Czytaj dalej

Religia to placebo dla mas. Slogan stary jak świat, ale do dziś wzbudzający niemałe kontrowersje i przyprawiający wielu wierzących o białą gorączkę. Nie tylko z powodu mocnego, ofensywnego wydźwięku, ale również przez kłopoty z jego weryfikacją. Sprawa zainteresowała pewnego faceta na tyle poważnie, że postanowił on osobiście poddać ją wymagającej próbie. Zdaniem niektórych, próbie kosztownej, złośliwej oraz niemoralnej.

Pomy­sło­dawcą i twórcą całego przed­się­wzię­cia był młody Ame­ry­ka­nin hin­du­skiego pocho­dze­nia, Vikram Gandhi. Będąc wycho­wa­nym w tradycji i wierze swych przodków, Vikram zachował wobec nich silny scep­ty­cyzm, a wszech­obecne kul­ty­wo­wa­nie filo­zo­fii wschodu,  obja­wia­jący się co rusz samo­zwań­czy mistrzo­wie oraz moda na jogę, bynaj­mniej tego dystansu nie zmniejszyły.

Stojąc na duchowym rozdrożu nasz bohater zade­cy­do­wał o posta­wie­niu per­fid­nego a jed­no­cze­śnie pomy­sło­wego kroku: oso­bi­stego wcie­le­nia się w postać guru. W ten sposób powstał Kumaré, orien­talny mędrzec prze­mie­rza­jący Arizonę w poszu­ki­wa­niu uczniów złak­nio­nych zmy­ślo­nych na pocze­ka­niu afo­ry­zmów i wydu­ma­nych rytuałów. Nie będzie wielkim spo­ile­rem jeśli od razu napiszę, że w bardzo krótkim czasie fałszywy nauczy­ciel zgro­ma­dził wia­nu­szek wiernych wyznawców.

Kłamstwo roz­wi­nęło się wprost idealnie. Uczest­nicy spotkań słuchali impro­wi­zo­wa­nych prze­mó­wień, porad à la Paulo Coelho, wyssa­nych z palca przy­po­wie­ści, a także brali udział w śmiesz­nych, miej­scami uwła­cza­ją­cych obrzę­dach. Jakby tego było mało, bez zająk­nię­cia ozdobili swoje czoła rysun­kiem przy­po­mi­na­ją­cym penisa! Wystar­czyło zapew­nie­nie jakiegoś ano­ni­mo­wego prze­bie­rańca, aby dorośli, praw­do­po­dob­nie zdrowi na umyśle ludzie pozo­sta­wili swą godność i racjo­na­lizm w domu, w zamian za obiet­nicę… Wła­ści­wie czego? Bliżej nie­okre­ślo­nej duchowej odnowy? Mistycz­nego prze­bu­dze­nia? Odna­le­zie­nia prawdy ukrytej w hin­du­skich modłach? Roz­grze­sze­nia przez faceta, który pojawił się znikąd? Bez względu na powody, naiwne owieczki łyknęły teatrzyk niczym krokodyl dorodną antylopę.

Wszyscy, starzy i młodzi, kobiety i męż­czyźni, niemalże bez­re­flek­syj­nie poko­chali nowego mistrza auto­ma­tycz­nie nadając mu rangę auto­ry­tetu. Trudno odrzucić wrażenie, że Vikram nawet nie musiał spe­cjal­nie się wysilać, bowiem poszu­ku­jący ukojenia ochot­nicy tak naprawdę sami stwo­rzyli sobie w głowach obraz ide­al­nego prze­wod­nika. Za sprawą szwindlu odna­leźli jedynie obiekt, do którego mogli ową wizję dopa­so­wać. Naj­peł­niej potwier­dzają to słowa jednej z uczennic: Wie­dzia­łam, że jest nie­zwy­kły zanim się spo­tka­li­śmy

Pozo­staje wrócić do zasy­gna­li­zo­wa­nego na wstępie efektu placebo. Guru był nie­szczery, mówił swym wyznaw­com to co chcieli usłyszeć, zlecał ćwi­cze­nia i rytuały mające oparcie nie w kulturze i tradycji wschodu lecz jedynie w jego wyobraźni oraz prze­ka­zy­wał im energię, w którą sam w naj­mniej­szym stopniu nie wierzył. A co słyszał pusz­cza­jąc kantem swoich podopiecznych?
- On jest praw­dzi­wym mistrzem. Jest naprawdę inny niż pozo­stali nauczy­ciele.
- Niewiele o nim wiem, ale to nieważne.
- On potrafi wyzwolić moją energię i potrafi wyrazić ją przeze mnie.
- W Indiach widzia­łem wielu fał­szy­wych Guru. Zależy im jedynie na pie­nią­dzach i sławie. Kumaré jest inny.
Skromny Vikram kon­se­kwent­nie twier­dził, że nie jest auto­ry­te­tem, nie czuje się mądrzej­szy od innych, a już na pewno nie posiada żadnych nad­przy­ro­dzo­nych mocy. W zasadzie miał to wszystko gdzieś. Tym­cza­sem nie­któ­rzy z łatwo­wier­nych słu­cha­czy usilnie starali się uzyskać jego rady nawet w naj­istot­niej­szych życio­wych dyle­ma­tach. Brali sobie głęboko do serca zdanie bosego gościa z kosturem w ręku, nie­ma­ją­cego ani własnej rodziny ani moż­li­wych do wyka­za­nia osią­gnięć, wycho­wa­nego w obcym kraju, nie­ko­niecz­nie mądrzej­szego czy bardziej doświad­czo­nego. Aż prosili się aby nazwać ich skre­ty­nia­łymi naiw­nia­kami. Zanim jednak przy­stą­pimy do oceny, warto zadać sobie pytanie: w czym na dobrą sprawę, owieczki schwy­tane w sieć Viktrama, są gorsze od ste­reo­ty­po­wej, zaścian­ko­wej emerytki trak­tu­ją­cej słowa płynące z ambony jako naj­lep­szy dro­go­wskaz na drodze ku ducho­wemu, czy nawet życio­wemu speł­nie­niu? Czy różnica polega na rze­czy­wi­stej wierze samego kaznodziei?

Ale jakie ma to zna­cze­nie, skoro widoczne efekty są porów­ny­walne, a nawet lepsze w przy­padku łgarza?

Projekt przede wszyst­kim una­ocz­nił powyższy fakt. To jak go zin­ter­pre­tu­jemy – czy w naszych umysłach zatli się iskierka scep­ty­cy­zmu wobec religii jako całej insty­tu­cji – to osobna sprawa. Kumaré z jednej strony pokazał, iż każda pięknie brzmiąca idea może nie zawierać nawet ziarna prawdy; z drugiej strony jednak dowiódł, że nawet fałszywa wiara wymier­nie wpływa na ludzkie życie. Zawsze więc pozo­staje wybór między nie­ko­niecz­nie przy­jemną prawdą, a kojącą i pełną barw iluzją. Trudno mieć wąt­pli­wo­ści, która opcja cieszy się większą popu­lar­no­ścią. I nie jest to dziwne.
Co naj­lep­sze, Viktram w swoich wystą­pie­niach dawał uczniom nad wyraz dosłowne wskazówki…
~ To wszystko jest jak teatr. Siedzi tu jakiś gość w prze­bra­niu. (…) Czym jest prawda a czym iluzja? Nie wiecie czy jestem dobry czy zły. Widzicie tylko czyny.
[ecko_youtube]HhL8XvQq344[/ecko_youtube]
podpis-czarny
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.