Sukces Apollo 11 udowadnia, że gatunek ludzki jest zdolny do rzeczy wielkich. Z kolei los załogi Apollo 1 brutalnie przypomina, że realizacja najambitniejszych celów najczęściej wymaga zapłaty najwyższej ceny.

Czekają nas porażki.

John Glenn

Już niebawem minie równe pół wieku od naj­słyn­niej­szego spaceru w historii ludz­ko­ści. W lipcu 1969 roku, nie­ży­jący już Neil Arm­strong, jako pierwszy człowiek w historii, postawił stopę na obcym globie. Powie­dzieć o tym wyda­rze­niu, że było ono wielkim osią­gnię­ciem – to jakby nie powie­dzieć niczego. Pomy­śl­cie o tym. Potrze­bo­wa­li­śmy zaledwie 66 lat, aby przejść od pry­mi­tyw­nego dwupłatu Orville’a i Wilbura Wright do monu­men­tal­nej rakiety Saturn V. To skok tech­niczny, naukowy i mentalny bez pre­ce­densu.

Tak łatwo zapo­mnieć, że legen­darny program Apollo zaliczył naj­gor­szy możliwy start. Jeszcze zanim kto­kol­wiek oderwał się od ziemi, podczas ruty­no­wego testu zginęła cała załoga Apollo 1.


“Apollo: Droga na Księżyc“
2 lipca — National Geo­gra­phic — 21.00

50. rocznica odbicia ludzkiej stopy w księ­ży­co­wym rego­li­cie to moment szcze­gólny i zasłu­guje na upa­mięt­nie­nie. Z tej okazji tele­wi­zja National Geo­gra­phic przy­go­to­wała coś spe­cjal­nego dla wszyst­kich entu­zja­stów astro­nau­tyki i astro­no­mii. Każdy wtorkowy wieczór, przez cały lipiec, będzie poświę­cany wyłącz­nie pro­gra­mom opo­wia­da­ją­cym o eks­plo­ra­cji kosmosu.

Na szcze­gólne pole­ce­nie zasłu­guje dokument Apollo: droga na Księżyc, reży­se­ro­wany przez laureata Emmy – Toma Jen­ningsa. Obraz inte­re­su­jący, bo oparty niemal wyłącz­nie o mate­riały NASA oraz ówczesne relacje medialne. Gratka zarówno dla fanów astro­nau­tyki, jak i pasjo­na­tów historii. Premiera w naj­bliż­szy wtorek o godzinie 21.00.




Przygotowania do misji

Wbrew nomen­kla­tu­rze, Apollo 1 nie stanowił samego początku całego programu. Od sześciu lat NASA orga­ni­zo­wała spraw­dziany kolej­nych wersji pro­jek­to­wa­nej rakiety nośnej – ozna­czane jako Saturn-Apollo. W lutym 1967 pla­no­wano przej­ście w decy­du­jący etap przed­się­wzię­cia. Nowy sprzęt miał po raz pierwszy posłużyć do wynie­sie­nia na orbitę trzech ludzi.

Załoga Apollo 1: Ed White, Guss Grissom i Roger Chaffee.

Dowódca, Guss Grissom, należał do siódemki pierw­szych ame­ry­kań­skich astro­nau­tów zaan­ga­żo­wa­nych w program Mercury. Co ciekawe, już raz znalazł się w sytuacji śmier­tel­nego zagro­że­nia. Na koniec misji Mercury 4, już po udanym wodo­wa­niu, doszło do nie­ocze­ki­wa­nego wysa­dze­nia włazu kapsuły (zapa­mię­taj­cie ten fakt, a doce­ni­cie ponurą ironię losu). Niewiele bra­ko­wało aby Grissom utonął. Drugim człon­kiem zespołu był Edward White. Zdobył on sławę w czasie misji Gemini 4, doko­nu­jąc drugiego (po Alek­sieju Leonowie) spaceru kosmicz­nego. Naj­młod­szy, Roger Chaffee, pier­wot­nie należał do rezer­wo­wych i dopiero czekał na debiut. Trafił do ekipy za doświad­czo­nego Johna Glenna, który zwichnął bark… pośli­zgu­jąc się w łazience. Możemy sobie tylko wyobra­żać radość Chaf­fe­ego, na wieść o nagłym awansie w hie­rar­chii i zwięk­sze­niu szans na zapi­sa­nie swojego nazwiska na kartach historii.

