Projekt Venus. Przyszłość czy mrzonka?

Jakiś czas temu zostałem zapytany w komentarzu o opinię na temat Projektu Venus. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą – nigdy o nim nie słyszałem – a po dowiedzeniu się, że owo przedsięwzięcie ma coś wspólnego z ruchem Zeitgeist, nie miałem zamiaru zgłębiać tematu. 

Kto widział film Zeitgeist: The Movie, ten rozumie mój silny sceptycyzm. Nie zwykłem wysłuchiwać największych siewców teorii spiskowych, rzekomo odsłaniających globalne manipulacje poprzez… tworzenie własnych manipulacji. Nie chcąc narażać się dłużej na bełkot omijałem następne produkcje Petera Josepha szerokim łukiem. Pewnie tak by zostało, gdyby nie mój fetysz ostatnich tygodni, jakim okazały się rozmyślania na tematy makroekonomii, systemu bankowego i nieciekawej przyszłości do jakiej nas te wynalazki prowadzą. I tak, przetrząsając internet w poszukiwaniu nowych informacji, głównie w celu zweryfikowania własnych pomysłów, trafiłem na postać Jacque’a Fresco i jego Projektu Venus, szeroko omówionego w filmie Zeitgeist: Addendum. Ku mojemu zaskoczeniu, filozofia futurologa świętującego w tym roku swoje 98 urodziny, okazała się mieć całkiem sporo punktów stycznych z moimi luźnymi rozmyślaniami.

Sens pieniądza

Podstawą całego rozumowania jest postępująca nieracjonalność panującego modelu ekonomicznego. Wyobraźmy sobie małą wioskę – nazwijmy ją Wiórkowem – odciętą od świata i zamieszkaną przez garstkę prostych ludzi. Jeden z nich to rolnik, mogący dzięki swoim umiejętnościom wykarmić wszystkich pozostałych mieszkańców. Pan rolnik na chwilę obecną nie potrzebuje żadnych usług ani towarów od reszty społeczności, toteż oddaje pozostałym nadwyżki w zamian za obietnicę odwdzięczenia się mu w przyszłości. To jasny model. Dla usprawnienia systemu Rada Wiórkowa, wprowadzi nawet specjalny środek ucieleśniający tę transakcję, czyli pieniądz. Obywatele miasteczka wybili trochę monet (1 wiór = 100 wiórków) i zapłacili naszemu bohaterowi za kartofle. Teraz, gdy rolnik np. zachoruje, wezwie do siebie miejscowego znachora i odda mu część zdobytych pieniędzy, niejako uznając dług za spłacony.

Do tego momentu, ten uproszczony do totalnego minimum świat jakoś funkcjonuje. Sytuacja zmieni się diametralnie gdy którykolwiek z mieszkańców poprosi innego o pożyczkę. Nieistotne czy zachoruje dziecko, nadejdzie susza czy zostanie okradziony – potrzebuje więcej monet niż posiada i jest w stanie w tym momencie zarobić. Sąsiad chętnie odda mu dziesięć wiórów, ale tylko jeśli pożyczkobiorca zobowiąże się do oddania mu w przyszłości jedenastu wiórów. To jednak pułapka, i to z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze skąd weźmie się ta jedna nadprogramowa moneta? Do tej pory liczba wybitych monet, za obopólną zgodą mieszkańców, była stała. Aby nasz biedak stanął na nogi i zarobił tyle aby zwrócić dług będzie musiał przyoszczędzić, albo zwiększyć cenę własnych produktów, albo dłużej pracować. W każdym razie ustalony wcześniej status quo zacznie pękać. Pożyczkobiorca będzie mógł spłacić dług tylko poprzez odebranie komuś – pewnie najmniej zaradnemu lub rozrzutnemu – o jednego wióra więcej, co z kolei spowoduje konieczność zwiększenia cen, dłuższej pracy lub… zaciągnięcia pożyczki, przez kolejną osobę. Drugi problem to postać wspomnianego sąsiada pożyczkodawcy. Pan bankier robi świetny interes, samemu żyjąc dostatnio z odsetek, podczas gdy wszyscy inni wypruwają sobie flaki aby oddać mu dług. Co gorsza, otrzymuje on pieniądze w istocie nie wytwarzając żadnego realnego produktu. To wiąże się z trzecim problemem znanego nam modelu finansowego: pieniądz w mgnieniu oka przestał być środkiem płatniczym, symbolem “przysługi” – zaczął pełnić funkcję towaru i celu samego w sobie. W prawdziwym świecie prowadzi to do kuriozalnej sytuacji, w której nie przeszkadza nam lekkomyślne obchodzenie się z przedmiotami lub surowcami, ale nikt nie spaliłby banknotu 10 zł, uważając to za marnotrawstwo. Przekładając tę myśl na sytuację w Wiórkowie: kiedy któryś z mieszkańców w końcu zbankrutuje, nie otrzyma jedzenia ani potrzebnych usług, mimo ich powszechnej dostępności na rynku.

