inie uwzględ­nia wszyst­kich zagad­nień w tym temacie. Gene­ral­nie, istnieją też inne źródła wiedzy o tym, ile wynosi prędkość światła i czemu niby właśnie tyle. Mam tu na myśli m.in. równania Maxwella. Skądinąd w teorii względ­no­ści ponoć można wypro­wa­dzić w taki czy inny sposób, że czas własny cząstki prze­miesz­cza­ją­cej się z punktu A do B z pręd­ko­ścią c wyno­siłby 0, co z kolei sugeruje silnie, że jest to mimo wszystko prędkość gra­niczna. Być może żadna cząstka nie jest w pełni bez­ma­sowa?

        Z drugiej jednak strony, masa cząstek ele­men­tar­nych nie jest tym samym, czym jest masa nas samych, to nie jest miara ilości materii — to tylko stopień oddzia­ły­wa­nia cząstki z polem Higgsa. W pewnym sensie foton okazuje się być cząstką, która z tym polem po prostu nie oddzia­łuje. Coś, jak to, że jedne cząstki mają ładunek elek­tryczny, a inne nie. Jedne mają spin cał­ko­wity, inne połów­kowy. Czy zatem ta bez­ma­so­wość powinna nas aż tak bardzo eks­cy­to­wać? W sumie… sam nie wiem…

      • Atlas

        Hehe, dobre ostatnie zdanie ale jeszcze lepsza całość wypo­wie­dzi, która dużo roz­ja­śniła. Fascy­nu­jące to jest nie­zwy­kle. Dzięki!

  • http://jacek-belof.blogspot.com/ Jacek

    Ach ten antro­po­cen­tryzm… to wszystko przez niego… człowiek lubi przy­kła­dać własną miarę do wszyst­kiego z czym się spotyka… pogoda wydaje się nam zmienna w naszej skali czasu, kli­ma­to­lo­dzy badają ją w skali dzie­się­cio­leci, czy całych wieków, z tej per­spek­tywy wcale nie jest cha­otyczna, jest wręcz obrzy­dli­wie prze­wi­dy­walna, wska­zówka tem­pe­ra­tury bez­czel­nie pełznie w górę jakby miała jeszcze całe kilo­me­try miejsca, a nie ostatnie kreski przed punktem ścinania białka. Wyru­sza­jąc z Warszawy do Nowego Jorku kie­ru­jemy się GPSem i nie zabłą­dzimy, ale geolodzy wcale nie są tacy pewni — w swojej skali czasu kon­ty­nenty poru­szają się dość żwawo. Tak samo z “czasem astro­no­micz­nym”… z punktu widzenia czło­wieka wszystko jest nie­zmienne, a przecież jeszcze nie tak dawno planet w ogóle nie było, Słońce zdążyło oblecieć Galak­tykę dookoła, nie jeden raz…
    Przy­kła­dów można by pewnie mnożyć, a i w skali mikro też by się coś znalazło… choć tam jest jeszcze cie­ka­wiej, zwłasz­cza w fizyce rela­ty­wi­stycz­nej… cząstki, które prak­tycz­nie nie powinny istnieć, istnieją całe sekundy, czy nawet tysiąc­le­cia, bo ich “zegar pokła­dowy” nieco zwolnił 😉

    • Don Wasyl

      Nie, pogoda sama z siebie jest prze­wi­dy­walna, nie­za­leż­nie od tego czy badamy ostatnie setki, czy tysiące lat. Prze­wi­dy­walna jest tylko tem­pe­ra­tura, i to od dwóch wieków, gdy to człowiek zaczął mieć na nią wpływ.

    • Michał Skichał

      No właśnie, panie Jacku. Człowiek myśli, że taki jest niby ważny i dumą się unosi na swoje płody inte­lek­tu­alne, tym­cza­sem ileś to trwa jego historia i współ­cze­sna (nam) cywi­li­za­cja z per­spek­tywy losów (dotych­cza­so­wych) Wszech­świata? Czy w ogóle z tej per­spek­tywy, z tej skali, dorobek naukowy ludz­ko­ści cokol­wiek znaczy?

  • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

    Poczy­ni­łeś tu jedno fałszywe zało­że­nie: teoria chaosu nie oznacza, że nic nie wiemy. Prze­ciw­nie, pozwala ona na bardzo twarde okre­śle­nie tego co można prak­tycz­nie prze­wi­dzieć i z jaką sku­tecz­no­ścią. Dlatego nie powie­dział­bym, że astro­no­mo­wie i kli­ma­to­lo­dzy (i nie tylko) mało, lecz, że ich zdol­no­ści poznaw­cze mają ścisłe ramy.

    • Jasio­Zbuk

      No teza o 3 miej­scach po prze­cinku, zabu­rze­niach wywo­ła­nych tzw. efektem motyla powoduje że bez poznania poza naszymi moż­li­wo­ściami prze­wi­dy­wa­nie wprzód jest obar­czone gigan­tycz­nym błędem. Powoduje to że jakie­kol­wiek modele kli­ma­tyczne to czysta gdy­bo­lo­gia (natu­ralna impli­ka­cja poprzed­niego zdania). I my przez te gdy­bo­lo­gia wydajemy miliardy. W latach 70 było globalne ozię­bie­nie. W latach 80 dziura ozonowa. Zawsze coś na czym można sobie uszczk­nąć choćby kilka procent z tych miliar­dów wydanych euro.

      Nie będę się wypo­wia­dał na temat samego glo­bal­nego ocieplenia/oziębienia i skali naszego na nie wpływu bo nie znam się na tym (powiedzmy że jestem scep­tyczny — ale to tylko moja gdy­bo­lo­gia i ide­olo­gia).

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Ale będę Cię prosił abyś nie operował na ogól­ni­kach i inter­ne­to­wych mitach. Lorenz zajmował się mete­oro­lo­gią, a nie kli­ma­to­lo­gią (różnica jest chyba oczy­wi­sta). Każda z dziedzin ma tu własną meto­do­lo­gię oraz operuje własnymi modelami mate­ma­tycz­nymi. Jest wielka różnica w wyli­cza­niu pogody w danym dniu, od wielkich glo­bal­nych i dłu­go­trwa­łych ten­den­cji. Nie ma tu cienia gdy­bo­lo­gii, a jeżeli chcesz być kon­se­kwentny, to powi­nie­neś ją widzieć w ogromnej liczbie dziedzin nauko­wych, od biologii po fizykę.

        I my przez te gdy­bo­lo­gia wydajemy miliardy.

        Tam gdzie możemy zdać się na praw­do­po­do­bień­stwo i modele, tam zdajemy się na praw­do­po­do­bień­stwo i modele. Alter­na­tywą jest nic. Zamknię­cie oczu i bez­wiedne czekanie co się stanie. I oczy­wi­ście brak rozwoju w tych dzie­dzi­nach.

        W latach 70 było globalne ozię­bie­nie.

        Nie było. To wymysł pismaków. Nawet zdarzyło mi się o tym wspo­mnieć w którymś z tekstów: w tym samym czasie, gdy na okład­kach dużych ame­ry­kań­skich gazet spe­ku­lo­wano o ozię­bie­niu, poja­wiały się publi­ka­cje twier­dzące, że mamy do czy­nie­nia z chwilową anomalią, a w dłuższej per­spek­ty­wie grozi nam coś odwrot­nego.
        https://ziemianarozdrozu.pl/artykul/1951/czy-naukowcy-przewidywali-w-latach-1970-tych-epoke-lodowcowa

        W latach 80 dziura ozonowa.

        Dokład­nie. I dzięki nauce udało się ten problem sku­tecz­nie zdia­gno­zo­wać i powziąć środki zaradcze, które pozwo­liły go roz­wią­zać.
        https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/dziura-ozonowa-historia-sukcesu-365

        Nie będę się wypo­wia­dał na temat samego glo­bal­nego ocieplenia/oziębienia i skali naszego na nie wpływu bo nie znam się na tym

        Ale dokład­nie to zrobiłeś. Mam jednak nadzieję, że zwró­ci­łem Twoją uwagę na kilka inte­re­su­ją­cych wątków i zachę­ci­łem do głęb­szego przyj­rze­nia się tematowi. Bo jest ciekawy.

