5 przykrych prawd o studiowaniu

Myśli, które zaraz z siebie wyleję, prawdopodobnie przeszły przez głowę większości osób, mających okazję doświadczyć studenckiej doli. Ale co tam. Z okazji zbliżającego się końca mojej przygody ze szkolnictwem wyższym (a przynajmniej jej fragmentem – ale zostawmy szczegóły), pofolguję sobie i upublicznię kilka refleksji, które w czasie tych kilku lat nie dawały mi spokoju.

Waszej ocenie pozostawiam, w jakim stopniu odzwierciedlają one rzeczywistość.

1. Studia może skończyć każdy 

Nie każdy kierunek oczywiście. Jednak o jakikolwiek papierek pozwalający formalnie legitymować się wyższym wykształceniem, powalczyć może rzeczywiście każdy. Bez wyjątku. Znany mi jest nawet przypadek osoby dotkniętej klinicznym debilizmem, mężnie walczącej o uzyskanie magicznych trzech literek przed nazwiskiem. Tym bardziej, nie powinni już dziwić studenci reprezentujący postawy fanatyczne lub wywrotowe (również na Wydziale Prawa, a co!),  ocierający się o wczesne stadium menelizmu, czy też żyjący zgodnie z łysą dialektyką filozoficznej szkoły Pragi Południe.

Zabawne jak ta cyrkowa różnorodność, zarezerwowana do niedawna dla szkół (co nie było dziwne, zważywszy na obowiązek szkolny), dziś z równą mocą objawia się również na uczelniach. Gdyby nie kilka detali, niektóre wydziały byłyby niemal nieodróżnialne od przeciętnego LO czy technikum. Znak czasów, w których drzwi do świątyń nauki pozostawia się otwarte na oścież  ku uciesze połowy populacji. Intelektualny egalitaryzm, psia mać.

2. Magister magistrowi nie(?) równy

Usilna próba zagnania jak największej ilości baranów owieczek do uniwersyteckich zagród, przynosi wymierne efekty, w postaci miejsc polskich placówek w renomowanych rankingach. Miejsc w… trzeciej i czwartej setce tychże zestawień. Coś czuję, że gdyby Kazimierz Wielki zmartwychwstał, to po obdukcji truchła “elitarnej” Akademii Krakowskiej, zatęskniłby za glebą. Skoro jednak w skali globalnego i europejskiego szkolnictwa wyższego, nie mamy niczego do zaoferowania, to musimy pasjonować się tym co mamy. Nawet jeśli próby wykazania wyższości jednej polskiej uczelni nad drugą, będą równie godne politowania co kłótnie między kibolami drużyn z okręgówki, o to która gra najlepszą piłkę.

No dobrze, pewne różnice występują, o czym mogę osobiście zaświadczyć jako bywalec dwóch różnych wydziałów. Ale właśnie – uczciwie nie powinniśmy zestawiać jeno samych uniwersytetów, bo zbiorcza ocena może okazać się bardzo krzywdząca. Kontrast widać już na poziomie wydziałów, a czasem nawet katedr czy zakładów. Ciągle mnie zdumiewa, że obok miejscowego WNS, z którego wylecieć można tylko wyskakując przez okno (lokalny suchar), niemal po sąsiedzku funkcjonuje rozsądnie zarządzany WPiA, od lat rywalizujący łeb w łeb z krajową czołówką. Oczywiście nie zmienia to faktu, iż żaden reprezentant rodzimych przybytków nie ma powodów do zadzierania nosa. Zaś wszelkie wojenki między UJ, UW, UŚ, UG czy innym AGH, z perspektywy Caltechu lub Harvardu, muszą przypominać co najwyżej plemienną bitkę na dzidy.

