“Seaspiracy” – ciemne strony tendencyjnego dziennikarstwa

Zapłakany reżyser, umykająca kamera, prośby o wyłączenie nagrywania, ujęcia z kolana i rzut na ścigający radiowóz. Od pierwszych minut Seaspiracy gra na emocjach, a wszystko po to, by sprzedać określoną wizję świata.

Ali Tabrizi jest dokumentalistą Netflixa, a Seaspiracy (pl. Ciemne strony rybołówstwa) to druga jego produkcja po Vegan 2018. Od momentu premiery 24 marca zyskuje on coraz większy rozgłos i aprobatę widzów. Średnia ocen na IMDb i Filmweb to odpowiednio 8,3/10 i 8,2/10. Tak bezkrytyczne przyjęcie tego obrazu przez publikę, niestety świadczy o braku czasu i chęci na kontrolę przedstawionych treści. Szkoda, bo po wysłuchaniu tego, co o Seaspiracy mają do powiedzenia portale, instytucje oraz ludzie od lat zaangażowani w ochronę oceanów – w tym także przywołane w materiale, jak Plastic Pollution Coalition[1], Oceana[2] oraz Earth Island Institute[3] – produkcja Netflixa mocno traci na wiarygodności.

Organizacje zarzucają Tabriziemu liczne manipulacje, wyrywanie wypowiedzi z kontekstu, a nawet powielanie teorii spiskowych. David Phillips, dyrektor International Marine Mammal Project, powiązanego z Earth Island Institute jednoznacznie ocenił dokument jako szkodliwy:

Zajmując się tak istotnymi tematami, Seaspiracy niestety czyni niedźwiedzią przysługę niezliczonym organizacjom, podejmującym ogromny wysiłek w ochronie oceanów i morskiego życia. Nie dziwi więc, że New York Times skrytykował film za motanie rozmówców w tendencyjne pytania i zanurzanie się w morzu mrocznego spiskowego myślenia[4].

David Phillips

O co tyle krzyku?

Od pierwszych minut Seaspiracy Ali Tabrizi buduje swój wizerunek niezłomnego dziennikarza śledczego, który jako pierwszy odważył się głośno wyartykułować problemy rzekomo dotąd pomijane, czy wręcz tuszowane przez naukowców i aktywistów. Nie wstydzi się przypisać sobie palmy pierwszeństwa w sygnalizowaniu zagadnień, które od lat stanowią obiekt troski największych instytucji ekologicznych oraz środowiska akademickiego. Lekkomyślnie kwestionuje ciężką pracę tysięcy działaczy, na co dzień podejmujących wysiłki na rzecz ochrony przyrody.                

Według Brytyjczyka istnieje tylko jedna prawdziwa przyczyna tragedii morskich ekosystemów. Rybołówstwo. I nie chodzi wyłącznie o kulinarne fanaberie w postaci zupy z płetwy rekina czy wielorybiego mięsa, lecz o wszelkie morskie organizmy lądujące na talerzu. W sytuacji, gdy dla 3 miliardów ludzi na całym globie ryby stanowią główne źródło białka[5] apel o całkowite ich wykluczenie z jadłospisu należy uznać za naiwny i niekonstruktywny[6]. Tabrizi autorytatywnie stwierdza, że zrównoważone rybołówstwo nie istnieje, a cały koncept to przykrywka, pozwalająca kontynuować niegodziwe praktyki rybaków. Wobec tego, jedyną drogą pozostaje zupełna rezygnacja z eksploatacji mórz.

Jest to chyba najbardziej szkodliwa i kłamliwa teza, na której zasadza się narracja Seaspiracy. W tzw. Agendzie 2030, przyjętej przez ONZ w 2015 roku, Cel 14 poświęcono w zupełności ochronie oceanów i zasobów morskich[7]. Zwrócono uwagę na przełowienie światowych łowisk i spustoszenia morskich habitatów. Podkreślono potrzebę zapewnienia lokalnym rybakom łowiącym na małą skalę dostęp do rynków i zasobów morskich; jednocześnie wskazując na konieczność ustanowienia surowszych regulacji dla wielkoskalowych przedsięwzięć. W punkcie znalazło się także miejsce na wyzwania, jakie mogą stanąć na drodze do realizacji wytyczonych celów: ograniczone zasoby ludzkie, konflikty państwowe o granice morskie oraz potrzeby lokalnych społeczności. Wszystko to dokumentalista w swym materiale wygodnie przemilcza[8].

Naukowcy i media milczo!

