Eustachy Białoborski i jego probLEM

Twórczość Stanisława Lema to nie tylko klasyka fantastyki naukowej, ale wręcz dobro narodowe i główny produkt eksportowy polskiej literatury. A jednak były czasy, kiedy pisarz musiał mierzyć się z naprawdę zawziętą krytyką.

Czy nie lepiej byłoby dla Lema ograniczyć swą fantazję twórczą do więcej ogólnych tematów, niż uporczywie czepiać się ścisłej wiedzy?

Eustachy Białoborski

Jednym z gorliwszych komentatorów wczesnej twórczości Lema był Eustachy Białoborski. Uzdolniony fizyk, popularyzator nauki[1] oraz wynalazca, który również przyszedł na świat we Lwowie, ale trzydzieści lat przed ikoną science fiction. Jednak, mimo wielu patentów i świetnych artykułów, dziś jego nazwisko najczęściej kojarzone jest publicystyką, w której dawał wyraz swojemu, wyjątkowo wymagającemu podejściu do literatury fantastyczno-naukowej. Bywa nawet nazywany “prototypem klasycznego internetowego smutasa, latającego po różnych forach ze skargami na nielubianego autora”[2]. Zaciekawiło mnie to i postanowiłam sprawdzić, czym pan Białoborski zasłużył na swoją ponurą sławę.

Lektura krytycznych recenzji naszego bohatera, a także odpowiedzi samego Lema z lat 50. XX wieku oferuje ciekawe spojrzenie na początki kariery tego ostatniego, ale również pozostaje wartościowa z innego powodu. Dyskusja obydwu panów to świetny wstęp do refleksji na temat tego, czym jest lub czym powinna być literatura science fiction oraz jaka odpowiedzialność ciąży na pisarzu próbującym budować swoje historie na wiarygodnym tle naukowym.

Poniżej cytuję fragmenty dwóch recenzji autorstwa Eustachego Białoborskiego oraz odpowiedzi Stanisława Lema. Pierwsza opinia dotyczy książki Astronauci z 1951 roku – tekst wynalazcy pt. Powieść fantastyczno-naukowa? ukazał się w 1953 roku w miesięczniku Problemy. Z kolei w napisanym rok później artykule Sezam absurdów, opublikowanym w Dzienniku Polskim Białoborski skrytykował zbiór Sezam i inne opowiadania.

Powieść fantastyczno-naukowa?

Już we wstępie do artykułu Białoborski wyraźnie zaznacza, że nie interesuje go warsztat pisarski czy styl Lema: “O różnych aspektach książki Lema pisało już wielu krytyków. Nikt dotąd nie poruszył jej strony naukowej, tej dzisiejszej, nie będącej już fantazją. Pragnąłbym uzupełnić tę lukę”.

Analizując Astronautów recenzent w pierwszej kolejności bierze na tapet statek kosmiczny, wdzięcznie i w typowo Lemowski sposób nazwany Kosmokratorem. To nim bohaterowie mieli polecieć na Wenus. “Rakieta, o czym Lem wie, musi w celu ucieczki z Ziemi wytworzyć prędkość 11,2 km/sek. w idealnym wypadku (czyli nie uwzględniając oporów, wydatków energii na sterowanie, hamowanie itp.” – pisze Białoborski, po czym przechodzi do konkretnych wyliczeń uwzględniających masę rakiety, włącznie z paliwem, sprawdzając jak wizja gwiazdy polskiego science fiction ma się do rzeczywistości.

Stanisław Lem, Astronauci
Wydana w 1951 roku powieść Astronauci opowiada o eksploracji Wenus, na której odnaleziono ślady dawnej cywilizacji technicznej.

Wynik obliczeń okazuje się być nieco rozczarowujący. Zgodnie z danymi podanymi w Astronautach rakieta rozpędziłaby się co najwyżej do 4 m/s. “To znaczy prędkość, z jaką mały Jasio jeździ na hulajnodze, ma rakietę zawieźć aż na planetę Wenus! Każdy widzi od razu, że Autor popełnił błąd rzeczowy” – komentuje Białoborski, choć przyznać trzeba, że raczej nie każdy dostrzeże tę pomyłkę, bo niewielu decyduje się na równie skrupulatną lekturę książki fantastycznonaukowej.