      • Jasio­Zbuk

        Nie wydaje mi się żebym wpadł we wspo­mnianą pułapkę. Wydaje mi się jed­na­ko­woż że zde­cy­do­wa­nie prze­ce­niamy czło­wieka oraz że zde­cy­do­wa­nie nie doce­niamy moż­li­wo­ści samo­re­gu­la­cji natury.

        Co do wyda­wa­nia miliar­dów: jeśli nie jest się pewnym co się dzieję i dlaczego, zawsze warto spojrzeć kto na tym zarabia — głosi stare porze­ka­dło. Nie trzeba dodawać kto zarabia na glo­bal­nym ocie­ple­niu.

        Co do glo­bal­nego ochłodzenia/oziębienia: widzia­łem na swoje własne oczy kilka prac nauko­wych z tamtych czasów, które ostrze­gały przed zlo­do­wa­ce­niem — więc to nie był tylko wymysł pismaków.

        I powtórzę po raz enty: jedyne miejsce w którym wypo­wie­dzia­łem się co do samej mojej opinii na temat zmian kli­ma­tycz­nych to właśnie w tym miejscu. Proszę mi wskazać palcem gdzie indziej oceniłem zmiany kli­ma­tyczne. Jedyne co oceniam to zdol­no­ści poznaw­cze czło­wieka i jego znaczące ogra­ni­cze­nia i nie­do­sko­na­ło­ści.

        Panu, Panie Adamie, polecam za to lekturę kilku książek eko­no­micz­nych (szcze­gól­nie szkołę austriacką) oraz lekturę uważną jakie pie­nią­dze prze­wa­lają się w związku ze zmianami kli­ma­tycz­nymi. Jak już odpi­sa­łem poniżej — jak nie wiadomo co się dzieje to warto zbadać kto na tym zarabia — może to rzucić trochę światła na przy­naj­mniej jeden aspekt.

        Bo z naukow­cami (szcze­gól­nie piszą­cymi pod gotową tezę pracę za pie­nią­dze z grantów) jest jak z poli­tru­kami czasami (sły­sza­łem takie historie od zna­jo­mego z PANu, że włos się na głowie jeży — grant zostanie przy­znany tylko jeśli teza zostanie udo­wod­niona — jeśli nie — tylko część grantu bo praca “nie udała się” — kom­pletne wyna­tu­rze­nie nauk badaw­czych — jak w każdym socja­liź­mie). Warto też myśleć trochę samemu.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        No cóż. Nie mam nic do dodania, ponieważ Twój komen­tarz nie dotyczy ani teorii chaosu (swoją drogą, obecnej też w ekonomii), ani kli­ma­to­lo­gii, ani w ogóle nauk przy­rod­ni­czych. Nie pole­mi­zu­jesz z faktem zmian klimatu i jak sam przy­zna­jesz nie masz obycia w temacie — na tym powin­ni­śmy zakoń­czyć. Gdybyśmy mieli dopusz­czać w debacie o praw­dzi­wo­ści czy nie­praw­dzi­wo­ści pewnych zjawisk, argu­men­ta­cję z ekonomii — to obawiam się, że powró­ci­li­by­śmy do XIX stulecia i zamknęli uni­wer­sy­tety, roz­wi­ja­jąc wyłącz­nie przy­ziemną tech­no­lo­gię pozwa­la­jącą na szybki zysk w krótkim hory­zon­cie czasowym.

        Nie będę odrzucał tez fizyków atmos­fery bo ktoś przy­znaje granty, tak samo jak nie zacznę nawo­ły­wać do zamknię­cia ultra­dro­giego LHC czy do ogra­ni­cze­nia finan­so­wa­nia wypraw kosmicz­nych, bo nie przy­niosą nam bez­po­śred­niego zysku.

