Recenzja książki "Przygody matematyka"

Raczy pan żartować, panie Ulam! – recenzja “Przygód matematyka”

Po wielu latach doczekaliśmy się odświeżonego, stylowego wydania autobiografii jednego z najbardziej zasłużonych polskich uczonych ubiegłego stulecia, matematyka Stanisława Ulama.

W czasie, gdy półki księ­garni wręcz uginają się pod ciężarem kolej­nych auto­bio­gra­fii spi­sa­nych przez aktorów, pio­sen­ka­rzy, poli­ty­ków i spor­tow­ców – wspo­mnie­nia naukow­ców stanowią towar niemal defi­cy­towy. Trudno nie dopa­trzyć się w tym fakcie jakiejś prze­wrot­no­ści. Hurtowo chło­niemy prze­my­śle­nia innych ludzi, tylko nie tych, którzy praw­do­po­dob­nie mają do powie­dze­nia najwięcej.

Chlubny wyjątek stanowi powszech­nie znana i kochana przez czy­tel­ni­ków książka Pan raczy żartować, panie Feynman. Jednak mimo, że jest to wspa­niała lektura, zawsze odczu­wa­łem ukłucie żalu na myśl, że nie­zgor­sza kon­ku­ren­cja zupełnie ginie w blasku pracy ame­ry­kań­skiego geniusza. I tak, w każdym zesta­wie­niu i w każdej nitce pole­ca­nek trafimy na Pana Feynmana, ale już bardzo rzadko na Przygody mate­ma­tyka naszego, rodzi­mego Sta­ni­sława Ulama. Zresztą zesta­wie­nie obu książek ma też szerszy wymiar, ponieważ życio­rysy pro­fe­so­rów prze­cięły się w przy­naj­mniej kilku miej­scach. Obaj również wyka­zy­wali lek­ce­wa­żący stosunek do kon­we­nan­sów i bły­sko­tliwe poczucie humoru.

Pocho­dzący ze Lwowa Ulam ukończył na miej­sco­wej poli­tech­nice studia mate­ma­tyczne w 1933 roku. Należał do owianej legendą szkoły lwow­skiej biorąc udział, wraz ze Stefanem Banachem, Hugonem Ste­in­hau­sem i Sta­ni­sła­wem Mazurem w eli­tar­nych spo­tka­niach w Kawiarni Szkoc­kiej. Kilka lat później, wciąż jako obie­cu­jący dok­to­rant, wyruszył na Zachód. Po krótkim pobycie w Wielkiej Brytanii poszedł w ślady wielu innych spe­cja­li­stów pocho­dze­nia żydow­skiego, ucie­ka­jąc przed nad­cią­ga­jącą nad Europę burzą do Stanów Zjed­no­czo­nych. Zwiedził tam Prin­ce­ton, Harvard, Uni­wer­sy­tet Wiscon­sin oraz Uni­wer­sy­tet Kolorado, poznał Johna von Neumanna, Alberta Ein­ste­ina, Roberta Oppen­he­imera, Enrico Fermiego, Alfreda Whi­te­he­ada czy George’a Bir­khoffa. Wreszcie trafił do Los Alamos, gdzie wraz z Edwardem Tellerem opra­co­wali mecha­nizm dzia­ła­nia pierw­szej bomby ter­mo­ją­dro­wej (patrz: kon­fi­gu­ra­cja Tellera-Ulama).

Pamiętam bardzo dobrze, jak parę miesięcy później zoba­czy­łem pod­nie­co­nego Roberta Oppen­he­imera bie­gną­cego kory­ta­rzem i trzy­ma­ją­cego w ręku małą fiolkę. Poka­zy­wał kilka tajem­ni­czych okruchów jakiejś sub­stan­cji na dnie fiolki. Drzwi się pootwie­rały, ludzie powy­cho­dzili, zaczęli szeptem roz­ma­wiać. Do labo­ra­to­rium nadeszła właśnie pierwsza porcja plutonu.

Auto­bio­gra­fia Stana (jak skracali imię autora jego anglo­ję­zyczni koledzy) powsta­wała przez kilka lat na kanwie rozmów i mono­lo­gów najpierw nagry­wa­nych na taśmie, a następ­nie spi­sy­wa­nych i reda­go­wa­nych przez jego małżonkę, Fra­nço­ise Aron Ulam. Pier­wotne wydanie książki ukazało się w USA w roku 1976 (niestety, Polacy musieli trochę poczekać na swoją wersję językową). Jak zapew­niała pani Ulam, Przygody mate­ma­tyka przed­sta­wiają “praw­dzi­wego Stana, całego Stana – chociaż trudno powie­dzieć, że sam napisał choć jedną linijkę książki. Książka opowiada o jego pracy naukowej i o tym, co działo się w nauce za jego życia. Jej ton jest osobisty, ale nie intymny – to bardziej spra­woz­da­nie niż analiza”.

