Czytaj dalej

We wstępie do swojej książki Bernard Carlson stwierdza: “Ten kto pisze o Tesli, musi odszukać drogę pomiędzy nieuczciwą krytyką a nadmiernym entuzjazmem”. Święte słowa.

Zapo­wiedź pol­skiego wydania świeżej, opasłej bio­gra­fii serb­skiego wyna­lazcy wzbu­dziła moje naj­szczer­sze zacie­ka­wie­nie. Nie dlatego, że Nikola Tesla cierpi na brak zain­te­re­so­wa­nia ze strony kina i lite­ra­tury. Prze­ciw­nie, o Tesli powie­dziano już wszystko, a nawet zbyt wiele. Zależnie od gustu i tole­ran­cji na kicz, możecie znaleźć artykuły, cie­ka­wostki, komiksy, opo­wia­da­nia, filmy fabu­larne i doku­men­talne, jak również teorie spiskowe – uka­zu­jące sylwetkę eks­cen­trycz­nego inży­niera w dowolnym świetle. W ten sposób wielki wizjoner, chcąc nie chcąc, pośmiert­nie stał się rodzajem prze­ry­so­wa­nego super­bo­ha­tera, którego praw­dziwe życie i osią­gnię­cia uległy roz­to­pie­niu w oceanie bzdur i domysłów.

Właśnie dlatego przy­ją­łem pro­po­zy­cję zre­cen­zo­wa­nia skru­pu­lat­nej, możliwie rze­tel­nej bio­gra­fii Tesli z entu­zja­zmem. Entu­zjazm ten utrzymał się również zaraz po otrzy­ma­niu prze­syłki od Wydaw­nic­twa Poznań­skiego. Prawie 500-stro­ni­cowe dzieło Bernarda Carlsona – ame­ry­kań­skiego histo­ryka nauki i techniki – docze­kało się rewe­la­cyj­nego wydania, z użyciem dobrej jakości papieru, twardą oprawą i ele­gancką okładką, bijącą na głowę anglo­ję­zyczny pier­wo­wzór. Jedyne do czego mogę się przy­cze­pić, to inge­ren­cja w tytuł. Ory­gi­nalny Tesla. Inventor of the Elec­tri­cal Age (Tesla. Wyna­lazca epoki elek­trycz­nej) ustąpił tu miejsca Tesli. Geniu­szowi na skraju sza­leń­stwa. Pierwszy z pod­ty­tu­łów zapo­wiada wyważoną treść skupioną na tech­nicz­nej stronie starań bohatera i prawdę mówiąc, znacznie lepiej pasuje do pracy Carlsona.

Znacznie bardziej zain­te­re­so­wany zabawą i hazardem Tesla wrócił jesienią 1877 do Grazu, by roz­po­cząć trzeci rok studiów. Przestał jednak chodzić na wykłady, a uczel­niane archiwa dowodzą, że nie znalazł się na liście stu­den­tów na semestr wiosenny 1878. To bez wąt­pie­nia przy­czy­niło się do ode­bra­nia mu sty­pen­dium woj­sko­wego.

Bio­gra­fia przy­brała bardzo kon­wen­cjo­nalną formułę. Roz­po­czy­namy w chor­wac­kim regionie Lika na uboczu Monar­chii Austro-Węgier­skiej, gdzie pozna­jemy naj­bliż­szą rodzinę oraz słodko-gorzkie dzie­ciń­stwo przy­szłego wyna­lazcy; a kończymy w Nowym Jorku lat 40., gdzie Tesla w zgry­zo­cie dokonał swego żywota. Szes­na­ście ściśle chro­no­lo­gicz­nych roz­dzia­łów pozwo­liło Carl­so­nowi zre­la­cjo­no­wać chyba wszyst­kie wyda­rze­nia istotne dla zro­zu­mie­nia losów uczonego. Prze­czy­tamy o jego inspi­ra­cjach, nauczy­cie­lach, eks­pe­ry­men­tach, marze­niach i suk­ce­sach, ale także o lękach, traumach, sła­bo­ściach i poraż­kach. Jednak choć nie brakuje tu detali, autor całkiem sprawnie unika nie­uza­sad­nio­nych spe­ku­la­cji, pozo­sta­jąc przy udo­ku­men­to­wa­nych faktach oraz wspo­mnie­niach. Zresztą, na niemal każdej stronie znaj­dziemy zestaw przy­pi­sów godny dyser­ta­cji dok­tor­skiej. Carlson zgodnie ze złożoną obiet­nicą wyraźnie stara się oddzie­lić ziarno od plew i chyba odniósł na tej płasz­czyź­nie sukces. (Przy­kła­dowo, tłumaczy, że roman­tyczna anegdota o tym jakoby Tesla utracił wsparcie finan­sjery, bo chciał “rozdawać” energię za darmo, nie ma umo­co­wa­nia w źródłach i została rzekomo zasły­szana przez dawnego biografa od jednego ze współ­pra­cow­ni­ków wyna­lazcy).

