Prawdziwi geniusze – osoby pokroju Einsteina, Diraca czy Feynmana – pojawiają się na arenie dziejów stosunkowo rzadko. Jednak jeszcze rzadziej rodzi się ktoś o potencjale Ramanujana.

“Żaden mate­ma­tyk, nie powinien nigdy zapo­mnieć, że mate­ma­tyka, bardziej niż jaka­kol­wiek inna dzie­dzina sztuki czy nauki, jest domeną ludzi młodych.”
— G. H. Hardy
W filmie Bun­tow­nik z wyboru zawarto inte­re­su­jącą scenę. Próbując opisać tytu­ło­wego bohatera, prof. Sullivan porów­nuje go do pewnego mło­dzieńca żyjącego sto lat temu w Indiach. Chłopak nigdy nie chodził do szkoły, ale pewnego razu razu trafił na bry­tyj­ski pod­ręcz­nik mate­ma­tyki. Z tej jednej książki wycią­gnął nie­sa­mo­wite wnioski, które rychło wprawiły w osłu­pie­nie naj­zna­mie­nit­szych uczonych z Europy. Choć brzmi to fan­ta­stycz­nie, ów mate­ma­tyczny samo­ro­dek żył naprawdę, a nazywał się Sri­ni­vasa Rama­nu­jan.

Przy­szedł na świat w Indiach, w oko­li­cach Madrasu, jeszcze przed epoką Gan­dhiego. Życie w bry­tyj­skiej kolonii zde­cy­do­wa­nie go nie roz­piesz­czało, lecz przy­naj­mniej mógł odebrać ele­men­tarne wykształ­ce­nie, poznać język angiel­ski, a co naj­waż­niej­sze – zetknąć się ze zdo­by­czami zachod­niej nauki. Punktem zwrotnym w życiu nasto­let­niego Hindusa było tra­fie­nie na zgubiony przez któregoś z wyspia­rzy egzem­plarz książki Synopsis of Ele­men­tary Results in Pure Mathe­ma­tics, pióra George’a Shoobridge’a Carra. W momencie gdy prze­ciętny miesz­ka­niec sub­kon­ty­nentu miał ogromny problem ze zdo­by­ciem kartki papieru, zako­chany w liczbach Rama­nu­jan wpadł akurat na publi­ka­cję uznanego mate­ma­tyka z Cam­bridge. Był to mokry całus od losu dla całego poko­le­nia mate­ma­ty­ków. 

Zauwa­ży­łem, że bio­gra­fo­wie często przy­pi­sują wydaną w 1880 roku Synopsis, do lite­ra­tury popu­lar­no­nau­ko­wej, o dość pod­sta­wo­wym zakresie. Nie ule­gnij­cie jednak złu­dze­niu, jakoby Rama­nu­jan wertował coś na kształt Krótkiej historii czasu czy pod­ręcz­nika z gim­na­zjum, po czym wycią­gnął zeń nie­stwo­rzone teorie. Aż tak bajkowo nie było, bo choć dzieło Carra nie wykra­czało ponad pewien poziom, to jednak sta­no­wiło dość pokaźny przegląd istot­nych zagad­nień: począw­szy od algebry, przez równania róż­nicz­kowe i całki, po rachunek waria­cyjny. Podobno autor reko­men­do­wał swoją pracę kan­dy­da­tom przy­go­to­wu­ją­cym się do egza­mi­nów wstęp­nych na Cam­bridge. Tym­cza­sem Hindus, który nigdy nie miał szans na ode­bra­nie wykształ­ce­nia równie sta­ran­nego co rówie­śnicy z Anglii, przy­swoił ten wykład w sposób bły­ska­wiczny i bez niczyjej pomocy. Co cie­kaw­sze, wiedza ta okazała się dla niego zbyt ciasna i dalszych odpo­wie­dzi posta­no­wił szukać na własną rękę. Z mocą super­kom­pu­tera roz­po­czął szki­co­wa­nie autor­skich twier­dzeń i wzorów. Rzecz jasna, chłopak nie mógł wiedzieć, które z roz­pa­try­wa­nych przez niego pro­ble­mów zostały roz­wi­kłane przez Euro­pej­skich uczonych już wcze­śniej – toteż leciał za porząd­kiem, poznając królową nauk i jed­no­cze­śnie posze­rza­jąc jej granice. Z rewe­la­cyj­nym skutkiem.
hardy

