Po Europie krąży widmo, widmo introwertyzmu

Dzisiejsze racjonalne gadanie poświęcę olbrzymiej lecz kompletnie nierozumianej, a przez to poszkodowanej części społeczeństwa. Chodzi o tych dziwaków, którzy zamiast rozkoszować się weekendowym wieczorem w jakiejś knajpie, z gronem bliższych i dalszych znajomych, wolą spędzić ten czas w swojej prywatnej jaskini kontemplacji.

Przyznaję, nie pisałbym tych słów gdyby nie ostatni materiał Introwersja, jutubera Włodka. Byłem przygotowany na zbiór komunałów, które przyzwyczajeni do “niskiej” sieciowej twórczości widzowie, zwykli łykać. Tymczasem usłyszałem – może nie odkrywczy – ale całkiem rozsądny i racjonalny głos namawiający do stawienia czoła rzeczywistości. Zresztą rzeczywistości, do której sam niefortunnie przynależę.

Zapoznając się z komentarzami zamieszczonymi pod filmem od razu przyszedł mi na myśl pewien zabawny fakt. Jeśli obejrzy to osoba o dalekim od introwertycznego archetypie, potraktuje całą dwudziestominutową tyradę autora z politowaniem, uznając ją za gderanie chorego, nieszczęśliwego bądź, w najlepszym razie, zmęczonego człowieka. Nasze zuchwałe mózgi jakoś niespecjalnie chcą uznawać za ważkie te tematy, które ich samych nie dotyczą. Nie rzucam kamieniem, bo na pewno sam łapię się na tym od czasu do czasu, ale pora sobie uświadomić, że właśnie sam fakt ignorowania zagadnienia dotyczącego sporej części ludzi przez pozostałą część ludzi, rodzi spory problem.

Kto to introwertyk? Wiem na pewno kim introwertyk nie jest. To nie czubek, nieudacznik, snob, ofiara, maruda ani buc. Może się takowym stać, tak samo jak ekstrawertyk, ale na pewno nie jest nim “z urzędu”. Darując sobie psychologiczny bełkot, sądzę że Włodek całkiem przytomnie i po ludzku wyłożył sprawę. Osoba introwertyczna to charakterologiczny mańkut – niby zdrowy, ale przez pokolenia nawracany na jedyną słuszną ścieżkę. No bo jak chłopie (lub babo), możesz nie chcieć świętować nowego roku poza domem, nie zaprosić na swoją osiemnastkę pięćdziesięciu znajomych, wzgardzić ofertą wspaniałego obozu lub kolonii z setką nowych osób do poznania? Ty! Arystotelesowski zwierzu polityczny i społeczny, nie możesz przecież, będąc przy zdrowych zmysłach, pragnąć samotności!

A tu psikus. Spora część osób przedkłada towarzystwo własne i najbliższych nad społeczny zgiełk. Psikus podwójny, bo nie jeden z tych “nieśmiałych” biedaków ma potrzebę wyrażenia myśli i dzielenia się swoją twórczością, może być pewny siebie, asertywny, może pałać żądzą władzy, chcieć pomagać innym, wspinać się po szczeblach wymagającej kariery, a przy tym posiadać zdolności interpersonalne jak stąd do Irkucka. Po szybkim guglowaniu zauważyłem, że do introwertyzmu przyznaje się całkiem dorodne stadko popularnych osób: Barack Obama, Keanu Reeves, Warren Buffett, Bill Gates czy Emma Watson.

Wbrew pozorom występ publiczny nie jest dla introwertyka żadną traumą i bywa znacznie mniej uciążliwy niż choćby dzielenie z kimś obcym windy. Różnica między dwoma archetypami sprowadza się do naturalnego reglamentowania zbędnych relacji międzyludzkich. Nie odczuwam przymusu rozmowy z drugim człowiekiem ani uzyskania jego aprobaty. Odzywam się kiedy mam taką potrzebę, gdy pragnę się czegoś dowiedzieć lub mogę coś sensownego komuś przekazać.

Kto to introwertyk?
Czy jesteś introwertyczką?

