Głupota na niedzielę: szkoła magii i czarodziejstwa w Katowicach? Jupi!

Jakiś czas temu usłyszałem plotkę o tym, że gdzieś w Polsce mają kształcić druidów, ezoteryków, magów i innych szamanów. Nie obeszło mnie to szczególnie i pewnie olałbym temat, gdybym zaraz potem nie dowiedział się, że ten daleki oddział Hogwartu powstanie w Katowicach. Rzut kamieniem od mojej alma mater!

Nie wypada mi jednak sprawdzać czy ów kamień rzeczywiście doleci, zanim nie zgłębię należycie tematu. Nie ukrywam, że do tej pory zatargiem lekarzy z homeopatami interesowałem się raczej pobieżnie, z tego też powodu najpierw spróbuję się dowiedzieć coż to za diabeł i o co właściwie tyle krzyku. Rzecz jasna, poprzez zestawienie informacji i opinii obu stron konfliktu. Na początek zobaczmy jak homeopatię widzi przedstawiciel jej przeciwników, prof. Andrzej Gregosiewicz:

Słowo homeopatia składa się z dwóch greckich słów – homoion (podobne) i pathos (ból, choroba). Podobne leczy się podobnym (similla similibus curantur). Oznacza to, iż jeśli jakiś patogen powoduje objawy choroby, to może też z niej wyleczyć. Np. nic nie stoi na przeszkodzie, by homeopatycznie rozcieńczone do 1018 (czyli całkowicie usunięte z roztworu), sproszkowane kamienie nerkowe leczyły kamicę nerkową (autentyczna kuracja jest opisana w Guide practique d’homeopathie przez J. Hodlera). Kompletny absurd jest tu uderzający i żaden normalnie myślący człowiek nie podejmie dyskusji na ten temat. Ja osobiście zawsze byłem przekonany, że patogen trzeba zwalczać środkiem skierowanym przeciwko niemu i o dziwo – sprawdza się to do dzisiaj.

Teraz dla kontrastu definicja, którą znalazłem na blogu entuzjastki medycyny alternatywnej, przedstawiającej się jako: dziecko Stwórcy / Natury, podlegającej jedynie prawom boskim / naturalnym:

Zasadą homeopatii jest „podobne leczyć podobnym”. Działa więc ona na podobnej zasadzie, na jakiej (przynajmniej teoretycznie) mają działać szczepionki. Podajemy minimalną, wręcz niemierzalną ilość substancji powodującej identyczne objawy, jakie występują u chorego (np. przy grypie stosuje się lek z pokrzyku wilczej jagody, ponieważ zjedzenie jego owoców powoduje gorączkę, pocenie się, dreszcze i drapanie w gardle), żeby wywołać reakcję obronną organizmu i pobudzić go tym sposobem do podjęcia walki z chorobą.

Do tego momentu wszystko brzmi (w miarę) sensownie. Dodatkowo uspokaja porównanie do powszechnych, od lat uznanych przez medycynę szczepionek. Tyle, że pozytywny wpływ szczepionek na profilaktykę jest dobrze znany, rozumiany i co najważniejsze udokumentowany: wstrzykujemy żywe bądź zabite drobnoustroje, aby zmobilizować komórki układu odpornościowego do działania. Jak jest z homeopatią? Przewodniczący Naczelnej Izby Lekarskiej, dr Konstanty Radziwiłł twierdzi, iż z punktu widzenia chemicznego środki homeopatyczne nie zawierają… niczego. Na jednej z witryn poświęconych medycynie naturalnej, można znaleźć takie oto wyjaśnienie:

Lek homeopatyczny nie działa ilością zawartych w nim substancji chemicznych, tylko swoją siłą energetyczną, którą uzyskuje się przez potencjonowanie i dynamizację. Surowce do produkcji leków zaczerpnięte są „z natury ożywionej lub martwej”. Stosowane dawki są dawkami podprogowymi, w związku z czym substancje czasem nawet toksyczne tracą swe szkodliwe właściwości i nabierają „sił leczniczych”. (…) Dzieje się to według tzw. prawa biologicznego Arndta-Schulza, które mówi, że słabe bodźce pobudzają czynności życiowe organizmu, średnie przyśpieszają, silniejsze hamują a najsilniejsze znoszą.

“Siły energetyczne” nie brzmią może zbyt naukowo, ale to nie oznacza, że nie powstały bardziej wyrafinowane wyjaśnienia homeopatycznych dobrodziejstw. W 2009 roku, podczas Kongresu Międzynarodowej Medycznej Ligi Homeopatycznej, prof. Andrzej Molski zrzucił wszystko na mechanikę kwantową. Aż trudno się wyzbyć skojarzeń z postawą typową dla członków ruchu New Age: “To dziwne zjawisko, więc na pewno palce maczały w tym kwanty”!