“Dziś, w 50 lat od pierwszego opublikowania przez Ciołkowskiego jego teorii rakiety, trzeba z przykrością stwierdzić, że polscy autorzy fantastyczno-naukowi nie umieją zastosować ani III prawa Newtona, ani wzoru Ciołkowskiego w takiej stosunkowo łatwej i prostej sprawie” – ubolewa recenzent.

Białoborski pastwi się nad kolejnymi jaskrawymi omyłkami w historii. “Naprzód błąd mały, ale zasadniczy, za który uczniowi szkoły średniej grozi dwója. Oto zdaniem Autora Astronautów przyśpieszenie jest siłą, z jaką Ziemia przyciąga wszystkie przedmioty na swej powierzchni. Otóż przyśpieszenie, jak to wynika z samej nazwy jest przyrostem prędkości ciała na sekundę. (…) jest pewne, że przyśpieszenie ziemskie jest wynikiem działania siły przyciągania Ziemi na wszelkie ciała”.

Po udowodnieniu, że schemat Lemowego silnika jest bezużyteczny, krytyk stwierdza: “O takich konsekwencjach swych założeń ani nie marzyło się twórcy bajkowego Kosmokratora, gdy wysypywał z rękawa liczby, z których wzajemnego związku chyba nie zdaje sobie sprawy”.

Białoborski wychodzi z trzeźwego założenia, że skoro autor książki już decyduje się na podanie konkretnych parametrów w swej opowieści, a do tego szczegółowo opisuje przebieg jakiegoś procesu, wypadałoby, aby jego koncepcja zgodna była z prawami przyrody.

W Astronautach pasażerowie rakiety wracający z Wenus na Ziemię byli zdolni przy wyłączonych silnikach rakiety nadal lecieć w obranym kierunku dzięki przyciągającej sile Słońca. “Jest to znów niemiły błąd przeciwko prawom mechaniki planetarnej. (…) gdy droga wiedzie z Wenus na Ziemię, to siła przyciągania słonecznego przeciwdziała ruchowi rakiety i opóźnia jej bieg. Rakieta w polu słonecznym oddala się od centrum przyciągania, czyli niejako drapie się pod słoneczną górę” – tłumaczy Białoborski.

Naukowiec bezlitośnie wytyka kolejny rażący błąd Lema: “jest również na bakier z fizyką i astronomią, gdy twierdzi, że w przestrzeni próżnej nie ma siły ciążenia. Dlatego wszystkie przedmioty stają się nieważkie. Już dwa lata temu [w 1951 roku – przyp.] rakieta dwustopniowa dotarła do sfery próżni (400 kilometrów) i o dziwo, sromotnie spadła na Ziemię. Wedle cytowanego twierdzenia Lema winna była już tam pozostać”.

Ktoś mógłby uznać (i wielu uznało), że Białoborski jest malkontentem i niepotrzebnie czepia się “detali”. Ładnie jednak objaśnia powód swojej nieprzychylnej recenzji tymi słowami:

Sądzę, że ten wybór omyłek i błędów Lema, zresztą niekompletny, odbiera w dużym stopniu książce charakter naukowości. A błędy podane w sugestywnej formie barwnego i lekkiego opowiadania są tym bardziej szkodliwe. Wielka szkoda, że ani Lem, ani wydawca książki nie przeprowadzili naukowej korekty książki, aby uczynić ją pełnowartościową. Dla porządku warto zaznaczyć, że zawarte w książce szczegóły odnośnie do atmosfery planety Wenus są zgodne z najnowszymi osiągnięciami astronomii i widocznie oparte na szczegółowej konsultacji z jakimś fachowcem.