3. Uczący dostosowują się poziomem do uczonych 

Nie ma tu żadnego przypadku. Wszystkie elementy opisywanej układanki – studenci, wykładowcy, sposób zarządzania – składają się na spójny obraz akademickiej Hiroszimy. Przez długi czas będę wspominał doktora, człowieka sympatycznego i przyjaznego, niestety jednocześnie wykazującego objawy niepospolitego oszołomizmu. Zamiast odsyłać nas do czasopism naukowych, wolał chwalić się kolejnymi nowinkami wyczytanymi w pseudonaukowych gazetkach, z których okładek biły tytuły dotyczące UFO i rządu światowego. Racjonalizm poszedł się paść. Znowuż na innym wydziale wykłada pani bez zażenowania wykorzystująca zajęcia do poglądowego i antynaukowego agitowania słuchaczy. Tu zabójcze szczepionki, tam zamach w Smoleńsku, a wszystko to w ramach typowo humanistycznego kierunku studiów. (Zresztą nad tym przypadkiem od dawna pragnę się poznęcać, ale znajoma osoba od której wiem to i owo, na razie nie chce abym upubliczniał szczegóły.)

Ale po co kopać tak daleko, kiedy węgiel leży na wierzchu. Wszyscy słyszeliśmy o specjalistach ze speckomisji Macierewicza, wszyscy też fundowaliśmy sobie soczyste facepalmy po wynurzeniach naukowców pokroju Krysi Pawłowicz, zasiadających w Sejmie. Niby nic wielkiego, a pojedyncze ekscesy nie powinny przekreślać dotychczasowego dorobku i zdobytej wiedzy. Jednak moim zdaniem bycie profesorem, a więc przynależenie do ścisłej intelektualnej elity narodu, zobowiązuje do zachowania poziomu ponad politycznym szambem.

4. Uczymy się głupot

Pół dekady to szmat czasu na poszerzanie horyzontów, wymianę myśli i tworzenie własnego światopoglądu. Łatwo jednak ten okres zmarnotrawić, w czym rodzime uczelnie chętnie pomagają. Wiecie ile godzin przeznacza siatka studiów historycznych na naukę historii? Przerobienie danej epoki to 45 godzin ćwiczeń i 30 wykładów w semestrze (i tyle samo na dzieje krajowe). Niby rozsądne liczby, przynajmniej dopóki nie zestawi się ich z 60 godzinami ćwiczeń i 30 wykładów z… pedagogiki. Do tego psychologie, dydaktyki i inne takie, a nagle okazuje się, że przyszły historyk zna się na wszystkim poza historią. A raczej znać się powinien, bo treść z zajęć z nieszczęsnej pedagogiki można by zawrzeć na 5 stronach notatek. Dodajmy do tego ogromną, na niektórych kierunkach, “ofertę” konwersatoriów i wykładów monograficznych, a okaże się, że większość czasu na uczelni spędza się po prostu na pierdołach. Odczuwają to sami prowadzący, najczęściej dostosowujący się do wszechobecnej fikcji poprzez zadawanie referatów i organizowanie fasadowych egzaminów. Trudno im się dziwić, w końcu dzięki temu łatwiej o etat.

5. Prace dyplomowe to śmieci 

“Nikt nie spodziewa się po was wartościowej pracy naukowej!” To szczere wyznanie, jakie usłyszałem na pierwszym seminarium, z jednej strony mnie uspokoiło, z drugiej zaś brutalnie sprowadzało na ziemię.  Nie będę jednak rozdzierał szat ani zaklinał rzeczywistości. Tak, prace magisterskie, nie wspominając już o licencjackich, z zasady nie wnoszą do nauki niczego. W końcu, jak mogłoby być inaczej? Niedoświadczony młody człowiek rzadko jest w stanie w ciągu kilkunastu miesięcy zgłębić daną dziedzinę na tyle, aby wyciągnąć jakieś wiekopomne wnioski.

Mimo to, kategorycznie nie zgadzam się z opiniami jakoby prace dyplomowe były zupełnie nieprzydatne! Nawet jeśli studenckie wypociny są wtórne i durne, to doświadczenie nabyte podczas ich sporządzania nie pozostaje bez znaczenia. Zakładając oczywiście, że autor pracuje w miarę możliwości samodzielnie. Dla wielu magistrów to pierwsza i ostatnia możliwość liźnięcia metody naukowej i napisania czegoś więcej niż dwustronicowego sprawozdania. W końcu, głupio byłoby wręczyć dyplom osobie, dla której problemem jest posługiwanie się prostą polszczyzną i edytorem tekstu.

Rozróżnisz naukę od science-fiction? 7 ciekawych faktów o Projekcie Manhattan Studenckie wspomnienie: Egzaminacyjna instrukcja polowa