“Mars” – wrażenia po pierwszym odcinku

I doczekaliśmy się. Wczorajszego wieczoru miała miejsce premiera nowej produkcji National Geographic Channel, o jednoznacznym tytule – “Mars”. Jako, że zachęcałem Was do seansu, postanowiłem odnotować kilka uwag na temat pierwszego odcinka.

Nie da się ukryć, że eksploracja Czerwonej Planety od długich lat pozostaje zacnym tematem dla autorów książek i programów popularnonaukowych. Od razu przychodzi mi na myśl bardzo udany dokument Wyprawa na Marsa, rzetelnie prezentujący koncepcje planu Mars Direct. Świeżutki Mars był jednak od początku reklamowany jako nowa jakość, a nawet pewna rewolucja w swojej kategorii. Przede wszystkim serial to miks złożony z warstwy typowo popularnonaukowej, przeplatanej fabularyzowanymi wstawkami. Niby żadna nowość, ale tym razem producenci postanowili podejść do sprawy z niespotykanym rozmachem. Zaangażowano więc nie tylko autorytety w dziedzinie eksploracji kosmosu, ale również znanych filmowców oraz aktorów, mających wnieść do serii nieco hollywoodzkiego polotu. A jak wyszło i czego możemy się spodziewać?

– Akcja odbywa się w 2033 roku. Wybrano więc dość bezpieczny wariant, wedle którego załogowej wyprawy na Marsa nie uda się zrealizować w przyszłej dekadzie.
– Chyba z podobnych pobudek twórcy postanowili nie kreować Stanów Zjednoczonych i NASA na pojedynczego zbawiciela ludzkości. Za organizacją wyprawy stoi tu ponadnarodowa organizacja Mars, zaś w skład załogi wchodzi dwoje Amerykanów, Rosjanka, Hiszpan, Nigeryjczyk i Francuzka. Trochę w tej sytuacji dziwi brak przedstawiciela Azji.
– Nie jestem pewny, o który projekt opiera się przedstawiona wizja misji. Nie jest to raczej Mars Direct, ale również nie koncepcja Elona Muska (choć położono nacisk na rakiety pionowego lądowania). Mam wrażenie, że twórcy nie chcieli pokazać zbyt wielu szczegółów, wiedząc jak szybko ulegają one dezaktualizacji.
– Już wiemy, że większość wykreowanej historii zajmą problemy czyhające na załogę już na powierzchni Czerwonej Planety. Wszystkie kwestie wstępne i siedmiomiesięczną podróż z Ziemi do celu, zmieszczono w pierwszym odcinku.
– Za reżyserię odpowiadają Brian Grazer i Ron Howard, czyli para mająca na koncie takie kinowe sukcesy jak Piękny umysł i Apollo 13. Zwłaszcza z uwagi na ten drugi film, wysokie oczekiwania wydają się jak najbardziej uzasadnione. Jednak mimo głośnych nazwisk, warstwa fabularna nie zwala z nóg. Jest oczywiście zdatna do oglądania, ale wszelkie zwroty akcji można łatwo przewidzieć. Na zasadzie: “Huston mamy problem, ale i tak przeżyjemy, bo przecież przed nami jeszcze pięć odcinków”.
– Aktorzy również nie zostali ściągnięci z ulicy. Może i nie zobaczymy na ekranie laureatów Oscara, ale członków załogi odgrywają osoby znane z epizodów w takich filmach jak Kroniki Riddicka, Cela 2011, Maria Antonina, czy Django.  Co ciekawe, chyba najmniej doświadczona jest Jihae Kim, odgrywająca rolę pilot misji Hany Seung.
– Mimo to, trudno identyfikować mi się z bohaterami i martwić o ich los. Ale to pewnie bardziej kwestia scenariusza aniżeli gry aktorskiej. I n
ie, nie pomagają w tym retrospekcje czy zarys życia rodzinnego Hany i innych członków załogi.
– Od strony wizualnej “Mars” jest tak dobry, jakim pokazywały go trailery. Sądzę jednak, że najlepsze dopiero przed nami, bo w pierwszym odcinku mogliśmy podziwiać powierzchnię Czerwonej Planety zaledwie przez chwilę.
– Całość od początku utrzymywana jest w klimacie wielkich nadziei i wyzwań. Podkreśla to sięgnięcie chociażby to wzniosłego przemówienia prezydenta Kennedy’ego, inicjującego program Apollo. Osobiście nie mam nic przeciwko takiej agitacji, zwłaszcza, że jest ona konieczna aby Mars rzeczywiście był traktowany poważnie.
– Na szczęście nie oznacza to bezrozumnej propagandy. Już na początku, dowódca załogi artykułuje niemal wszystkie istotne zagrożenia jakie czekają w podróży jak i na samej powierzchni Czerwonej Planety. Nie przemilcza tu również kontrowersji związanych z promieniowaniem i jego destrukcyjnym wpływem na szare komórki.
– Bardzo solidnie wygląda zaplecze merytoryczne serialu. W ostatnim odcinku mogliśmy usłyszeć Roberta Zubrina (twórca Mars Direct i największy lobbysta misji), Jennifer Trosper (Jet Propulsion Laboratory), Andy’ego Weira (autor bestsellerowego Marsjanina), Shane Diez (manager SpaceX), Casera Dreirera (Planetary Society), Edwarda Weilera (NASA), Neila Tysona (wiadomo), Stephena Petraneka (pisarza i dziennikarza technologicznego) i samego Elona Muska.
– Występem tego ostatniego National Geographic chwali się od początku, jako, że miliarder raczej stroni od telewizji. Ale coś za coś. Serial nie pozostawia złudzeń: SpaceX ma odegrać fundamentalną rolę w procesie eksploracji Marsa. Zresztą sam Elon również nie przebiera w słowach, nieustannie powtarzając, że jego nadrzędnym celem jest kolonizacja sąsiedniego globu oraz uczynienie ludzkości cywilizacją kosmiczną.
mars-squad“Mars” jest na pewno produkcją dobrą, poprawną i widowiskową, choć nie do końca taką jak się spodziewałem. Akcent wydaje się położony na czynnik ludzki, raczej bez zagłębiania w zawiłości techniczne. Zamiast słuchać więc o konstrukcji HAB-u, systemach produkcji tlenu czy paliwa, reprezentanci NASA i SpaceX wskazują najważniejsze bolączki i ogólne pomysły na ich rozwiązanie. Niemniej, liczę na porządne rozwinięcie w następnych odcinkach. W końcu, tych będzie jeszcze aż pięć, więc prawdopodobnie na wszystko przyjdzie pora.

Pierwszy odcinek traktuję jako klimatyczną przystawkę przed daniem głównym.

podpis-czarny

Czytanie z listów Doktora Neila do Ziemian – recenzja książki “Listy od astrofizyka” Projekt Venus. Przyszłość czy mrzonka? Mniej znane epizody Projektu Manhattan – recenzja “Dziewczyn Atomowych”