Sławny reżyser, jeszcze sławniejszy prowadzący, cudowne zdjęcia, gromada astronautów i niemały budżet. Czy to wystarczy aby kolejny program o naszej planecie uczynić świeżym i naprawdę intrygującym widowiskiem? Zapraszam na pierwszy sprawdzian i jednocześnie zapowiedź Przedziwnej planety Ziemi.

Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy usły­sza­łem o nowej pro­duk­cji National Geo­gra­phic, zapra­gną­łem osten­ta­cyj­nie ziewnąć. Sam tytuł zachęcał do takiej reakcji. Prze­dziwna planeta Ziemia – trudno wyobra­zić sobie bardziej nijaki tytuł, zwłasz­cza gdy w ostat­nich latach byliśmy już raczeni takimi tworami jak Ziemia: Potęga planety, Jak ukształ­to­wała nas Ziemia, Ziemia z nieba, Ziemia: Nie­zwy­kły dzień z życia planety i oczy­wi­ście Planeta Ziemia (można bez udziw­nień?). Na całe szczę­ście ten przykład braku ory­gi­nal­no­ści oszpecił jedynie polską wersję językową pro­duk­cji. Pier­wotna nazwa One Strange Rock brzmi znacznie zgrab­niej i prawdę mówiąc trudno mi zro­zu­mieć dlaczego tłumacz nie postawił np. na Pewną dziwną skałę.

Rzecz jasna to tylko tytuł. Znacznie większy scep­ty­cyzm miała prawo wzbudzać zapo­wia­dana przezeń treść. Bo co nowego opo­wie­dzieć może nam tele­wi­zja na temat mat­czy­nej planety? Na całe szczę­ście nauka pozo­staje na tyle żywa, obszerna i nie­zrów­na­nie głęboka, że przy odro­bi­nie chęci (i środków) z każdego zagad­nie­nia, zawsze można wycisnąć kilka kropli więcej. I po seansie pierw­szego odcinka mogę ze spokojem stwier­dzić, że proces wyci­ska­nia prze­biegł w przy­padku naj­now­szego projektu National Geo­gra­phic bardzo sprawnie. Do tego wrócimy jednak później.


