Podążając za Saganem: kto jest reprezentantem ludzkości?

Popularne pytanie, pojawiające się podczas rozważań na temat kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi, brzmi: co my mamy im do powiedzenia? Moim zdaniem, nie mniej istotnym problemem jest: kto ma z nimi rozmawiać, w naszym imieniu?

Niniejszy tekst to drugi z serii rozważań, inspirowanych najwybitniejszymi dziełami gatunku literatury science-fiction. Zaczynamy od dzieła Carla Sagana, Kontakt.

W Kontakcie, sprawa wyboru swoistego ambasadora ludzkości, to jeden z ważniejszych motywów całej fabuły. Po rozszyfrowaniu wiadomości z Wegi, oczom  naukowców ukazuje się projekt zaawansowanego środka transportu, mogącego przenieść jednego śmiałka. Powołana zostaje specjalna komisja selekcyjna, a wraz z nią oczywiście od razu pojawiają się kontrowersje. Skąd posłaniec ma pochodzić i dlaczego akurat z USA? Czy musi być naukowcem? Jaki powinien mieć światopogląd?

Dlaczego u licha uparliśmy się, żeby słać uczonych? Dlaczego nie kogoś… normalnego? Ach, to retoryczne pytanie – szybko dodała – przecież wiem, dlaczego musimy słać uczonych. Wiadomość jest naukowa, mówi naukowym językiem, a nauka to zdaje się jedyna rzecz, którą dzielimy z Veganami. Oczywiście, jest masa ważnych powodów Ken, i nie lekceważę ich.

Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania wydają się dość klarowne. Mówiąc lakonicznie, leci ten kto płaci za bilet. Jeśli Stany Zjednoczone lub inne państwo ponosi potworne koszty budowy podejrzanego urządzenia, powinno mieć pierwszy głos przy wyborze załogi. Profesja śmiałka również nie budzi większych wątpliwości. Trudno sobie wyobrazić, aby rozmowę z diabelnie inteligentnymi istotami prowadziła osoba zaledwie przeciętnie rozgarnięta. Reprezentant musi być błyskotliwy i biegły w naukach ścisłych. Nie tylko po to żeby nie narobić wstydu Ziemi, ale przede wszystkim, aby w razie potrzeby był zdolny do komunikacji w uniwersalnym języku całego wszechświata, tj. w języku matematyki. Poza tym, warto żeby wysłannik posiadał wiedzę pozwalającą na ocenę i analizę zachodzących wokół niego procesów, choćby w czasie samej podróży.

Wreszcie pojawia się trzecie pytanie, szczególnie podkreślone w książce Carla Sagana. Czy nasz amerykański naukowiec może mieć dowolne poglądy i… czy może być ateistą?

– Co myślę, o „światowej eksplozji demograficznej”? – tymczasem zastanawiała się Ellie – to znaczy chodzi wam o to, czy jestem przeciw, czy za? I również, że uważacie to za główny problem, jaki będziemy roztrząsali naVedze? Wolicie się upewnić, czy nie palnę głupstwa? O’kay. Przeludnienie globalne jest właśnie tym powodem, dlaktórego popieram homoseksualistów oraz celibat wśród księży. Bezżenny ksiądz to kapitalny pomysł; to wyklucza możliwość dziedzicznego przekazywania skłonności do fanatyzmu…

Spójrzmy na to z innej strony. Co w ogóle oznacza, że ktoś będzie reprezentantem Ziemi (swoją drogą, jak epicko to brzmi)? Czy ma być to “typowy” – cokolwiek to znaczy – człowiek, czy jednak ktoś wychodzący swoim rozumowaniem, moralnością i cechami charakteru przed szereg? Niestety życie to nie bajka i nawet największym profesorom daleko do archetypu nieomylnego i nieskazitelnego mędrca. Trudno powiedzieć, czy przedstawiciel Ziemian powinien odznaczać się skromnością czy niezachwianą pewnością siebie (kłania się dr Arroway), optymizmem czy pesymizmem, dumą czy pokorą, spokojem graniczącym z flegmatyzmem czy choleryczną żywiołowością… Tego typu wątpliwości mogą wydawać się zupełnie nieistotne, ale musimy pamiętać, że bohaterowie Kontaktu nie nie mają zielonego pojęcia gdzie wyląduje wehikuł i z kim przyjdzie wybrańcowi rozmawiać.

zly alien
Optymistycznie załóżmy, że stosunki z obcymi ułożą się korzystniej niż na powyższej ilustracji.

