Czytaj dalej

Myśli, które zaraz z siebie wyleję, prawdopodobnie przeszły przez głowę większości osób, mających okazję doświadczyć studenckiej doli. Ale co tam. Z okazji zbliżającego się końca mojej przygody ze szkolnictwem wyższym (a przynajmniej jej fragmentem – ale zostawmy szczegóły), pofolguję sobie i upublicznię kilka refleksji, które w czasie tych kilku lat nie dawały mi spokoju.

Waszej ocenie pozo­sta­wiam, w jakim stopniu odzwier­cie­dlają one rzeczywistość. 

1. Studia może skończyć każdy 

Nie każdy kierunek oczy­wi­ście. Jednak o jaki­kol­wiek papierek pozwa­la­jący for­mal­nie legi­ty­mo­wać się wyższym wykształ­ce­niem, powal­czyć może rze­czy­wi­ście każdy. Bez wyjątku. Znany mi jest nawet przy­pa­dek osoby dotknię­tej kli­nicz­nym debi­li­zmem, mężnie wal­czą­cej o uzy­ska­nie magicz­nych trzech literek przed nazwi­skiem. Tym bardziej, nie powinni już dziwić studenci repre­zen­tu­jący postawy fana­tyczne lub wywro­towe (również na Wydziale Prawa, a co!),  ocie­ra­jący się o wczesne stadium mene­li­zmu, czy też żyjący zgodnie z łysą dia­lek­tyką filo­zo­ficz­nej szkoły Pragi Południe.

Zabawne jak ta cyrkowa róż­no­rod­ność, zare­zer­wo­wana do niedawna dla szkół (co nie było dziwne, zwa­żyw­szy na obo­wią­zek szkolny), dziś z równą mocą objawia się również na uczel­niach. Gdyby nie kilka detali, niektóre wydziały byłyby niemal nie­odróż­nialne od prze­cięt­nego LO czy tech­ni­kum. Znak czasów, w których drzwi do świątyń nauki pozo­sta­wia się otwarte na oścież  ku uciesze połowy popu­la­cji. Inte­lek­tu­alny ega­li­ta­ryzm, psia mać. 

2. Magister magistrowi nie(?) równy 

Usilna próba zagnania jak naj­więk­szej ilości baranów owieczek do uni­wer­sy­tec­kich zagród, przynosi wymierne efekty, w postaci miejsc polskich placówek w reno­mo­wa­nych ran­kin­gach. Miejsc w… trzeciej i czwartej setce tychże zesta­wień. Coś czuję, że gdyby Kazi­mierz Wielki zmar­twych­wstał, to po obdukcji truchła “eli­tar­nej” Akademii Kra­kow­skiej, zatę­sk­niłby za glebą. Skoro jednak w skali glo­bal­nego i euro­pej­skiego szkol­nic­twa wyższego, nie mamy niczego do zaofe­ro­wa­nia, to musimy pasjo­no­wać się tym co mamy. Nawet jeśli próby wyka­za­nia wyż­szo­ści jednej polskiej uczelni nad drugą, będą równie godne poli­to­wa­nia co kłótnie między kibolami drużyn z okrę­gówki, o to która gra naj­lep­szą piłkę.

No dobrze, pewne różnice wystę­pują, o czym mogę oso­bi­ście zaświad­czyć jako bywalec dwóch różnych wydzia­łów. Ale właśnie – uczciwie nie powin­ni­śmy zesta­wiać jeno samych uni­wer­sy­te­tów, bo zbiorcza ocena może okazać się bardzo krzyw­dząca. Kontrast widać już na poziomie wydzia­łów, a czasem nawet katedr czy zakładów. Ciągle mnie zdumiewa, że obok miej­sco­wego WNS, z którego wylecieć można tylko wyska­ku­jąc przez okno (lokalny suchar), niemal po sąsiedzku funk­cjo­nuje roz­sąd­nie zarzą­dzany WPiA, od lat rywa­li­zu­jący łeb w łeb z krajową czołówką. Oczy­wi­ście nie zmienia to faktu, iż żaden repre­zen­tant rodzi­mych przy­byt­ków nie ma powodów do zadzie­ra­nia nosa. Zaś wszelkie wojenki między UJ, UW, UŚ, UG czy innym AGH, z per­spek­tywy Caltechu lub Harvardu, muszą przy­po­mi­nać co najwyżej ple­mienną bitkę na dzidy.