Eustachy Białoborski

W sprawie “Astronautów”

Stanisław Lem po przeczytaniu opinii Białoborskiego zdecydował się zamieścić swoją odpowiedź w tym samym czasopiśmie. Uczynił to w krótkiej formie, w gruncie rzeczy nie odnosząc się wcale do merytorycznych kwestii, wytkniętych w recenzji. Chętnie za to sięga po erystykę i tylko odwraca kota ogonem, gdy każe swojemu adwersarzowi pod kątem naukowości prześledzić równie gorliwie dzieła Juliusza Verne’a oraz Herberta G. Wellsa.

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem (…) artykuł E. Białoborskiego, w którym wykazał on, że dane konstrukcyjne pocisku międzyplanetarnego, jakie podałem w mojej książce Astronauci, nie spełniają postulatu ścisłości fizykalnej i technologicznej i że rakieta, taka jak mój “Kosmokrator”, nie mogłaby dolecieć do planety Wenus. Dotąd większość czytelników Astronautów uważała, że autor tej książki rozwiązał wszystkie trudności, stojące na drodze urzeczywistnienia lotów gwiazdowych z pomocą energii atomowej i tym samym stanął w rzędzie najwybitniejszych wynalazców świata. Od opublikowania artykułu Białoborskiego nikt już nie będzie próbował zbudowania rakiety w oparciu o dane, zawarte w Astronautach i tym samym nie narazi się na przykre rozczarowanie…

Stanisław Lem

Warto jednak przytoczyć tutaj dopisek redakcji Problemów do wspomnianej odpowiedzi Lema:

Zamieszczając powyższą dowcipną wypowiedź S. Lema redakcja pragnie zaznaczyć, że nie uważa za słuszny jego stosunek do krytyki nieścisłości naukowych zawartych w Astronautach. Przede wszystkim, powoływanie się na błędy innych autorów powieści fantastycznych nie jest usprawiedliwieniem błędów własnych. Po wtóre, należy oceniać ważkość owych błędów z uwzględnieniem stanu nauki w czasie, gdy dana książka powstawała: co za czasów np. Verne’a specjalnie nie raziło, dziś mogłoby być niedopuszczalne. Po trzecie – ważną cechą dobrego pisarza powieści fantastycznych jest m.in. pewien takt naukowy, który pozwala mu odróżniać fantazję naukową od jawnej sprzeczności z podstawowymi prawami przyrody, krótko mówiąc – od naukowego nonsensu.

Komentarz redakcji Problemów do odpowiedzi Lema

Sezam absurdów

Konflikt między Eustachym Białoborskim a Stanisławem Lemem (i jego miłośnikami) musiał szybko się zaognić, bo już w następnym roku 1954 obaj panowie ponownie podjęli dyskusję, tym razem na łamach Dziennika Polskiego. W artykule Sezam absurdów recenzent wziął na warsztat zbiór opowiadań Lema Sezam i inne opowiadania, odnosząc się zarówno do treści, jak i argumentów czytelników, uważających, że krytyka ich idola jest nieuzasadniona.

Twierdzę, że nad tematyką Lema unosi się poważny cień. Oto autor usiłując przedstawić owego człowieka przyszłości, bierze za punkt wyjścia zagadnienia ze współczesnej fizyki, astronomii, wiedzy rakietowej itd. I podaje je w zupełnie fałszywym świetle, popełniając błędy o charakterze nonsensów naukowych. Już raz poddałem krytyce tę sprawę [autor odnosi się do omówionego wyżej artykułu w Problemach – przyp.] (…). Zwróciłem tam uwagę na pewne szkodliwe działanie błędów i absurdów głoszonych przez Lema w formie sugestywnej, która może czytelnika nie dość krytycznego wyprowadzić w pole, przewracając do góry nogami prawdy znane i uznane przez naukę.

Eustachy Białoborski

Nie sposób nie przytoczyć uszczypliwej, choć zabawnej uwagi Białoborskiego przy ocenie Sezamu: “Brylanty sezamu lemowego są, można by powiedzieć pierwszej mąciwody, jeżeli użyjemy stylu nowel Lema”.