G. H. Hardy

Dalej mate­ma­tyczny wirtuoz podążał śladami niewiele star­szego Alberta Ein­ste­ina. Podobnie do Szwaj­cara, Rama­nu­jan znalazł pracę na sta­no­wi­sku sze­re­go­wego urzęd­nika. I choć upra­wia­nie tak ogłu­pia­ją­cych i sche­ma­tycz­nych zajęć powinno zostać zakazane, nudne posie­dze­nia w biurze dawały geniu­szom czas na rozwój ich ory­gi­nal­nych zain­te­re­so­wań. Również podobnie, przełom w twór­czo­ści obu panów przypadł akurat na 26 rok życia. W tak młodym wieku Einstein przy­szy­ko­wał zręby szcze­gól­nej teorii względ­no­ści, zaś nasz bohater otrzymał długo wycze­ki­waną szansę wypły­nię­cia na szerokie wody. Dość dosłow­nie. Kie­row­nik madra­skiej placówki – również zapalony mate­ma­tyk – poznał się na talencie swego pod­wład­nego i pomógł mu w wysłaniu jego nie­sa­mo­wi­tych prac aż do Wielkiej Brytanii. Wylą­do­wały one na biurku Godfrey’a Harolda Hardy’ego – wybit­nego znawcy teorii liczb i wykła­dowcy Cam­bridge. Podobno profesor zigno­ro­wał trzy pierwsze listy. Postawa zro­zu­miała: gdy codzien­nie jesteś bom­bar­do­wany wypo­ci­nami pseu­do­nau­kow­ców i szar­la­ta­nów, trudno ci trak­to­wać poważnie wieści o prze­ło­mo­wych bada­niach jakiegoś chłopaka z Indii o trudnym do zapa­mię­ta­nia nazwisku. A jednak coś tchnęło Hardy’ego, aby w końcu pochylił się nad egzo­tycz­nymi obli­cze­niami. Listy zawie­rały około 120 twier­dzeń, w tym doty­czą­cych hipotezy Gold­ba­cha, problemu Waringa i innych zagad­nień bliskich bry­tyj­skiemu mate­ma­ty­kowi. Jego szok był na tyle duży, że bez cere­gieli posta­no­wił wycią­gnąć ręce po ana­li­tyczny diament i ściągnąć go prosto do siebie.
“Nie posiadam wyższego wykształ­ce­nia, ale prze­by­łem kurs w szkole pod­sta­wo­wej. Po jej ukoń­cze­niu, wyko­rzy­sta­łem wolny czas i swoje pre­dys­po­zy­cje do prac mate­ma­tycz­nych. Nie zostałem spętany przez kon­wen­cjo­nalne metody wpajane podczas zajęć uni­wer­sy­tec­kich, lecz wyty­czy­łem dla siebie nową ścieżkę. Zająłem się badaniem szeregów roz­bież­nych, a wyniki jakie otrzy­muję są nazywane przez miej­sco­wych mate­ma­ty­ków “zaska­ku­ją­cymi”.”
— Fragment listu Rama­nu­jana do prof. Hardy’ego
W ten oto sposób, dwu­dzie­sto­pa­ro­letni obco­kra­jo­wiec bez dyplomu, trafił do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej uczelni świata. Sam ten fakt pozo­staje ogromnym osią­gnię­ciem, bowiem przybysz z Azji mijający się na kory­ta­rzach z Jamesem Cha­dwic­kiem, Ernestem Ruther­for­dem, Arthurem Edding­to­nem czy Ber­tran­dem Rus­sel­lem, był w tym okresie eks­tre­mal­nie rzadkim widokiem. Oczy­wi­ście nie mógł on liczyć na zbyt wielu przy­ja­ciół. W końcu, kto to widział aby jakiś Hindus bez szkoły, który w życiu nie prze­sie­dział ani godziny na porząd­nym uni­wer­sy­tec­kim wykła­dzie, miał być nagle trak­to­wany jako auto­ry­tet? Jednak Godfrey Hardy nie znosił sprze­ciwu i bzdur­nych kon­we­nan­sów, zwłasz­cza jeśli w grę wcho­dziło dobro nauki. 
Ramu