Nowy projekt wpa­so­wuje się w trwającą już od kilku lat politykę National Geo­gra­phic, pole­ga­jącą na anga­żo­wa­niu w popu­la­ry­za­cję nauki cenio­nych fil­mow­ców. Wystar­czy przy­wo­łać ubie­gło­roczne hity, czyli Mars oraz pierwszy sezon Geniusza, zgrabnie ekra­ni­zu­ją­cego życiorys Alberta Ein­ste­ina.  W obu pracach palce maczał Ron Howard (reżyser Pięknego umysłu, Apollo 13, Frost/Nixon), zaś w siwo­włosą ikonę fizyki wcielił się rewe­la­cyjny Geoffrey Rush. Tym razem za kształt pro­duk­cji odpo­wiada Darren Aro­no­fsky. Jeśli nie możesz w tym momencie sko­ja­rzyć nazwiska, to śpieszę z wyja­śnie­niem, że wyre­ży­se­ro­wał on m.in. takie dzieła jak Pi, ZapaśnikRequiem dla snu, czy Czarny łabędź, który w 2011 roku przy­niósł mu nomi­na­cję do Oskara. Z kolei funkcję nar­ra­tora całej powieści powie­rzono Willowi Smithowi, znanemu zarówno z ról kome­dio­wych i sen­sa­cyj­nych (Bad Boys, Faceci w czerni), jak i poważ­niej­szych (Siedem dusz, czy mój ulubiony Jestem legendą).  Jednak naj­waż­niej­szymi boha­te­rami serii pozo­staje ośmioro astro­nau­tów, na barkach których w rze­czy­wi­sto­ści spoczywa mery­to­ryczny ciężar Prze­dziw­nej planety Ziemi. Pozwolę sobie przy­wo­łać osoby, które ujrzymy na ekranie:
  • Jerry Linenger: spędził 132 dni na stacji MIR, przeżył na orbicie poważny pożar;
  • Jeff Hoffman: astronom i astro­fi­zyk, ser­wi­so­wał na orbicie Kosmiczny Teleskop Hubble’a;
  • Mae Jemison: należała do załogi jednej z misji promu kosmicz­nego Ende­avour, co uczyniło z niej pierwszą czar­no­skórą kobietę w kosmosie;
  • Mike Mas­si­mino: latał waha­dłow­cami Columbia i Atlantis, później etatowy pra­cow­nik Centrum Lotów im. Johnsona.
  • Leland Melvin: na pokła­dzie Atlan­tisa odwie­dzał Mię­dzy­na­ro­dową Stację Kosmiczną w cha­rak­te­rze inży­niera;
  • Nicole Stott: człon­kini kilku załóg promu Disco­very, w tym ostat­niego. Prze­by­wała na ISS, gdzie zdobyła popu­lar­ność jako kosmiczna malarka;
  • Peggy Whitson: naj­dłu­żej prze­by­wa­jąca kobieta w prze­strzeni kosmicz­nej, a także dowódca dwóch wypraw na ISS;
  • Chris Hadfield: naj­słyn­niej­szy kana­dyj­ski astro­nauta, członek kilku załóg na ISS. Popu­larny dzięki swoim publi­ka­cjom na YouTube.
Wyżej wymie­nieni są kimś więcej niż typową dla tego typu utworów grupą eks­per­tów. Stanowią oni punkt zacze­pie­nia całej idei obmy­ślo­nej przez Aronofsky’ego. A idea ta polega ona na tym aby ukazać Ziemię jako jedną całość, swoisty statek kosmiczny całej ludz­ko­ści. Jako saga­now­ską błękitną kropkę zawie­szoną w bez­kre­sie kosmicz­nej czerni, samotną i zdaną tylko na siebie. Któż może to odczucie opisać spraw­niej od osób, które naocznie doświad­czyły tej nie­po­ję­tej per­spek­tywy?
“Wezwano mnie do pracy. Złapałem poręcz. Ale podczas pracy nagle poczułem roz­ry­wa­jący ból w lewym oku. Jakby ktoś pchnął mnie nożem. Powieka zamknęła się i zacząłem łzawić. Kłopot w tym, że bez ciążenia łzy nie spadają. Kropla robiła się coraz większa. W końcu to małe jezioro, prze­pły­nęło nad moim nosem i trafiło w drugie oko. Powie­dzia­łem więc: Huston, mamy problem. Nie widzę, stra­ci­łem wzrok. Spraw­dzili możliwe przy­czyny i mówią: Może chodzić o naj­gor­szy sce­na­riusz, skażenie w ska­fan­drze.”
— Chris Hadfield
Pomysł wypalił moim zdaniem w zupeł­no­ści. Autor kapi­tal­nie udo­wad­nia, iż bez względu na “przy­ziem­ność” tematu, dystans potrafi sku­tecz­nie zmienić nasze spo­strze­że­nia, a przy­naj­mniej uczynić je jeszcze cie­kaw­szymi. Zdarza się, że pro­wa­dzący monolog astro­nauta pozornie schodzi z tematu wdając się w odległe dygresje, ale tylko po to aby po chwili cała narracja ułożyła się w zaska­ku­jąco spójną całość. Jak na ironię najmniej istotnym (co nie znaczy, że słabym) ele­men­tem serialu staje się Will Smith. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wypo­wia­dane przez aktora słowa służą głównie jako wypeł­niacz o quasi-filo­zo­ficz­nym zabar­wie­niu – choć charyzmy jako takiej odmówić mu nie sposób.
Wieża w Amazonii
Każdy z dzie­się­ciu epizodów omawia dość szeroko jedno zagad­nie­nie, które zdaniem twórców czyni nasz glob tak wyjąt­ko­wym. Nie musisz zgadywać jakie to zagad­nie­nia, gdyż pro­du­cent ujawnił tytuły i stresz­cze­nia wszyst­kich odcinków. I tak, kolejno przyj­dzie nam posłu­chać opo­wie­ści o oddy­cha­niu i tlenie, życio­daj­nym zde­rze­niu ciał nie­bie­skich, magne­tos­fe­rze, szcze­gól­no­ści Ziemi na tle pozna­nych egzo­pla­net, ewolucji od pry­mi­tyw­nych do zło­żo­nych form życia, doborze natu­ral­nym i prze­trwa­niu, zagro­że­niach dla życia i wreszcie przy­szłej kolo­ni­za­cji obcych światów. Na pierwszy rzut oka, niewiele w tym ory­gi­nal­no­ści. Kluczem jest jednak prze­my­ślana formuła programu, a przede wszyst­kim próba podej­ścia do starych pro­ble­mów od nie­ty­po­wej, nie­ek­splo­ato­wa­nej strony.