Film kreuje wizję rzeczywistości, w której ekolodzy i naukowcy konsekwentnie bagatelizują wpływ komercyjnego rybołówstwa na oceany. Wystarczy jednak nawet pobieżny research w Google, żeby przekonać się jak bardzo zarzut Tabriziego jest bezzasadny. National Geographic, Hakai Magazine, szereg medialnych gigantów (jak choćby The Guardian), a także oficjalne strony WWF, Greenpeace czy pozostałych organizacji od lat poświęcają obszerne artykuły tzw. sieciom widmo porzucanym przez rybaków, stanowiącym zagrożenie dla żółwi, fok oraz pozostałych zwierząt. Podobnie sporo miejsca przeznacza się szkodliwym metodom poławiania (jak m.in. wspomniane w filmie trałowanie, które niczym buldożer pustoszy oceaniczne dno). Szeroko omawiane są także pozostałe powody, przez które morskie życie jest w niebezpieczeństwie – zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie plastikiem itd.

W Seaspiracy słyszymy dziennikarza George’a Monbiota stwierdzającego:

Nawet grupy, które mówią o problemie plastiku nie mówią o tym, czym jest duża jego część. To sieci i sprzęt rybacki. (…) Skoro to tak oczywiste, dlaczego nikt o tym nie mówi? Dlaczego kampanie przeciwko plastikowi nie wspominają o rybołówstwie?

George Monbiot

Tabrizi rozważa: Jeśli to prawda, dlaczego nigdy o tym nie słyszałem?

Dobre pytanie, bo przy tak obszernej ilości materiału dostępnego w (nomen omen) sieci trzeba się starać, aby na żaden nie trafić.

Manipulacje Tabriziego sięgają głębiej. Zadaje tendencyjne pytanie, dlaczego organizacje ekologiczne trąbią o plastikowych słomkach i opakowaniach, jednocześnie kompletnie przemilczając problem porzuconego sprzętu rybackiego. Sęk w tym, że nie przemilczają, a wręcz głośno i często go podnoszą. Dowodzi tego raport WWF z 2020 roku[9], który w całości skupia się właśnie na sieciach widmo. Tytuł: Stop ghost gear. The most deadly form od marine plastic debris, nie pozostawia wątpliwości, że twórcy tekstu są świadomi palącej potrzeby rozwiązania kwestii zalęgającego w głębinach sprzętu rybackiego. Co więcej, w raporcie padają konkretne zalecenia[10].

Media o rybackich sieciach widmo
Dlaczego nikt o tym nie mówi? Dlaczego wszyscy milczą?! A nie, czekaj…

Zatem, porady jak najbardziej istnieją, lecz – co zrozumiałe dla każdego rozsądnego człowieka – są kierowane przede wszystkim do rządów i przedsiębiorstw.

Co do opinii publicznej – nie wiem jak dokumentalista, ale ja nie pamiętam kiedy ostatnim razem pozbywałam się starej sieci rybackiej. Wiem natomiast, że każdy przeciętny konsument codziennie generuje sterty plastikowych reklamówek, butelek, słomek, worków i tak dalej. A to właśnie do przeciętnego konsumenta kierowane są na ogół poradniki ekologicznych fanpejdży i stron internetowych.

Brytyjski reżyser nie ogranicza się wyłącznie do zasygnalizowania problemu zindustrializowanego rybołówstwa, które istotnie ma sporo na sumieniu, ale kategorycznie stwierdza, że połowy same w sobie są znacznie groźniejsze dla morskich ekosystemów niż globalne ocieplenie i zanieczyszczenie plastikiem. Takie stanowisko nie ma podstaw naukowych i wręcz szkodzi sprawie. Zgubny wpływ na odbiorców widać już w komentarzach pod filmem w rodzaju “czyli plastikowe słomki to jednak bujda i ktoś trzepie na tym kasę”. Seaspiracy przyczynia się do podważania i niszczenia wieloletnich wysiłków ekologów w walce z zanieczyszczeniem morskich ekosystemów.

Konik morski "surfer ścieków"
Słynne zdjęcie z 2017 roku przedstawiające skalę zanieczyszczenia oceanów plastikiem. Konik został nazwany “surferem ścieków”.

Kwestią nie jest stwierdzenie, że dryfujący plastik jest ważniejszy niż mordowanie delfinów czy na odwrót. Wszystkie realnie oddziałujące na oceany czynniki są równie istotne i są brane pod uwagę przez aktywistów i badaczy na całym świecie od dekad. Wystarczy śledzić ich działalność, czego Tabrizi najwyraźniej nie robi.