Rama­nu­jan na Cam­bridge.

Dziwny to był duet. Wyobraź­cie sobie uczonego o uspo­so­bie­niu podobnym do Richarda Dawkinsa, którego pod­opieczny odprawia regu­larne modlitwy, wypełnia reli­gijne nakazy żywie­niowe i wreszcie stwier­dza, że jego naj­lep­sze pomysły są owocem natchnie­nia przez siłę wyższą. A tak właśnie było! Hardy, nie­spełna czter­dzie­sto­letni kawaler, zatwar­działy racjo­na­li­sta, ateista i pra­co­ho­lik, musiał nauczyć się współ­pracy z nie­oby­tym zarówno z euro­pej­skimi tra­dy­cjami jak i meto­do­lo­gią naukową, rodzin­nym (żona została w ojczyź­nie) i mocno udu­cho­wio­nym młokosem. Jednak, jak przy­stało na ludzi, których łączne IQ prze­bi­jało 300, w końcu znaleźli wspólny język. Anglik ścier­piał opo­wie­ści o tym, jakoby równania spływały do umysłu Rama­nu­jana podczas snów, za sprawą hin­du­skiej bogini Namagiri; zaś cudowny mło­dzie­niec musiał przy­wyk­nąć do zachod­niego rygoru doty­czą­cego publi­ka­cji nauko­wych i sposobu zapisu swoich nowa­tor­skich formuł.

Para­fra­zu­jąc słowa fizyka Freemana Dysona, nasiona posa­dzone przez Rama­nu­jana i Hardy’ego zostały roz­dmu­chane po całym naukowym kra­jo­bra­zie i kiełkują do dziś. Przez trzy uro­dzajne lata, tandem z Cam­bridge roz­pra­co­wał wła­ści­wo­ści liczb Ber­no­ul­liego, twier­dze­nia Ber­tranda-Cze­by­szewa i funkcji theta Jaco­biego. W ten sposób do pod­ręcz­ni­ków wkro­czyły szeregi Rama­nu­jana-Sato, liczby pierwsze Rama­nu­jana, funkcja theta Rama­nu­jana, funkcja tau Rama­nu­jana, hipoteza Rama­nu­jana-Peters­sona i wiele, wiele innych. Nie trzeba posiadać dok­to­ratu aby pojąć, z jak gigan­tycz­nym dorob­kiem mamy do czy­nie­nia. 

Dodatek: O co chodzi z kongruencją Ramanujana?

Niech p(n) oznacza liczbę moż­li­wo­ści przed­sta­wie­nia liczby natu­ral­nej n w postaci sumy liczb natu­ral­nych (kolej­ność skład­ni­ków nie gra roli). Rama­nu­jan odkrył, że jeśli reszta z dzie­le­nia n przez 5 wynosi 4, to p(n) jest podzielne przez 5. Np. liczbę 4 można przed­sta­wić w postaci sumy na 5 sposobów: 4, 1+3, 1+1+2, 2+2, 1+1+1+1, więc p(4) jest – jak widać – liczbą podzielną przez 5. Dla liczb 9, 14, 19, … trudno już wyzna­czyć wartości p(n). Wszyst­kie są jednak podzielne przez 5.