Lecznicze właściwości ekstremalnie rozcieńczonej substancji – powiada Molski – miałyby być transferowane na cały zbiornik rozpuszczalnika, za sprawą mechanizmów rządzących splątaniem kwantowym! Woda według homeopatów zdolna jest więc do “zapamiętywania” właściwości śladowych ilości preparatu; co najlepsze z jakiegoś powodu chory odczuje jedynie uzdrowicielskie walory medykamentu, bez narażenia na skutki uboczne (?!).

Swoją drogą, nigdzie nie mogę znaleźć porządnego wyjaśnienia rzekomego związku homeopatii i splątania kwantowego. Szkoda, bo po lekturach powszechnie dostępnych opracowań tematu (np. autorstwa Antona Zeilingera – największego autorytetu w dziedzinie teleportacji kwantowej), nadal nie potrafię zrozumieć co ma jedno do drugiego. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Molski, jako pracownik naukowy, nie powinien rozpowszechniać hipotez niezgodnych, czy wręcz sprzecznych z aktualnym stanem wiedzy. Tymczasem profesor sam przyznał:

Efekt pamięci wody nie został potwierdzony przez niezależnych badaczy, dlatego należy go traktować jako hipotezę, a model aktywności homeopatycznej należy traktować jako koncepcję teoretyczną, wymagającą weryfikacji eksperymentalnej. (…) Jednak osadzenie modelu w dobrze uzasadnionej słabej teorii kwantowej pozwala mieć nadzieję.

Jakie są konsekwencje tej teorii? Jednym z homeopatycznych środków na przeziębienie jest wyciąg z wątroby i serca dzikiej kaczki, dawkowany w ten sposób aby jedna kropla ekstraktu przypadała na nie mniej niż szklankę wody. A to i tak potężna porcja; niektóre specyfiki rozwodnione są tak bardzo, że nawet spożycie wiadra “leku” nie daje gwarancji trafienia na choćby molekułę substancji aktywnej. Według lekarzy, współczesna chemia i medycyna wykluczają aby takie rozcieńczenie pozwoliło odczuć jakiekolwiek rezultaty. Dla homeopatów im mniej tym lepiej, bo lecznicze właściwości (jeśli takie w ogóle istnieją) i tak zostaną przetransferowane dalej. Powtórzę jednak: mechanika kwantowa, ani żadna inna dyscyplina nie potwierdzają, przynajmniej na razie, mechanizmów postulowanych przez medycynę niekonwencjonalną.

Zwolennicy mimo to nadal twierdzą, że istnieją przypadki powrotów do zdrowia za sprawą terapii homeopatycznych. W odpowiedzi, medycyna przypisuje te rzekome sukcesy co raz poważniej badanemu efektowi placebo. Jak pisze prof. Andrzej Gregosiewicz:

Z listów tych wynika, że efekty leczenia homeopatycznego rzeczywiście istnieją, ale są to efekty fachowo znane efektem placebo. Wyniki licznych badań prowadzonych tą metodą wykazały, że w leczeniu internistycznym przy podawaniu placebo stan ok. 30% (!!!) chorych poprawia się. Są to oddziaływania sfery nerwowej na organizm chorego. Z tego wynikałoby, że w homeopatii nie ma nic złego, jeżeli pomaga. Tak by rzeczywiście było, gdyby za tym typem leczenia nie kryło się niebezpieczeństwo zaniechania przyczynowego.

Wielu powie: skoro dawki szemranych specyfików są niemal żadne, to w sumie dlaczego ich zabraniać? Moim zdaniem istnieją przynajmniej dwa dobre powody dla odrzucenia rozumowania typu nie zaszkodzi, nie pomoże. Pierwszy, na który szczególny nacisk kładą lekarze, dotyczy odciągania ludzi naprawdę chorych od prawdziwych terapii. Odrobina cukru nikomu nie zaszkodzi, ale pacjent zamiast od razu poddać się poważnej diagnozie i leczeniu, zmarnuje cenny czas. Drugi powód sprowadza się do argumentu czysto racjonalistycznego. Dziś pozwalamy zwalczać grypę za pomocą niezweryfikowanych metod, jutro zaczniemy odprawiać rytuały nad umierającym, zamiast go reanimować. Trzeba postawić wyraźną granicę między zabawą w andrzejkowe wróżby, a poważną nauką. W przeciwnym razie szpitale przyszłości wyglądać będą tak:

Dlatego nie zaskoczę chyba nikogo przyłączając się do wszechobecnej krytyki spływającej na Śląski Uniwersytet Medyczny. Rektor broni się mówiąc o zapewnieniu studentom “alternatywy”. Oblewa mnie zimny pot gdy sobie wyobrażę, że na podobny pomysł mogłyby wpaść władze wydziałów fizyki lub biologii, wprowadzając studia podyplomowe z kreacjonizmu. Brrr.

Nie namawiam do głosowania Bo prawdziwych Profesorów już nie ma Pseudonauka na uczelniach: wykluczać czy rozmawiać?