        Panu, Panie Adamie, polecam za to lekturę kilku książek eko­no­micz­nych (szcze­gól­nie szkołę austriacką)

        Nie musisz polecać, znam i bardzo ją cenię. Niestety jak wszystko, podlega mani­pu­la­cjom i dege­ne­ra­cji przez ludzkie słabości. Słucham cho­ciażby pod­ca­stów Warsaw Enter­prise Insti­tute (coś mi mówi, że ich koja­rzysz) i robię to z wielką chęcią. Ze smutkiem jednak muszę stwier­dzić, że kiedy pro­wa­dzący tylko schodzą na grunt kli­ma­to­lo­gii czy jakiej­kol­wiek innej dzie­dziny przy­rod­ni­czej, wykazują się astro­no­miczną igno­ran­cją dowo­dzącą, że nie mają żadnego, naj­mniej­szego nawet obycia w poru­sza­nej materii. Nagle nie inte­re­suje ich zdanie doświad­czo­nych pro­fe­so­rów, a pałeczkę przej­muje radosne chciej­stwo. Niestety świat nie jest prosty i choć pewne proste reguły (w tym przy­padku eko­no­miczne) mogą dawać na ogół dobre efekty, to nie możemy sobie pozwolić na łatwe, zero­je­dyn­kowe pod­cho­dze­nie do rze­czy­wi­sto­ści.

        Wydaje mi się jed­na­ko­woż że zde­cy­do­wa­nie prze­ce­niamy czło­wieka oraz że zde­cy­do­wa­nie nie doce­niamy moż­li­wo­ści samo­re­gu­la­cji natury.

        Okej. Ale chyba rozu­miesz, że lepiej zdać się na wiedzę — nawet jeżeli nie jest dosko­nała — niż na to co się nam wydaje.

      • Jasio­Zbuk

        “Okej. Ale chyba rozu­miesz, że lepiej zdać się na wiedzę — nawet jeżeli nie jest dosko­nała — niż na to co się nam wydaje.”

        Zależy jaki jest wybór, jakie wolności trzeba poświę­cić — to nie zawsze jest zero-jedyn­kowa rachuba jak to już Pan napisał. Jako ide­ali­sta nie mogę się zgodzić na “pokój za wszelką cenę” — chociaż cytuję tu strasz­nie nie­lu­bia­nego przeze mnie ministra Becka.
        Zgadzam się z tą tezą ogólnie, ale dostrze­gam też (szcze­gól­nie w dzi­siej­szych czasach) ryzyko z tym związane. Zapew­niam, że Trocki i Marks też chcieli dobrze. Z mojej obser­wa­cji i doświad­cze­nia — wolność jest bardzo ważna i spra­wie­dliwa (bynaj­mniej nie spo­łecz­nie — która to z kolei spra­wie­dli­wość jest zaprze­cze­niem stan­dar­do­wej spra­wie­dli­wo­ści), a różne prądy myślowe i ruchy kosz­to­wały nas nie­jed­no­krot­nie wiele więcej niż dawały w zamian.

        Pozdra­wiam i dziękuję za polemikę!

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        W jednym się jeszcze nie zgodzę. Marks ani tym bardziej Trocki nie chcieli dobrze. Albo inaczej: chcieli odległej, może i pięknej przy­szło­ści, ale dopusz­czali wprost wiele okro­pieństw. Rewo­lu­cja, której pragnęli miała być krwawa, a oni to prze­wi­dy­wali i na to się godzili. Właśnie to odróżnia zbrod­nia­rzy od zwykłych ide­ali­stów.

        Nato­miast dla mnie: wolności wol­no­ściami, a fakty faktami. Możemy i musimy ogra­ni­czać pewne wartości kosztem drugich, ale nigdy nie możemy bez szkody zigno­ro­wać rze­czy­wi­sto­ści. Na chwilę obecną badania naukowe pocho­dzące z ogromnej liczby danych i od wielu placówek stwier­dzają jasno: tem­pe­ra­tura dalej będzie się ocieplać. Możemy założyć, że akurat tym razem doszło do wielkiej pomyłki — ale jeśli zaczniemy z góry zakładać błędność naszych teorii i modelu (tj. jeśli badanie potwier­dza naszą wizję to ok, jeśli nie, to też ok bo pewnie się mylą), to zaczniemy żyć w świecie czystego absurdu.

      • Jasio­Zbuk

        Jed­na­ko­woż celem zarówno Lenina i Troc­kiego było dobro. Stalin i Lenin to inna kwestia ale Marks, Engels I Trocki mieli dobre chęci — wiadomo co jest nimi wybru­ko­wane.

