Czytaj dalej

Przeglądając ostatnio blogi natrafiłem na kilka wpisów dotyczących czytelnictwa (w tym Pułapka czytania autorstwa mojego znajomego). W dużej mierze, potwierdziły one moją opinię, którą do tej pory uważałem za niepopularną: czytanie nie jest wartością samą w sobie. I to już od dawna.

Mamy jednak drugą dekadę XXI wieku. Na liście naj­le­piej sprze­da­ją­cych się książek widnieją takie tytuły jak: Zezia, Giler i Oczak Agnieszki Chy­liń­skiej, Moje odchu­dza­nie Konrada Gaca, Moje wypieki i desery Doroty Świąt­kow­skiej, Per­fek­cyjna pani domu. Poradnik Mał­go­rzaty Rozenek, czy Moje lata w Top Gear Jeremego Cla­crk­sona. (Swoją drogą, zauwa­ży­li­ście ego­cen­tryzm bijący z tych tytułów?) Całość dopełnia kilka czytadeł z gatunku przy­go­do­wych, fantasy i romansów. Spo­glą­dam na drugą stronę – Magda Gessler, Ewa Cho­da­kow­ska, Mał­go­rzata Tusk… Pod koniec trzeciej dzie­siątki pojawiła się wreszcie jakaś lektura na pół publi­cy­styczna; pierwsza podczas której choć na chwilę trzeba by uru­cho­mić szare komórki.

Tak oto, mniej więcej, kształ­tują się nasze gusta czy­tel­ni­cze. Musimy sobie odpo­wie­dzieć na pytanie, czy prze­nie­sie­nie treści z małego ekranu tele­wi­zora – bo takie porów­na­nie od razu mi się nasuwa – na stronice książki, w magiczny sposób ją prze­war­to­ścio­wuje? Czy prze­my­śle­nia cele­bryty, naj­czę­ściej nie będącego auto­ry­te­tem w żadnej dzie­dzi­nie, są warte zuży­wa­nia oczu? Czy chłam staje się nagle mądro­ścią jedynie za zmianą formy? Oso­bi­ście mam wąt­pli­wo­ści czy eko­lo­giczni ter­ro­ry­ści nie powinni roz­po­cząć “rato­wa­nia” lasów od ataków na wydaw­nic­twa roz­po­wszech­nia­jące tego typu czytadła. Według ostat­nich badań prze­pro­wa­dzo­nych na zlecenie Biblio­teki Naro­do­wej 39% Polaków może się poszczy­cić mianem czy­tel­nika. Nawet nieźle, ale co to wła­ści­wie znaczy? Czy jeżeli prze­cho­dzę obok teatru, zerkając na afisz to mogę się nazywać kone­se­rem sztuki? Rzeczone sta­ty­styki do ankie­to­wa­nych zali­czają również “czy­tel­ni­ków”, którzy przy­naj­mniej raz w roku sięgnęli do książek kuchar­skich, atlasów dro­go­wych lub słow­ni­ków. Odsetek czy­tel­ni­ków “rze­czy­wi­stych”, wer­tu­ją­cych kilka pozycji rocznie, jest około czte­ro­krot­nie niższy.

Doży­li­śmy dziwnych czasów, w których osoba mogąca się śmiało pochwa­lić regu­lar­nym się­ga­niem po książki, nie tylko w żaden sposób nie mądrzeje, ale wręcz ryzykuje umysłowy regres. Coś tu mocno nie gra. Nie byłbym sobą, gdybym się nie zain­te­re­so­wał ilu z nas miewa kontakt z lite­ra­turą naukową lub popu­lar­no­nau­kową. Niestety do takich gustów, zgodnie z moimi prze­wi­dy­wa­niami, przyznał się zaledwie co dzie­siąty spośród “rze­czy­wi­stych” czy­tel­ni­ków. Łącznie będzie to 1–2% popu­la­cji powyżej 15 roku życia, wli­cza­jąc w to naukow­ców, magi­strów i gigan­tyczne rzesze stu­den­tów. Nie siląc się na wyra­fi­no­wane wnioski: trochę bieda. Inte­lek­tu­alna. W obecnej sytuacji, nie widzę żadnego sensu bicia na alarm w związku z niskim poziomem czy­tel­nic­twa. Jeżeli akcje spo­łeczne mają się przy­czy­niać do sięgania po jakie­kol­wiek tytuły, to wręcz pro­te­stuję! Książka powinna być czymś więcej niźli prze­dłu­że­niem płytkiej rozrywki płynącej do nas z mediów. Kolego i kole­żanko, przez sam fakt prze­mę­cze­nia kilkuset stron cze­go­kol­wiek, nie wyeks­po­nu­jesz swojej przy­na­leż­ność do inte­lek­tu­al­nej czy kul­tu­ral­nej elity narodu. Wysil się trochę!

A jak się ma wasze czy­tel­nic­two? Okre­śli­li­by­ście się jako czy­tel­nika czy “rze­czy­wi­stego” czy­tel­nika? Potra­fi­cie szczerze powie­dzieć, że w ciągu ostat­nich dwunastu miesięcy prze­czy­ta­li­ście, z własnej woli, naprawdę war­to­ściową książkę?

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.