Czytaj dalej

Jowisz to naprawdę dorodny kawał planety, ale czy można go porównać z choćby najmniejszymi gwiazdami? Jak wiele zabrakło mocarnemu olbrzymowi do zapłonięcia jak drugie Słońce?

Krótko. Od zostania gwiazdą ciągu głównego, choćby naj­mniej­szą, dzieli Jowisza bardzo wiele. Obiekt musiałby być około stu razy masyw­niej­szy, aby doszło do zaini­cjo­wa­nia procesów ter­mo­ją­dro­wych. Wystar­czy­łoby jednak pod­krę­cić jego masę tylko 13 razy aby prze­isto­czył się w brą­zo­wego karła.

Tro­szeczkę dłużej. Pytanie wypły­nęło w komen­ta­rzu pod jednym z tekstów poświę­co­nych Układowi Sło­necz­nemu. Choć odpo­wiedź nie wydaje się skom­pli­ko­wana, daje ona spo­sob­ność roz­pa­trze­nia bardziej ogólnego problemu astro­fi­zycz­nego, doty­czą­cego mini­mal­nych kry­te­riów koniecz­nych do ufor­mo­wa­nia sta­bil­nej gwiazdy. Innymi słowy, wąt­pli­wość dotyczy tego, czy obiekt posiada na tyle duże gabaryty, aby tem­pe­ra­tura i ciśnie­nie w jego wnętrzu pozwo­liły na pod­trzy­ma­nie fuzji wodoru.

Na początek roz­pa­trzmy bliski nam przykład Słońca. Wiele opra­co­wań uparcie przy­po­mina, że nasza życio­dajna świe­tli­sta kula to skromna drobinka, niknąca w kosmicz­nej pia­skow­nicy. Niby posiada masę 330 tys. większą od Ziemi i samo­dziel­nie zawiera 99,9% materii całego Układu Sło­necz­nego, ale w istocie, w zesta­wie­niu z maje­sta­tycz­nymi gigan­tami – jak Betel­geza czy Antares – Słońce zdaje się ledwie bladym zia­ren­kiem. Musimy jednak wyraźnie zazna­czyć, że więk­szość gwiazd we wszech­świe­cie jest jeszcze mniejsza. Naj­pow­szech­niej­szym typem gwiazd nie są wcale pęcz­nie­jące hipe­rol­brzymy, lecz spokojne czerwone karły, pokroju sąsia­du­ją­cej z nami Proximy Centauri. Sza­cu­jemy, że nawet 3/4 wszyst­kich świe­cą­cych punk­ci­ków w Drodze Mlecznej to obiekty kil­ku­krot­nie mniejsze od Słońca. Patrząc z tej per­spek­tywy, nasza Gwiazda Dzienna nie wydaje się już takim pariasem.

W związku z powyż­szym, nie musimy koniecz­nie porów­ny­wać Jowisza do samego Słońca. Bardziej inte­re­su­jąca będzie dla nas gwiazda AB Doradus C, sta­no­wiąca składnik odda­lo­nego o 50 lat świetl­nych układu poczwór­nego. Ów obiekt to naj­mniej­sza ze ziden­ty­fi­ko­wa­nych dotych­czas gwiazd i zgodnie z obser­wa­cjami prze­pro­wa­dzo­nymi w 2005 roku, dys­po­nuje masą rzędu 0,09 masy Słońca. Według obecnego stanu wiedzy, Doradus znajduje się na samej krawędzi: ciut mniejsza masa praw­do­po­dob­nie nie pozwo­li­łaby już na pod­trzy­ma­nie fuzji typowej dla gwiazd ciągu głównego. Taki niewypał skoń­czyłby jako znacznie chłod­niej­szy brązowy karzeł.

Jak więc wypada w tym wszyst­kim Jowisz? Mimo rela­tyw­nie sporej tuszy (317 razy większej od Ziemi) i obie­cu­ją­cej atmos­fery złożonej w 99% z wodoru i helu – posiada zde­cy­do­wa­nie za mało argu­men­tów aby zabły­snąć. Nawet rekor­dowo lichy AB Doradus C “waży” ponad 90 razy więcej od gazowego olbrzyma. Mniej więcej o tyle powin­ni­śmy pod­krę­cić Jowisza aby nasze Słońce zyskało bra­ciszka.

Znacznie bliższa, choć wciąż daleka, pozo­staje per­spek­tywa trans­for­ma­cji wielkiej planety w brą­zo­wego karła. W tym miejscu zwrócę waszą uwagę na oddalone o 20 lat świetl­nych cielsko SIMP J013656. Posiada ono masę 13 razy większą od Jowisza i zdaniem astro­fi­zy­ków balan­suje dokład­nie na cienkiej granicy oddzie­la­ją­cej naj­więk­sze planety od nie­wy­da­rzo­nych pseu­do­gwiazd. Ciśnie­nie panujące w trze­wiach tego rodzaju obiektów wciąż jest zbyt małe dla pod­trzy­ma­nia syntezy wodoru w hel (cyklu pro­to­no­wego), ale wystar­cza do krót­ko­trwa­łej fuzji deuteru lub litu.

Raczej nie mamy co narzekać, bo jedno Słońce zapewnia nam wszystko, czego potrze­bu­jemy. Z drugiej strony, wizja nie­bo­skłonu roz­świe­tla­nego przez dwie gwiazdy ma w sobie coś magicz­nego. Fani prozy Arthura C. Clarke’a wiedzą co mam na myśli.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.