Maturalny lament 2014

Wy też słyszycie to pochlipywanie? Sam nie jestem pewien, czy to łkają umęczeni maturzyści, ich niepocieszeni belfrowie, czy może opinia publiczna, litująca się nad beznadzieją polskiego szkolnictwa.


Ja tam nie płaczę. Bo nad czym? Ludzie drodzy: niemal 3/4 pokolenia posiada wykształcenie średnie! 71% młodych Polaków zdało egzamin dojrzałości i teoretycznie powinno odznaczać się podstawową wiedzą, pozwalającą na podjęcie takich czy innych studiów. W świecie, w którym poziom czytelnictwa szoruje brzuchem po ziemi, a uczelnie rokrocznie skarżą się na żenująco niski poziom pierwszoroczniaków – powinniśmy chyba przede wszystkim widzieć szklankę w 3/4 pełną i pytać czy wyniki nie są jeszcze zawyżone w stosunku do rzeczywistych zdolności maturzystów.

Jedna z podstawowych zasad czasów słusznie minionych, mówiła, że papier wszystko przyjmie. I wielu zdaje się nadal jej hołdować, uważając, iż sposobem na podniesienie poziomu wyedukowania młodzieży jest obniżenie dostosowanie trudności egzaminów do umiejętności uczniów. Jeśli według statystyk maturę zdałoby 99% doń przystępujących, to wszyscy z radością wieściliby nadejście pokolenia geniuszy. Pozostałoby tylko oczekiwać aż ten kwiat inteligencji i talentów wszelakich rozkwitnie, przynosząc nam dumę w formie dziesięciu Nobli i setki patentów. Później wszyscy łapaliby się za głowy, nie pojmując gdzie ci wszyscy inteligenci wsiąkli.

Zdało 80%, 90% czy 99%, co za różnica? Prawdziwym problemem są etykietki, które naklejamy poszczególnym absolwentom szkół. To, że ówcześnie przeciętny obywatel posiada nieporównywalnie większy zasób wiedzy od swojego odpowiednika przed wojną, nie ma znaczenia. Poprzeczka musi się podnosić, a my musimy dokonywać ocen wewnątrz konkretnego pokolenia. Nie ważne czy mamy do czynienia z wiekiem XIX, dwudziestoleciem międzywojennym czy PRL – zawsze istnieje grupa średnio wykształcona oraz marginesy ludzi po podstawówce i po studiach. Tak po prostu wygląda zdrowe społeczeństwo. Dzięki temu obibok wie, że jak się nie chciało nosić teczki, to trzeba dźwigać woreczki, a tytuły naukowe uzyskują ci, którzy rzeczywiście powinni. I to się nie zmieniło, tyle tylko, że połowę przeciętniaków próbuje się wepchnąć do elity. A kiedy elitą są wszyscy nie jest nią nikt.

Konformizm państwa i społeczeństwa w kwestii edukacji zatrważa. Minister edukacji, niczym radziecki komisarz ludowy dba przede wszystkim o miłe dla oka statystyki, dyrektorzy chwalą się renomowanymi placówkami, a uniwersytety przyjmują kogokolwiek byleby wypełnić aule. Panuje powszechny kult cennych procentów i wzajemna adoracja. Ze świecą szukać osób, którym zależałoby na… nauce.

Kiedy ktoś wykaże się odwagą i przyzna, że przy uczciwej ocenie, proporcje mogłyby się odwrócić? Trochę tu przesadzam, ale wystarczy spojrzeć na poniższy wykres aby pojąć z jaką subtelnością egzaminatorzy traktują maturzystów.

Do zaliczenia potrzeba 21 punktów, co widać aż nazbyt wyraźnie. 

Rozumiem. Nikt nie chce być świnią i oblewać uczniów, którym po heroicznej walce z nieludzko trudnymi zadaniami, zabrakło punktu lub dwóch. Ewentualnie trzech. I nie miałbym nic przeciwko takim aktom miłosierdzia, gdyby nie drobny fakt. Współczesna matura to przepustka na studia! Co nam pozostaje? Przywrócenie egzaminów wstępnych? Osobiście optowałbym za wprowadzeniem ustawowego progu 51% z wybranych egzaminów dojrzałości, od którego byłoby dopiero możliwe przystąpienie do rekrutacji. Nie jest to wydumane żądanie. W końcu aby zdać jakiekolwiek kolokwium czy egzamin na samych studiach, trzeba wymęczyć przynajmniej tą nędzną trójczynę.

 

Co prawda nikt się nie przeciwstawi się lobby nauczycieli, uczniów i ich rodziców, ale pogdybać możemy. Zatem, jakie działania Wy byście podjęli aby podnieść z dna ten edukacyjny kramik? 


Polacy, nie gęsi… 7 polskich śladów w kosmosie Spowiadam się przed wami… z Tesli Głupota na niedzielę: Jak ze znanego faktu robi się sensację