Plan był prosty. 21 lutego rakieta Saturn w warian­cie IB miała wynieść moduł wraz z astro­nau­tami na niską orbitę, gdzie pozo­sta­liby przez dwa tygodnie, po czym bez­piecz­nie powró­cili do domu. Jak to zwykle bywa, moment startu poprze­dzały żmudne treningi ludzi i spraw­dziany sprzętu. To właśnie jedną z takich ruty­no­wych symu­la­cji – tak zwany “test wtyczek” – prze­pro­wa­dzano popo­łu­dniu 27 stycznia 1967 roku, na sta­no­wi­sku star­to­wym nr 34 Centrum Kosmicz­nego na Przy­lądku Cana­ve­ral.

Moduł dowo­dze­nia dla misji Apollo 1.

Panowała atmos­fera piąt­ko­wego odprę­że­nia. Kil­ku­go­dzinny test zbliżał się ku końcowi, wszyscy mieli niebawem rozejść się do domów na weekend. Jedną z kwestii wciąż pozo­sta­wia­ją­cych wiele do życzenia, sta­no­wiła łączność radiowa. Komu­ni­ka­cji towa­rzy­szyły iry­tu­jące cięcia i szumy, mimo że tech­ni­ków dzieliło od kapsuły jedynie kil­ka­na­ście metrów. Jak celnie zauważył Guss Grissom: “Chcemy poro­zu­mie­wać się z Księ­ży­cem, a nie możemy roz­ma­wiać siedząc trzy budynki od siebie”. Około 18.30 kon­tro­le­rzy usły­szeli w słu­chaw­kach nie­wy­raźne słowa:

Ogień! Mamy tu ogień!

W innej sytuacji wywo­ła­łoby to natych­mia­stową reakcję, jednak tym razem doszło do kil­ku­se­kun­do­wego zawa­ha­nia. W har­mo­no­gra­mie prze­wi­dziano miejsce na ćwi­cze­nia w sytuacji awa­ryj­nej, więc w pierw­szym odruchu pra­cow­nicy mieli prawo potrak­to­wać komu­ni­kat jako część treningu. Dopiero dalsze, trudne do zro­zu­mie­nia okrzyki prze­ko­nały wszyst­kich, że coś poszło nie tak. Inspek­tor kontroli Henry Rogers, główny mechanik Jim Gleaves wraz z kilkoma innymi osobami chwycili za gaśnice i ruszyli windą do białego pokoju – nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia bez­po­śred­nio przy­le­ga­ją­cego do modułu. Gdy dotarli na miejsce, w panice nie mogli znaleźć klucza imbu­so­wego koniecz­nego do otwarcia włazu od zewnątrz. Tym­cza­sem w nie­wiel­kim okienku pojawił się poma­rań­czowy błysk. Tak naprawdę nie było żadnych szans na udaną akcję ratun­kową. Grissom, White i Chaffee zginęli w ciągu 14–20 sekund od zapłonu.

Mimo że minęło prawie 40 lat, wspo­mnie­nia są bardzo świeże. (…) Nadal słyszę krzyki moich kolegów z zespołu, gdy pró­bu­jemy otworzyć włazy. Nadal widzę pło­mie­nie zbli­ża­jące się do rakiety Solid Booster zamon­to­wa­nej na szczycie statku kosmicz­nego. Pamiętam moje nadzieje, że kom­bi­ne­zony astro­nau­tów utrzy­mają ich, aż zdołamy wejść.

~ Steve Clemmons, jeden z tech­ni­ków

Wzra­sta­jące ciśnie­nie w końcu roz­sz­czel­niło kapsułę, omal nie raniąc samych ratow­ni­ków. Gęsty dym i roz­grzane powie­trze bły­ska­wicz­nie opa­no­wały pokój. Dostępne maski gazowe zostały zapro­jek­to­wane do ochrony przed tok­sy­nami towa­rzy­szą­cymi trans­por­towi paliwa rakie­to­wego i okazały się bez­u­ży­teczne podczas pożaru. Męż­czyźni zapewne zdawali sobie sprawę, że załoga już spłonęła, ale i tak musieli za wszelką cenę zwalczyć ogień. Wie­dzieli, że gdyby pło­mie­nie dotarły do wypeł­nio­nej paliwem rakiety, eks­plo­zja zabiłaby wszyst­kich obecnych w ośrodku. Jednak mimo chaosu, duszą­cego dymu i fru­wa­ją­cych wszędzie parzą­cych drobin – w końcu sytuację opa­no­wano.