Tym razem ikonie science fiction oberwało się za fizyczne i chemiczne potknięcia. W historii Lema “uczeni amerykańscy nie są w możności dokonać syntezy nowego sztucznego pierwiastka. Do jądra hipotetycznego syntetu chcą wprowadzić jądro węgla”. Białoborski przytacza z kart książki proces, jaki miałby do tego efektu doprowadzić. Sęk w tym, że wymagałaby ona tysiąckrotnego przekroczenia przez cząstkę materialną prędkości światła, co – jak udowodnił Einstein na długo przed publikacją Sezamu – nie jest możliwe.

Stanisław Lem, Sezam
Opublikowany w 1954 roku zbiór Sezam i inne opowiadania, zawierał takie utwory jak m.in. Topolny i Czwartek, Sezam oraz Dzienniki gwiazdowe Ijona Tichego.

“Ta niechybna prawda naukowa winna być znana autorowi noweli Topolny i Czwartek, skoro do rozwiązania powyższego absurdalnego i nie mogącego w ogóle kiedykolwiek zaistnieć zagadnienia z zakresu fizyki jądrowej – stosuje… teorię względności” – pisze Białoborski. Bohater historii Lema to bowiem uczony pracujący w Instytucie Chemii Jądrowej, zasilający też gremium uczonych Polskiej Akademii Nauk.

Gdy w opowiadaniu Lema pada zdanie: “Kamień rzucony spada swobodnie w polu ciążenia Ziemi czy jakiejkolwiek innej planety ze stałym przyspieszeniem”, Białoborski błyskawicznie prostuje: “Kamień rzucony nie może spadać swobodnie. Np. kula wystrzelona poziomo opisuje łuk paraboli, a nie spada pionowo ku środkowi Ziemi. A przyspieszenie grawitacyjne – nie jest stałe, bo zależy odwrotnie od kwadratu odległości środków mas poruszających się ku sobie. Ale to – drobiazg, dla Lema”.

Duży ustęp w artykule recenzent poświęca na rozprawienie się z pewnym wynalazkiem Lema, który gwałci prawa natury. Jak czytamy w opowiadaniu: “Oto nowoczesny architekt zaprojektował centralne ogrzewanie w okrągłym gabinecie Czwartka w taki sposób, że rury grzewcze, wmurowane w ścianę i niewidoczne, obiegają pokój spiralnymi zwojami, tworząc rodzaj cewki mniej więcej do wysokości metra nad podłogą”. Wszystko miało sprawić, że po włączeniu prądu w pokoju powstawało pole elektromagnetyczne, a ściany przeistaczały się w magnes przyciągający do siebie różne obiekty spoczywające na biurku właściciela pomieszczenia.

W trzech punktach Białoborski objaśnia, dlaczego taka sytuacja nie mogłaby zaistnieć, biorąc pod uwagę wszystkie wymienione w historii Lema elementy. “O ile tedy w tak nieprawdopodobnych warunkach na nieistniejącej cewce powstał prąd – to mamy tu do czynienia z prawdziwym cudem, czyli zjawiskiem sprzecznym z prawami przyrody!” – bezlitośnie kończy, jednocześnie kierując w stronę pisarza koleżeńską radę:

Czy nie lepiej byłoby dla Lema ograniczyć swą fantazję twórczą do więcej ogólnych tematów, niż uporczywie czepiać się ścisłej wiedzy? Bezpieczniej chyba i rozsądniej jest prowadzić dyskusje społeczne i polityczne z Indiotami, Durynałami i Kurdeplami (nazwiska te są wyjęte z Sezamu) zamiast kazać polskim uczonym pod egidą Polskiej Akademii Nauk – rozwiązywać absurdalne zagadnienia absurdalnymi metodami?

