Unikatowa i piękna. Przedpremierowa recenzja “Przedziwnej planety Ziemi”

Sławny reżyser, jeszcze sławniejszy prowadzący, cudowne zdjęcia, gromada astronautów i niemały budżet. Czy to wystarczy aby kolejny program o naszej planecie uczynić świeżym i naprawdę intrygującym widowiskiem? Zapraszam na pierwszy sprawdzian i jednocześnie zapowiedź Przedziwnej planety Ziemi.

Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o nowej produkcji National Geographic, zapragnąłem ostentacyjnie ziewnąć. Sam tytuł zachęcał do takiej reakcji. Przedziwna planeta Ziemia – trudno wyobrazić sobie bardziej nijaki tytuł, zwłaszcza gdy w ostatnich latach byliśmy już raczeni takimi tworami jak Ziemia: Potęga planety, Jak ukształtowała nas Ziemia, Ziemia z nieba, Ziemia: Niezwykły dzień z życia planety i oczywiście Planeta Ziemia (można bez udziwnień?). Na całe szczęście ten przykład braku oryginalności oszpecił jedynie polską wersję językową produkcji. Pierwotna nazwa One Strange Rock brzmi znacznie zgrabniej i prawdę mówiąc trudno mi zrozumieć dlaczego tłumacz nie postawił np. na Pewną dziwną skałę.

Rzecz jasna to tylko tytuł. Znacznie większy sceptycyzm miała prawo wzbudzać zapowiadana przezeń treść. Bo co nowego opowiedzieć może nam telewizja na temat matczynej planety? Na całe szczęście nauka pozostaje na tyle żywa, obszerna i niezrównanie głęboka, że przy odrobinie chęci (i środków) z każdego zagadnienia, zawsze można wycisnąć kilka kropli więcej. I po seansie pierwszego odcinka mogę ze spokojem stwierdzić, że proces wyciskania przebiegł w przypadku najnowszego projektu National Geographic bardzo sprawnie. Do tego wrócimy jednak później.