Ska­fan­der astro­nauty Rogera Chaf­fe­ego.

Prze­bi­cie się przez trzy warstwy włazu i wdarcie się do modułu trwało ponad cztery minuty. Wewnątrz ratow­nicy zastali maka­bryczny widok. Tuż pod wejściem leżały sklejone ciała Grissoma i White’a, którzy ewi­dent­nie pró­bo­wali dotrzeć do klapy. Chaffee spo­czy­wał na spalonym fotelu, w czę­ściowo sto­pio­nym ska­fan­drze. Po kwa­dran­sie na miejscu pojawili się lekarze, strażacy i śledczy. Okazało się, że ska­fan­dry uchro­niły astro­nau­tów przed cał­ko­wi­tym zwę­gle­niem, a same zgony nastą­piły bły­ska­wicz­nie na skutek zacza­dze­nia.

Kosztowna lekcja

Jak doszło do tak tra­gicz­nego wypadku podczas pospo­li­tego testu? Przede wszyst­kim musimy zwrócić uwagę na to, czym mieli oddychać astro­nauci. Nie było to zwykłe powie­trze, lecz czy­ściutki tlen – a ten, jak pewnie wiecie z lekcji chemii – bardzo lubi się z ogniem. Chodziło oczy­wi­ście o oszczęd­ność. W NASA rozu­mo­wano w nastę­pu­jący sposób: zamiast wynosić w prze­strzeń kilogram powie­trza zawie­ra­ją­cego 21% życio­daj­nego tlenu, lepiej zapa­ko­wać 1/5 kilo­grama samego tlenu. Miało to również sens kon­struk­cyjny, bo zmniej­szało różnicę ciśnień między wnętrzem statku a kosmiczną próżnią. (Warto tu jednak pod­kre­ślić, że podczas samego testu ciśnie­nie wewnątrz kabiny było nawet wyższe niż atmos­fe­ryczne!) Obecnie, choćby na pokła­dzie ISS, stosuje się mie­szanki bliższe składem i ciśnie­niem ziem­skiej atmos­fe­rze.

Naj­bar­dziej prze­wrotna wydaje się kwestia włazu. Jak wspo­mnia­łem, kilka lat przed wypad­kiem Guss Grissom ledwo uszedł z życiem, gdy drzwi do wodu­ją­cej kapsuły uległy przed­wcze­snemu otwarciu, a wła­ści­wie wywa­le­niu. Statek Liberty Bell 7 wypo­sa­żono wtedy w system awaryjny, który w razie zagro­że­nia powinien zare­ago­wać odpa­le­niem drobnego ładunku wysa­dza­ją­cego drzwi. Ten sam patent, który niemal zabił Grissoma podczas misji Mercury 4, w czasie pożaru Apollo 1 mógłby mu uratować życie. Niestety w tym przy­padku podob­nego zabez­pie­cze­nia nie było, zaś sam mecha­nizm otwie­ra­jący właz od zewnątrz, zapro­jek­to­wano zupełnie bez wyobraźni. Jak gdyby wszyscy inży­nie­ro­wie mieli na uwadze zagro­że­nia czy­ha­jące w kosmosie, ale w ogóle nie brali w rachubę ewen­tu­al­nych awarii na Ziemi. Tu tragedia również wymusiła rady­kalne zmiany. W kolej­nych modułach sto­so­wano cięższą, ale jed­no­litą klapę, możliwą do ruszenia z zewnątrz w pięć sekund, podczas gdy dotąd trwało to minimum 90 sekund. I to w opty­mal­nych warun­kach.

Spalone wnętrze modułu dowo­dze­nia.

