Anja Røyne z Uniwersytetu Oslo dokonała przeglądu chemicznej menażerii budującej nasze ciała i domy, a ja z uwagą przyjrzałem się jej ostatniej publikacji.

Układ okresowy mieści 118 pier­wiast­ków. Więk­szość wystę­puje w przy­ro­dzie rzadko lub pozo­staje nie­sta­bilna i często nawet nie koja­rzymy ich nazw. Istnieją jednak i takie – a jest ich kil­ka­na­ście, może kil­ka­dzie­siąt – bez których funk­cjo­no­wa­nie świata i nas samych byłoby wyklu­czone. Spo­ty­kamy je wszędzie: od układów sca­lo­nych, przez cement w ścianach budynków, nad­mier­nie eks­plo­ato­wane paliwa kopalne, infra­struk­turę prze­sy­łową i trans­por­tową, aż po poży­wie­nie oraz żywe tkanki. Właśnie o tych klu­czo­wych cegieł­kach opowiada książka Z czego zrobiony jest świat (w ory­gi­nale Men­ne­skets grun­n­stof­fer), autor­stwa młodej nor­we­skiej uczonej Anji Røyne.

Napi­sa­łam tę książkę, żeby móc wraz z Tobą zasta­no­wić się nad tym, w jaki sposób powsta­wa­nie przed­mio­tów, żywności, a także nas samych może być jed­no­cze­śnie nie­zwy­kłe, ale i kata­stro­falne.

Zwykle czekam z narze­ka­niami i cze­pial­stwem do ostat­nich akapitów, jednak tym razem zrobię wyjątek. A to dlatego, że naj­moc­niej roz­cza­ro­wały mnie właśnie pierwsze stronice, stresz­cza­jące historię wcze­snego wszech­świata, począt­ków Układu Sło­necz­nego oraz Ziemi. Dla zobra­zo­wa­nia skali, Røyne prze­ło­żyła 13,82 mld lat na umowny okres siedmiu dni, gdzie miliard lat upływa w pół doby, a tysiąc w niecałe pół sekundy. Pomysł, choć nienowy (kalen­da­rzowe porów­na­nie spotkamy choćby w serialu Kosmos Tysona), to popu­la­ry­za­tor­sko uza­sad­niony i zgrabnie wyko­rzy­stany.

Problem stanowi nar­ra­cyjny galop najeżony mery­to­rycz­nymi nie­ści­sło­ściami. W jednym z pierw­szych akapitów czytamy: “W każdym razie najpierw był wybuch. Eks­plo­zja tchnęła energię w każdy naj­mniej­szy zakątek nowo powsta­łego uni­wer­sum”. Podczas gdy tabuny kosmo­lo­gów od dekad tłuką jak krowie na rowie, że wielki wybuch nie ma nic wspól­nego z pojęciem eks­plo­zji, zaś samą nazwę big bangu ukuł zło­śli­wie Fred Hoyle – autorka bez­re­flek­syj­nie umacnia szko­dliwy mit. Rozumiem, licentia poetica i inne takie, jednak w tym kon­tek­ście, w ustach dyplo­mo­wa­nej fizyczki, taki dobór słów budzi zastrze­że­nia.

Zaraz później dowie­dzia­łem się również, że elektron jest czą­steczką, cząstki są rów­no­ważne z masą, zaś gwiazdy neu­tro­nowe “w porów­na­niu z innymi gwiaz­dami są zimne” (w rze­czy­wi­sto­ści powierzch­nia pulsara jest co najmniej sto­krot­nie gorętsza od powierzchni Słońca). Niektóre z tych baboli pochodzą zapewne od niezbyt sumien­nego tłumacza, inne niemal na pewno wynikają z pośpie­chu autorki.

Na szczę­ście, kiedy Anja Røyne chwyta za właściwą treść, pozwala zapo­mnieć o nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym wstępie. Kolejne roz­działy i pod­roz­działy roz­pra­wiają o: złocie (I), żelazie (II), miedzi, alu­mi­nium i tytanie (III), wapniu i krzemie (IV), węglu (V) oraz o potasie, azocie i fosforze (VI). Nie są to opisy skupione wyłącz­nie na aspek­tach fizyko-che­micz­nych. Oczy­wi­ście zosta­jemy poczę­sto­wani pod­sta­wo­wymi infor­ma­cjami na temat tego, dlaczego dana sub­stan­cja wykazuje takie a nie inne wła­ści­wo­ści, ale zde­cy­do­wa­nie nie to stanowi clou lektury.

