Książka O pochodzeniu czasu

Ostateczna teoria Hawkinga okiem jego ucznia – recenzja “O pochodzeniu czasu”

Kiedy cofamy się do momentu narodzin wszechświata, stajemy oko w oko z paraliżującym paradoksem. Łatwo mówić o początku dowolnego procesu, ale jak rozumieć “początek” w kontekście samego czasu?

Przez większość błyskotliwej kariery Stephena Hawkinga jego głowę zajmowały naprzemiennie dwa wielkie tematy: anatomia czarnych dziur oraz narodziny całego wszechświata. Oba wątki mogą wydawać się niepowiązane, jednak zarówno za kotarą horyzontu zdarzeń, jak i w punkcie startowym wielkiego wybuchu czyha ten sam kłopot, nazywany roboczo osobliwością. Punkt, gdzie nasze definicje tracą sens, a fundamenty współczesnej fizyki – teoria względności oraz mechanika kwantowa – zdają się splatać w jedną, zupełnie niepojętą całość. Taki zestaw zainteresowań miał więc głębszy sens i znajdował odbicie w akademickich zwyczajach Hawkinga. Jeżeli w jednym roku wziął pod swoje skrzydła jakiegoś doktoranta pomagającego mu w pracy nad czarnymi dziurami, to dla równowagi w drugim przydzielał ucznia do badań nad wielkim wybuchem.

Pochodzący z Belgii Thomas Hertog po przybyciu do Cambridge w 1997 roku, trafił do drugiego zespołu. Od tego momentu, przez niemal dwadzieścia lat towarzyszył sparaliżowanemu teoretykowi w drodze ku nowej, kwantowej wersji teorii wielkiego wybuchu. Świadectwem tej długiej, owocnej i szalenie inspirującej współpracy jest najnowsza książka Hertoga O pochodzeniu czasu. Ostateczna teoria Stephena Hawkinga, w naszym kraju wydana pod koniec kwietnia za pośrednictwem Zysk i S-ka.

Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem, a jego oczy znów zabłysły. To było to. Nie przez filozofowanie czy odwoływanie się do zasady antropicznej, ale przez wplatanie teorii kwantowej w głębsze warstwy kosmologii zamierzaliśmy poradzić sobie z multiświatem. Sposób, w jaki to zakomunikował, sprawiał, że brzmiało to jak zwykłe zadanie domowe. […]
Na ekranie pojawiło się: “Umieram…”.
Zmroziło mnie. Spojrzałem na pielęgniarkę, która była pochłonięta lekturą w kącie gabinetu. Spojrzałem znów na Stephena, który według mnie był w dobrym stanie i klikał dalej:
“…z tęsknoty… za… filiżanką… herbaty”.
Byliśmy przecież w Wielkiej Brytanii i właśnie wybiła godzina szesnasta.

Fragment przedmowy “O pochodzeniu czasu”.

Chyba najlepszą laurką, jaką mogę wystawić pracy Hertoga, będzie stwierdzenie, że opisuje ona tezy Hawkinga piękniej, dokładniej i ciekawiej od… samego Hawkinga. Zdaję sobie sprawę, że najbardziej oddani fani brytyjskiego profesora mogą zaraz zamknąć zakładkę w przeglądarce, ale nie sądzę, abym przesadzał. Krótka historia czasu to dobra lektura dla osób zabieganych, szukających ogólnikowego streszczenia najważniejszych tematów trapiących fizyków. O pochodzeniu czasu jest czymś znacznie głębszym. Nie przedstawia samych teorii i hipotez, lecz cały proces myślowy, który prowadził Hawkinga i jego współpracowników na trop danych idei. Co ważne, zawiera ostatnią i najaktualniejszą wersję Hawkingowskiej kosmologii – bo ta, jak Hertog często podkreśla – od czasu pierwszego wydania Krótkiej historii czasu, podlegała wielokrotnym rewizjom.

Punkt wyjścia stanowią tu rozważania Stephena Hawkinga i jego przyjaciela Jima Hartle’a na temat czasu urojonego oraz wszechświata pozbawionego brzegu (bardzo ważny model, zmieniający podejście do odwiecznego pytania o to, co było “przed” wielkim wybuchem. Więcej na ten temat możecie przeczytać w artykule Gdy czas był przestrzenią). Później jest jeszcze ciekawiej, bo do gry wkracza mechanika kwantowa, zarówno pod postacią Feynmanowskiego sumowania po historiach, jak i multiświatów Everetta. W końcu, ku mojemu zdziwieniu, gościnny występ zalicza aktorka, której blask w ostatnich latach jakby przygasł – teoria strun.

Treść książki "O pochodzeniu czasu" Thomasa Hertoga
Fragment rozdziału III “O pochodzeniu czasu”.

Do jakich wniosków fizycy ostatecznie doszli? Co wynikło z prób harmonizowania teorii względności, kwantów i superstrun? Tego rzecz jasna wam nie zaspoileruję. Podpowiem jedynie, że tytuł stanowi nieprzypadkowe nawiązanie do Karola Darwina i jego O powstawaniu gatunków (właśnie sobie uświadomiłem, że polski przekład spalił to nawiązanie, zamieniając powstawanie na pochodzenie…). Kosmologia wciąż raczkuje i niewykluczone, że wizja opisana przez Hertoga okaże się kolejną ślepą uliczką. Jednak bez względu na to, już samo podążanie za intuicją Hawkinga stanowi intelektualną przygodę, którą zdecydowanie warto przeżyć. Choćby dlatego, że zmienia ona perspektywę poznawania wszechświata, pokazując jak wiele pytań stawialiśmy w niewłaściwy sposób.

Trudno wskazać mi jakiś wyraźny mankament. Może przydałoby się w tym wszystkim odrobinę więcej sceptycyzmu, ale też trudno wymagać od Hertoga surowej krytyki wobec hipotez, pod którymi widnieje przecież również jego własny podpis. Może okładka nie powinna tak łatwo się palcować (przydałaby się jakaś obwoluta), ale i tak prezentuje się lepiej od opraw innych książek, jakie recenzowałem w ostatnich miesiącach. Jak sami widzicie, to już szukanie dziury w całym.

Dlatego mogę z czystym sumieniem prognozować, że O pochodzeniu czasu na pewno znajdzie się w czołówce najlepszych książek popularnonaukowych tego roku. Thomas Hertog nie poszedł na łatwiznę i sprawił, że zgodnie z podtytułem, głównym bohaterem nie jest przykuty do wózka człowiek, lecz wybitny fizyk i jego dzieło życia. Oczywiście w książce nie brakuje osobistych wspomnień, ale nie są one wstawiane na siłę i zawsze stanowią zgrabny przyczynek prowadzący do rzetelnego i dokładnego wykładu.

W ten sposób autor oddał najpiękniejszy hołd, jaki uczeń mógł złożyć swojemu mistrzowi, po prostu pielęgnując jego spuściznę.

Książkę można kupić m.in. na stronie Wydawnictwa Zysk i S-ka.
Info:
Autor: Thomas Hertog;
Przełożył: Tomasz Lanczewski;
Tytuł: O pochodzeniu czasu. Ostateczna teoria Hawkinga;
Tytuł oryginalny: On the Origin of Time. Stephen Hawking’s Final Theory;
Wydawnictwo: Zysk i S-ka;
Wydanie: Poznań 2023;
Liczba stron: 439.
Total
0
Shares
Zobacz też
Czytaj dalej

Otwieram kramik

Od kilku miesięcy chodziło mi po głowie pewien skromny kaprys: chciałem napić się kawy z kubka oznaczonego logiem…