Tagi


Archiwa


Zaprzyjaźnione


/ 13

Artykuły

Najgenialniejszy samouk w dziejach – Srinivasa Ramanujan

3rd Lut '17

Prawdziwi geniusze – osoby pokroju Einsteina, Diraca czy Feynmana – pojawiają się na arenie dziejów stosunkowo rzadko. Jednak jeszcze rzadziej rodzi się ktoś o potencjale Ramanujana.

„Żaden mate­matyk, nie powinien nigdy zapo­mnieć, że mate­ma­tyka, bardziej niż jaka­kol­wiek inna dzie­dzina sztuki czy nauki, jest domeną ludzi młodych”.
– G. H. Hardy
W filmie Bun­townik z wyboru zawarto inte­re­su­jącą scenę. Próbując opisać tytu­ło­wego bohatera, prof. Sullivan porów­nuje go do pewnego mło­dzieńca żyjącego sto lat temu w Indiach. Chłopak nigdy nie chodził do szkoły, ale pewnego razu razu trafił na bry­tyjski pod­ręcznik mate­ma­tyki. Z tej jednej książki wycią­gnął nie­sa­mo­wite wnioski, które rychło wprawiły w osłu­pienie naj­zna­mie­nit­szych uczonych z Europy. Choć brzmi to fan­ta­stycznie, ów mate­ma­tyczny samo­rodek żył naprawdę, a nazywał się Sri­ni­vasa Rama­nujan.

Przy­szedł na świat w Indiach, w oko­li­cach Madrasu, jeszcze przed epoką Gan­dhiego. Życie w bry­tyj­skiej kolonii zde­cy­do­wanie go nie roz­piesz­czało, lecz przy­najm­niej mógł odebrać ele­men­tarne wykształ­cenie, poznać język angielski, a co naj­waż­niejsze – zetknąć się ze zdo­by­czami zachod­niej nauki. Punktem zwrotnym w życiu nasto­let­niego Hindusa było tra­fienie na zgubiony przez któregoś z wyspiarzy egzem­plarz książki Synopsis of Ele­men­tary Results in Pure Mathe­ma­tics, pióra George’a Shoobridge’a Carra. W momencie gdy prze­ciętny miesz­ka­niec sub­kon­ty­nentu miał ogromny problem ze zdo­by­ciem kartki papieru, zako­chany w liczbach Rama­nujan wpadł akurat na publi­kację uznanego mate­ma­tyka z Cam­bridge. Był to mokry całus od losu dla całego poko­lenia mate­ma­tyków. 

Zauwa­żyłem, że bio­gra­fowie często przy­pi­sują wydaną w 1880 roku Synopsis, do lite­ra­tury popu­lar­no­nau­kowej, o dość pod­sta­wowym zakresie. Nie ule­gnijcie jednak złu­dzeniu, jakoby Rama­nujan wertował coś na kształt Krótkiej historii czasu czy pod­ręcz­nika z gim­na­zjum, po czym wycią­gnął zeń nie­stwo­rzone teorie. Aż tak bajkowo nie było, bo choć dzieło Carra nie wykra­czało ponad pewien poziom, to jednak sta­no­wiło dość pokaźny przegląd istot­nych zagad­nień: począwszy od algebry, przez równania róż­nicz­kowe i całki, po rachunek waria­cyjny. Podobno autor reko­men­dował swoją pracę kan­dy­datom przy­go­to­wu­jącym się do egza­minów wstęp­nych na Cam­bridge. Tym­czasem Hindus, który nigdy nie miał szans na ode­branie wykształ­cenia równie sta­ran­nego co rówie­śnicy z Anglii, przy­swoił ten wykład w sposób bły­ska­wiczny i bez niczyjej pomocy. Co cie­kawsze, wiedza ta okazała się dla niego zbyt ciasna i dalszych odpo­wiedzi posta­nowił szukać na własną rękę. Z mocą super­kom­pu­tera roz­po­czął szki­co­wanie autor­skich twier­dzeń i wzorów. Rzecz jasna, chłopak nie mógł wiedzieć, które z roz­pa­try­wa­nych przez niego pro­blemów zostały roz­wi­kłane przez Euro­pej­skich uczonych już wcze­śniej – toteż leciał za porząd­kiem, poznając królową nauk i jed­no­cze­śnie posze­rzając jej granice. Z rewe­la­cyjnym skutkiem.
hardy

