Neil deGrasse Tyson znany jest głównie z występów przed kamerą, ale już kilkukrotnie udowodnił, że pisać również potrafi. Kiedyś na łamach bloga miałem okazję recenzować jego Astronomię dla zabieganych, a dziś zajmę się świeżo wydanymi w Polsce Kosmicznymi zachwytami.

Czy obie książki są podobne? Trudno powie­dzieć, ale bez wąt­pie­nia autor celuje ciągle w ten sam typ odbiorcy: ludzi prze­ja­wia­ją­cych pewne zain­te­re­so­wa­nie wszech­świa­tem, choć zbyt zajętych aby mieli szansę głębiej wgryźć się w temat. Kosmiczne zachwyty będą dla nich wyba­wie­niem, ponieważ nie wymagają wer­to­wa­nia całej lektury. Każdy spośród roz­dzia­łów stanowi de facto osobny artykuł (opu­bli­ko­wany wcze­śniej w “Natural History”), który z czystym sumie­niem można czytać na wyrywki, nie zważając na kolej­ność. W związku z powyż­szym, trudno też znaleźć jakiś wątek będący spoiwem zbioru. Pierwsze z esejów-roz­dzia­łów zaha­czają o filo­zo­fię nauki i meto­do­lo­gię, kolejne dotyczą naj­bliż­szej Tysonowi astro­no­mii, a na koniec zasy­gna­li­zo­wane zostają zagad­nie­nia z zakresu kosmo­lo­gii i fizyki teo­re­tycz­nej.

Z osiem­na­stu roz­dzia­łów Kosmicz­nych zachwy­tów, przed­sta­wię szerzej trzy, które być może zachęcą Cię do odwie­dze­nia księ­garni.

1. Czasem nie da się wiedzieć wszystkiego

Wielu z nas uważa uprasz­cza­nie opisów pewnych zjawisk za złą i nie­po­trzebną praktykę. Logika pod­po­wiada, że każdy dodat­kowy szczegół, każda uzyskana infor­ma­cja to cenny skarb, którego cho­mi­ko­wa­nie uczyni nas mądrzej­szymi. Jednak zdarzają się zagad­nie­nia, w których coraz skru­pu­lat­niej­sze badania i pomiary prowadzą nas donikąd. I nie mam tu na myśli fizyki kwan­to­wej ani żadnych innych abs­trak­cyj­nych dziedzin nauki.

Neil deGrasse Tyson podaje bardzo pla­styczny przykład płynący z kar­to­gra­fii, doty­czący próby usta­le­nia dokład­nej długości wybrzeża Wielkiej Brytanii. Zda­wa­łoby się, że to głupstwo – zadanie dla dość bystrego uczniaka. Bierzemy mapę, układamy sznurek wzdłuż krawędzi wyspy, następ­nie go ściągamy, mierzymy i spi­su­jemy wynik. Łatwizna. Tyle, że ktoś inny wypo­sa­żony w dokład­niej­szą mapę, bez wąt­pie­nia uzyska wyższy wynik. Wszyst­kie plany i mapy są gene­ra­li­zo­wane, granice wygła­dzane, maleńkie cypelki i zatoczki usuwane. Możesz powie­dzieć, że dla prze­pro­wa­dze­nia wła­ści­wego pomiaru, należy po prostu sięgnąć po naj­do­kład­niej­szą dostępną mapę bądź zdjęcia sate­li­tarne. Niby tak, ale nawet naj­lep­sza mapa nie uchwyci wszyst­kich nie­rów­no­ści terenu, głazów i kamieni. A nawet gdyby, to owe skały również posia­dają złożoną struk­turę pełną bruzd i szczelin. I tak dalej. Mamy do czy­nie­nia ze swoistym frak­ta­lem, a zwykła długość wybrzeża okazuje się w praktyce nie­moż­liwa do zmie­rze­nia.

2. Słoneczny foton porusza się niczym pijany

Światło jest bardzo szybkie, o czym wie każdy. Opusz­cza­jąc Słońce potrze­buje zaledwie ośmiu minut na prze­by­cie drogi 150 milionów kilo­me­trów i dotarcia do Ziemi. Nie oznacza to jednak, że “żywot” przy­kła­do­wego kwantu światła ogra­ni­cza się tylko do tych 8 minut. Żadna cząstka nie może sobie ot tak wyfrunąć z centrum gwiazdy, kierując się naj­prost­szą trasą z pełną możliwą pręd­ko­ścią. Mówiąc obrazowo, auto­strada pozo­staje dlań zbyt zakor­ko­wana. W praktyce zrodzone w trakcie fuzji ter­mo­ją­dro­wej fotony co chwila trafiają na wszech­obecne cząstki, ulegając absorp­cji i powtór­nej emisji. Z tego powodu, mimo zawrot­nej pręd­ko­ści, światło po każdych dwóch krokach w przód, zatrzy­muje się na prze­szko­dzie i wykonuje krok w tył. Zazwy­czaj nie minie nawet jednego cen­ty­me­tra, bez ude­rze­nia w przy­pad­kowy elektron zmie­nia­jący jego kierunek. W efekcie foton zacho­wuje się niczym pijak nie­po­tra­fiący złapać rów­no­wagi i zata­cza­jący się od kra­węż­nika do kra­węż­nika. W końcu dociera do celu, ale zajmuje mu to o wiele, wiele więcej czasu niż powinno. Ile? Od 5 tysięcy do nawet miliona lat. Tyle czasu średnio potrze­buje foton aby wydostać się z wnętrza Słońca i trafić do Twoich oczu.