3. Uczący dostosowują się poziomem do uczonych 

Nie ma tu żadnego przy­padku. Wszyst­kie elementy opi­sy­wa­nej ukła­danki – studenci, wykła­dowcy, sposób zarzą­dza­nia – składają się na spójny obraz aka­de­mic­kiej Hiro­szimy. Przez długi czas będę wspo­mi­nał doktora, czło­wieka sym­pa­tycz­nego i przy­ja­znego, niestety jed­no­cze­śnie wyka­zu­ją­cego objawy nie­po­spo­li­tego oszo­ło­mi­zmu. Zamiast odsyłać nas do cza­so­pism nauko­wych, wolał chwalić się kolej­nymi nowin­kami wyczy­ta­nymi w pseu­do­nau­ko­wych gazet­kach, z których okładek biły tytuły doty­czące UFO i rządu świa­to­wego. Racjo­na­lizm poszedł się paść. Znowuż na innym wydziale wykłada pani bez zaże­no­wa­nia wyko­rzy­stu­jąca zajęcia do poglą­do­wego i anty­nau­ko­wego agi­to­wa­nia słu­cha­czy. Tu zabójcze szcze­pionki, tam zamach w Smo­leń­sku, a wszystko to w ramach typowo huma­ni­stycz­nego kierunku studiów. (Zresztą nad tym przy­pad­kiem od dawna pragnę się poznęcać, ale znajoma osoba od której wiem to i owo, na razie nie chce abym upu­blicz­niał szczegóły.)

Ale po co kopać tak daleko, kiedy węgiel leży na wierzchu. Wszyscy sły­sze­li­śmy o spe­cja­li­stach ze speckomisji Macie­re­wi­cza, wszyscy też fun­do­wa­li­śmy sobie soczyste face­palmy po wynu­rze­niach naukow­ców pokroju Krysi Paw­ło­wicz, zasia­da­ją­cych w Sejmie. Niby nic wiel­kiego, a poje­dyn­cze ekscesy nie powinny prze­kre­ślać dotych­cza­so­wego dorobku i zdobytej wiedzy. Jednak moim zdaniem bycie pro­fe­so­rem, a więc przy­na­le­że­nie do ścisłej inte­lek­tu­al­nej elity narodu, zobo­wią­zuje do zacho­wa­nia poziomu ponad poli­tycz­nym szambem.

4. Uczymy się głupot 

Pół dekady to szmat czasu na posze­rza­nie hory­zon­tów, wymianę myśli i two­rze­nie własnego świa­to­po­glądu. Łatwo jednak ten okres zmar­no­tra­wić, w czym rodzime uczelnie chętnie pomagają. Wiecie ile godzin prze­zna­cza siatka studiów histo­rycz­nych na naukę historii? Prze­ro­bie­nie danej epoki to 45 godzin ćwiczeń i 30 wykładów w seme­strze (i tyle samo na dzieje krajowe). Niby rozsądne liczby, przy­naj­mniej dopóki nie zestawi się ich z 60 godzi­nami ćwiczeń i 30 wykładów z… peda­go­giki. Do tego psy­cho­lo­gie, dydak­tyki i inne takie, a nagle okazuje się, że przyszły historyk zna się na wszyst­kim poza historią. A raczej znać się powinien, bo treść z zajęć z nie­szczę­snej peda­go­giki można by zawrzeć na 5 stronach notatek. Dodajmy do tego ogromną, na nie­któ­rych kie­run­kach, “ofertę” kon­wer­sa­to­riów i wykładów mono­gra­ficz­nych, a okaże się, że więk­szość czasu na uczelni spędza się po prostu na pier­do­łach. Odczu­wają to sami pro­wa­dzący, naj­czę­ściej dosto­so­wu­jący się do wszech­obec­nej fikcji poprzez zada­wa­nie refe­ra­tów i orga­ni­zo­wa­nie fasa­do­wych egza­mi­nów. Trudno im się dziwić, w końcu dzięki temu łatwiej o etat. 

5. Prace dyplomowe to śmieci 

“Nikt nie spo­dziewa się po was war­to­ścio­wej pracy naukowej!” To szczere wyznanie, jakie usły­sza­łem na pierw­szym semi­na­rium, z jednej strony mnie uspo­ko­iło, z drugiej zaś bru­tal­nie spro­wa­dzało na ziemię.  Nie będę jednak roz­dzie­rał szat ani zaklinał rze­czy­wi­sto­ści. Tak, prace magi­ster­skie, nie wspo­mi­na­jąc już o licen­cjac­kich, z zasady nie wnoszą do nauki niczego. W końcu, jak mogłoby być inaczej? Nie­do­świad­czony młody człowiek rzadko jest w stanie w ciągu kil­ku­na­stu miesięcy zgłębić daną dzie­dzinę na tyle, aby wycią­gnąć jakieś wie­ko­pomne wnioski.

Mimo to, kate­go­rycz­nie nie zgadzam się z opiniami jakoby prace dyplo­mowe były zupełnie nie­przy­datne! Nawet jeśli stu­denc­kie wypociny są wtórne i durne, to doświad­cze­nie nabyte podczas ich spo­rzą­dza­nia nie pozo­staje bez zna­cze­nia. Zakła­da­jąc oczy­wi­ście, że autor pracuje w miarę moż­li­wo­ści samo­dziel­nie. Dla wielu magi­strów to pierwsza i ostatnia moż­li­wość liź­nię­cia metody naukowej i napi­sa­nia czegoś więcej niż dwu­stro­ni­co­wego spra­woz­da­nia. W końcu, głupio byłoby wręczyć dyplom osobie, dla której pro­ble­mem jest posłu­gi­wa­nie się prostą pol­sz­czy­zną i edytorem tekstu.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.