        Zgadzam się zasad­ni­czo do tezy że należy korzy­stać z naszej planety z umiarem, bo innej nie mamy. Jeśli można zachować ostroż­ność to należy to robić.
        Niemniej jednak cały system “zor­ga­ni­zo­wa­nego rzą­do­wego poma­ga­nia”, wyja­ła­wia­nia ziemi pod farmy wiatrowe (to co zrobiono z połu­dnio­wym wybrze­żem Hisz­pa­nii wola o pomstę do nieba) i innych form potwor­nego mar­no­tra­wie­nia poten­cjału ludz­kiego (tj. grabieży środków w formie podatków a następ­nie prze­zna­cza­nie ich na wąt­pli­wej jakości inwe­sty­cje — jak cho­ciażby słynne “eko­lo­giczne” żarówki) jest potwor­no­ścią.

        Nawiązał Pan w którejś swojej wypo­wie­dzi do XIX wieku. Tak się składa że więk­szość swobód i osią­gnięć tzw. cywi­li­zo­wa­nego świata została właśnie osią­gnięta dzięki tamtym czasom i możności boga­ce­nia się ludzi. No a potem to już wiadomo. Podzie­lam zde­cy­do­wa­nie zdanie pana Misesa że kapi­ta­lizm był motorem postępu cywi­li­za­cyj­nego i tech­no­lo­gicz­nego a nie odwrot­nie. Nato­miast obecnie wylewamy dziecko z kąpielą obcią­ża­jąc ludzi nie­eko­no­miczny mi inwe­sty­cjami przez co nie mogą oni wyko­rzy­stać swojego poten­cjału. Za przykład do czego zdolni byliby wybitni ludzie niech posłuży pan Musk. Niestety resztę pęta w podat­ko­wym jarzmie banda średnio wykształ­co­nych pie­nia­czy w komisji euro­pej­skiej.

      • Kuba

        Nawet jeśli dzia­ła­nia mające zapobiec glo­bal­nemu ocie­ple­niu są błędne, to nie znaczy, że glo­bal­nego ocie­ple­nia nie ma. Antro­po­ge­nicz­ność glo­bal­nego ocie­ple­nia jest kon­sen­su­sem naukowym — nie dlatego, że ktoś zapłacił za taką tezę, ale to wynika z pomiarów. A błędne roz­wią­za­nie jakiegoś problemu nie przeczy ist­nie­niu tego problemu.

      • Michał Skichał

        Aha! No i wszystko jasne! Czyli…
        Nie będę się wypo­wia­dał na temat samego glo­bal­nego ocieplenia/oziębienia i skali naszego na nie wpływu bo nie znam się na tym…” …jednak znam się na tym, że uczeni spiskują prze­ciwko biednym anal­fa­be­tom i kłamią ich, i straszą, i zwodzą na manowce ku ich znisz­cze­niu, i zagła­dzie…

      • Jasio­Zbuk

        Nie chce mi się nawet odnosić do tego. Nie napi­sa­łem że ktoś kłamie. Napi­sa­łem o pro­ble­mach natury epi­ste­mo­lo­gicz­nej i gra­ni­cach naszego poznania. Scjen­tyzm jest bardzo roz­po­wszech­niony w dzi­siej­szych czasach. Już od końca XIX wieku człowiek przestał zważać na jakieś tam ogra­ni­cze­nia umysłu bo przecież umysł może wszystko. Może ci uwiel­biani naukowcy wymyślą kiedyś pigułkę pokory…

      • Michał Skichał

        No cóż, granice poznania… ktoś kiedyś powie­dział, że w nauce nie ma niczego pewnego, a to co jest pewne, nauką nie jest. (Trudno się nie zgodzić.)

        Jednak pozwolę sobie pozostać przy swojej zło­śli­wo­ści — ktoś, kto twierdzi, że 90% uczonych przed­sta­wia nam fałszywy obraz rze­czy­wi­sto­ści, bowiem “granice poznania”, “nauka nie jest pewna” itd., (samemu przy tym nie mając bladego pojęcia, czymże jest nauka, co to jest rachunek całkowy itd) nie różni się niczym od tego, co to twierdzi, że uczeni po prostu kłamią (a Ziemia jest płaska, człowiek nie wylą­do­wał nigdy na Księżycu, nie ma sensu się uczyć, bo to wszystko bzdury)… bla bla bla.