Panuje naiwne przeświadczenie, że bardziej zaawansowana cywilizacja na pewno uwolniła się od wszelkich słabości i ułomności nękających nas samych. Z góry zakładamy, że kosmici są mądrzy i rozsądni w naszym rozumieniu. To koszmarny błąd. Mówimy o istotach, które wyewoluowały i egzystowały w innych warunkach, obierały inne ścieżki rozwoju i skompletowały inny zestaw doświadczeń niż ludzkość. Łatwo więc wyobrazić sobie kosmitów o wrażliwości zupełnie odmiennej od naszej. Mogliby oni nie pojmować naszych rozterek i lęków, albo też odwrotnie, uznać nas za prymitywnych i potencjalnie niebezpiecznych. Jeśli dodatkowo, nasi adwersarze okazaliby się kompletnie nieskrępowani moralnością w naszym pojmowaniu i kierowaliby się jedynie chłodną kalkulacją, być może zechcieliby nas wybić, zniewolić lub wykorzystać w inny sposób. W końcu, gdyby nasze gatunki dzieliła prawdziwa przepaść intelektu i świadomości, dlaczego mieliby nas traktować z godnością i szacunkiem? Czy człowiek niszczący mrowisko ma wyrzuty sumienia?

Biorąc to wszystko w rachubę, kryteria wyboru reprezentanta wszystkich Ziemian zyskują na znaczeniu.

Sagan w sposób szczególny skupia się na stosunku kandydatów do religii. Moim zdaniem autor celowo podkoloryzował wartość tego problemu, tak naprawdę ubierając w literacką formę, garść swoich przemyśleń na temat relacji między światami wiary i nauki. Jednakże uzasadnienie jest niegłupie: wszakże zdecydowana większość ludzkości wierzy w jakiś rodzaj siły wyższej, a ateiści i agnostycy nadal stanowią jedynie mały element wyznaniowej mozaiki. Bez względu na opinię moją, Carla Sagana czy Ellie Arroway, nie sposób tego faktu zlekceważyć.

– Ona nie jest ateistką – powiedział Ken – jest agnostyczką. Ma otwarty umysł. Nie pozwala się ujarzmić dogmatom. Jest inteligentna, jest ostra i profesjonalna. Poziom jej wiedzy jest wysoki. Pani Prezydent, ona jest tym, kogo szukamy. – Ken, cieszy mnie twoje poświęcenie dla zachowania integralności projektu. Ale już tam, w sąsiednim pokoju zaczynają się obawy innych ludzi, inne nastawienie, z którego musimy zdawać sobie sprawę. (…) Robię co mogę, żeby tonować nastroje w Kongresie, wśród kościołów, w moim własnym Komitecie Narodowym… Wierzę, że na Palmerze Jossie zrobiła wrażenie, ale za to Billa Jo Rankina doprowadziła do szału. Wczoraj zadzwonił do mnie i powiedział: „Paani prezydent”, bo kiedy on nie zamierza ukrywać niezadowolenia, mówi „paani”… „Ta Maszyna wleci prosto w ramiona Boga lub Szatana. Ale obojętnie, który z nich będzie czekał u celu, lepiej żeby w załodze znalazł się jakiś wierny Bogu chrześcijanin”.

Nie ma jednak co ukrywać – hipotetyczny wybór ambasadora naszej planety, miałby kolosalne znaczenie przede wszystkim dla nas samych. Byłaby to prawdziwa piłka meczowa w dziejowym wyścigu. Wyścigu, w którym startują wszystkie nacje, rasy, grupy wyznaniowe i ideologie. Już widzę oczami wyobraźni wielkie protesty, głosy oburzenia i niekończące się debaty, wszystkich zainteresowanych o przeciwnych poglądach niż kandydat. Kościoły i ortodoksyjne zbory agitowałyby za posłaniem jednego ze swych wiernych (i weź takim odmów, gdy kilkadziesiąt procent spośród obywateli to kreacjoniści!). Taka elekcja poszłaby w świat, nazwisko wybrańca poznałoby każde dziecko, jego sylwetka stałaby się ikoną rozpoznawalną bardziej od Gagarina, Tiereszkowej i Armstronga razem wziętych.

Gra niewątpliwie jest warta świeczki i trudno uwierzyć, by po otrząśnięciu się z chwilowego szoku, najważniejsi gracze na światowej scenie nie wykorzystali przechwyconego sygnału jako przyczynku do nowej rozgrywki.

A tak dla pamięci, jedna osoba już wcieliła się w rolę reprezentanta ludzkości. Był nią Jimmy Carter, którego krótkie orędzie skierowane do ewentualnego kosmicznego znalazcy, umieszczono na pokładzie Voyagera 1. Jest to prezent pochodzący z małego, odległego świata; zbiór naszych dźwięków, obrazów, muzyki, naszych osiągnięć naukowych, myśli i uczuć. Próbujemy przetrwać nasz czas, aby dożyć waszych czasów. Mamy nadzieję, że kiedyś, gdy uporamy się z naszymi problemami, dołączymy do społeczności cywilizacji galaktycznych…

Ted Kaczynski i jego manifest – “Śmierć nauce” Tesla, mistyfikacja, taka sytuacja. Dlaczego należy uważać w internecie? 7 pytań jakie stawia przed nami Westworld