Czytaj dalej

Euro 2016 trwa w najlepsze. Tysiąc rzeczy do zrobienia, a ja siedzę emocjonując się faktem kopania piłki przez dwudziestu dwóch obcych mi gości. Tak sobie myślę: to chyba niezbyt racjonalne zachowanie.

Martwię się, że futbol w ponie­dzia­łek wie­czo­rem nie zaspokoi w pełni pragnień współ­cze­snego łowcy, ubranego w dres, dżinsy czy garnitur

Carl Sagan

Kilka lat temu udzie­la­łem się na jednym z forów inter­ne­to­wych, zawzię­cie dys­ku­tu­jąc o kolej­nych spo­tka­niach mojej uko­cha­nej Premier League. Obsta­wia­łem wyniki, kry­ty­ko­wa­łem sędziów, oce­nia­łem formę piłkarzy, spe­ku­lo­wa­łem o koniecz­nych trans­fe­rach. Jako, że byłem już wtedy znany z rów­no­cze­snej sympatii wobec świata nauki, któregoś dnia dostałem dość zaska­ku­jącą wia­do­mość prywatną od jednego z foru­mo­wi­czów. Zapytał: “Dlaczego inte­li­gentny i ogar­nięty facet zajmuje sobie głowę takimi bzdurami jak śle­dze­nie sportu przed tele­wi­zo­rem”? Przy­znaję, zbił mnie z pan­ta­łyku, lecz udało mi się wysto­so­wać replikę. “Pewnie z tego samego powodu, z którego inte­li­gentny, ogar­nięty facet słucha muzyki prze­peł­nio­nej motywami wojen gangów, prochów i seksu” – odpo­wie­dzia­łem, odnosząc się do jego awatara, przed­sta­wia­ją­cego któregoś z ame­ry­kań­skich raperów.

O dziwo rozmówca z wielką pokorą przyznał mi rację i nie ciągnął tematu. Nie zmieniło to faktu, że jego spo­strze­że­nie nie było pozba­wione podstaw i zaczęło mnie nurtować. W lidze angiel­skiej klub rozgrywa 38 spotkań, do tego mecze FA Cup, Capital One Cup i Ligii Mistrzów. A w mię­dzy­cza­sie występy repre­zen­ta­cji na Euro, Mun­dia­lach i eli­mi­na­cjach do powyż­szych. Nawet jeśli nie jesteś mania­kiem, który śledzi wszyst­kie poczy­na­nia swoich pupili to i tak spędzisz każdego roku kil­ka­dzie­siąt godzin przed tele­wi­zo­rem. Szmat czasu, zdarte gardło, gęba pełna bluzgów, a efekty żadne.

Spójrzmy racjo­nal­nie. Drużyna sięgnęła po laury. Okazała się naj­lep­sza w swojej kon­ku­ren­cji, zapisała w dziejach i praw­do­po­dob­nie zarobi potężną premię. Grube, naprawdę nie­wy­obra­żal­nie grube pie­nią­dze, pocho­dzące z biletów, trans­mi­sji, reklam i sprze­daży koszulek – od Ciebie i ode mnie. Co kupi­li­śmy w zamian?
Wyja­śnie­nie przyszło z nie­ocze­ki­wa­nej strony, bo od samego mistrza, Carla Sagana. W jego ostat­niej książce Miliardy, miliardy znalazło się miejsce na rewe­la­cyjny artykuł Łowcy ponie­dział­ko­wego wieczoru. Astronom słusznie zwrócił w nim uwagę na elementy patrio­ty­zmu i przy­wią­za­nia do grupy. Boiskowi gla­dia­to­rzy repre­zen­tują nasze plemię – kraj lub miasto – w bez­po­śred­niej rywa­li­za­cji z obcymi.