Emocje zamiast faktów

Tabrizi nie tylko w swoim filmie kłamie, ale stosuje również szantaż emocjonalny i moralny. Nie opowiada historii, za to narzuca swój punkt widzenia. Ten ton podsyca narracyjny chaos i przeskakiwanie z jednego tematu na drugi, często bez faktycznego związku. W materiale o rybołówstwie zdołał upchnąć niewolnictwo, nieuczciwy marketing oraz piractwo. To wszystko też są istotne zagadnienia, ale po jakimś czasie nie wiadomo już, czy tematem dokumentu jest ekologia, czy problemy społeczne.

Sporo miejsca reżyser poświęcił tajlandzkim niewolnikom na morzu, pomijając całkowicie szerszy geopolityczny kontekst. Niewolnictwo dotyka tam nie tylko rybaków, ale też innych grup zawodowych. Najczęściej przyczyną są ubóstwo i desperacja ludzi, wykorzystywanych przez nieuczciwych przedsiębiorców-przestępców. Gdy swego czasu sporo mówiło się o niewolnikach w chińskich fabrykach taniej odzieży, nikt nie wychodził z postulatem zaprzestania noszenia ubrań w ogóle. Tabrizi cynicznie wykorzystuje tragedię ludzką instrumentalnie dla swojej krucjaty. Cały epizod w filmie jest dodatkowo mocno obudowany emocjami – trzęsący się obraz, nagłe przerwanie wywiadu, sugestywna animacja prześladowania rybaka. Każdy z tych zabiegów nastawiony jest na manipulowanie widzem.

Podobnie zresztą wyglądały sceny kręcone w japońskim miasteczku Taiji, utrzymane w konwencji thrillera klasy B. Na marginesie, Tabrizi wcale nie jest demaskatorem morderczego procederu w Taiji, choć wyraźnie próbuje się w takiej roli obsadzić. Już w 2009 roku powstał, nie pozbawiony kontrowersji, acz nagrodzony Oscarem za najlepszy film dokumentalny The Cove (pl. Zatoka delfinów). Zaś w 2016 premierę miał A Whale of a Tale, oceniany jako bardziej wyważony, dający prawo wypowiedzi samym wielorybnikom.

Film dokumentalny The Cove
Problem mordowania delfinów w Taiji został przedstawiony dawno temu m.in. w dokumencie The Cove.

Attenborough płakał jak oglądał

Dokumentalista Netflixa wśród swoich idoli chętnie wymienia Davida Attenborougha, ale ewidentnie nie wyciągnął z jego warsztatu żadnej użytecznej lekcji. Sędziwy popularyzator nigdy nie posuwał się do konfabulacji, unikał tanich chwytów. Kadry jego filmów mówią za siebie, a on sam nie narzuca nikomu swej wizji, choć prezentowane przez niego obrazy bywają rozdzierające i przygnębiające.

Naprawdę rozumiem pobudki reżysera Seaspiracy – troskę o naturę, oceany i żyjące organizmy. Przemysł wielorybniczy i rzeź rekinów zasługują na potępienie podobnie jak hiszpańska corrida. Szczytna idea nie rozgrzesza jednak Aliego Tabriziego z licznych manipulacji i bezczelnej gry na emocjach. Zwłaszcza, że ostrze jego krytyki zostało wycelowane nie tylko w prawdziwych winowajców, lecz głównie w tych, którym faktycznie zależy.

Weronika Cygan

Krowia konspiracja – słowo od Adama
Poza analizowanym przez Weronikę Seaspiracy na Netflixie można również znaleźć starszy film Cowspiracy w reżyserii Kipa Andersena. Produkcje łączy tak wiele, że w zasadzie można je uznać za klony, bliźniacze zarówno pod względem sensacyjnej formy jak i manipulanckiej treści. Nawet Andersen – wiecznie zszokowany, nieustraszony młody demaskator – wydaje się kopią Tabriziego (lub na odwrót). Co najgorsze, obaj autorzy wypełniając swoją misję krzewienia wegańskiej wizji rzeczywistości, jednocześnie ostentacyjnie deprecjonują inne inicjatywy, jak dążenie do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, oszczędzanie wody czy unikanie plastiku na poziomie konsumenckim. Zamiast zachęty do podejmowania kolejnych drobnych kroczków, otrzymujemy sugestię, że starania widza nic nie znaczą, przynajmniej dopóki globalnie nie zmienimy naszego jadłospisu. Dlatego zarówno Seaspiracy jak i Cowspiracy postrzegam jako twory, które w ostatecznym rozrachunku przyniosą więcej złego niż dobrego.

[+]
Tym, którzy są zbyt zajęci na opasłe książki – recenzja “Astrofizyki dla zabieganych” Sekrety III populacji gwiazd – recenzja książki “Pierwsze światło” Geneza gwiazd i papieru toaletowego – recenzja “Początków (prawie) wszystkiego”