Kosmiczny melanż, który nie ma końca

Zastanawiałam się, co tak naprawdę stoi za fenomenem prozy Franka Herberta. Imponujący warsztat literacki autora? Fabuła wciągająca, niczym piaski Arrakis? Niebanalny, olbrzymi świat? Trzy razy tak, ale Diuna była i po pół wieku pozostaje legendą, przede wszystkim dzięki ponadczasowości swojego przekazu.

Blichtr płynie z miasta, mądrość z pustyni.

Wellington Yueh

Wydaje się rzeczą niezwykle trudną (żeby nie powiedzieć niemożliwą) zekranizowanie dzieła tak filozoficznego i szalenie rozbudowanego pod kątem konstrukcji świata. W takiej sytuacji nieuniknione jest stosowanie uproszczeń, niedomówień, czy nawet pomijanie pewnych wątków. Mimo to, Denis Villeneuve zdołał uchwycić klimat brutalnego, lecz czarującego uniwersum Diuny – pełnego politycznych intryg i międzykulturowych różnic, których rozwinięcia możemy spodziewać się w już wyczekiwanej filmowej kontynuacji.

Spójrzmy na to, w jaki sposób reżyser wprowadza słynnego czerwia. Najpierw z przesłuchiwanych przez Paula Atrydę nagrań dowiadujemy się, że na piaskach planety Arrakis postrach sieją ogromne robale, ale na ich spotkanie musimy trochę poczekać. Moment, gdy wzbijający tumany piachu stwór pojawia się na horyzoncie i zbliża do miejsca zbioru cennej przyprawy – melanżu – jest jednym z bardziej ekscytujących. Nadal nie ukazuje nam on monstrum w całości, ale dudnienie, drżący i przelewający się piach sprawiają, że przenika nas jego potęga. Gdy ostatecznie wynurza się paszcza czerwia, widzimy tylko jej fragment i dopiero pod koniec filmu prezentuje nam się on w całej swej okazałości, wywołując przerażanie przemieszane z podziwem.

Na Arrakis równie enigmatyczni co czerwie są tubylczy Fremeni ze swoimi dziwacznymi z początku obyczajami i ceremoniami, zupełnie odmiennymi od tego, co znane z książęcych dworów. Przez kontrast z arystokratami stosującymi wymyślną etykietę wywołują jeszcze większe uczucie cywilizacyjnego wyobcowania i niezrozumienia przez międzyplanetarną społeczność.

Jednak barbarzyńskie zachowania Fremenów okazują się mieć sens, gdy lepiej ich poznajemy. Z czasem zaczynamy dostrzegać, że wszelkie podejmowane przez nich decyzje wynikają z czystej logiki i konieczności przetrwania w bezlitosnych dla człowieka warunkach. Tubylcy przystosowali się do nich niemal idealnie, opracowując zmyślne systemy odzyskiwania wody, których przejawem są m.in. filtraki.

Diuna, Fremeni
Główni bohaterowie odziani w filtraki.

Konsternacja członków rodu Atrydów, gdy odwiedza ich jeden z przedstawicieli pustynnego plemienia i pluje pod ich stopy, z pewnością udzieliła się wielu widzom i czytelnikom Diuny. Szybko jednak dociera do nas, że to, co mieszkańcy innych planet i społeczności zinterpretowaliby jako obelgę, w świecie cierpiącym na niedobory wody jest przejawem szacunku.

Nie trzeba wielkiej błyskotliwości, aby dostrzec we Fremenach inspirację ludami arabskimi. Zdradza ją język i stroje, a nawet pochodzenie od zensunnickich Wędrowców. W ich gronie często mówi się także o proroctwie dżihadu – świętej wojny ­– który ma nadejść w nieokreślonej przyszłości. Lud, przez możnych tego świata traktowany jako brudna, śmierdząca i głupia społeczność, przy bliższym kontakcie okazuje się wcale aż taka głupia nie być. Przez wieloletnie ciemiężenie coraz bardziej popada on w izolacjonizm popychający jego członków do brutalnych i bezwzględnych działań wobec tych, którzy przybyli na Arrakis tylko po to, aby ograbić ją z jedynego cennego surowca – wspomnianego melanżu.

Rola przyprawy o cynamonowym aromacie jest dla imperium nie do przecenienia. Gdyby nie ona nie byłyby możliwe międzyplanetarne podróże, a potęga niektórych politycznych frakcji nigdy nie osiągnęłaby takiej mocy. Fakt, iż jego pozyskanie możliwe było jedynie na pustynnym globie, powodował, że kontrolę jego produkcji i dystrybucji nadzorowały wszystkie wysokie rody, imperator oraz pozostałe liczące się koterie. Nikt jednak nie uwzględniał w swych kalkulacjach głosu i interesów zamieszkujących planetę Fremenów, skupiając się wyłącznie na eksploatacji środowiska. Losy wielu ziemskich narodów i grup społecznych zostały w podobny sposób przypieczętowane, gdy okazywało się, że konkretny surowiec może być źródłem bogactwa odległego, silniejszego kraju. Epoka znanego z naszej historii (neo)kolonializmu są tutaj oczywistym skojarzeniem.