W mojej książce opisałem trzy przypadki upadku system monetarnego z jakimi mieliśmy do czynienia w przeciągu ostatnich 100 lat a dokładnie w 1914, 1939 i 1971 roku. Upadek system monetarnego nie jest niczym nadzwyczajnym i nie oznacza końca świata. Podczas resetu spotykają się ze sobą główne potęgi handlowe, finansowe i dyskutują w jaki sposób ustalić nowe zasady. Reset jest po prostu “zmianą reguł gry”. To nie ja wymyśliłem ten slogan, funkcjonuje on od setek lat.

~ Jim Rickards,
autor książki “The Death of Money”

W miarę jak kolejne osoby będą korzystały z usług pana bankiera, całe społeczeństwo Wiórkowa będzie coraz bardziej uzależnione od permanentnego długu. Niby liczba zasobów i produkowanych dóbr nie uległa zmianie (a nawet wzrosła!), a mimo to, z każdym zaciągniętym kredytem, pojawiają się coraz większe problemy z zaopatrzeniem. Wszystkim brakuje jakiejś ilości pieniędzy, którą coś wsysa. O ile taki stan rzeczy inicjuje rozwój, to jeszcze nie ma nad czym płakać. Gorzej, że zaraz za tym finansowa desperacja rodzi wszelkiej maści kombinatorstwo, przekręty, omijanie systemu czy po prostu kradzieże. Tymczasem ogólny dług u pana bankiera ulega dalszemu podnoszeniu, bo dopóki nie rozmnożymy ilości dostępnych pieniędzy, najzwyczajniej w świecie, w wiosce nie istnieje tyle monet aby móc go zlikwidować. W rzeczywistości państwa mają trochę łatwiej, choćby przez wzgląd na możliwość eksportu. Rzecz w tym, iż same państwa, niczym mieszkańcy małego Wiórkowa, również ubożeją i zaciągają kredyty, nierzadko bankrutując i tracąc suwerenność na rzecz gospodarczych potęg. Nasuwa się porównanie do II zasady termodynamiki. We wszechświecie entropia musi wzrastać, a odwrócenie tego procesu następuje tylko lokalnie, kosztem zmniejszenia uporządkowania całego układu; podobnie inflacja i dług publiczny społeczności międzynarodowej globalnie muszą rosnąć, nawet jeśli pojedynczym państwom uda się z tej spirali wywinąć. Tyle tylko, że entropia to niezmienna zasada fizycznej rzeczywistości, a ten drugi sznur ukręciliśmy sobie sami.

Sens pracy

Druga kwestia to istota pracy i nadchodzących zmian, które już pukają do naszych bram. Gdy w XIX wieku nastąpiła I rewolucja przemysłowa, obawiające się zmian społeczeństwo bardzo szybko zorganizowało ruch zwany luddyzmem. Luddyści niszczyli znienawidzone maszyny tkackie, wierząc, iż postęp zabiera im miejsca pracy. W pewnym, bardzo dosłownym sensie, trudno odmówić im racji. Spoglądając w przyszłość, uważam (i jak okazało się, nieświadomie podzielałem pogląd Jacque’a Fresco), że za kilkadziesiąt lat czeka nas powtórka z historii i to nawet bardziej drastyczna. Wciąż panuje wypracowany w ubiegłym stuleciu 8-godzinny model pracy i mało kto zadaje sobie pytanie jaki jest jego sens i czy w ogóle ma on w ogóle rację bytu. 

Nie będę oryginalny pisząc, że coraz więcej sfer naszego życia jest obsługiwanych przez maszyny. Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno zdecydowana część ludzkości mieszkała na wsi i trudniła się rolnictwem – bo było to potrzebne. Wraz z postępem w sferze uprawy ziemi ilość żywności znacznie wzrosła, co pozwoliło na masową migrację do miast. Tam już czekały nowiutkie fabryki, oczekujące tysięcy rąk do pracy. Obecnie przemysł, zwłaszcza przemysł ciężki znajduje się w ciągłym odwrocie ustępując high-tech oraz przede wszystkim usługom. W najbardziej rozwiniętych państwach świata, choćby w Skandynawii, ponad 3/4 populacji znajduje zatrudnienie właśnie w tym ostatnim sektorze. 