A jak doszło do samego zapłonu w kabinie? Praw­do­po­dob­nie wystar­czyła drobna iskra, jaka wydo­stała się z jakiegoś postrzę­pio­nego przewodu, gdzieś pod fotelem dowódcy. Czysty tlen i łatwo­palne mate­riały zała­twiły resztę.

Spuścizna Apollo 1

Kata­strofa z 1967 roku wywołała wielkie poru­sze­nie. Nawet nie przez sam fakt śmierci trzech ludzi, co w związku z oko­licz­no­ściami. Dobrze oddają to słowa uczest­nika misji Apollo 7, Walta Cun­nin­ghama:

Od początku spo­dzie­wa­li­śmy się, że stracimy co najmniej jedną załogę, zanim uda nam się wylą­do­wać na Księżycu. (…) Nie spo­dzie­wa­li­śmy się jednak, że stracimy ludzi jeszcze na Ziemi.

~ Walter Cun­nin­gham

Inte­re­su­jącą kon­klu­zją podzie­lił się również pra­cow­nik NASA, John Tribe:

Mam subiek­tywne odczucie, że bez straty z 1967 roku, mogli­by­śmy dosłow­nie nigdy nie dostać się na Księżyc. To, czego dowie­dzie­li­śmy się w związku z tym wypad­kiem, uczyniło program bez­piecz­niej­szym.

~ John Tribe

Czytając relacje z tamtego okresu łatwo spo­strzec, że nie jest to wcale kon­tro­wer­syjna ani odosob­niona opinia. Do tego feral­nego dnia NASA gnała na złamanie karku. Trwał pro­pa­gan­dowy wyścig kosmiczny, zaś Ameryka na gwałt potrze­bo­wała sukcesów, które przy­ćmi­łyby dotych­cza­sową przewagę Związku Radziec­kiego. W takich warun­kach błędy się namna­żały i nawar­stwiały. Po Apollo 1 program wyraźnie zwolnił, a inży­nie­ro­wie nie tylko mogli, ale wręcz musieli raz jeszcze przyj­rzeć się każdej śrubce, każdemu kabel­kowi i każdemu punktowi pro­ce­dury.

W wielu miej­scach można natknąć się na tezę, jakoby po pożarze całe przed­się­wzię­cie zawisło na włosku. Jest to raczej hiper­bola, gdyż w ówcze­snym klimacie poli­tycz­nym pogo­dze­nie się z porażką i odwo­ła­nie przed­się­wzię­cia nie wcho­dziło w grę. Niemniej, łatwo wyobra­zić sobie jak mocno tragedia zszar­gała morale spo­łe­czeń­stwa i samych astro­nau­tów. Przecież trzy osoby zginęły nawet nie wycho­dząc poza atmos­ferę, w począt­kach projektu!

Szczę­śli­wie deter­mi­na­cja zwy­cię­żyła nad emocjami.

Ile jesteśmy w stanie poświęcić?

Pozo­staje zadać sobie pytanie, jak zare­ago­wa­łaby NASA, politycy i my sami, gdyby taka tragedia przy­da­rzyła się dzisiaj? Nie są to czcze roz­wa­ża­nia, lecz problem, z którym znów przyj­dzie nam się zmierzyć, choćby w per­spek­ty­wie zało­go­wej misji na Marsa. Co stanie się, jeżeli już pierwsza misja na Czerwoną Planetę zakończy się kom­plet­nym fiaskiem i przy­nie­sie śmierć załogi? Nie łudźmy się, taki sce­na­riusz pozo­staje mocno praw­do­po­dobny. A gdy już dojdzie do tragedii, natych­miast usły­szymy chór tysiąca głów, wzy­wa­ją­cych do natych­mia­sto­wego wstrzy­ma­nia programu i nie­ry­zy­ko­wa­nia życiem kolej­nych mężczyzn i kobiet.

Czy tego chcemy czy nie, taka jest cena eks­plo­ra­cji nie­zna­nego. Sukces wymaga żelaznej kon­se­kwen­cji.