Tego rodzaju relacja nazwana została kon­gru­en­cją Rama­nu­jana. Inne przy­kłady takich kon­gru­en­cji, również odkry­tych przez Rama­nu­jana (także inni badacze odkryli podobne kon­gru­en­cje): jeśli n=7k+5, to p(n) jest podzielne przez 7, jeśli n=11k+6, to p(n) jest podzielne przez 11. Zagad­nie­nia związane z liczbą sposobów sumo­wa­nia poja­wiają się w różnych działach mate­ma­tyki, a także w fizyce.

Gościn­nie: Szymon Wąsowicz z blogu Być mate­ma­ty­kiem.
liczba taksowkowa mala2Do legendy przeszła również anegdota doty­cząca powsta­nia liczby “tak­sów­ko­wej” Ramanujana-Hardy’ego. Wybitni mate­ma­tycy miewają spe­cy­ficzny humor i dzi­waczne rozrywki. Godfrey Hardy lubił zwracać uwagę na napo­ty­kane na co dzień numery i dumać nad ich zna­cze­niem oraz wła­ści­wo­ściami. Podobno odwie­dza­jąc pewnego razu swojego pod­opiecz­nego, poskar­żył się, że jego taksówka nosiła wyjąt­kowo nie­cie­kawy numer 1729. Rama­nu­jan odparł, że wręcz prze­ciw­nie. Tak się składa, iż 1729 jest naj­mniej­szą liczbą natu­ralną, jaką można wyrazić jako sumę dwóch sze­ścia­nów na dwa sposoby. Trudno powie­dzieć, czy rzeczona scena rze­czy­wi­ście miała miejsce, niemniej dobrze oddaje bły­sko­tli­wość ana­li­tycz­nego umysłu Rama­nu­jana.

Niestety trium­falny pochód ku mię­dzy­na­ro­do­wej sławie został bru­tal­nie prze­rwany. Od wiosny 1917 roku stan zdrowia Rama­nu­jana wyraźnie się pogor­szył. Dręczyła go bez­sen­ność, wychudł, miewał kosz­marne nocne gorączki, problemy z oddy­cha­niem, a nara­sta­ją­cym atakom kaszlu zaczęła towa­rzy­szyć krew. Na domiar złego, postęp choroby uła­twiała uboga dieta Hin­du­isty, dodat­kowo uszczu­plona nie­do­bo­rami zwią­za­nymi z trwającą I wojną światową. Pozba­wiony swoich ulu­bio­nych warzyw Rama­nu­jan potrafił pracować przez więk­szość doby, bez odpo­czynku i poży­wie­nia. Tak dopadła naszego bohatera gruźlica. Dzisiaj rzadka i jak naj­bar­dziej ule­czalna, w ówcze­snych warun­kach ozna­czała niemal pewny wyrok śmierci. (Chociaż dziś nie­któ­rzy lekarze podej­rze­wają, że tak naprawdę zarzewie problemu leżało nie w płucach, lecz żołądku, gdzie gra­so­wały pełzaki czer­wonki). Mimo to, po niemal rocznej tułaczce po szpi­ta­lach i sana­to­riach, trzy­dzie­sto­la­tek niemal wrócił do zdrowia. Przy­naj­mniej na tyle, że zdołał odbyć rejs powrotny do domu. Na miejscu dopadł go nawrót choroby, tym razem osta­teczny. 

Życiorys  Rama­nu­jana pozo­staje naj­lep­szą aka­de­micką wersją historii typu “od pucybuta do milio­nera”. Człowiek, który zaczął w nędznej wiosce opodal Madrasu, w nie­dłu­gim czasie trafił do Trinity College w Cam­bridge i jako drugi Hindus w dziejach zasiadł w składzie Towa­rzy­stwa Kró­lew­skiego. A wszystko to w ciągu nie­spra­wie­dli­wie krót­kiego, zaledwie 33-letniego życia.
Literatura uzupełniająca:
M. Murty, V. Kumar, The Mathematical Legacy of Srinivasa Ramanujan, Londyn 2013;
G. S. Carr, A Synopsis of Elementary Results in Pure and Applied Mathematics, Londyn 1880;
A. Janardhanan, A passage to infinity: The untold story of Srinivasa Ramanujan, [online: http://indianexpress.com/article/lifestyle/life-style/a-passage-to-infinity-the-untold-story-of-srinivasa-ramanujan/];
I. Ellis, The Mystery of Srinivasa Ramanujan’s Illness, [online: www.todayinsci.com/R/Ramanujan_Srinivasa/RamanujanSrinivasa-IllnessMystery.htm];
A jeśli kogoś interesuje nieco podkoloryzowana biografia Ramanujana, to polecam film Człowiek, który poznał nieskończoność, w reż. Matta Browna.
podpis-czarny
  • asdf

