Neil dzieciom – recenzja “Astrofizyki dla młodych zabieganych”

Od czasu do czasu ślecie mi pytania dotyczące literatury popularnonaukowej dla młodszych odbiorców. Niezłą odpowiedzią może być niedawne opracowanie Neila deGrasse’a Tysona i Gregory’ego Mone’a, wydane w Polsce za pośrednictwem oficyny Insignis.

Nie minął miesiąc, a w moje ręce już trafiła kolejna książka najbardziej rozpoznawalnego amerykańskiego naukowca. Astrofizyka dla młodych zabieganych – jak wskazuje tytuł – stanowi nową interpretację Astrofizyki dla zabieganych, skierowaną do nieco mniej doświadczonego czytelnika.

Piszę o nowej interpretacji, bo mamy do czynienia z wiernym powieleniem niemal tych samych treści, tyle, że w odmienionej, jeszcze przystępniejszej aranżacji. Neil deGrasse Tyson (nie wiedzieć czemu, na odwrocie książki i w zapowiedziach nazwisko Gregory’ego Mone’a jest konsekwentnie ignorowane) przeredagował dwanaście rozdziałów swojego bestsellera, objaśniając najbardziej palące zagadnienia z zakresu astronomii, astrofizyki oraz kosmologii chyba w najlżejszy możliwy sposób. Zaczyna od początków wszechświata, następnie przechodzi m.in. przez problematykę światła (i jego prędkości), fizykę galaktyk, zagadki ciemnej materii i ciemnej energii, a także genezę pierwiastków. Wszystko wieńczy rozdział Wielkie myśli z dalekich gwiazd, wymieniający zalety płynące z uwzględniania “kosmicznej perspektywy” podczas prób zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości.

Ludzie, którzy uważają, że wszystko wiedzą, nigdy nie potknęli się o granicę pomiędzy tym, co we wszechświecie znane i nieznane. Nawet jej nie szukali. Tam właśnie chciałbym cię zaprowadzić w kolejnych rozdziałach.

Nierozstrzygnięte w kontekście Astrofizyki dla młodych zabieganych, pozostaje dla mnie pytanie, o to, kim są owi “młodzi zabiegani”. Kiedy rozpakowałem przesyłkę i po raz pierwszy rzuciłem okiem na jasną, barwną okładkę (anglojęzyczny oryginał nie różni się pod tym względem), pomyślałem, że Tyson i Mone przygotowali książkę z myślą o najmłodszych. W przekonaniu tym utwierdził mnie zgrabny, nieco nostalgiczny wstęp o spacerach pod gwiazdami i pierwszych odwiedzinach w muzeum historii naturalnej. Po zakończeniu lektury mam znacznie więcej wątpliwości. Oprawa książki, osobiste wspomnienia z dzieciństwa, niektóre żarty – wszystko to mogłoby w kapitalny sposób zadziałać na wyobraźnię bystrego dziesięciolatka. Jednak z drugiej strony, poziom merytoryczny, słownictwo (“W 1998 nauka po raz ostatni ekshumowała największy błąd Einsteina…”), a nawet dobór tematów – przekonują mnie, że właściwym targetem autorów jest raczej młodzież powyżej 14. może 15. roku życia. Młodzi ludzie, którzy nie doznali jeszcze kontaktu z poważną literaturą popularnonaukową, ale mają już za sobą pierwsze lekcje fizyki czy chemii i kojarzą przynajmniej najbardziej podstawowe terminy związane z tymi dziedzinami.

Jednak nawet w tym przypadku żywię pewne obawy co do wyboru prezentowanych zagadnień. Bez wątpienia wszystkie wydają się interesujące i mogą rozruszać szare komórki każdego ciekawskiego małolata. Pojawia się tu jednak odwieczny belferski dylemat, czy jest sens przemycać potężne hipotezy i modele w tekstach skierowanych do osób, które nie odebrały nawet elementarnego wykształcenia. Czy można skutecznie tłumaczyć ideę ciemnej energii nastolatkowi, który nie miał jeszcze okazji usłyszeć o tym czym jest energia, czym są zasady zachowania, nie mówiąc o mechanice kwantowej czy koncepcjach Einsteina? Nie chcę tego w tym miejscu rozstrzygać, więc pytanie pozostawiam otwarte.