Świetnie widać to już w odcinku pre­mie­ro­wym. Tytuł Oddech, mógłby zwia­sto­wać 50-minutowy wykład na temat wartości tlenu i potrze­bie ochrony naszej atmos­fery. Tym­cza­sem twórcy uraczyli nas intry­gu­jącą historią łańcucha zdu­mie­wa­ją­cych powiązań. Usły­szymy o tym, jak burze piaskowe w Afryce, płatki śniegu w Andach, “latające rzeki” i oce­aniczne stwo­rzonka pozo­stają w stałej łącz­no­ści, nie tylko dając nam wspól­nymi siłami tlen, ale również utrzy­mu­jąc jego stężenie w powie­trzu. Widz ujrzy wspa­niałą ama­zoń­ską puszczę i dowie się, że każde jej drzewo ma poten­cjał do zaopa­trze­nia w życio­dajny gaz dwóch ludzi – aby już po chwili usłyszeć, że… niemal cały ten tlen zostaje pochło­nięty przez las, który go wytwo­rzył. Czy to znaczy, że możemy prze­ro­bić Amazonię na wyka­łaczki i meble ogrodowe? Nie, ponieważ jej rośliny pomagają nam w oddy­cha­niu w zupełnie inny, bardziej subtelny sposób. Ale bez spo­ile­rów. 
Dallol w Etiopii
Może popadnę w banał, ale moja opinia o serialu nie byłaby pełna, gdybym nie odniósł się do jego warstwy wizu­al­nej. Pozwolę sobie zatem na krótkie, ale konieczne stwier­dze­nie:

Planeta Ziemia jest nie tylko przedziwna, ale również przepiękna!

Cudowne zdjęcia od zawsze sta­no­wiły wizy­tówkę National Geo­gra­phic, bez względu na to czy mówimy o papie­ro­wym maga­zy­nie, czy stacji tele­wi­zyj­nej. One strange rock nie pozwala nam o tym zapo­mnieć. Spodobał mi się zabieg Aronofsky’ego, pole­ga­jący na wyraźnym odse­pa­ro­wa­niu zapie­ra­ją­cych dech w pier­siach ujęć przyrody, od mono­lo­gów Willa Smitha i astro­nau­tów. Tym ostatnim nadano cha­rak­ter gustow­nych prze­ryw­ni­ków utrzy­ma­nych w czarno-białej sty­li­styce. Potem na ekran wskakują genialne, barwne zdjęcia z naj­dal­szych zakątków świata i, rzecz jasna, z prze­strzeni kosmicz­nej. Naj­więk­sze wrażenie robią chyba liczne ujęcia wykonane z góry, nie tylko z pokładu ISS, lecz również mocno eks­plo­ato­wa­nych na każdym kroku dronów; jak również makro­fo­to­gra­fie. Pierwszy odcinek zachwyci nas m.in. obrazami Amazonii, pustyni Dallol w Etiopii (z uwagi na kolo­ry­stykę i ska­fan­dry naukow­ców przy­wo­ły­wały mi sko­ja­rze­nia z Breaking Bad), ark­tycz­nego Sval­bardu oraz peru­wiań­skiej La Rin­co­nady. Na uwagę zasłu­guje również tajska Wat Phra Dham­ma­kaya, gdzie po raz pierwszy pozwo­lono ekipie tele­wi­zyj­nej nagrać nocne obrzędy stu tysięcy bud­dy­stów. Ogółem, zgodnie z zapo­wie­dziami, w ciągu dzie­się­ciu odcinków odwie­dzimy aż 45 miejsc ze wszyst­kich kon­ty­nen­tów.
Wat Phra Dhammakaya w Tajlandii
Jednym słowem: wido­wi­sko. Jedyne czego żałuję, to nie­moż­ność obej­rze­nia go w ultra HD, naj­le­piej na kinowym ekranie. 

Pierwszy odcinek, sta­no­wiący zaledwie 1/10 całego projektu nie uprawnia do wysta­wie­nia wiążącej oceny. Zachęca jednak do przy­zna­nia Aronofsky’emu nie­ma­łego kredytu zaufania. Prze­glą­da­jąc zagra­niczne recenzje (w USA wyświe­tlono już kilka odcinków), spo­tka­łem się z zarzutem wstawek ide­olo­gicz­nych. Na razie sam niczego takiego nie odno­to­wa­łem, a program wydaje się wyśmie­ni­cie wyważoną mie­sza­niną doku­mentu i małego dzieła sztuki. Czy dowie­dzia­łem się z Prze­dziw­nej planety Ziemi czegoś nowego? Tak, choć miałem przed seansem obawy. Czy zostałem ocza­ro­wany magią mistrzow­skich zdjęć i montażu? Bez wąt­pie­nia. I chcę więcej.