        Ogra­ni­cze­nia w poznaniu naukowym nie są żadnym, abso­lut­nie żadnym powodem aby wątpić w to, że ma miejsce globalne ocie­ple­nie, skoro taki wniosek przed­sta­wiają nam liczni pra­cow­nicy prak­tycz­nie rzecz biorąc wszyst­kich insty­tu­cji badaw­czych. Podobnie ogra­ni­cze­nia w poznaniu naukowym nie są żadnym powodem, aby wątpić w to, że homo­sek­su­alizm nie jest chorobą, czy że Ziemia ma kształt przy­po­mi­na­jący sferę, albo że kiedyś wystę­po­wały na niej dino­zaury.

      • Jasio­Zbuk

        Bardzo fajny Pan sobie komen­tuje ale wybaczy Pan, z chamami nie będę dys­ku­to­wał. Miłego dnia.

        PS. rachunek całkowy trochę poznałem na studiach mate­ma­tycz­nych — jakieś tam Stokesy czy Greeny znam — choć bym ich teraz nie roz­wią­zał już zapewne.

      • Michał Skichał

        Panie Jasio­Zbuk, pisze pan, że pan, że z chamami nie będę dys­ku­to­wał., ale z drugiej strony usilnie pro­pa­guje pan bardzo chamską wizję uczonego-poli­truka:

        Bo z naukow­cami (szcze­gól­nie piszą­cymi pod gotową tezę pracę za pie­nią­dze z grantów) jest jak z poli­tru­kami czasami (sły­sza­łem takie historie od zna­jo­mego z PANu, że włos się na głowie jeży — grant zostanie przy­znany tylko jeśli teza zostanie udo­wod­niona — jeśli nie — tylko część grantu bo praca “nie udała się” — kom­pletne wyna­tu­rze­nie nauk badaw­czych — jak w każdym socja­liź­mie). Warto też myśleć trochę samemu.

        A więc zasłu­guje pan na moje złośliwe, być może i chamskie nawet, komen­ta­rze. To co pan pisze, to abso­lutna bzdura, wyssana z palca, urojona przez umysł nie mający bladego pojęcia o tym, jak wygląda nauka i jej finan­so­wa­nie. Proszę przestać lansować tezy o nie­uczci­wych i zakła­ma­nych uczonych, którzy nie tylko mają “granice poznania” ale i jeszcze z chci­wo­ści mogliby fał­szo­wać wyniki badań.

    • Jasio­Zbuk

      Jeszcze tylko dodam że zgadzam się że naukowcy mają naj­więk­szy poten­cjał z ludzi do prze­wi­dy­wań przy­szło­ści. Nato­miast ilo­ścio­wej miary: duzy, bym już arbi­tral­nie nie przy­kła­dał.

  • Arek Wit­t­brodt

    Pozwolę sobie dołączyć się do dyskusji, bo nie widzę, żeby ktoś odpo­wie­dział na jedną wąt­pli­wość Jasio Zbuka.

    ” I jak to niby ma obronić tezę że potra­fimy prze­wi­dzieć zmiany kli­ma­tyczne?”

    Wydaje mi się, że nie zro­zu­mia­łeś 😛 Cha­otycz­ność układu sło­necz­nego (czyli nie­moż­li­wość prze­wi­dy­wa­nia na dłuższą metę — a nie, że nic tak naprawdę nie wiemy, co zauważył Adam Adamczyk) nie ma obronić tezy, że potra­fimy prze­wi­dy­wać zmiany kli­ma­tyczne.

    Tą tezę broni się w inny sposób — obser­wa­cjami, danymi w ten sposób zdo­by­tymi, wiedzą o wła­ści­wo­ściach fizycz­nych atmos­fery itp, oraz — tak jest — również prze­wi­dy­wa­niami, które się potem sprawdza (chyba wiesz, że od dłuż­szego już czasu prawie każdy kolejny rok jest coraz cie­plej­szy?).