    Wydaje mi się, że w artykule wkradł się błąd — chodziło nie o liczbę Ber­no­ul­liego, a o liczby Ber­no­ul­liego.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Prawda.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • WG

    Ciekawy artykuł. Niemniej, Einstein zde­cy­do­wa­nie nie był Szwaj­ca­rem! 🙂 No i ilorazów inte­li­gen­cji się nie dodaje… IQ zbio­ro­wo­ści to IQ osobnika najmniej inte­li­gent­nego. Jakby dodawać IQ posłów PIS to nie wypa­da­liby wcale tak źle! 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Zde­cy­do­wa­nie był Szwaj­ca­rem od 1901 roku. Oczy­wi­ście najpierw był Niemcem, lecz zrzekł się oby­wa­tel­stwa, a pod koniec życia dołożył jeszcze oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie.

      Nie wiem, dlaczego za każdym razem gdy to piszę, znajduje się ktoś kto neguje świadomy wybór Alberta o przy­stą­pie­niu do wspa­nia­łego narodu szwaj­car­skiego. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • grackul

        niestety mylisz oby­wa­tel­stwo z naro­do­wo­ścią, naro­do­wo­ści zmienić nie możesz

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Jeżeli ktoś przyjął oby­wa­tel­stwo szwaj­car­skie, to nie ma niczego nie­wła­ści­wego w nazy­wa­niu go Szwaj­ca­rem. W tekście nie stoi “fizyk naro­do­wo­ści szwaj­car­skiej”, lecz po prostu “Szwajcar”. Nie napi­sa­łem nigdzie o jego uro­dze­niu czy pocho­dze­niu (bo że był Żydem wie chyba każde dziecko). Mało tego, jeżeli ktoś zrzeka się oby­wa­tel­stwa (dość mocna decyzja) danego kraju i przyj­muje oby­wa­tel­stwa drugiego, to mogę zakładać, że wręcz jego życze­niem jest koja­rze­nie go z innym państwem. A Einstein jak wiadomo miał spore problemy ze swoją “ojczyzną”, zarówno podczas I WŚ, nie mówiąc już o II WŚ, w ogóle nie utoż­sa­mia­jąc się z tam­tej­szą men­tal­no­ścią.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • grackul

        masz racje, nie wspo­mnia­łeś w tekscie o narodowosci/obywatelstwie, z komen­te­rza wynio­sko­wa­łem że mieszasz pojęcia oby­wa­tel­stwa i naro­do­wo­ści, mi oso­bi­ście obo­jęt­nie jak go bedziesz nazywał, może być nawet ame­ry­ka­ni­nem

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • arthy

    Dla osób mniej obe­zna­nych z tematem także polecam film “Człowiek, który poznał nie­skoń­czo­ność” z jak zwykle genial­nym Jeremym Ironsem w roli prof. Hardyego. Dla bardziej wni­kli­wych pozo­stają oczy­wi­ście książki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Michał Tar­now­ski

    Proszę o poprawki, np. wyłą­cze­nie justo­wa­nia biblio­gra­fii. Bardzo brzydko się roz­jeż­dża. Sam tekst poza tym super i o kon­gru­en­cji Rama­nu­jana nie wie­dzia­łem. 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Dominik Kurek

