Kibicujmy naukowej pasji Marcina Najmana

Obraz półnagiego Najmana dzierżącego w dłoni egzemplarz Przeznaczenia dusz, usiłującego sięgnąć istoty wszechrzeczy może rozbawić. Może też skłaniać do refleksji.

Od wielu lat w pierwszy dzień kwietnia staram się uczynić zadość tradycji, wrzucić na luz i trochę pośmiesz­ko­wać. Moja tego­roczna psota polegała na opu­bli­ko­wa­niu tekstu zawie­ra­ją­cego treści, które na co dzień uparcie zwalczam. Tak powstał artykuł oparty głównie o publi­ka­cje pewnego ezo­te­ryka i “kwan­to­wego akty­wi­sty”, wypeł­niony po brzegi dyr­dy­ma­łami o twórczej roli ludz­kiego umysłu oraz próbami uni­fi­ka­cji fizyki z wie­rze­niami Dale­kiego Wschodu. Jak się okazało, w tym samym momencie z bliź­nia­czą tematykę stu­dio­wał ktoś jeszcze. 

Również 1 kwietnia media spo­łecz­no­ściowe obiegł post boksera i cele­bryty, Marcina Najmana. Na wrzu­co­nym zdjęciu widzimy jak leżący w łóżku El Testo­ste­ron chwali się świeżo napo­czętą lekturą, a jego mina wyraża pełną gotowość do debaty na temat związków czasu, prze­strzeni, fotonów i duszy. Różnica polega na tym, że post Najmana – jak przy­pusz­czam – nie był pri­ma­apri­li­so­wym dowcipem[1].

Marcin Najman zainteresowany fizyką

Nie żebym był zszo­ko­wany. Pię­ściarz już wcze­śniej dał się poznać jako pasjonat nauki, roz­pra­wia­jąc o fizyce podczas wywiadów[2], a nawet prze­pro­wa­dza­jąc memo­genny wykład na temat teorii względ­no­ści przed jedną z walk Fame MMA.

Nie czarujmy się, jesteśmy tylko ludźmi. Scena, w której arche­ty­powy osiłek, gdzieś pomiędzy kolejnym tre­nin­giem a mor­do­bi­ciem odnaj­duje relaks w wykła­dach prof. Krzysz­tofa Meis­snera, zawiera oczy­wi­sty ładunek kome­diowy. Kolejna scena, w której tenże osiłek biegnie pochwa­lić się światu każdym nowo nabytym skraw­kiem wiedzy – niczym nie­sforny dzie­się­cio­la­tek pró­bu­jący zaim­po­no­wać rodzicom długo wycze­ki­waną tróją z dyktanda – bawi tym bardziej. I nie­ko­niecz­nie myślę tu o zło­śli­wej szyderze. Raczej o kla­sycz­nym komizmie, opartym o prostą grę prze­ci­wieństw. Umówmy się: doktorat Witalija Kłyczki nigdy nie przeważy ste­reo­typu ugrun­to­wa­nego przez Mike’a Tysona, Andrzeja Gołotę, czy choćby fil­mo­wego poczciwca Rocky’ego.

Kiedy jednak wesołość minie i spoj­rzymy na romans El Testo­ste­rona z nauką chłodnym okiem, możemy pokusić się o całkiem poważną refleksję.

Przykład Najmana, zwłasz­cza jego ostatni post, dobitnie wskazuje na prze­ra­ża­jąco wysoki próg wejścia, jaki musi pokonać każdy racz­ku­jący pasjonat wiedzy o wszech­świe­cie. Wielu już na starcie dozna bole­snego potknię­cia, co w naj­lep­szym razie skończy się znie­chę­ce­niem i porzu­ce­niem tematu; w naj­gor­szym nato­miast, dopro­wa­dzi do wdep­nię­cia we wnyki zasta­wione przez cwanych pseu­do­nau­kow­ców. Bohater tego tekstu niestety wpadł do drugiego koszyka. Wybrana przez niego książka Michaela Newtona – wbrew szla­chet­nemu nazwisku autora – nie wyszła spod ręki czło­wieka nauki, lecz “doradcy per­so­nal­nego, dyplo­mo­wa­nego hip­no­te­ra­peuty”, którego dorobek spro­wa­dza się do “roz­wi­nię­cia własnej techniki hipnozy, by dosię­gnąć ukrytych wspo­mnień swoich pacjen­tów o ich życiu po śmierci”. Innymi słowy, Najman miał pecha trafić na pod­ręcz­ni­ko­wego szar­la­tana, mającego tyle wspól­nego ze współ­cze­sną fizyką, co Jeff Bezos z etyką w biznesie.

