Czytaj dalej

Hawking to lubi dawać pożywkę mediom. Tak właśnie pomyślałem gdy trzeci z rzędu znajomy wysłał mi artykuł z kolejnego portalu ogłaszającego wszem i wobec: czarnych dziur nie ma! Ależ czarne dziury są i mają się dobrze. Może poza tym, że nie są do końca czarne – ale to wiemy od prawie czterdziestu lat.


O tym, że naj­gęst­sze obiekty w kosmosie bywają nieco wypło­wiałe, powia­do­mił nas właśnie Stephen Hawking, już w roku 1974. Stwier­dził wtedy, że efekty kwantowe powodują bardzo słabe paro­wa­nie tych fizycz­nych potworów, które po decy­lio­nie lat mogłoby nawet dopro­wa­dzić do ich znik­nię­cia. Dwa lata później profesor Cam­bridge znów pozwolił sobie na kon­tro­wer­syjną opinię, jakoby Bóg nie tylko grał z wszech­świa­tem w kwantowe kości, ale również czasami zrzucał je ze stołu. Innymi słowy nauko­wiec, roz­wa­ża­jąc losy obiektu wpa­da­ją­cego za horyzont zdarzeń, doszedł do wniosku, że uległby on kom­plet­nemu i nie­od­wra­cal­nemu znisz­cze­niu. Infor­ma­cja o tym przed­mio­cie i jego cechach byłaby według Hawkinga wyka­so­wana z pamięci kosmicz­nego kom­pu­tera, a kosz opróż­niony. W ten sposób roz­po­czął on, trwającą po dzień dzi­siej­szy dysputę nad tzw. para­dok­sem infor­ma­cyj­nym. Choć brzmi niezbyt spek­ta­ku­lar­nie, dotyczy on ele­men­tar­nych praw rzą­dzą­cych wszech­świa­tem.

Spór toczył się w spo­koj­nym tempie aż do roku 2012. Dosko­nale to pamiętam, gdyż zaraz po tym jak ukoń­czy­łem swój tekst Wszystko co chcie­li­by­ście wiedzieć o czarnych dziurach, okazało się, że właśnie uległ on dez­ak­tu­ali­za­cji. Wszystko za sprawą Józefa Pochlin­skiego z Uni­wer­sy­tetu Santa Barbara, suge­ru­ją­cego zupełnie inną niż dotych­czas uważano postać hory­zontu zdarzeń. Z pro­mie­nio­wa­niem Hawkinga czy bez, przez dzie­siątki lat zakła­dano, że prze­kro­cze­niu hory­zontu nie towa­rzy­szą żadne szcze­gólne zjawiska. Owszem, nie­szczę­sny obiekt zacząłby ulegać “spa­ge­ty­za­cji” i nie miałby żadnej moż­li­wo­ści powrotu; ale sam moment wlotu za tę granicę nie wiązałby się z żadnymi per­tur­ba­cjami. Pochlin­ski pogłów­ko­wał i doszedł do wniosku, że tak nie może być – horyzont to nie jakaś mate­ma­tyczno-fizyczna pułapka, ale… ściana. Nawet ściana ognista. Nie ma żadnego roz­cią­ga­nia ani destruk­cji wewnątrz czarnej dziury, być może nie ma nawet oso­bli­wo­ści. Ude­rza­jąc w swoisty firewall, obiekt zostaje roz­sma­ro­wany, znie­kształ­cony i zwęglony. Wybór dla poten­cjal­nej ofiary pre­zen­tuje się więc nastę­pu­jąco: może zostać ona zmiaż­dżona w oso­bli­wo­ści lub spalona na ognistej zaporze. Teoria fire­walli roz­po­częła w śro­do­wi­sku astro­fi­zy­ków nową dyskusję, w której natu­ral­nie nie mogło zabrak­nąć głosu z syn­te­za­tora.

Co wła­ści­wie powie­dział Stephen Hawking? Niewiele. (Sedno swojej idei, profesor wyłusz­czył za pośred­nic­twem serwisu arxiv, do którego odsyłam.) Na dobrą sprawę Bry­tyj­czyk rzucił rękawicę szybko nabie­ra­ją­cym popu­lar­no­ści fire­wal­lom, sta­wia­jąc przeciw niej własne, na razie pozba­wione wyraź­nych konturów, domnie­ma­nia. To dość istotne, bo jeżeli badacz nie trzyma w rękawie jakiegoś nauko­wego asa, jego wypo­wie­dzi nie wolno trak­to­wać w kate­go­rii poważnej teorii. Zwłasz­cza, że nawo­ły­wa­nie do rezy­gna­cji, z głęboko zako­rze­nio­nej w fizyce, kon­cep­cji hory­zontu zdarzeń (nazwa­nego już przez Hawkinga hory­zon­tem pozornym), potrze­buje wsparcia naprawdę mocnych argu­men­tów. Jeżeli intuicja nie zawodzi Hawkinga, a tak już kil­ku­krot­nie bywało, czeka nas mały przełom. Być może wkrótce okaże się, że czerń dziur jest jeszcze bardziej wyblakła oraz że istnieje sposób na odzy­ska­nie infor­ma­cji ukrytej pod płasz­czem hory­zontu. Jednak do przy­ję­cia takich twier­dzeń jeszcze daleka droga i mogę iść o zakład, że sprawa nie obe­szłaby żadnego pismaka, gdyby nie wiązała się z nazwi­skiem medial­nego pro­fe­sora.


Pisanie w tym momencie o braku czarnych dziur – zwłasz­cza nagłów­kach por­ta­lo­wych newsów, których czytanie więk­szość osób kończy na pierw­szym akapicie – jest mocno mylące. Prze­ciętny Kowalski z całej afery rozumie tyle, że z jego pinion­dzów jajo­głowi prowadzą badania nad czymś czego nie ma. Wypada wyraźnie zazna­czyć: eks­tre­mal­nie masywne stwory dyry­gu­jące życiem galaktyk istnieją i będą istnieć, nie­za­leż­nie od tego czy okre­ślimy je dziurami czarnymi, szarymi lub różowymi. Wąt­pli­wo­ści budzą jedynie ich egzo­tyczne wła­ści­wo­ści. 


Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.