    Hardy w kwe­stiach ducho­wych był ów prof. Hardy

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • yaxoo

    Witam. O ile się nie mylę, to cała historia wyglą­dała zupełnie inaczej, niż to opisano. Historia tego czło­wieka to tak nie­wy­obra­żal­nie smutny dramat, że szkoda mówić. Człowiek ten był nie­zwy­kle biedny i żył w tak okrutnej nędzy, że to się w ogóle w głowie nie mieści. O ile pamiętam, to stu­dio­wał w Indiach dwu­krot­nie. Raz, po przy­zna­niu mu sty­pen­dium, olał studia, bowiem chodził wyłącz­nie na zajęcia z mate­ma­tyki i na pierw­szej sesji oblał egzaminy z pozo­sta­łych przed­mio­tów. Drugim razem nakło­nili go mate­ma­tycy, miał się przy­ło­żyć, ale już nie pamiętam z jakiego powodu zre­zy­gno­wał. Zaś zmarł z powodu zapa­le­nia płuc, a nie gruźlicy. W Anglii w cale nie trafił na uni­wer­sy­tet, sty­pen­dium umoż­li­wiało jedynie moż­li­wość wcho­dze­nia na teren uczelni i bez­płatne uczest­nic­two w wybra­nych wykła­dach, nic więcej. Dla mate­ma­ty­ków tam stanowił cie­ka­wostkę, był “dzikusem”, który choć studiów nie skończył, rozumiał problemy mate­ma­tyczne. Niemniej jednak musiało mu się tam pracować z nimi dobrze, skoro trzy lata wytrzy­mał. A jako że nie miał nic, a uni­wer­sy­tet mu nie płacił, żył w jeszcze większej biedzie, niż w Indiach. Mieszkał w jakimś zagra­co­nym strychu-maga­zy­nie, jadł odpadki i pił desz­czówkę. Ponieważ na tym strychu była dziura zamiast okna, szybko złapał zapa­le­nie płuc, którego oczy­wi­ście nie leczył, bo niby za co. Pisze się tu i tam, że był na diecie wegań­skiej, bo przecież hindus, weganian, a w Angli tylko kartofle mieli z roślin. Gość po prostu żył w skrajnej nędzy, łapał wszelkie możliwe choroby i nie miał za grosz sprytu, aby wyko­rzy­stać swoje tealenty do zna­le­zie­nia jakiej­kol­wiek intrat­nej pracy, czy do zostania zawo­do­wym mate­ma­ty­kiem. Niestety, gdyby tam w Anglii kto­kol­wiek w ogóle go doceniał, gdyby fak­tycz­nie prof. Hardy widział w nim rów­no­praw­nego partnera, to Rama­nu­jan miałby z nim publi­ka­cje za życia, pozo­sta­wiłby po sobie wspólny dorobek, zaś przede wszyst­kim świat by się dowie­dział o roz­wią­za­niu pewnych pro­ble­mów mate­ma­tycz­nych, jakie uważano za nie­roz­wią­zwy­anle. Tym­cza­sem został odkryty na długo po tym, jak z Anglii uciekł, już po śmierci, i to przez przy­pa­dek, gdy zna­le­ziono pozo­sta­wione przez niego notatki, które nota bene robił przez całe życie. Do tego czasu inni mate­ma­tycy już zdążyli w więk­szo­ści nie­za­leż­nie poczynić te same odkrycia.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      W takim razie miałeś stycz­ność z dość mocno róż­nią­cymi się bio­gra­fiami od tych, na które ja trafiłem. Tzn., jasne że był uważany za dzikusa i przez gros pra­cow­ni­ków nauko­wych nigdy nie był trak­to­wany jako swój, niemniej otrzymał w końcu dyplom (bodaj “licen­cjata”, ale w systemie anglo­sa­skim to wygląda nieco inaczej) i już za życia trafił do Towa­rzy­stwa Kró­lew­skiego — nie był więc zupełnym zerem. Co do chory, w którymś z podanych na dole linków jest artykuł doty­czący właśnie zdrowia Rama­nu­jana. Któregoś z lekarzy zain­te­re­so­wał jego przy­pa­dek i uważa, że — tak jak wspo­mnia­łem — choroba nie doty­czyła płuc, a mate­ma­tyk był po prostu leczony na złą chorobę. Ale to jest oczy­wi­ście kwestia poboczna.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Witaj Adamie. Na wstępie chciał­bym prze­pro­sić za pierwsze zdanie wcze­śniej­szego posta. Teraz widzę, że jest na tyle ogólne, iż zamiast oddawać sens tego, co chciałem napisać, ktoś może je odczytać zupełnie inaczej, np. jakobym suge­ro­wał, iż Twój artykuł “kłamie” (było inaczej, niż to opisano). Zatem prze­pra­szam, jeżeli tym wpisem mógłbym suge­ro­wać coś takiego. Tym­cza­sem moje intencje doty­czyły jedynie wydźwięku emo­cjo­nal­nego bio­gra­fii, że nie oddaje strasz­li­wego dra­ma­ty­zmu losów tej postaci, jaki sam odczułem, kiedy o tym czło­wieku czytałem. Myślę, że wiele infor­ma­cji, do jakich docie­ramy, jest znacznie uprosz­czo­nych i to w różny sposób. Stąd zapewne mogą brać się ewen­tu­alne różnice doty­czące szcze­gó­łów i co do tego nie wolno mi być w żadnym przy­padku kry­tycz­nym, jak sądzę. Uprosz­czona infor­ma­cja jest po prostu niepełna, stąd różne “stresz­cze­nia” mogą nieco inaczej oddawać szcze­góły, bądź je pomijać i w tym nie ma przecież niczego złego.