Jeden farmer posiadający nowoczesne gospodarstwo, generuje większe zbiory niż kiedyś cała wieś zamieszkana przez setkę parobków. Tysiąc robotników, którzy jeszcze niedawno obsługiwali linię montażową w fabryce, teraz zastępują maszyny kierowane przez jednego inżyniera. Pojawia się pytanie, co gdy roboty i sztuczna inteligencja zaczną masowo zastępować ludzi również w sektorze usług? Zapowiedzią nadchodzących zmian są m.in. bankomaty, usługujące nam szybciej, taniej i całą dobę. Nie podchodzę do tematu tak entuzjastycznie jak twórcy Projektu Venus. Sądzę, iż części zawodów nigdy nie wyeliminujemy, a setki nowych dopiero powstaną. Niemniej, jestem przekonany, że pokolenie naszych wnuków nie będzie miało realnej potrzeby pracować 40 godzin w każdym tygodniu. Nieprzypadkowo jednak wspominam o potrzebie realnej. Zrobotyzowany przemysł i skomputeryzowane usługi pozwolą na zapewnienie każdemu człowiekowi na Ziemi podstaw egzystencji, a nawet czegoś więcej, przy minimum wysiłku. Obawiam się jednak, czy obecny system finansowy, polityczny, czy po prostu zwykła ludzka mentalność, pozwolą na sięgnięcie po to bogactwo. Czy w przyszłości, przeciętny człowiek będzie mógł pracować np. o połowę mniej, skoro w większości zajęć wyręczą go maszyny, czy może czeka go praca dla pracy? Patrząc na dziesiątki profesji związanych z samą obsługą giełd, banków i instytucji finansowych, niestety istnieje takie ryzyko.

Zmiany, ale jakie?

Żeby nie było zbyt kolorowo – nie podpisałbym się pod Projektem Venus w całej jego okazałości. Zgadzam się z jego elementami oraz pewnymi obserwacjami współczesnej rzeczywistości, ale nie z wizją przyszłości. Zamysł Jacque’a Fresco opisałbym jako technokratyczny komunizm i niestety, tak jak jego brodaty XIX-wieczny odpowiednik, pokłada on zdecydowanie zbyt duże nadzieje w naturze człowieka. Żeby nie być gołosłownym, cała rozprawa o społeczeństwie bez przestępców i możliwości usunięcia prawa, brzmi jak wymyślona przez bardzo naiwne dziecko. (Swoją drogą nie zauważył niczego nowego. Odsyłam do szkoły socjologicznej Franza Liszta.) Mam również wątpliwości co do proponowanej alternatywy dla współczesnego systemu monetarnego, tj. gospodarki opartej na zasobach. Wymagałaby ona maksymalnej wydajności, zlikwidowania wszelkich przejawów marnotrawstwa, co samo w sobie nie jest głupie, ale posiada ukrytą przeszkodę nie do pokonania – znów ludzi.

Każdy z nas wie, że Ziemia posiada ograniczone zasoby (no, może z drobnymi, twardogłowymi wyjątkami), że lepiej byłoby poruszać się na rowerze lub jak najmniejszym autem, że wiele rzeczy można wypożyczyć zamiast kupić… Ale lubimy posiadać, podnosić swój prestiż i rywalizować. Gdyby nie było pieniędzy czy nawet państw, powstałaby nowa drabina społeczna i nowe sposoby na rywalizację. Jakakolwiek próba zniesienia własności i powszechnego reglamentowania dóbr jest nie do przyjęcia. Przyszłości upatrywałbym raczej w poszukiwaniu złotego środka, między rozbudowanymi instytucjami socjalnymi, technokratycznym pragmatyzmem i wolnym rynkiem.

Zmiany nadejdą czy tego chcemy czy nie. Ale próba wprowadzenia w życie utopii? Historia świata uczy nas, że rewolucyjne rozwiązania przynoszą straszliwe żniwo, a efekt końcowy nigdy nie odpowiada zapowiedziom idealistów. 

Jednak pytanie zawarte w tytule pozostaje otwarte: czy inicjatywy pokroju Projektu Venus mają jakąkolwiek szansę zaistnieć, czy to tylko mrzonka?

World Science U – polecanki Ted Kaczynski i jego manifest – “Śmierć nauce” Wstyd nie wiedzieć – recenzja “50 idei, które powinieneś znać”