Diuna, Sardaukarzy
Sardaukarzy, fanatyczna armia imperatora.

Skwar, brak wody, groźne czerwie to główne zagrożenia na Arrakis, która przez kontrast z zieloną i pokrytą oceanami rodzimą planetą Atrydów – Kaladanem – jawi się jako szczególnie niebezpieczne miejsce, w którym istnienie życia jest praktycznie niemożliwe. Dla Fremenów widok zasadzonych przez arystokratów palm, pochłaniających wodę, które mogłaby zaspokoić pragnienie stu ludzi, odbierany jest jako fanaberia.

Frank Herbert krytykuje w ten sposób nie tylko pogłębianie rozwarstwienia społecznego, ale też niekontrolowaną eksploatację środowiska. Ogromny wysiłek tubylców poczyniony, aby zapewnić sobie odpowiednią ilość wody do przetrwania, dotyczy przecież mieszkańców wielu regionów naszej planety. Niestety dostęp do tego surowca już teraz wydaje się ograniczony lub całkowicie zamknięty przez złe zarządzanie zasobami naturalnymi i chęć wzbogacenia się niskim kosztem.

To czy na Arrakis możliwe byłoby istnienie połaci zieleni, gdyby tylko zrezygnowano z jej uciskania, jest tajemnicą, którą niech każdy czytelnik Diuny odkryje sam. Tak czy inaczej, ekstremalne warunki na pustynnej planecie uzmysławiają jak cennym dobrem jest zwyczajna woda. Bez niej ani bogaty, ani biedny nie przetrwa. Ten fakt brutalnie uświadamiają sobie członkowie rodu Atrydów rzuceni na gorącą pustynię. Woda, której na Kaladanie było w bród i o której nawet nie trzeba było myśleć, staje się na Arrakis luksusem, a najdrobniejsza kropla może zadecydować o czyimś życiu. Ojciec Diuny przypomina, że melanż czy jakikolwiek inny drogi surowiec nie zapewni przeżycia człowiekowi, jeśli zabraknie mu podstaw.

Skojarzenia z konfliktami o ropę na Bliskim Wschodzie są jak najbardziej na miejscu, ale Herbert nie sprowadza historii Fremenów do prostego porównania z naszą rzeczywistością. Cykl o Diunie jest mocno filozoficznym dziełem, biorącym pod lupę religię, politykę, ekologię, ekonomię, hierarchię społeczną i wiele innych aspektów ludzkiej egzystencji.

Choć bywamy świadkami starć i widowiskowych pojedynków, to nie na akcję jako taką położony jest tutaj nacisk. Widz lub czytelnik przyzwyczajony do błyskających na ekranie świetlnych mieczy i pościgów kosmicznych statków może odbić się od Diuny, jeśli nastawi się na podobne doznania. Frank Herbert przygotował ucztę dla intelektu, stawiając przede wszystkim na wewnętrzne przemyślenia bohaterów i nieraz zawiłe dialogi. To właśnie dlatego tak trudno przełożyć literacką Diunę na duży ekran, zachowując cały filozoficzny przekaz.

Dla pisarza nie istniało tabu i dlatego tak celnie i bezwzględnie wytykał hipokryzję rządzących czy religijnych autorytetów. Nie była to jednak krytyka polegająca na zwykłym odzieraniu ze świętości, ale rozbieranie danego systemu na części i uświadamianie jak działają poszczególne koła zębate społecznych mechanizmów.

Widać to doskonale po przybyciu Paula Atrydy na Arrakis, gdzie wielu lokalsów okrzyknęło go Lisanem al-Gaibem – “Głosem Spoza Świata”, prorokiem przybywającym z innej planety. Zdziwiony młodzieniec, pytając o przyczyny tego entuzjazmu, słyszy od własnej matki, że to efekt działań Bene Gesserit.

Czym więc jest religia w oczach Herberta? Pieczołowicie konstruowaną propagandą, rozsiewaną przez dekady czy nawet wieki, zatruwającą umysły kolejnych pokoleń. Wszystko po to, by z myślą o przyszłości zabezpieczyć własne interesy. Pierwsze spotkanie z Fremenami protagonisty i jego matki jest świadectwem skuteczności polityki zakonu. Chłopak po pomyślnym przejściu próby utwierdza członków plemienia w przekonaniu o byciu przepowiedzianym prorokiem. Jessika z kolei, w pierwszej chwili odtrącona przez Fremenów, otrzymuje kredyt zaufania, gdy odkrywają oni, że jest “czarownicą Bene Gesserit”, o której również wspominano w proroctwie.