        Odnośnie lekarzy — po latach wygodnie jest sobie siedzieć i snuć wizję, na co Napoleon mógł chorować 🙂 Tyle powiem o tej amebozie. Na co dzień można i gorsze rzeczy złapać pijąc wodę ze studni na wsi, gdzie natu­ral­nie lubią bytować pier­wot­niaki i inne takie. Pisząc o zapa­le­niu płuc zaga­lo­po­wa­łem się i tu należą mi się baty, przy­znaję. Pojęcia nie mam, skąd mi to w nocy przyszło do głowy, aby tak napisać, przecież nie mam pojęcia, na co mógł umrzeć, a nawet gdybym miał przed sobą zwłoki tego pana, to i tak nie umiałbym podać przy­czyny (nie jestem pato­lo­giem). W każdym razie chodziło mi o ten pobyt w Anglii, że tam złapał zapa­le­nie płuc. Ale przecież nie mógł od tego umrzeć, bo na zapa­le­nie płuc umiera się szybko, tym­cza­sem ten jegomość był w Anglii parę lat i jeszcze do Indii wrócił. 

        Pisząc o dzi­ku­sach i zerach nie miałem na myśli tego, iż on był zerem. Miałem na myśli to, że nie był trak­to­wany na tyle poważnie, na ile zasłu­gi­wał. Nie był dzikusem, był za dzikusa uważany. Nie był zerem, to inni nie widzieli w nim talentu, jaki powinni byli widzieć. Że został tam potrak­to­wany jako “dzikus” na studiach. A powinien być potrak­to­wany co najmniej jako adiunkt, patrząc na to, ile chłopina dokonał sam i do czego był zdolny. Mimo tytułu “bachelor”, o ile pamiętam, program edu­ka­cyjny tamże ofe­ro­wany był odpo­wied­ni­kiem pełnych studiów dok­to­ranc­kich. W krajach anglo­sa­skich wówczas każdy uni­wer­sy­tet miał własny program edu­ka­cyjny i własne stopnie i tytuły, często podobne w nazwie, ale nie odpo­wia­da­jące sobie. I tak “bachelor” jednej uczelni był podobny do dzi­siej­szego “bachelor” (co w naszym systemie wyglą­da­łoby tak, jakby do 18 r.ż. uczyć się w zawo­dówce, zaś na 4-letnich studiach następ­nie reali­zo­wać program liceum ogól­no­kształ­cą­cego), ale innej odpo­wia­dał edukacji na poziomie dok­tor­skim (co byłoby u nas odpo­wied­ni­kiem tego, że dajmy na to w liceum ogól­no­kształ­cą­cym, wybie­ra­łoby sobie jeden przed­miot, który byłby, w prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych, nauczany następ­nie na poziomie aka­de­mic­kim i powyżej, a zamiast matury, studia takie koń­czy­łyby się własną pracą empi­ryczną o wysokich walorach poznaw­czych w tej właśnie dzie­dzi­nie). Nawet szybko rzuciłem okiem na Wikii, gdzie wyczy­ta­łem, że “Rama­nu­jan was awarded a Bachelor of Science degree by research (this degree was later renamed PhD) in March 1916 for his work on highly com­po­site numbers, the first part of which was