Eustachy Białoborski

Powieść fantastyczna a nauka

Także tutaj czasopismo załączyło do krytyki odpowiedź samego pisarza. I tym razem Lem znów nie był w stanie odnieść się do istoty wypowiedzi Białoborskiego, sięgając po sprawdzoną już wcześniej erystykę i ironię. Pisarz poczuwa się zwolniony z konstruktywnej odpowiedzi i wynajduje po temu doprawdy kuriozalny powód:

Krytykę, prowadzoną z taką pedanterią, należałoby przyjąć i odpowiedzieć na nią (jeśli w ogóle wolno krytykowanemu odpowiadać) w sposób równie sumienny. Jednakże zwalnia mnie od tego napastliwy ton wystąpień ob. Blatchorskiego [nie wiadomo, czy Lem naprawdę zapomniał nazwiska, czy celowo je przekręcił – przyp.], nie mający nic wspólnego z rzeczowością i specyfiką dyskusji literackiej (…). W takiej sytuacji nie będę odpowiadał na artykuł ob. Białoborskiego, a tylko nakreślę parę uwag na marginesie jego wypowiedzi.

Stanisław Lem

Dość dziwnie brzmi obrona autora, gdy pisze: “Pisarstwa fantastyczno-naukowe nie zostało odkryte przeze mnie i nie ja stworzyłem jego konwencję, czyli umowność”. Powtarza przy tym argument, którego użył podczas odnoszenia się do krytyki Astronautów, mianowicie: “Metodą E. Białoborskiego można wykazać fałsz nie tylko moich książek, ale i dzieł, stanowiących klasykę pisarstwa fantastyczno-naukowego”. I znów wymienia m.in. Wellsa i Verne’a. Bezzasadność takiej argumentacji wskazała już redakcja, dodając swoją adnotację do tekstu Lema opublikowanego w Problemach.

Lem zresztą przypisuje dziennikarzowi słowa, które w żadnym ze wspomnianych tekstów jego autorstwa nie padły: “Obecnie, gdy już zostałem przez E. Białoborskiego zdemaskowany wraz z moimi niegodnymi poprzednikami, którzy tak długo i niezasłużenie cieszyli się poważaniem czytelników, nie pozostaje nic innego, jak tylko rozszerzyć metodę Białoborskiego na inne gatunki literackie”. Pisarz, nie dość, że zarzuca rozmówcy deprecjonowanie osiągnięć wspomnianych klasyków literatury science fiction, to doprowadza argumentację do skrajności, przez co czytamy dalej:

Okaże się, że Sienkiewicz popełnił na czytelnikach Trylogii masę nadużyć, wołających o pomstę do nieba, przekręcając fakty historyczne, nadając rzeczywistym postaciom cechy, jakich naprawdę nie miały, dając opisy pojedynków Wołodyjowskiego niezgodne z elementarną wiedzą o sztuce fechtowania.

Stanisław Lem

Lem rozpędza się w swojej wyliczance, twierdząc w końcu, że “zlikwidowana zostanie opera, ponieważ naprawdę w życiu nie śpiewa się do nikogo, tylko się mówi…”. Mimo obszernej odpowiedzi autora Sezamu raptem parę akapitów poświęca on na choćby częściowe wyjaśnienie tego, co recenzent zarzucił jego książce.

Ktoś mógłby powiedzieć bowiem: jakże to, czy uważasz, że pisarzowi w samej rzeczy wolno wymyślać na tematy naukowe i inne co mu fantazja na pióro przyniesie, a jedyną miarą utworów ma być jakaś bliżej nieokreślona wartość literacka?  

Stanisław Lem

Na to samemu sobie postawione pytanie Lem odpowiada: “od każdego utworu literackiego, a więc i od fantastyczno-naukowego wymagać trzeba prawdy uogólnionej, przedstawienia zjawisk typowych, a nie naturalistycznej kopii życia, posługującej się książką adresową, ankietą personalną i tablicą logarytmów”. Przy czym, jak już Białoborski wykazał, autor Sezamu bynajmniej nie opisuje “prawdy uogólnionej” i chętnie sięga po szczegół, który można sprawdzić pod kątem zgodności z prawami przyrody i zwykle nie wytrzymuje tej próby.