G. H. Hardy

Dalej mate­ma­tyczny wirtuoz podążał śladami niewiele star­szego Alberta Ein­steina. Podobnie do Szwaj­cara, Rama­nujan znalazł pracę na sta­no­wisku sze­re­go­wego urzęd­nika. I choć upra­wianie tak ogłu­pia­ją­cych i sche­ma­tycz­nych zajęć powinno zostać zakazane, nudne posie­dzenia w biurze dawały geniu­szom czas na rozwój ich ory­gi­nal­nych zain­te­re­sowań. Również podobnie, przełom w twór­czości obu panów przypadł akurat na 26 rok życia. W tak młodym wieku Einstein przy­szy­kował zręby szcze­gólnej teorii względ­ności, zaś nasz bohater otrzymał długo wycze­ki­waną szansę wypły­nięcia na szerokie wody. Dość dosłownie. Kie­rownik madra­skiej placówki – również zapalony mate­matyk – poznał się na talencie swego pod­wład­nego i pomógł mu w wysłaniu jego nie­sa­mo­wi­tych prac aż do Wielkiej Brytanii. Wylą­do­wały one na biurku Godfrey’a Harolda Hardy’ego – wybit­nego znawcy teorii liczb i wykła­dowcy Cam­bridge. Podobno profesor zigno­rował trzy pierwsze listy. Postawa zro­zu­miała: gdy codziennie jesteś bom­bar­do­wany wypo­ci­nami pseu­do­nau­kowców i szar­la­tanów, trudno ci trak­tować poważnie wieści o prze­ło­mo­wych bada­niach jakiegoś chłopaka z Indii o trudnym do zapa­mię­tania nazwisku. A jednak coś tchnęło Hardy’ego, aby w końcu pochylił się nad egzo­tycz­nymi obli­cze­niami. Listy zawie­rały około 120 twier­dzeń, w tym doty­czą­cych hipotezy Gold­bacha, problemu Waringa i innych zagad­nień bliskich bry­tyj­skiemu mate­ma­ty­kowi. Jego szok był na tyle duży, że bez cere­gieli posta­nowił wycią­gnąć ręce po ana­li­tyczny diament i ściągnąć go prosto do siebie.
Nie posiadam wyższego wykształ­cenia, ale prze­byłem kurs w szkole pod­sta­wowej. Po jej ukoń­czeniu, wyko­rzy­stałem wolny czas i swoje pre­dys­po­zycje do prac mate­ma­tycz­nych. Nie zostałem spętany przez kon­wen­cjo­nalne metody wpajane podczas zajęć uni­wer­sy­tec­kich, lecz wyty­czyłem dla siebie nową ścieżkę. Zająłem się badaniem szeregów roz­bież­nych, a wyniki jakie otrzy­muję są nazywane przez miej­sco­wych mate­ma­tyków „zaska­ku­ją­cymi”.
– Fragment listu  Rama­nu­jana do prof. Hardy’ego
W ten oto sposób, dwu­dzie­sto­pa­ro­letni obco­kra­jo­wiec bez dyplomu, trafił do naj­bar­dziej pre­sti­żowej uczelni świata. Sam ten fakt pozo­staje ogromnym osią­gnię­ciem, bowiem przybysz z Azji mijający się na kory­ta­rzach z Jamesem Cha­dwic­kiem, Ernestem Ruther­fordem, Arthurem Edding­tonem czy Ber­trandem Rus­sellem, był w tym okresie eks­tre­malnie rzadkim widokiem. Oczy­wi­ście nie mógł on liczyć na zbyt wielu przy­ja­ciół. W końcu, kto to widział aby jakiś Hindus bez szkoły, który w życiu nie prze­sie­dział ani godziny na porządnym uni­wer­sy­teckim wykła­dzie, miał być nagle trak­to­wany jako auto­rytet? Jednak Godfrey Hardy nie znosił sprze­ciwu i bzdur­nych kon­we­nansów, zwłaszcza jeśli w grę wcho­dziło dobro nauki. 
Ramu

Rama­nujan na Cam­bridge.