Tym co naj­bar­dziej inte­re­suje autorkę, jest wska­za­nie na rolę poszcze­gól­nych pier­wiast­ków z ludz­kiego punktu widzenia. Mam tu na myśli nie tylko anatomię, ale również gospo­darkę, socjo­lo­gię, geo­gra­fię, a nawet historię. Kiedy więc Norweżka roz­po­czyna rozdział drugi poświę­cony żelazu, od razu stawia tezę, że epoka żelaza tak naprawdę nigdy się nie skoń­czyła (i zapewne nie skończy). Wspomina o tajem­nicy żela­znego sztyletu zna­le­zio­nego w grobowcu faraona Tuten­cha­mona. Przed­sta­wia ciekawe dzieje złóż metalu i prze­my­słu wydo­byw­czego w szwedz­kiej Kirunie. Tłumaczy proces powsta­wa­nia oraz nie­zli­czone zasto­so­wa­nia genial­nego wyna­lazku, jakim okazała się stal. Opisuje współ­cze­sne metody walki z nisz­czącą korozją. Wreszcie ana­li­zuje liczby doty­czące złóż surowca, spe­ku­lu­jąc nad przy­szło­ścią branży meta­lur­gicz­nej.

W podobnym tonie utrzy­mane są historie wszyst­kich wziętych pod lupę pier­wiast­ków. I muszę przyznać, że czyta się to zaska­ku­jąco dobrze. Szerszy kontekst daje szansę na zain­te­re­so­wa­nie tematem nawet tych czy­tel­ni­ków, którzy nie wynieśli z lekcji chemii naj­lep­szych wspo­mnień. Zwłasz­cza, że autorka posiada umie­jęt­ność nawią­za­nia więzi z odbiorcą, poprzez wplą­ta­nie w treść drobnych odnie­sień do własnych doświad­czeń, prze­my­śleń i wspo­mnień.

Woda? Jasne. Powie­trze? Praw­do­po­dob­nie. Materiał roślinny jest zasobem odna­wial­nym (…). Ale żelazo i alu­mi­nium? Bez szans. Potrzeba byłoby milionów lat, żeby przyroda zdołała ponownie zgro­ma­dzić wszyst­kie atomy żelaza, które z naszą pomocą roz­pro­szyły się po lądach i oceanach, a następ­nie utworzyć z nich złoża, które ponownie mogli­by­śmy wydo­by­wać.

Co warte odno­to­wa­nia, Z czego zrobiony jest świat wcale nie kończy się wraz z cha­rak­te­ry­styką ostat­niego pier­wiastka. Dorodny dodatek stanowi ponad pięć­dzie­siąt stron poświę­co­nych zagad­nie­niom pozy­ski­wa­nia energii oraz groźby zużycia zasobów natu­ral­nych. Nie zostały one jakoś szcze­gól­nie zgłę­bione, ale stanowią miłe uzu­peł­nie­nie i uogól­nie­nie rozważań sygna­li­zo­wa­nych już w poprzed­nich roz­dzia­łach.

Zresztą, przy­po­mi­na­nia o fakcie, że Ziemia nie jest skarbcem, do którego można sięgać bez końca, nigdy za wiele.

Recenzowaną pozycję, wydaną przez Wydawnictwo Muza, możecie nabyć m.in. w Empiku.
Info:
Autor: Anja Røyne;
Oryginalny tytuł: Menneskets grunnstoffer;
Tytuł: Z czego zrobiony jest świat? Jak żelazo pomaga nam oddychać, potas pozwala nam widzieć i inne supermoce pierwiastków;
Przełożył: Małgorzata Rost;
Wydawnictwo: Muza;
Wydanie: Warszawa 2020;
Liczba stron: 270.
  • Arek Wit­t­brodt

    Dawno temu, jako małemu chłopcu, udało mi się wypo­ży­czyć z miej­skiej biblio­teki książkę która była podobnie jak recen­zo­wana książka takim kom­pen­dium wiedzy, tylko że o metalach. (Przy okazji: było to parę­dzie­siąt lat temu, nie pamiętam tytułu ani autora a sama biblio­teka już nie istnieje — może ktoś kojarzy? Fajnie byłoby ją spró­bo­wać znaleźć;-) ).

  • Mar­ko­nius

    Należę właśnie do “tych czy­tel­ni­ków, którzy nie wynieśli z lekcji chemii naj­lep­szych wspo­mnień.” Może więc i byłaby to książka dla mnie gdyby nie to, że z opisu wygląda na straszne gawę­dziar­stwo, zbiór cie­ka­wo­stek wraz z masą tematów pobocz­nych.
    Wchodząc na słabo mi znany obszar wolałbym omó­wie­nie wybra­nego tematu, za to głębsze i z ujaw­nia­niem mecha­ni­zmów — coś co da przy­jem­ność rozu­mie­nia i szansę na pozo­sta­nie w pamięci.
    Parę lat temu się­gną­łem po “Krainę pier­wiast­ków” Petera Atkinsa i to była właśnie pozycja w typie jaki pre­fe­ruję. Nato­miast “nar­ra­cyjny galop najeżony mery­to­rycz­nymi nie­ści­sło­ściami” nie jest tym co misie lubią naj­bar­dziej… Dlatego po recen­zo­waną pozycję raczej nie sięgnę, ale tym bardziej jestem wdzięczny za tę recenzję!