Pisarz zresztą nie dostrzega we własnym rozumowaniu jawnej sprzeczności, wyraźnie widocznej w prowadzonym ze sobą dialogu:

– No dobrze, powie oponent – ale tę syntezę stellaru [reakcja, której istotę w recenzji skrytykował wyżej Białoborski – przyp.] to już zmyśliłeś całkowicie?
– I nie, i tak – odpowiem. Nie, bo osnowa problemu jest rzetelna, a da się przedstawić słowami: jeśli brak czasu na to, by zaszła pożądana przez nas reakcja w jądrach atomów spoczywających, to rozpędziwszy te atomy do znacznej chyżości będziemy mogli swą reakcję przeprowadzić, albowiem czas w ciałach poruszających się bardzo szybko płynie wolnej. To jest osnowa całego zagadnienia (…) nie wymyślona przeze mnie, lecz zaczerpnięta ze współczesnej wiedzy fizykalnej. Natomiast wymyślona jest oczywiście synteza stellaru, a także wszystkie występujące w opowiadaniu, a z tą syntezą związane dane liczbowe. Te dane właśnie są tylko umowne, tak jak namalowany mur na scenie teatralnej.

Stanisław Lem

Ostatnie zdanie można traktować jako jedno z tych szkodliwych, które na myśli miał Białoborski. Słuszne wydaje się bowiem pytanie, po co, jeśli tylko dla dekoracji, podawać konkretne liczby w tekście, gdy – jak sam Lem zauważa – nie są one zasadniczo do niczego potrzebne, a mogą jedynie utrwalać błędne myślenie. Mimo wszystko, pisarz do końca utrzymywał, że ukształtowana przez niego “osnowa problemu jest rzetelna”.


Czy Białoborski posuwał się za daleko i był kimś, kogo dziś określilibyśmy hejtera? Fizyk zdecydowanie nie należał do ludzi wyrozumiałych i łagodnych, ale trzeba mu oddać, że odnosił się do istoty rzeczy. Skrupulatnie analizował materiał i cierpliwie argumentował każdą swoją uwagę – co powinno być kwintesencją krytyki, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Śledząc wieloletnią wymianę ciosów, można wręcz odnieść wrażenie, że zwykle tylko jedna strona uporczywie unikała merytoryki i nie był nią recenzent.

Przychodzi mi na myśl cytat z jednej opinii na stronie związanej z literaturą, a która – choć dotyczyła zupełnie innej książki i innego autora – idealnie pasuje jako puenta: “To jest BARDZO, BARDZO szkodliwe podejście. Pisarz jest kimś kto powinien być propagatorem wiedzy – nawet jeśli to science fiction”. Od siebie dodałabym, że nie “nawet, jeśli to science fiction”, a zwłaszcza!

Oczywiście mimo upływu dekad, spór dotyczący roli dzieł science fiction, ani odrobinę nie stracił na aktualności. Wśród komentujących dowolny nowy film lub książkę, nieodmiennie trwa przeciąganie liny między naukowymi purystami, a odbiorcami szukającymi po prostu działającej na wyobraźnię przygody. Obie strony mają swoje racje, wynikające z indywidualnych potrzeb, zainteresowań, doświadczeń oraz oczekiwań. I dobrze, bo w końcu czym byłaby literatura, gdyby nie możliwość twórczej wymiany poglądów?

PS Śródtytuły zostały zaczerpnięte z tytułów artykułów Białoborskiego i Lema.
PPS Każdy czytelnik może prześledzić pełną treść polemiki Białoborskiego z Lemem. Teksty z czasopisma Problemy nr 7/1953 zamieszczone są w formie zdjęć artykułów (tu i tu). Z kolei materiały z Dziennika Polskiego 248/1954 znaleźć można na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej.
[+]
BOINC – ku chwale nauki! ‘Jak przetrwać wśród czarnych dziur’ – recenzja + konkurs World Science U – polecanki