Wyróż­ni­kiem książki jest silny nacisk na tło, zwłasz­cza tło tech­niczne i biz­ne­sowe. Czy­tel­nik nie podąża krok w krok za postacią Tesli, lecz odwiedza również biura inwe­sto­rów (Evans, Westin­gho­use, Edison, Morgan) oraz pra­cow­nie innych zacnych inży­nie­rów i naukow­ców tego okresu (Gaulard, Brush, Anthony, Shal­len­ber­ger, Ferraris, Hertz, Marconi…). To istotny zabieg, pozwa­la­jący prze­ko­nać się, że wielkie wyna­lazki nie powstały z próżni. Serb tak jak inni uczeni, stał na ramio­nach kolegów po fachu, nie­rzadko korzy­sta­jąc z czyjejś pomocy i ubie­ga­jąc swoich kon­ku­ren­tów zaledwie o włos. Z drugiej strony, Carlson potrafi poświę­cić pół roz­działu nego­cja­cjom biz­ne­so­wym, czy złożonym sporom paten­to­wym, wyostrza­jąc cienie bru­tal­nego kapi­ta­li­zmu Ameryki przełomu XIX i XX wieku. Pozwala to lepiej zro­zu­mieć kłopoty trapiące każdego aspi­ru­ją­cego wyna­lazcę tamtej epoki.

Ponieważ prawa paten­towe unie­moż­li­wiały innym budo­wa­nie takiego samego produktu lub wyko­rzy­sty­wa­nie procesu, wyna­lazca osiągał zyski dzięki pozycji mono­po­li­sty. Przy­kła­dem takiej stra­te­gii jest wyko­rzy­sta­nie przez George’a Eastmana opa­ten­to­wa­nego systemu zwojowej błony foto­gra­ficz­nej do zbu­do­wa­nia w latach 80. XIX wieku firmy Eastman Kodak.

W czasie lektury nie uświad­czymy zbyt wielu wprost wyar­ty­ku­ło­wa­nych sądów. Jeśli już pojawia się jakaś ocena, pochodzi ona zwykle z cytatu. Sam autor woli cier­pli­wie opisywać kolejne wyzwania stojące na drodze Tesli, pozwa­la­jąc raczej, aby jego wybory mówiły same za siebie. Tak zary­so­wany portret bywa miej­scami dość suchy, ale być może dzięki temu zacho­wuje satys­fak­cjo­nu­jący poziom obiek­ty­wi­zmu. Carlson oddaje cesa­rzowi, co cesar­skie, bez­względ­nie odbie­ra­jąc to, co boskie. Nadal podzi­wiamy obraz czło­wieka genial­nego, ale zde­cy­do­wa­nie omylnego. Nikola Tesla traci tu status wiecznej ofiary krwio­żer­czych bogaczy, jak również wszech­wie­dzą­cego archi­tekta całej współ­cze­snej tech­no­lo­gii – ale wciąż pozo­staje jednym z naj­zdol­niej­szych umysłów swoich czasów.

Morgan z pew­no­ścią nie potrze­bo­wał jakiegoś mocnego powodu by odmówić dalszego wspie­ra­nia Tesli. Już utopił 150 tysięcy dolarów w pro­jek­cie, a w końcu 1900 roku Tesla obiecał przesłać wia­do­mość przez Atlantyk w ciągu 6 miesięcy, a rok później przez Pacyfik. Minęło 2,5 roku, Marconi przesłał sygnał przez Atlantyk, a Tesla nie był w stanie prze­pro­wa­dzić żadnego pokazu dzia­ła­nia systemu.

Nie istnieje jednak bio­gra­fia idealna. Siłą rzeczy dla zro­zu­mie­nia osią­gnięć każdego uczonego, konieczne wydaje się uwzględ­nie­nie tech­nicz­nych aspektów jego pracy. Bernard Carlson wie o tym dosko­nale i nie stroni od opisów silników, cewek, trans­for­ma­to­rów i całej reszty. Nie czyni tego jednak w sposób przy­ja­zny laikowi i jestem gotowy się założyć, że połowa czy­tel­ni­ków prze­fru­nie przez te frag­menty bez głębszej reflek­sji. Zresztą problem dotyczy nie tylko fizyki i tech­no­lo­gii. Zdarza się, że wer­tu­jemy szcze­gó­łową relację rozmów biz­ne­so­wych, nie dostając żadnej infor­ma­cji choćby o ówcze­snej sile nabyw­czej rzu­ca­nych sum pie­nięż­nych. Przez to możemy nie zro­zu­mieć rze­czy­wi­stej wagi pewnych wydarzeń.

Geniusz na skraju sza­leń­stwa nie należy do lektur lekkich i chyba nigdy nie miał taką być. Miej­scami bliżej jej do publi­ka­cji naukowej niż książki skie­ro­wa­nej do sze­ro­kiego odbiorcy. Jednak może właśnie dlatego jest to bio­gra­fia, która naj­peł­niej zary­so­wuje sylwetkę Tesli. Tego praw­dzi­wego, bez sensacji i fan­ta­styki.

Info:
Autor: W. Bernard Carlson;
Oryginalny tytuł: Tesla. Inventor of the Electrical Age;
Tytuł polski: Tesla. Geniusz na skraju szaleństwa;
Przełożył: Jan Szkudliński;
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie;
Wydanie: Poznań 2020;
Liczba stron: 480.
Bonus dla tych, którzy dotarli do końca. Jutro (tj. 11 sierpnia) o tej porze na kwantowym fanpejdżu odbędzie się mały konkurs. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poznańskiego, będziecie mieli szansę wygrania paru egzemplarzy biografii Tesli. Skoro przeczytaliście powyższą recenzję, to zasłużyliście na przywilej i uprzedzenie o zabawie. 🙂
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.