Ekslibris – bibliofilu, oznacz swój księgozbiór!

Dzisiaj mam dla was nietypowy, praktyczny wpis dotyczący nie nauki jako takiej, a jedynie książek. A konkretniej ekslibrisu – drobnego udogodnienia, którym powinien zainteresować się każdy gorliwy bibliofil.

Przychodzi taki czas gdy książek w naszym mieszkaniu jest tyle, że czujemy się nimi otoczeni niemal z każdej strony. Posiadamy na półkach już sto, dwieście lub tysiąc pozycji i możemy nieśmiało myśleć o jakiejś formie personalizacji naszego szybko rosnącego, domowego księgozbioru. O zrobieniu czegoś, co uczyni naszą kolekcję jeszcze bardziej wyjątkową. Właśnie do tego celu najlepiej posłuży, nieco zapomniana w dzisiejszych czasach, instytucja ekslibrisu.

Ex libris, oznacza z łaciny tyle co “z książek”, lub też “z księgozbioru” – i najprościej mówiąc, stanowi rodzaj indywidualnego znaku własnościowego. Stosując w danym tomie ekslibris, niejako go podpisujemy, stwierdzając wszem i wobec, że pochodzi on “z księgozbioru Jana Iksińskiego”. Podobną praktykę możemy zaobserwować w przypadku egzemplarzy wypożyczonych z biblioteki, których pierwsze oraz ostatnie strony (czasem też kilka środkowych) pozostają ostemplowane. Pierwotny cel jest w zasadnie identyczny, tyle tylko, że osobisty ekslibris ma szansę aby stać się czymś więcej niż urzędową sygnaturą.

Ale zanim przejdziemy do kwestii praktycznych, wypada mi wspomnieć, dlaczego w ogóle uważam ten temat za warty uwagi. Dlaczego taki gadżet warto posiadać? Naturalnie, w obecnej rzeczywistości główna funkcja ekslibrisu zabezpieczanie kolekcji przed zagubieniem bądź kradzieżą – schodzi na dalszy plan. Kilka pokoleń wstecz, gdy nie istniała setka wydawnictw, książka swoje kosztowała, a pokaźna biblioteczka świadczyła o statusie właściciela, sprawy miały się inaczej. Ekslibris był niemalże nieodzownym atrybutem każdego mola książkowego. Dzisiaj, w dobie miernej jakości wydań, kosztujących mniej niż litr wódki, ich zabezpieczanie wydaje się bezsensowne. Nawet jeśli przyjaciel, który pożyczył od nas interesujący go tytuł, zapomni go oddać – raczej z tego powodu nie zbiedniejemy. 

Moim zdaniem, warto jednak spróbować spojrzeć na dalszy horyzont czasowy. Nawet “zwykła” i dostępna obecnie w każdej księgarni pozycja, nie musi taka pozostać za dwie lub trzy dekady. Mało tego, jeśli marzymy o wielkiej rodzinnej biblioteczce, to możemy podumać nad tym, jaką wartość zyskają poszczególne dzieła w czasach naszych dzieci i wnuków. Tym bardziej należy o tym pomyśleć, jeśli znajdujemy się w posiadaniu lektur poświęconych jakiejś hermetycznej dziedzinie, które nie doczekały się wydań liczonych w setkach tysięcy egzemplarzy i nawet za kilka lat staną się trudno dostępne. Piękna wizja, lecz możliwa do zrealizowania tylko przy odpowiedniej opiece i ochronie kompletności zbiorów. A jeśli już snujemy takie dalekosiężne ambicje, pamiętajmy, że ekslibris sam w sobie pozwoli na pomnożenie historyczno-pamiątkowej wartości książek, z perspektywy naszej rodziny i nie tylko. W ten sposób, zamiast li tylko ostemplować przedmiot, czynimy go wyjątkowym oraz podnosimy prestiż całej kolekcji. Pokazujemy, że traktujemy ją bardzo poważnie, a zawartość książek stanowi dla nas istotną wartość.