Literatura uzupełniająca:
R. Godwin, Apollo 11. Historia podboju kosmosu, przeł. A. Markowski, Warszawa 2005;
N. Mailer, Na podbój Księżyca, przeł. E. Adamska, Warszawa 1978;
H. Lindsay, Tracking Apollo to the Moon, Londyn 2001;
E. Berger, The hell of Apollo 1: Pure oxygen, a single spark, and death in 17 seconds, [online: arstechnica.com/science/2017/01/the-hell-of-apollo-1-pure-oxygen-a-single-spark-and-death-in-17-seconds/];
S. Clemmons, Why Jarrah White Is Wrong About Apollo, [online: as204.blogspot.com/2009/09/real-heroes-by-stephen-clemmons.html?m=1];
K. Rogers, Heat and Ashes: The Untold Story of the Apollo 1 Fire, [online: vice.com/en_us/article/9adbba/apollo-fire-feature].
  • Konrad Ran­dom­ski

    Szcze­gól­nie ciekawa jest teoria, w której przy­czyną zapłonu były… velcro, czyli jakże popu­larne rzepy. Nie udało się z całą pew­no­ścią stwier­dzić co było przy­czyną wypadku, jednak w następ­nych wersjach modułu znacznie ogra­ni­czono ilość velcro. Dzięki za fajny artykuł!

    • zły porucz­nik

      Raczej iskra prądu elek­trycz­nego, która z prze­tar­tego przewodu, dep­ta­nego nogsmi tech­ni­ków, prze­sko­czyła na rzepy velcro lub łatwo­palną wyściółkę.

  • Dariusz Olejnik

    Oglądam właśnie ów dokument na National Geo­gra­phic, i zain­te­re­so­wała mnie kwestia flagi na księżycu. To jak to jest z tym jej rzekomym powie­wa­niem? To edycja zdjęcia zrobiona dla efek­ciar­stwa, czy możliwe są tam ruchy jakichś gazów, czy coś? Jeśli to pierwsze, to trochę dziwi wyko­rzy­sta­nie lekko pro­pa­gan­do­wych mate­ria­łów w takim doku­men­cie, ale pewnie nic lepszego nie było. Pytam, bo kto to robi, ten nie błądzi. 😉

    • Marcin Królak

      ona jest zwy­czaj­nie pognie­cona…

  • Marcin Królak

    lot na Księżyc to nie­sa­mo­wite przed­się­wzię­cie, ile tam rzeczy trzeba było ze sobą zgrać. Kiedyś, chyba Disco­very była świetna seria na ten temat roz­pa­tru­jąca każdy aspekt misji osobno… z jednej szkody, że dziś nie mamy takich ambicji, i coraz rzadziej spo­glą­damy w niebo.

  • Wojciech Nowa­kow­ski

    Drobna uwaga do lite­ra­tury uzu­peł­nia­ją­cej — nie M. Norman, tylko N. Mailer — Norman (imię) Mailer (nazwisko), słynny pisarz ame­ry­kań­ski. Nawiasem mówiąc, ciekawa książka, czytałem kilka lat temu.

  • Dariusz Olejnik

    Dzięki za link i info. To już mogli nie paja­co­wać i wbić tą flagę przy pomocy dwóch tyczek. 🙂

  • Mar­ko­nius

    Elek­try­zu­jący fragment historii rozwoju astro­nau­tyki, która cała jest fascy­nu­jąca. Poznałem ten temat dzięki świetnej książce “Kierunek Księżyc” — polecam. Autorzy: „Deke” Slayton, Alan Shepard, przed­mówca: Neil Arm­strong… czy trzeba lepszej reko­men­da­cji?

  • zły porucz­nik

    Para­dok­sal­nie to Gus Grissom był jednym z naj­bar­dziej nie­za­do­wo­lo­nych z modułu dowo­dze­nia Block I. Po pierw­szej próbie, w fabryce pro­du­centa modułu w Downey w Kali­for­nii, Grissom po wyjściu z kapsuły na znak co sobie o tym wynal­zaku myśli, zostawił na symu­la­to­rze cytrynę.Ten pożar pocią­gnął za sobą jeszcze jedną ofiarę śmier­telną — była nią Pat White, żona Eda. Po śmerci męża popadła w ciężka depresje, miała próbę samo­bój­czą w 1968 r, osta­tecz­nie udaną w 1983 r, praw­do­podb­nie po wykryciu raka. Nigdy się z owej depresji zresztą nie wyzwo­liła.