Zwykle uważam, że każdy osobnik przy­kła­da­jący rękę do bez­myśl­nego roz­sie­wa­nia irra­cjo­nal­nych dyr­dy­ma­łów, zasłu­guje na bez­względne potę­pie­nie, jednak tym razem zwy­cię­żyła we mnie wyro­zu­mia­łość. Przy­go­to­wu­jąc swój pri­ma­apri­li­sowy tekst, dopiero co miałem okazję przy­po­mnieć sobie, jak prze­ko­nu­jący, jak prze­bie­gli, jak cha­ry­zma­tyczni potrafią być pseu­do­nau­kowcy. Dotyczy to w takim samym stopniu alt­me­dow­ców, kre­acjo­ni­stów, astro­lo­gów, jak i kwan­to­wych akty­wi­stów. Ich produkt zostaje zwykle owinięty w atrak­cyjne opa­ko­wa­nie, skrojony pod okre­ślony profil nie­do­świad­czo­nego odbiorcy, łatwy do skon­su­mo­wa­nia bez żadnego wysiłku. Próg wejścia jest minimalny. 

Załóżmy, że skon­fun­do­wany laik stoi przed wyborem pomiędzy dwiema książ­kami. Autor pierw­szej już od frontu atakuje go detalami fascy­nu­ją­cego, ale jednak skom­pli­ko­wa­nego eks­pe­ry­mentu Macha-Zehndera, czyniąc z niego przy­czy­nek do dalszej narracji. Autor drugiej publi­ka­cji w ogóle pomija obco brzmiące terminy i szcze­góły zło­żo­nych doświad­czeń, spro­wa­dza­jąc zjawiska kwantowe do poziomu efek­tow­nej kuglar­skiej sztuczki. Dys­po­nuje arse­na­łem ele­ganc­kich metafor i dopra­co­wa­nych przez lata chwytów ery­stycz­nych. Na dodatek zapo­wiada, że nowa wiedza pozwoli czy­tel­ni­kowi na otwarcie umysłu i zmieni jego spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stość. Nie dość więc, że będzie przy­stęp­nie, kli­ma­tycz­nie i kolorowo, to jeszcze ukoń­cze­nie lektury wymier­nie wpłynie na nasze życie. Jeśli spoj­rzymy na rywa­li­za­cję od tej strony, szybko zro­zu­miemy dlaczego “zwykła” fizyka – oparta o zimne równania, martwe prawa i abs­trak­cyjne teorie – naj­czę­ściej odpada w przedbiegach.

Ktoś powie, że do oddzie­le­nia ziarna od plew wystar­czy zwykła ostroż­ność i ele­men­tarny scep­ty­cyzm. Jest w tym odrobina prawdy, ale nie powin­ni­śmy oceniać każdego przy­padku przez swój pryzmat. Szkoła w naj­mniej­szym stopniu nie przy­go­to­wuje do krytyki źródeł, ani nie wykształca w nas nawyku zada­wa­nia wła­ści­wych pytań. Jesteśmy więc zdani na samych siebie i prze­wod­ni­ków, na których sobie wybie­rzemy. Tylko jak wybrać w gąszczu dzie­sią­tek wydaw­nictw, setek autorów i tysięcy tytułów? Jak, skoro nie mamy jeszcze żadnego doświadczenia?

Dlatego nie mam pre­ten­sji do Marcina Najmana. Prze­ciw­nie, odczuwam wobec niego nawet lekki podziw i mu kibicuję[3]. Facet odnaj­duje satys­fak­cję w lite­ra­tu­rze i wykła­dach oma­wia­ją­cych niełatwe zagad­nie­nia fizyki teo­re­tycz­nej. Jasne, może połowy nie zrozumie, może będzie mylił fachowe pojęcia, może nigdy nie prze­sko­czy pewnego poziomu – ale to w tej historii zupełnie nie­istotne. Liczy się tylko fakt, że laik z własnej woli poświęca nieco wolnego czasu, nie na bez­myślną rozrywkę, lecz na próbę zro­zu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści. Na zdobycie wiedzy z nie­prak­tycz­nej dzie­dziny, wyłącz­nie z pier­wot­nej potrzeby zaspo­ko­je­nia ciekawości.

Czy nie o to zabiega każdy praw­dziwy popu­la­ry­za­tor nauki?

PS Każdego kto ma kłopot z wyborem literatury popularnonaukowej odsyłam do narzędzia PAL 9000.
[+]
Total
0
Shares
Inne teksty