To nie wszystko. Dobrze wykonany ekslibris może być nie tylko jakimś tam symbolem, ale całkiem gustowną ozdobą naszych papierowych skarbów. Rzecz jasna, zależy to wyłącznie od naszego zaangażowania i zachcianki. Minimalistów zadowoli zwykły podpis poprzedzony formułą “Ex libris” lub Książka należy do”, zaś reszta może pokusić się o zaprojektowanie własnego logo czy nawet czegoś na kształt herbu. Zresztą, sami spójrzcie na oszałamiające przykłady dawnych ekslibrisów.
[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image][ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image][ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Bez przesady, niektóre stanowiły małe dzieła sztuki. Współczesne ekslibrisy raczej nie dorównują im pod względem estetycznym, ale dzięki temu mogą być znacznie praktyczniejsze. Te dawne, aby robić należyte wrażenie, często musiały zajmować całą osobną stronę – a drukowanie i doklejanie takowej do setek woluminów, wymagało sporego nakładu pracy i czasu. Dlatego obecnie stawia się raczej na małe i stosunkowo proste grafiki, pozwalające na hurtowe znakowanie dużej liczby książek.

Porady praktyczne

Tak naprawdę istnieje cały wachlarz opcji i możemy dać upust naszej kreatywności. Bodaj jedyną twardą regułą pozostało, aby ekslibris mieścił nazwisko właściciela, bo inaczej cały koncept traci sens. Poza tym, jeżeli zechcemy upiększyć nasz wzór jakimś obrazkiem – o czym większość książkoholików niewątpliwie marzy – raczej powinniśmy zrezygnować z kolorów i postawić na proste kształty. Okaże się to dogodne, gdyż nieskomplikowana grafika jest łatwa do skalowania i pozostanie czytelna, nawet po znacznym zmniejszeniu jej rozmiarów.

Większy problem stanowi technika umieszczania ekslibrisu w książce. Tu również opcji jest wiele i każdy sam musi zadecydować, która sprawi mu najmniej kłopotów. Osobiście, początkowo brałem pod uwagę możliwość drukowania ekslibrisów w formie osobnych kartek (wtedy mógłbym sobie pozwolić na duży, ornamentacyjny wzór), doklejanych na początku lektury. Zrezygnowałem z tego pomysłu, z powodów, które wcześniej wymieniłem: wiele drukowania i zabawy z ewentualnym przytwierdzeniem strony do każdej książki. W dodatku, aby taki dodatek prezentował się w miarę przyzwoicie, przydałby się odpowiedni rodzaj papieru – ponieważ zwykła biała kartka dawałaby zbyt duży kontrast w zestawieniu z przyżółkłymi stronicami jakiegoś starego tomiszcza. Za dużo zachodu, przy potencjalnie mizernym efekcie.
[ecko_fullpage_image]Przyklejany ekslibris Kwantowo[/ecko_fullpage_image][ecko_fullpage_image]Ekslibris w formie pieczątki[/ecko_fullpage_image]Dlatego obstaję przy dwóch opcjach, które widzicie powyżej. Pierwsza to naklejka, w sensie dosłownym lub zwykły wydruk przytwierdzony do książki przy pomocy kleju. Największą zaletą tego rozwiązania jest to, że może je przygotować każdy w domowym zaciszu, niemalże od ręki. Wystarczy sprawna drukarka, odrobina czarnego tuszu, papier, klej biurowy i nożyczki. Niestety estetyka jest raczej przeciętna, gdyż chcąc nie chcąc, doklejony ekslibris pozostaje ciałem obcym i w niektórych przypadkach może wyglądać nienaturalnie, czy wręcz szpetnie.

Dlatego przychylam się do drugiego wariantu, czyli staromodnej pieczęci. Ma swoje wady, ponieważ trochę kosztuje i narzuca pewne ograniczenia graficzne, zarówno dotyczące rozmiaru symbolu jak i jego skomplikowania (grafika z dużą ilością szczegółów nie będzie się dobrze odbijać). Jednocześnie, pieczątka jest trwała, nie wygląda dziwnie ani obco, bez względu na wiek i format książki. Samo stemplowanie przebiega też o wiele szybciej niż zabawa z naklejkami, co właściciele księgozbiorów liczących setki pozycji, również powinni wziąć pod uwagę.
[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Jeśli martwicie się brakiem pomysłu lub uzdolnień graficznych, to z pomocą przychodzą internety. Wystarczy chwila googlowania aby znaleźć gotowe do użycia wzory. Powyżej dodałem kilka, które wpadły mi w oko, a jeśli komuś spodobał się kwantowy ekslibris, to można go pobrać pod tym adresem.


Jak nie meteoryt to zaraza – recenzja książki “Koniec świata” Śmieszki piszą o fizyce – recenzja “Nie mamy pojęcia” Noble i czarne dziury okiem profesora – rozmowa z Jean-Pierrem Lasotą