[ecko_youtube]9jd5t_jgq_o[/ecko_youtube]Nowy projekt wpasowuje się w trwającą już od kilku lat politykę National Geographic, polegającą na angażowaniu w popularyzację nauki cenionych filmowców. Wystarczy przywołać ubiegłoroczne hity, czyli Mars oraz pierwszy sezon Geniusza, zgrabnie ekranizującego życiorys Alberta Einsteina.  W obu pracach palce maczał Ron Howard (reżyser Pięknego umysłu, Apollo 13, Frost/Nixon), zaś w siwowłosą ikonę fizyki wcielił się rewelacyjny Geoffrey Rush. Tym razem za kształt produkcji odpowiada Darren Aronofsky. Jeśli nie możesz w tym momencie skojarzyć nazwiska, to śpieszę z wyjaśnieniem, że wyreżyserował on m.in. takie dzieła jak Pi, ZapaśnikRequiem dla snu, czy Czarny łabędź, który w 2011 roku przyniósł mu nominację do Oskara. Z kolei funkcję narratora całej powieści powierzono Willowi Smithowi, znanemu zarówno z ról komediowych i sensacyjnych (Bad Boys, Faceci w czerni), jak i poważniejszych (Siedem dusz, czy mój ulubiony Jestem legendą).  Jednak najważniejszymi bohaterami serii pozostaje ośmioro astronautów, na barkach których w rzeczywistości spoczywa merytoryczny ciężar Przedziwnej planety Ziemi. Pozwolę sobie przywołać osoby, które ujrzymy na ekranie:
  • Jerry Linenger: spędził 132 dni na stacji MIR, przeżył na orbicie poważny pożar;
  • Jeff Hoffman: astronom i astrofizyk, serwisował na orbicie Kosmiczny Teleskop Hubble’a;
  • Mae Jemison: należała do załogi jednej z misji promu kosmicznego Endeavour, co uczyniło z niej pierwszą czarnoskórą kobietę w kosmosie;
  • Mike Massimino: latał wahadłowcami Columbia i Atlantis, później etatowy pracownik Centrum Lotów im. Johnsona.
  • Leland Melvin: na pokładzie Atlantisa odwiedzał Międzynarodową Stację Kosmiczną w charakterze inżyniera;
  • Nicole Stott: członkini kilku załóg promu Discovery, w tym ostatniego. Przebywała na ISS, gdzie zdobyła popularność jako kosmiczna malarka;
  • Peggy Whitson: najdłużej przebywająca kobieta w przestrzeni kosmicznej, a także dowódca dwóch wypraw na ISS;
  • Chris Hadfield: najsłynniejszy kanadyjski astronauta, członek kilku załóg na ISS. Popularny dzięki swoim publikacjom na YouTube.
Wyżej wymienieni są kimś więcej niż typową dla tego typu utworów grupą ekspertów. Stanowią oni punkt zaczepienia całej idei obmyślonej przez Aronofsky’ego. A idea ta polega ona na tym aby ukazać Ziemię jako jedną całość, swoisty statek kosmiczny całej ludzkości. Jako saganowską błękitną kropkę zawieszoną w bezkresie kosmicznej czerni, samotną i zdaną tylko na siebie. Któż może to odczucie opisać sprawniej od osób, które naocznie doświadczyły tej niepojętej perspektywy?
[ecko_quote source=”Chris Hadfield”]Wezwano mnie do pracy. Złapałem poręcz. Ale podczas pracy nagle poczułem rozrywający ból w lewym oku. Jakby ktoś pchnął mnie nożem. Powieka zamknęła się i zacząłem łzawić. Kłopot w tym, że bez ciążenia łzy nie spadają. Kropla robiła się coraz większa. W końcu to małe jezioro, przepłynęło nad moim nosem i trafiło w drugie oko. Powiedziałem więc: Huston, mamy problem. Nie widzę, straciłem wzrok. Sprawdzili możliwe przyczyny i mówią: Może chodzić o najgorszy scenariusz, skażenie w skafandrze.[/ecko_quote]
Pomysł wypalił moim zdaniem w zupełności. Autor kapitalnie udowadnia, iż bez względu na “przyziemność” tematu, dystans potrafi skutecznie zmienić nasze spostrzeżenia, a przynajmniej uczynić je jeszcze ciekawszymi. Zdarza się, że prowadzący monolog astronauta pozornie schodzi z tematu wdając się w odległe dygresje, ale tylko po to aby po chwili cała narracja ułożyła się w zaskakująco spójną całość. Jak na ironię najmniej istotnym (co nie znaczy, że słabym) elementem serialu staje się Will Smith. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wypowiadane przez aktora słowa służą głównie jako wypełniacz o quasi-filozoficznym zabarwieniu – choć charyzmy jako takiej odmówić mu nie sposób.
[ecko_fullpage_image]Wieża w Amazonii[/ecko_fullpage_image]Każdy z dziesięciu epizodów omawia dość szeroko jedno zagadnienie, które zdaniem twórców czyni nasz glob tak wyjątkowym. Nie musisz zgadywać jakie to zagadnienia, gdyż producent ujawnił tytuły i streszczenia wszystkich odcinków. I tak, kolejno przyjdzie nam posłuchać opowieści o oddychaniu i tlenie, życiodajnym zderzeniu ciał niebieskich, magnetosferze, szczególności Ziemi na tle poznanych egzoplanet, ewolucji od prymitywnych do złożonych form życia, doborze naturalnym i przetrwaniu, zagrożeniach dla życia i wreszcie przyszłej kolonizacji obcych światów. Na pierwszy rzut oka, niewiele w tym oryginalności. Kluczem jest jednak przemyślana formuła programu, a przede wszystkim próba podejścia do starych problemów od nietypowej, nieeksploatowanej strony.