publi­shed as a paper in the Pro­ce­edings of the London Mathe­ma­ti­cal Society. The paper was more than 50 pages and proved various pro­per­ties of such numbers. ” Czyli nawet nie wie­dzia­łem wcze­śniej, że jednak coś tam opu­bli­ko­wał. Teraz mam reflek­sję, że być może zbyt surowo oceniłem postawę Angiel­skich pro­fe­so­rów względem tego, powiedzmy, geniusza. Możliwe, że facet był tak bardzo zanie­dbany edu­ka­cyj­nie, że na pierwszy plan wysunęło się — z per­spek­tywy jego opie­ku­nów i mentorów — uzu­peł­nie­nie tych braków, aby w ogóle móc jak­kol­wiek sen­sow­nie ukie­run­ko­wać później ten wielki talent. Zatem nie byłby on postrze­gany jako “dzikus” czy zero, ile prędzej już jako rodzaj takiego właśnie zanie­dba­nego pro­to­au­ty­styka, któremu trzeba pokazać, jak wygląda tablica, kreda, biblio­teka, cza­so­pi­smo naukowe, struk­tura pracy mate­ma­tyka (aksjo­maty, wypro­wa­dza­nie wzorów, dowo­dze­nie twier­dzeń itp), bez czego był bezradny w świecie mate­ma­tyki tak samo, jak w świecie orga­ni­zo­wa­nia sobie dobro­bytu gospo­dar­czo-socjal­nego… nie wiem.

        Wiem jednak, że to bardzo smutna historia. Facet był geniu­szem, ale nie mógł ani rozwijać talentu, ani go wyko­rzy­stać dla poprawy własnych warunków bytowych, ani nawet go nikomu nie prze­ka­zał, w sensie że nie pozo­sta­wił po sobie żadnej pracy pisemnej, uczniów itd. Nikt by w ogóle o nim nic nie wiedział, gdyby nie to, że przy­pad­kiem zapo­dział gdzieś swoje notatki, akurat w miejscu, w którym później ktoś potrafił je nale­ży­cie odczytać i zro­zu­mieć. Nasza cywi­li­za­cja jest okrutna, bez­li­to­sna dla jed­no­stek. Ciekawe, jak wielu podob­nych geniuszy jest zmuszona dziś żyć na ulicy, w kar­to­nach, nie mając szansy rozwijać, wyko­rzy­sty­wać i dzielić się swym talentem, zmagając się za to z cho­ro­bami, które w przy­padku bogatych i dobrze sytu­owa­nych “w systemie” ludzi są w pełni wyle­czalne.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • kanis

    Nie mogę prze­czy­tać artykułu, ponieważ strona się nie­pra­wi­dłowo wyświe­tla. Widzę tylko tytuł, wpro­wa­dze­nie i zdjęcia. Artykułu brak.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Jaka prze­glą­darka? Spraw­dza­łem na trzech i wszystko wydaje się działać jak należy…

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kanis

        Już działa jak należy. Musiałem zre­star­to­wać prze­glą­darkę po prostu 🙂 Dzięki.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Ufff, kamień z serca. 🙂

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0