Mniej więcej dobra książka – recenzja “Życia w przybliżeniu”

Tym razem wpadła mi w ręce lektura, która odpowiada na fundamentalne pytanie: czy prawie dwa plus prawie dwa równa się prawie cztery.

Niedokładność brzmi, jak coś wysoce niepożądanego w nauce. Słowo to kojarzy się przecież z brakiem precyzji[1], a brak precyzji może prowadzić do błędów – a żaden badacz nie chciałby, żeby jego praca była obarczona błędami. Problem polega na tym, że drobna szczypta niedokładności jest stałą towarzyszką wszystkich dyscyplin. Czasem wynika to tylko z ułomności aparatury i metod obserwacji, a czasem z samej natury rzeczywistości. Dlatego też zgłębiając jakieś zagadnienie, prędzej czy później staniemy przed koniecznością zadowolenia się “tylko” zaokrągleniem wyniku pomiaru lub uogólnionym rezultatem obliczeń.

Spojrzenie na proces naukowy przez pryzmat zawsze ograniczonej precyzji i wymuszonych zaokrągleń, to motyw przewodni wydanej niedawno przez PWN książki Życie w przybliżeniu, autorstwa Janusza Osarczuka. (Wybaczcie, że nie przybliżę bardziej sylwetki autora, ale na okładce brakuje zwyczajowego biogramu, a grzebiąc w sieci dowiedziałem się tylko tyle, że Osarczuk był związany z Instytutem Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego i kiedyś zdarzało mu się publikować na łamach Uranii. Z lektury mogę również wnioskować, że pozostaje on oddanym fanem Stanisława Lema i Star Treka). Jak czytamy we wstępie, praca ma czytelnikowi zaprezentować “przybliżenia w różnych, arbitralnie wybranych dziedzinach ludzkiego życia, przedstawić ich własności oraz ukaże ich wpływ na świat i człowieka”. Jednocześnie piszący zastrzegł, że treść stanowi odbicie jego osobistego rozumienia przyrody.

Treść książki "Życie w przybliżeniu"
Fragment rozdz. 5 Życia w przybliżeniu.

Po takim “przywitaniu” byłem mentalnie przygotowany na coś wywrotowego, jednak niepotrzebnie. Podczas lektury nie dopatrzyłem się wyraźnych odstępstw od standardowego pojmowania metodologii czy filozofii nauki, a subiektywizm objawia się głównie w formie prowadzenia narracji. Osarczuk porzuca pozycję chłodnego wykładowcy, przyjmując ton starszego kolegi lub oczytanego wujka, mającego zawsze w zanadrzu jakiś swojski dowcip lub ciekawą anegdotkę z dawnych lat. I jest w tym konsekwentny, ponieważ prawie każdy podrozdział rozpoczyna przywołaniem luźnego wspomnienia oraz niekoniecznie poważnego cytatu. (Muszę powiedzieć, że mimowolnie się uśmiechnąłem widząc złote myśli Kononowicza, Kaczyńskiego czy Ciszewskiego, poprzedzające wywody o liczbach czy kwantach). Czyta się to lekko i przyjemnie, choć ostateczna ocena stylu będzie uzależniona od gustu czytelnika.

Od strony merytorycznej Życie w przybliżeniu (tytuł uparcie przywodzi mi na myśl skojarzenia z mikrobiologią i oglądaniem żyjątek pod mikroskopem) próbuje być mniej więcej tym[2], co zapowiada wstęp: przeglądem znaczenia zaokrągleń i przybliżeń w kontekście rozmaitych dziedzin nauki. No, może z tą rozmaitością trochę przesadziłem, bo chociaż w środku znajdziemy fragmenty poświęcone medycynie, socjologii i informatyce, to nie da się ukryć, że reflektory od początku do końca pozostają skierowane na matematykę oraz fizykę. Dokładniej rzecz biorąc 70% treści zajmują zagadnienia z zakresu logiki, ciągów, analizy, teorii liczb, geometrii oraz fizyki w wydaniu klasycznym, relatywistycznym i wreszcie kwantowym.

Nie żebym się skarżył, ponieważ ten arbitralny wybór pokrywa się z moimi prywatnymi preferencjami. Szczerze uwiodła mnie również sama próba rozważania ogólnego problemu, poprzez sięgnięcie do licznych, ale konkretnych przykładów hipotez i teorii.

Z tego ambitnego podejścia wynika jednak również największa wada Życia w przybliżeniu, którą łatwo zidentyfikować jeszcze przed otwarciem lektury. Książeczka nie ma nawet dwustu stron, a usiłuje nas przeprowadzić przez elementy logiki, wielkie twierdzenia matematyczne, teorię względności, astrofizykę, termodynamikę, nurty filozoficzne, a nawet interpretacje mechaniki kwantowej. W efekcie dostajemy mnóstwo dwu lub trzystronicowych opisów różnych zjawisk i efektów, które są przyjazne i zrozumiałe, ale prześlizgują się po powierzchniach problemów. Zwłaszcza w przypadku rozdziałów fizycznych widać, że autor tłumacząc dziwy świata przyrody bawi się tak dobrze, że czasem traci z oczu swój główny cel. Tak jakby przybliżenia, stanowiły dlań tylko pretekst do napisania czegokolwiek o wieloświecie[3], splątaniu, paradoksie bliźniąt, promieniowaniu Hawkinga i innych atrakcyjnych tematach. Dlatego też odnoszę wrażenie, że gdyby Osarczuk skupił się na przybliżeniach np. w samej matematyce z ewentualnym dodatkiem innych dziedzin, wyszłoby to książce na dobre.

Nie zmienia to faktu, że Życie w przybliżeniu czyta się po prostu dobrze. Widać, że autor włożył w swoją pracę dużo serca i nie można mu odmówić, ani warsztatu, ani kreatywności, ani umiejętności dydaktycznych. Z tego powodu książka ma szansę zyskać sympatię bardziej początkujących czytelników, którzy poświęcając zaledwie dwa lub trzy miłe wieczory, mogą liznąć odrobinę tego, czym żyje współczesna matematyka i fizyka[4]. Jednak jeśli czujecie się ciut bardziej zaawansowani (na tyle, że niezadowoli was trzystronicowy, ogólnikowy rozdział o czarnych dziurach) lub liczycie na naprawdę głębokie rozważania nad rolą precyzji i zaokrągleń w nauce – prawdopodobnie czeka was niedosyt.

Info:
Autor: Janusz Osarczuk;
Tytuł: Życie w przybliżeniu;
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN;
Wydanie: Warszawa 2023;
Liczba stron: 184;
Książka jest dostępna do kupienia na stronie PWN.
[+]
3 rzeczy, których dowiesz się z książki “Od pyłu do życia” My wiemy swoje – recenzja ‘Bóg jeszcze nie umarł’ Jutubowe polecanki: “O pochodzeniu życia”