Na szczęście powyższa kwestia dotyczy tylko dwóch, może trzech rozdziałów. Inne, jak Dlaczego świat jest okrągły? lub Moje ulubione pierwiastki zdają się wręcz stworzone do popularyzowania wiedzy o kosmosie wśród uczniów, w interesujący sposób wprowadzając czytelnika do fundamentalnych zagadnień, takich jak układ okresowy pierwiastków, budowa atomu, napięcie powierzchniowe, czy siła ciążenia. Poza tym, cała książka usiana jest niebieskimi ramkami, zawierającymi nie tylko ciekawostki, ale również liczne celne spostrzeżenia. (Zdarzył się też strzał w płot, przy okazji ramki Czy to było fair?, w rozdziale o mikrofalowym promieniowaniu tła. Autor zwraca w niej uwagę, że Penzias i Wilson otrzymali Nagrodę Nobla jako właściwi odkrywcy dowodu na wielki wybuch, choć ten zaszczyt ominął Roberta Dicke’a. Wtręt o tyle niefortunny, że sam ignoruje postać innego teoretyka, Jima Peeblesa, który otrzymał Nobla w dziedzinie fizyki za rok 2019).

Astrofizycy mają o wiele większe teleskopy. Możemy dzięki nim badać znacznie dalsze obiekty, ale im dalej patrzymy w przestrzeń kosmiczną, tym bardziej cofamy się w czasie. Wiem, co sobie myślisz: Ojacie! Owszem, to w pełni adekwatna reakcja.

Elementem, jaki ujął mnie najbardziej nie są jednak same objaśnienia poszczególnych zjawisk, lecz liczne uwagi na temat pracy uczonych i funkcjonowania nauki jako takiej. Tyson bez ogródek przyznaje, że fizycy to też ludzie, mają swoje przywary, lubią rywalizację i liczą na docenienie. Wyróżnia ich jedno: uwielbiają gdy wszechświat stawia przed nimi nowe zagadki. Jak podkreśla, naukowiec nie boi się niewiedzy, a na każdy znak zapytania reaguje nie ze strachem czy niechęcią, lecz najszczerszą ekscytacją. To cenna zachęta do oddania się pasji i zachowania zdrowego sceptycyzmu.

Jesteśmy oryginalną, ciekawską zgrają. Dla astrofizyka rok to czas, jaki Ziemi zajmuje podróż dookoła Słońca. Zamiast świętować kolejne lata życia, obchodzimy liczbę wykonanych przez nas okrążeń wokół Słońca.

Co zabawne, szukając opinii o Astrofizyce dla młodych zabieganych na zagranicznych serwisach, szybko zauważyłem pewną zależność. Wielu, naprawdę wielu nabywców książki Tysona i Mone’a przyznaje, że choć chcieli sprawić wartościowy prezent swoim pociechom, ostatecznie sami utonęli w lekturze. Spora część komentujących dodaje, że wersja dziecięca przypadła im do gustu bardziej od oryginału – jeśli nie przez ilustracje (w ADZ nie było zdjęć), to przez jeszcze przystępniejszą formułę wykładu.

Bez wątpienia jest to jakaś zaleta. Nawet jeżeli Astrofizyka dla młodych zabieganych z jakiegoś powodu nie przypadnie do gustu waszym dzieciom czy młodszemu rodzeństwu, w najgorszym razie zrobicie satysfakcjonujący prezent samym sobie.

Info:
Autor: Neil deGrasse Tyson, Gregory Mone;
Oryginalny tytuł: Astrophysics for Young People in a Hurry;
Tytuł: Astrofizyka dla młodych zabieganych;
Przełożył: Jeremi Ochab;
Wydawnictwo: Insignis;
Wydanie: Warszawa 2019;
Liczba stron: 200.
Raczy pan żartować, panie Ulam! – recenzja “Przygód matematyka” Jestem naukowym totalitarystą! Garść szybkich uwag na temat ‘Interstellar’