W moim przypadku taką furtkę stanowi nauka. Bez zająknięcia ruszę w bój z każdym i zawsze, jeśli rzecz będzie dotyczyła obiektywnych i bezosobowych prawd czy faktów. Wolę natomiast położyć się na madejowym łożu niż spędzać czas na pitoleniu o wszystkim i niczym, byleby tylko nie zapadła błogosławiona cisza. Czasami gdy zasnę przy otwartym oknie, budzi mnie dudniący głos sprzątaczki, która nigdy nie odmówi sobie standardowego dialogu z pierwszym napotkanym mieszkańcem osiedla. A wygląda to zawsze podobnie:

– Co tam pani Jadziu?
– Jakoś to leci.
– Dzisiaj to chyba ciepło będzie. 
– Dobrze bo wczoraj to było strasznie zimno.
– Oj strasznie wczoraj było i wiatr był.
– Najgorzej jak wiatr jest, bo jak wiatru nie ma to idzie wytrzymać.

I tak codziennie po dziesięć razy, z przerwami na dyskusje o zdrowiu. Przeklęta kakofonia truizmów. Już wolę dysputy wąsatych sąsiadów o polityce – durne bo durne, ale przynajmniej posiadają jakąś treść.

Włodek mówi o tym, że introwertyzm to wynik konfrontacji wrażliwości z brutalną rzeczywistością. Suma takiego równania może być tylko jedna: ostrożność. Sądzę, iż bodźców istnieje znacznie więcej, ale w rzeczy samej wszystko sprowadza się do społecznej awersji i wzmożonej czujności. Jak się zastanowić, to całkiem korzystna i skuteczna strategia obronna. Nie słucham ludzi, bo wszyscy ludzie kłamią (Greg, przybij piątkę!). Lepiej być wycofanym acz ostrożnym borsukiem, niż podatnym na manipulację, lgnącym do ludzi naiwniakiem. Niektórzy wspominają o lęku przed ludźmi, ale to raczej domena fobii i zachowań aspołecznych, aniżeli tego o czym mówię. Introwertyk jak najbardziej potrafi być silny, pewny siebie i optymistycznie spoglądać w przyszłość, ale dmucha na zimne, obrał taką a nie inną taktykę.

Czym jest introwertyzm?
“Dlaczego od tygodnia się nie odzywasz?”

Wycofanie to także model ochrony przed głupotą. Albo nie. Tak naprawdę chodzi o obronę swojej integralności psychicznej i fizycznej, bo przebywając między ludźmi i słuchając plecenia farmazonów, utrzymanie języka za zębami bywa wyzwaniem heroicznym. Z kolei poprawianym interlokutorom, pewnie trudno powstrzymać się przed klepnięciem wścibskiego mądrali w dziąsło, ewentualnie obrzuceniem go kwiecistymi wyzwiskami. Zawsze powstaje dylemat: odzywać się ryzykując zdrowie fizyczne i psychiczne, czy trzymać dziób na kłódkę czekając aż trafimy na onkologię. Też mi wybór. Ludzie mają problem z racjonalizmem, a zasianie ziarenka sceptycyzmu skutkuje nierzadko nieproporcjonalnie agresywną odpowiedzią. Wspominałem już o tym przy okazji tego tekstu, a setki życiowych doświadczeń to potwierdza. Ideologia wyprzedza rozum, a zagoniony argumentami pod ścianę wyznawca, gotów jest na wszystko aby tylko wrócić do stanu umysłowego komfortu. Trudno go za to winić. 

To również tarcza przed kolejnymi rozczarowaniami, gdyż nie ma nic smutniejszego niż sympatyczna, świeżo poznana osoba, która ostatecznie okazuje się totalnym głąbem. Ignorantem bez zainteresowań i masą głupich nawyków, którymi musi tę intelektualną płyciznę zakryć. W ciągu mikrosekundy cieniutka nić porozumienia bezpowrotnie pęka. Wyobraźcie sobie, że trafiacie do grupy zajęciowej z kilkunastoma osobami studiującymi ten sam kierunek, więc teoretycznie podzielającymi wasze zainteresowania. Już po kilku minutach zauważacie, że dyskusja toczy się wyłącznie na linii wy – prowadzący, podczas gdy reszta niecierpliwie spogląda na zegarek. Nie jestem żadną wieżą mądrości, ale w takich sytuacjach czuję zawód i nie bardzo mam ochotę na wykonanie pierwszego kroku.