3. Długość metra zależy od prędkości światła

Ozna­czana literą c prędkość światła w próżni wydaje się kosmiczną i niezbyt poręczną war­to­ścią. W każdym razie na pewno bardziej abs­trak­cyjną od uży­wa­nego na co dzień metra. Ale skąd wiemy ile dokład­nie wynosi 1 metr? Jeszcze dwa stulecia temu ofi­cjal­nie defi­nio­wano go jako 1/10 mln dystansu między biegunem pół­noc­nym a rów­ni­kiem. Przy­znasz, że to dość kar­ko­łomne wyja­śnie­nie. Sto lat później stwo­rzono metalowy pręt z irydu i platyny, który uznany został za ofi­cjalny wyznacz­nik jednego metra. Wzór ten prze­cho­wy­wano we fran­cu­skiej sie­dzi­bie Mię­dzy­na­ro­do­wego Biura Miar i Wag.

Wkrótce potem uczeni wpadli na zupełnie nowy pomysł uza­leż­nie­nia jed­nostki długości od stałej fizycz­nej: pręd­ko­ści światła próżni, wyno­szą­cej 299 792 km/s. Więk­szość z nas byłaby gotowa pomyśleć, że to raczej prędkość światła powinna pozo­sta­wać uza­leż­niona od defi­ni­cji metra, a nie odwrot­nie – jednak pierwsza z tych wiel­ko­ści została zmie­rzona w XX wieku na tyle skru­pu­lat­nie aby przejąć pałeczkę. Najpierw w 1960 roku metr zde­fi­nio­wano jako 1 650 763 długości fali świetl­nej emi­to­wa­nej przy zmianie poziomu ener­ge­tycz­nego atomu kryptonu 86. W 1983 roku Gene­ralna Kon­fe­ren­cja Miar upro­ściła tę defi­ni­cję orze­ka­jąc, iż 1 metr to po prostu 1/299 792 458 dystansu jaki wiązka światła w próżni pokonuje w czasie 1 sekundy. Ta defi­ni­cja obo­wią­zuje do chwili obecnej.
TysonKsiążka Tysona kipi od tego typu spo­strze­żeń, a czytając kolejne strony wręcz sły­sza­łem w głowie cha­rak­te­ry­styczny, pełen pasji głos ame­ry­kań­skiego astro­fi­zyka. Jeżeli przy­pa­dła Ci do gustu Astro­fi­zyka dla zabie­ga­nych lub tele­wi­zyjna seria Cosmos: A Spa­ce­time Odyssey (nawiasem mówiąc drugi sezon jest już w pro­duk­cji) – nie sądzę, aby nowa pozycja mogła Cię roz­cza­ro­wać. Od siebie muszę też dodać słowa uznania dla Wydaw­nic­twa Insignis, które znów odwaliło kawał dobrej roboty. Nie tylko spro­wa­dziło na polski rynek następny światowy klasyk, ale również zadbało o nie­zwy­kle ele­ganc­kie wydanie – sądząc po foto­gra­fiach – prze­wyż­sza­jące jakością i urodą ame­ry­kań­ski oryginał. 
Info:
Autor: Neil deGrasse Tyson;
Przekład: Dominika Braithwaite
Tytuł: Kosmiczne zachwyty;
Tytuł oryginalny: Death by Black Hole and Other Cosmical Quandaries;
Wydawnictwo: Insignis;
Wydanie: Kraków 2018;
Liczba stron: 302.
  • Dariusz Grzelec

    Super! Biorę 🙂
    Swoją drogą, bardzo podobają mi się recenzje książek.
    Ta bedzie już czwarta i jestem prawie pewien że znów sie nie zawiodę 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • czes

    Dzięki. Z tego co widzę wydanie tylko papie­rowe? Jesli wiesz coś na temat ebooka daj znać, dzięki

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • czes

    Dzięki. Z tego co widzę wydanie tylko papie­rowe? Jesli wiesz coś na temat ebooka daj znać, dzięki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • czes

    Z tego co widzę wydanie tylko papie­rowe? Jesli wiesz coś na temat ebooka daj znać, dzięki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Mar­mo­lada

    Z tego co widzę wydanie tylko papie­rowe? Jesli wiesz coś na temat ebooka daj znać, dzięki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0