Premiera w najbliższy wtorek o godzinie 22:00 na National Geographic. Zalecam duży ekran.

  • karolina_ka

    Po tra­ile­rze jedno wielkie “wow”! Jeżeli ten serial tak właśnie wygląa to chcę to zobaczyć.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Julia

    Byle do wtorku. 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • luRp

    Witam, będzie można obejrzeć w inter­ne­cie powtórkę?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Spychacz

      Ja się podłączę do pytania i zapytam czy w ogóle w sieci można będzie obejrzeć. 🙂

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Geolog

    Kto to będzie dzisiaj oglądał jak liga mistrzów jest 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

    Obej­rza­łem pierwszy odcinek. Fak­tycz­nie, zdjęcia wizu­al­nie powalają na kolana. Ale warstwa mery­to­ryczna jest ubo­żuchna. W zasadzie wystar­czy­łaby na kilka minut narracji.

    “Wbrew powszech­nym mnie­ma­niom, lasy ama­zoń­skie nie są żadną światową “fabryką tlenu”. Decy­du­jąca rolę odgry­wają tu okrzemki — glony morskie. Aby efek­tyw­nie pro­du­ko­wać tlen potrze­bują do tego wymy­wa­nych przez rzeki, zdmu­chi­wa­nych przez wiatry i zgar­nia­nych przez lodowce, skład­ni­ków mine­ral­nych z kon­ty­nen­tów (jakich i dlaczego — nie wiadomo). Kiedy jest ich dużo, okrzemki się bujnie roz­wi­jają co widać z kosmosu. Kiedy jest ich mało, zamie­rają i pro­duk­cja tlenu spada. Niedobór tlenu jest dla ludzi bardzo szko­dliwy (nie wyja­śniono dlaczego), ale nadmiar również może być zagro­że­niem (nie wyja­śniono dlaczego również).

    I już. Tyle tego było na prawie godzinę filmu. 🙁

    Wielki fajer­werk i zde­cy­do­wany przerost formy nad treścią.

    dodat­kowo dwa bardzo poważne zgrzyty — co prawda nie wiem, czy nie zawinił tu polski tłumacz — spraw­dzać ory­gi­nału mi się nie chciało.

    1. Co to jest “gla­cjo­lożka”? Czapka gla­cjo­loga?
    2. Rośliny i glony nie prze­ra­biają dwu­tlenku węgla na tlen — nie wie pilaster już ile razy słyszał tą popu­larną brednię. Proces foto­syn­tezy pro­du­kuje tlen drogą fotolizy z WODY! (H2O)

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

    Obej­rza­łem drugi odcinek. Znów gigan­tyczny przerost roko­ko­wej, bo nawet nie baro­ko­wej, formy nad bardzo rachi­tyczną treścią. Znów szo­wi­ni­styczne potworki językowe “pilotka”, “inży­nierka” — tak jakby kobieta była zawsze ze swojej natury gorsza od mężczyzn i nie mogła być nor­mal­nym, peł­no­praw­nym, inży­nie­rem, czy pilotem.

    I znów dwa bardzo poważne błędy — pierwsza faza akrecji pyłu, z którego powstały planety, odbywała się nie w wyniku oddzia­ły­wań gra­wi­ta­cyj­nych, które dla tak małych ziaren są o wiele za słabe, tylko w wyniku przy­cią­ga­nia elek­tro­sta­tycz­nego.

    Po drugie ude­rze­nie mete­orytu Chi­cxu­lub było bardzo potężne i bez wąt­pie­nia odegrało dużą rolę w historii życia na Ziemi. Ale twier­dze­nie, że w jego wyniku “życie PRAWIE wymarło” to typowa dzien­ni­kar­ska, huma­ni­styczna, sen­sa­cyjka. Aby życie na Ziemi fak­tycz­nie wymarło w wyniku zde­rze­nia z jakimś ciałem nie­bie­skim, to musia­łoby być to coś wiel­ko­ści co najmniej Księżyca. A i to nie wiadomo czy na pewno.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0