A przecież możemy rozczarować się jeszcze na tyle sposobów, ludzką złośliwością, niewiernością, kłamliwością… Mechanizm ochronny pozostaje chyba bliźniaczy i naprawdę nie powinien być ganiony jako zwyrodnienie. Jako piewca nauki pokładam wielkie nadzieje w budowanej od tysiącleci cywilizacji. Osiągnęliśmy rzeczy wielkie i osiągniemy większe. Nie można wykluczyć, iż przyrząd który nosimy między uszami, to najbardziej złożony obiekt w kosmosie. Zatem ludzkością nie można się nie zachwycać! Ale tylko jako gatunkiem, gdyż jako jednostki zawodzimy często i bez skrupułów.

Kluczem pozostaje zrozumienie, że – pomijając naprawdę skrajne przypadki – introwersja (i to samo dotyczy ekstrawersji, o czym warto pamiętać!) nie powinna być kulą u nogi. To znaczy, czasem utrudnia życie, ale tylko dzięki życzliwości otoczenia próbującego wsadzać wszystkich w jednakowe ramy. Taki dobry kumpel, ciągnie za sobą introwertyka “do ludzi” sądząc, że działa w dobrej wierze i wyświadcza mu ogromną przysługę. Tymczasem cichy przyjaciel, niczym kwark wewnątrz hadronu, prawdziwą swobodą cieszy się wyłącznie w gronie najbliższych, najlepiej w miejscu gdzie nikt nie będzie przeskakiwał zasieków jego przestrzeni osobistej. 

Kiedyś spotkałem się z poglądem, jakoby pewne predyspozycje do introwertyzmu miały podłoże neurologiczne (większa aktywność płata czołowego), które z kolei przekłada się na procesy myślowe. Trudno mi taką tezę zweryfikować, bo przecież nie wejdę w skórę ekstrawertyka, tak jak on nie wejdzie w moją. Zakładając jednak, że to prawda, ci pierwsi posiadają rozwiniętą zdolność (lub przekleństwo, jak kto woli) prowadzenia wewnętrznego dialogu. Nie chodzi tu o głosy w głowie nakłaniające do tego czy tamtego. Po prostu myślimy intensywnie, czasami aż zbyt intensywnie. Zrozumie to każdy, kto oczekując na sen w pełnej ciemności i ciszy przeżywa coś, co nazywam gonitwą myśli. Nagle świta jakaś żaróweczka, symbolizująca zagadnienie do przeanalizowania. Kłopotliwe cholerstwo, zwłaszcza gdy następnego ranka masz coś ważnego do załatwienia. Nie możesz zasnąć bo Twój mózg zaplanował sobie na pierwszą rano rozważania o kosmogonii, egzystencji, etyce, czy licho wie czym jeszcze. Może prowadzenie takich wewnętrznych dialogów zastępuje introwertykowi relacje z osobami postronnymi? Tego nie wiem.

Wystarczy, bo wyszedł mi nadto rozdęty i wyjątkowo chaotyczny tekst.

Przynajmniej wyrzuciłem z siebie kilka ciążących myśli i mogę teraz z czystym sumieniem poprzeć wyrażony w filmie apel o edukowanie społeczeństwa. Zdaję sobie sprawę, że stoi przed nami mur nie do skruszenia. Zacietrzewiony ekstrawertyk na każdą próbę objaśnienia tematu będzie reagował alergicznie, oczekując, że to reszta świata dostosuje się jedynego do uznawanego przezeń wzorca. Mimo to nie należy się zniechęcać, a już na pewno nie wolno ulegać ekstrawertycznemu terroryzmowi.

Głupota na niedzielę: Fronda i mechanika kwantowa Pozwólcie, że zafunduję wam ból dupska Głupota na niedzielę: mała solucja dla gości z kosmosu