Diuna, Bene Gesserit
Paul Atryda w towarzystwie Matki Wielebnej reprezentującej Bene Gesserit.

Frank Herbert nie oczernia jednak w Diunie religii samej w sobie, skupiając się bardziej na jej politycznym aspekcie i wychodząc z założenia, że nawet szczytna idea może posłużyć innym do manipulacji i wykorzystywania podatnych na nią jednostek. Treść dalszych tomów pokazuje, jak dramatyczne skutki przynosi ślepa wiara i jej nieustanne, niezdrowe podsycanie.

Bene Gesserit wydają się mieć jednak na sumieniu znacznie więcej niż tylko zasiewanie przesądów w międzyplanetarnym społeczeństwie. Powiedzieć, że ich program stworzenia Kwisatz Haderach jest wątpliwy moralnie, to jakby nic nie powiedzieć. Nie ryzykując zdradzenia zbyt wielu szczegółów fabuły wystarczy zadać pytanie: czy postawiony cel faktycznie jest wart tego, aby narazić miliardy ludzi na cierpienie i katastrofę, a pokolenia matek, ojców i dzieci pogrążyć w rozpaczy? Mglista nadzieja, że dalekosiężny cel przyniesie szczęście i dobrobyt wszystkim mieszkańcom galaktyki każe zakonowi tłumić prawdziwie ludzkie uczucia.

Autor na kartach opowieści rozważa, czy istnieje cokolwiek, co faktycznie warte jest zabicia w nas empatii i miłości do drugiego człowieka. Te wątpliwości wyraźnie targają matką Paula Atrydy, która przez cały czas toczy wewnętrzne boje o to, po której stronie się opowiedzieć. Pytanie rzucone do niej przez księcia Leto: “Czy zrobisz wszystko dla naszego syna? Pytam nie ciebie, jako matkę, lecz jako Bene Gesserit” – zawiera w sobie cały tragizm jej położenia i jednocześnie pokazuje bezwzględność potężnego zgromadzenia lub raczej stojącej za nim idei.

Diuna, Jessika
Jessika – Bene Gesserit, konkubina księcia Leto i matka Paula Atrydy.

Śmiem twierdzić, że to niemożliwe, aby tak monumentalne dzieło odwzorować w skali jeden do jednego. Tym większe moje uznanie dla Villeneuve’a, który mimo wszystko znalazł sposób, aby zarysować problemy poruszone przez amerykańskiego pisarza.

Dość ponury i ciężki klimat opowieści oddano majestatycznymi kadrami filmu. Wiemy, że mamy do czynienia z epopeją – poważnym, patetycznym dziełem z rozbudowanym uniwersum, którego nie sposób w całości ukazać nawet w trwającym 2,5 godziny materiale. Sam Herbert wiele wątków przez swoją przedwczesną śmierć nie domknął, a te które jednak doczekały się wyjaśnienia dawkował w kolejnych tomach cyklu.

Kim są mentaci, nazywani ludzkimi komputerami? Czym jest Gildia Kosmiczna z jej nawigatorami? Dlaczego melanż powstaje tylko na Arrakis? Jaki jest powód nieobecności robotów i komputerów w tej futurystycznej wizji cywilizacji międzyplanetarnej? Nawet Frank Herbert na kartach pierwszego tomu nie od razu udziela odpowiedzi na te pytania. I choć można zastanowić się czy niektóre aspekty nie wymagały w filmie szerszego ujęcia i lepszego wytłumaczenia[1], to jednak mam wrażenie, że reżyser osiągnął równowagę. Umiejętnie wprowadził widza w świat Diuny nie przesycając swego dzieła nadmiarem informacji, których ilość mogłaby być zbyt przytłaczająca, jak na jeden kinowy seans. Chciałoby się, aby tak wyglądały wszystkie ekranizacje. Nawet jeśli wizja reżysera nie jest idealna, to trudno zaprzeczyć, że podchodzi do literackiego pierwowzoru z szacunkiem, robiąc mu przy okazji doskonałą reklamę. A mówimy o dziele genialnym i dojrzałym, prowokującym do rozważań nad kondycją i przyszłością ludzkości. Choć na karku Diuna ma już 56 lat, w moim przekonaniu absolutnie się nie zestarzała.

Powyższy felieton ma charakter gościnny i został napisany przez Weronikę Cygan, która (w przeciwieństwie do mnie) pozostaje koneserką wielotomowej spuścizny Franka Herberta, a premierę ekranizacji potraktowała niczym przedwczesną gwiazdkę.

[+]
Książka “Jakoś wkrótce”, premiera jutro, a recenzja już dziś Wstyd nie wiedzieć – recenzja “50 idei, które powinieneś znać” Mniej znane epizody Projektu Manhattan – recenzja “Dziewczyn Atomowych”