Świetnie widać to już w odcinku premierowym. Tytuł Oddech, mógłby zwiastować 50-minutowy wykład na temat wartości tlenu i potrzebie ochrony naszej atmosfery. Tymczasem twórcy uraczyli nas intrygującą historią łańcucha zdumiewających powiązań. Usłyszymy o tym, jak burze piaskowe w Afryce, płatki śniegu w Andach, “latające rzeki” i oceaniczne stworzonka pozostają w stałej łączności, nie tylko dając nam wspólnymi siłami tlen, ale również utrzymując jego stężenie w powietrzu. Widz ujrzy wspaniałą amazońską puszczę i dowie się, że każde jej drzewo ma potencjał do zaopatrzenia w życiodajny gaz dwóch ludzi – aby już po chwili usłyszeć, że… niemal cały ten tlen zostaje pochłonięty przez las, który go wytworzył. Czy to znaczy, że możemy przerobić Amazonię na wykałaczki i meble ogrodowe? Nie, ponieważ jej rośliny pomagają nam w oddychaniu w zupełnie inny, bardziej subtelny sposób. Ale bez spoilerów. 
[ecko_fullpage_image]Dallol w Etiopii[/ecko_fullpage_image]Może popadnę w banał, ale moja opinia o serialu nie byłaby pełna, gdybym nie odniósł się do jego warstwy wizualnej. Pozwolę sobie zatem na krótkie, ale konieczne stwierdzenie:

Planeta Ziemia jest nie tylko przedziwna, ale również przepiękna!

Cudowne zdjęcia od zawsze stanowiły wizytówkę National Geographic, bez względu na to czy mówimy o papierowym magazynie, czy stacji telewizyjnej. One strange rock nie pozwala nam o tym zapomnieć. Spodobał mi się zabieg Aronofsky’ego, polegający na wyraźnym odseparowaniu zapierających dech w piersiach ujęć przyrody, od monologów Willa Smitha i astronautów. Tym ostatnim nadano charakter gustownych przerywników utrzymanych w czarno-białej stylistyce. Potem na ekran wskakują genialne, barwne zdjęcia z najdalszych zakątków świata i, rzecz jasna, z przestrzeni kosmicznej. Największe wrażenie robią chyba liczne ujęcia wykonane z góry, nie tylko z pokładu ISS, lecz również mocno eksploatowanych na każdym kroku dronów; jak również makrofotografie. Pierwszy odcinek zachwyci nas m.in. obrazami Amazonii, pustyni Dallol w Etiopii (z uwagi na kolorystykę i skafandry naukowców przywoływały mi skojarzenia z Breaking Bad), arktycznego Svalbardu oraz peruwiańskiej La Rinconady. Na uwagę zasługuje również tajska Wat Phra Dhammakaya, gdzie po raz pierwszy pozwolono ekipie telewizyjnej nagrać nocne obrzędy stu tysięcy buddystów. Ogółem, zgodnie z zapowiedziami, w ciągu dziesięciu odcinków odwiedzimy aż 45 miejsc ze wszystkich kontynentów.
[ecko_fullpage_image]Wat Phra Dhammakaya w Tajlandii[/ecko_fullpage_image]Jednym słowem: widowisko. Jedyne czego żałuję, to niemożność obejrzenia go w ultra HD, najlepiej na kinowym ekranie. 

Pierwszy odcinek, stanowiący zaledwie 1/10 całego projektu nie uprawnia do wystawienia wiążącej oceny. Zachęca jednak do przyznania Aronofsky’emu niemałego kredytu zaufania. Przeglądając zagraniczne recenzje (w USA wyświetlono już kilka odcinków), spotkałem się z zarzutem wstawek ideologicznych. Na razie sam niczego takiego nie odnotowałem, a program wydaje się wyśmienicie wyważoną mieszaniną dokumentu i małego dzieła sztuki. Czy dowiedziałem się z Przedziwnej planety Ziemi czegoś nowego? Tak, choć miałem przed seansem obawy. Czy zostałem oczarowany magią mistrzowskich zdjęć i montażu? Bez wątpienia. I chcę więcej.

Premiera w najbliższy wtorek o godzinie 22:00 na National Geographic. Zalecam duży ekran.

Książka “Jakoś wkrótce”, premiera jutro, a recenzja już dziś Ten cholerny monolit. 50 lat “Odysei kosmicznej 2001” Największe polskie kompendium – recenzja “Historii fizyki” Wróblewskiego