Trzeba tu zazna­czyć, że chociaż mamy do czy­nie­nia z auto­bio­gra­fią mate­ma­tyka, nie ma to wpływu na lekturę. Treść zaab­sor­buje zarówno zawo­do­wego inży­niera, cie­kaw­skiego ucznia, jak również konesera historii i filo­zo­fii nauki. Tym ostatnim szcze­gól­nie przy­pad­nie do gustu ostatni rozdział Mate­ma­tyka i nauka: myśli roz­pro­szone. Odbiega on od reszty wspo­mnień, przyj­mu­jąc formułę felie­tonu, w którym Ulam snuje swobodne prze­my­śle­nia pozwa­la­jące czy­tel­ni­kowi na lepsze zro­zu­mie­nie roz­ma­ito­ści ówcze­snych aspektów nauki. Co wspa­niałe, roz­wa­ża­nia te dotyczą tylko czę­ściowo mate­ma­tyki. Autor daje się poznać jako osoba o zapędach inter­dy­scy­pli­nar­nych, żywo zain­te­re­so­wana całym wszech­świa­tem. Spe­ku­luje na temat przy­szłej roli kom­pu­te­rów, duma nad struk­turą materii (trudno się nie uśmiech­nąć kiedy wspomina o “hipo­te­tycz­nych” w tamtym czasie kwarkach), a nawet nawią­zuje do odkrycia DNA przez Cricka i Watsona.

Badania naukowe nie byłyby możliwe, a fizyka nie mogłaby istnieć, gdyby nie było tego podo­bień­stwa, iden­tycz­no­ści wielkiej liczby punktów lub pod­zbio­rów, lub grup punktów we wszech­świe­cie. Wszyst­kie poje­dyn­cze protony, wszyst­kie elek­trony wydają się do siebie podobne. (…) Tak więc rola fizyki polega na podziale ist­nie­ją­cych skupisk na takie obiekty, które wystę­pują w bardzo wielu kopiach.

Przy­znaję, że sam darzę Przygody mate­ma­tyka pewnym sen­ty­men­tem. Po raz pierwszy zetkną­łem się ze wspo­mnie­niami Ulama w czasie pisania pracy dyplo­mo­wej poświę­co­nej zbro­je­niom jądrowym, gdzie posłu­żyły mi jako jedno z cen­niej­szych, a na pewno naj­cie­kaw­szych źródeł histo­rycz­nych. Pra­co­wa­łem wtedy na starym, obdartym egzem­pla­rzu bodaj z 1996 roku. Tym bardziej cieszy mnie, że wydaw­nic­two Znak Horyzont posta­no­wiło przy­go­to­wać odświe­żone wydanie wysokiej jakości, w twardej oprawie, z licznymi ilu­stra­cjami, na ele­ganc­kim papierze. Przy tym treść pozo­stała bez zmian. Wyko­rzy­stano spraw­dzone tłu­ma­cze­nie Agnieszki Gór­nic­kiej, zaś na początku umiesz­czono dwie przed­mowy: samego autora z 1983 oraz Williama Mathewsa z 1991 roku.

Jedynym ele­men­tem, który nie każdemu musi odpo­wia­dać jest okładka. Użyte zdjęcie to kadr pocho­dzący z ubie­gło­rocz­nego filmu Geniusze w reży­se­rii Thora Kleina. Od strony este­tycz­nej nie mam zastrze­żeń, ale wiem, że “wydania filmowe” mają swoich prze­ciw­ni­ków, więc dla ści­sło­ści wolę o tym wspomnieć.

Info:
Autor: Stanisław Ulam, Françoise Aron Ulam;
Przekład: Agnieszka Górnicka;
Tytuł: Przygody matematyka;
Tytuł oryginału: Adventures of a Mathematician;
Wydawnictwo: Znak Horyzont;
Wydanie: Warszawa 2021;
Liczba stron: 380.
8/10
Total Score
  • Styl literacki 
    8/10 Very good 
  • Uni­ka­to­wość treści 
    8/10 Very good 
  • Przystępność 
    8/10 Very good 
  • Oprawa i wydanie 
    7/10 Good 
Total
1
Shares