Tym, którzy są zbyt zajęci na opasłe książki – recenzja “Astrofizyki dla zabieganych”

Dziś pod ocenę trafia kolejny światowy bestseller, który lada chwila trafi do polskich księgarni za sprawą Wydawnictwa Insignis. Mowa o Astrofizyce dla zabieganych, autorstwa jednego z najbardziej wyrazistych popularyzatorów nauki obecnego pokolenia.

Miałem kiedyś kolegę, który poprosił o polecenie książki o fizyce. Był on brutalnie szczery co do swoich wymagań. Nie żądał najlepszej publikacji jaką znam, nie najciekawszej ani nie najdokładniejszej. Postawił sprawę jasno: nie interesuje się za bardzo wszechświatem, ale jako człowiek wykształcony po prostu chciałby wiedzieć czym współczesna nauka się zajmuje. Co w trawie piszczy? Wydaje mi się, że najnowsza książka Neila deGrasse’a Tysona, idealnie spełniłaby jego wymagania.

Sądzę, że sylwetka dyrektora nowojorskiego Hayden Planetarium znana jest każdemu amatorowi kosmicznych wrażeń. Prawdopodobnie żaden z żyjących astronomów nie bryluje przed kamerą, tudzież przed mikrofonem, tak ochoczo jak Neil deGrasse Tyson. I co byśmy o czarnoskórym uczonym nie powiedzieli, wykonuje doprawdy tytaniczną pracę na rzecz krzewienia racjonalizmu i szacunku do nauki w amerykańskim społeczeństwie. Nic dziwnego, że w opinii niektórych zasłużył już na miano godnego sukcesora Carla Sagana. Furorę zrobił m.in. jego niedawny monolog, w którym z przejęciem ocenił postępującą ignorancję zachodniej cywilizacji.

Nie ukrywam, że zaciekawiło mnie czy Tyson – głównie brylujący w mediach – będzie potrafił przenieść swoją charyzmę na papier. Na pewno sam sobie utrudnił zadanie, wybierając formułę popularnonaukowego fast fooda, zamiast porządnej kolacji w wykwintnym lokalu. Rzecz jasna, pierwsza opcja posiada niekwestionowane zalety, ale przyśpieszony wykład zawiera stosunkowo niewiele miejsca na estetyczne uniesienia i przemycenie jakiejś szerszej wizji. Tym samym, stajemy tu w sytuacji odwrotnej niż w przypadku recenzowanego niedawno Wszechświata w twojej dłoni. Tam autor zawarł stosunkowo skromny bagaż informacyjny, utopiony w morzu kwiecistej narracji. Tyson natomiast potraktował tytuł swojej pracy całkowicie serio, unikając wodolejstwa i z zasady łapiąc najważniejsze wątki bezpośrednio za grzbiet. Na dobrą sprawę, dopiero pod sam koniec pozwala sobie na zatrzymanie i moment zadumy nad “kosmiczną perspektywą” oraz rolą nauki w życiu współczesnego człowieka. Co zaskakujące, naukowiec porzuca na moment scjentystyczny ton i wykazuje pełne zrozumienie dla bardziej przyziemnych problemów i stawiania ich ponad odległą potrzebą poznania. 

Kiedy śledzę orbity asteroid, komet i planet krążących piruety w kosmicznym balecie, którego choreografię opracowała siła grawitacji, czasami zapominam, że zbyt wielu ludzi żyje w niczym nieusprawiedliwionym braku poszanowania delikatnych zależności między ziemską atmosferą, oceanami i lądami, czego konsekwencji doświadczą nasze dzieci i dzieci naszych dzieci, przypłacając je zdrowiem i szczęściem. 

Jako, że książka ma dotyczyć astrofizyki, właśnie wokół zagadnień astrofizycznych (może z domieszką astrochemii i astronomii), krąży każdy z dwunastu rozdziałów. Nie brakuje więc opowieści o ciemnej materii, ciemnej energii i wielkim wybuchu, ale otrzymujemy też kilka mniej eksploatowanych kwestii. Przykładowo w rozdziale ósmym autor ciekawie rozprawia na temat kulistych kształtów przybieranych przez struktury kosmiczne. W kolejnym, streszcza proces ewolucji metod obserwacyjnych, wskazując jaki przełom stanowiło wyjście przez obserwatoria poza spektrum światła widzialnego. Natomiast przy okazji rozjaśniania teorii wielkiego wybuchu, powziął bodaj swój ulubiony problem genezy obecnej struktury chemicznej kosmosu i pochodzenia poszczególnych pierwiastków. 

W swojej lekkiej formie, Astrofizyka dla zabieganych, stanowi kolejny wyraz starań Tysona w budowaniu “ludzkiego” wizerunku nauki w oczach mas. Oto otrzymujemy zaledwie 200-stronicową książeczkę. Gustownie wydaną, nieźle prezentującą się na półce, ale jednocześnie o niewielkich, wręcz kieszonkowych gabarytach. Widać tu realizację jasnego, konsekwentnego zamysłu. Jeśli pracujesz w urzędzie lub w banku, studiujesz filologię bądź historię, wychowujesz trójkę dzieci, brakuje Ci wolnego czasu na spokojną kontemplację kosmicznego majestatu – właśnie straciłeś ostatnią wymówkę. Dziełko Tysona jest krótkie, proste i zmieści się w każdym plecaku czy torebce. Książka dosłownie dla każdego.

Aha! Bym zapomniał o konkursie! Nie było źle, większość osób myliła się co najwyżej w jednym czy dwóch przypadkach. Odpowiedzi brzmiały następująco: 1. Krótka historia czasu, 2. Pierwsze trzy minuty (nie wiem dlaczego niektórzy dawali Ostatnie trzy minuty, skoro pierwsza ikonka wskazywała na “jedynkę”), 3. Nowy wspaniały świat, 4. Marsjanin, 5. Pamiętnik znaleziony w wannie, 6. Autostopem przez galaktykę (nie wiem dlaczego tak świetna książka jest u nas tak mało znana), 7. Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, 8. Boska cząstka, 9. Miliardy, miliardy. Rozmyślania o życiu i śmierci u schyłku tysiąclecia, 10. Pan raczy żartować, panie Feynman! Do najszybszych graczy, czyli Krzyśka Otto, Błażeja Kuźmy i Zacnego_Łosia, już fruną świeże egzemplarze wyżej recenzowanej książki. Dzięki za udział w zabawie. 🙂

Info:
Autor: Neil deGrasse Tyson;
Przełożył: Jeremi Ochab;
Tytuł: “Astrofizyka dla zabieganych”;
Wydawnictwo: Insignis;
Wydanie: Kraków 2017;
Liczba stron: 208.
Garść filmików o ewolucji od Richarda Dawkinsa Komik o nauce – recenzja ‚Pikniku z Einsteinem’ Filozoficzna rewolucja kopernikańska – kilka słów od Janusza Życzkowskiego