Ale dziś nor­mal­nym zja­wi­skiem jest również kibi­co­wa­nie Man­che­ste­rowi United, Bar­ce­lo­nie, Bay­er­nowi, czy innym drużynom z odle­głych krańców kon­ty­nentu. Mecha­nizm wydaje mi się podobny, lecz dosto­so­wany do epoki glo­ba­li­zmu i zani­ka­nia granic. Po prostu coraz rzadziej wybie­ramy swoich repre­zen­tan­tów przez kry­te­rium geo­gra­ficzne, utoż­sa­mia­jąc się raczej z cha­rak­te­rem zespołu, sposobem gry i ulu­bio­nymi grajkami. Nie jest to aż takie dziwne, skoro lokalne drużyny to i tak zbie­ra­niny piłkarzy i trenerów pocho­dzą­cych z całego świata. Docho­dziło już do tak kurio­zal­nych sytuacji, w których Arsenal Londyn wypusz­czał na boisko jede­nastkę bez ani jednego Anglika, a nasza Pogoń Szczecin składała się niemal z samych przy­by­szów z Ameryki Połu­dnio­wej. Nic dziwnego, że w tych sza­lo­nych czasach, w świecie najem­ni­ków, miesz­ka­niec Londynu czy Szcze­cina czuje się zwol­niony z obo­wiązku trzy­ma­nia kciuków za “swoich”.

Zatem kibi­cu­jemy naszym wybrań­com, dla rozrywki, dla emocji, czasem dla towa­rzy­stwa. Ale nie tylko. Sport to odzwier­cie­dle­nie naszej naj­głę­biej skry­wa­nej natury; niemal zwie­rzę­cej potrzeby rywa­li­za­cji. Pewnie teraz wzru­szy­łeś ramio­nami, bo ta teza wydaje się oczy­wi­sta. Pewnie tak, ale warto sobie uświa­do­mić nie­praw­do­po­dobną potęgę tego instynktu. Spójrz na setki milionów oby­wa­teli cywi­li­zo­wa­nego świata, regu­lar­nie śle­dzą­cych poczy­na­nia swoich pupili. Nawet ci z pozoru nie­za­in­te­re­so­wani łamią się i od czasu do czasu, z czystej cie­ka­wo­ści zerkną na wynik swoich. Ostatni mecz Polska-Niemcy obej­rzało 14 milionów Polaków! Odej­mu­jąc małe dzieci, chorych i pra­cu­ją­cych, otrzy­mu­jemy obraz olbrzy­miej popu­lar­no­ści tego typu zmagań.

Tak trudno zagłu­szyć echo ewolucji. Jesteśmy jak domowy kocur, nie­mo­gący powstrzy­mać się przed atakiem na spotkaną mysz, mimo pod­sta­wio­nej miski gotowego jedzenia. U podstaw tego wszyst­kiego leży pry­mi­tywna żądza walki i zdo­mi­no­wa­nia prze­ciw­nika. Przy­po­mnij sobie genezę nowo­żyt­nych Igrzysk Olim­pij­skich. Imprezy miały krzewić soli­dar­ność, pokój, inter­na­cjo­na­lizm. W zasadzie to prawda, tyle że środkiem do celu stało się prze­rzu­ce­nie potrzeby rywa­li­za­cji z polityki i wojny na bez­pieczne zawody sportowe. Próba godna pochwały.

Progres w stosunku do antyku gdzie pożywkę dla tłuszczy sta­no­wiły krwawe walki na arenie. Ale kto wie? Może w dalekiej przy­szło­ści idea gla­dia­to­rów powróci, na przykład w formie zapre­zen­to­wa­nej w grach z serii Unreal Tour­na­ment? Spo­łe­czeń­stwo zawyje z obu­rze­nia, po czym grzecz­nie zasią­dzie do jatki. Nie­ga­snąca popu­lar­ność teatral­nego wre­stlingu i mniej teatral­nego boksu, dowodzą, że zami­ło­wa­nia do bar­ba­rzyń­skich pokazów prędko nie wyple­nimy. Jeżeli w ogóle podej­miemy taką próbę.

Ja z naturą nie mam zamiaru walczyć. Kanapa moją areną, poduszka tarczą, a pilot orężem. Dlatego idę oglądać kolejny mecz pił­kar­skich Mistrzostw Europy, zaś jutro trzymam kciuki za naszych.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.