Dziwny to był duet. Wyobraźcie sobie uczonego o uspo­so­bieniu podobnym do Richarda Dawkinsa, którego pod­opieczny odprawia regu­larne modlitwy, wypełnia reli­gijne nakazy żywie­niowe i wreszcie stwierdza, że jego naj­lepsze pomysły są owocem natchnienia przez siłę wyższą. A tak właśnie było! Hardy, nie­spełna czter­dzie­sto­letni kawaler, zatwar­działy racjo­na­lista, ateista i pra­co­holik, musiał nauczyć się współ­pracy z nie­obytym zarówno z euro­pej­skimi tra­dy­cjami jak i meto­do­logią naukową, rodzinnym (żona została w ojczyźnie) i mocno udu­cho­wionym młokosem. Jednak, jak przy­stało na ludzi, których łączne IQ prze­bi­jało 300, w końcu znaleźli wspólny język. Anglik ścier­piał opo­wieści o tym, jakoby równania spływały do umysłu Rama­nu­jana podczas snów, za sprawą hin­du­skiej bogini Namagiri; zaś cudowny mło­dzie­niec musiał przy­wyknąć do zachod­niego rygoru doty­czą­cego publi­kacji nauko­wych i sposobu zapisu swoich nowa­tor­skich formuł.

Para­fra­zując słowa fizyka Freemana Dysona, nasiona posa­dzone przez Rama­nu­jana i Hardy’ego zostały roz­dmu­chane po całym naukowym kra­jo­brazie i kiełkują do dziś. Przez trzy uro­dzajne lata, tandem z Cam­bridge roz­pra­cował wła­ści­wości liczb Ber­no­ul­liego, twier­dzenia Ber­tranda-Cze­by­szewa i funkcji theta Jaco­biego. W ten sposób do pod­ręcz­ników wkro­czyły szeregi Rama­nu­jana-Sato, liczby pierwsze Rama­nu­jana, funkcja theta Rama­nu­jana, funkcja tau Rama­nu­jana, hipoteza Rama­nu­jana-Peters­sona i wiele, wiele innych. Nie trzeba posiadać dok­to­ratu aby pojąć, z jak gigan­tycznym dorob­kiem mamy do czy­nienia. 

O co chodzi z kongruencją Ramanujana?

Niech p(n) oznacza liczbę moż­li­wości przed­sta­wienia liczby natu­ralnej n w postaci sumy liczb natu­ral­nych (kolej­ność skład­ników nie gra roli). Rama­nujan odkrył, że jeśli reszta z dzie­lenia n przez 5 wynosi 4, to p(n) jest podzielne przez 5. Np. liczbę 4 można przed­stawić w postaci sumy na 5 sposobów: 4, 1+3, 1+1+2, 2+2, 1+1+1+1, więc p(4) jest – jak widać – liczbą podzielną przez 5. Dla liczb 9, 14, 19, … trudno już wyzna­czyć wartości p(n). Wszystkie są jednak podzielne przez 5.
Tego rodzaju relacja nazwana została kon­gru­encją Rama­nu­jana. Inne przy­kłady takich kon­gru­encji, również odkry­tych przez Rama­nu­jana (także inni badacze odkryli podobne kon­gru­encje): jeśli n=7k+5, to p(n) jest podzielne przez 7, jeśli n=11k+6, to p(n) jest podzielne przez 11.
Zagad­nienia związane z liczbą sposobów sumo­wania poja­wiają się w różnych działach mate­ma­tyki, a także w fizyce.
Gościnnie: Szymon Wąsowicz z blogu Być mate­ma­ty­kiem.

liczba taksowkowa mala2Do legendy przeszła również anegdota doty­cząca powstania liczby „tak­sów­kowej” Ramanujana-Hardy’ego. Wybitni mate­ma­tycy miewają spe­cy­ficzny humor i dzi­waczne rozrywki. Godfrey Hardy lubił zwracać uwagę na napo­ty­kane na co dzień numery i dumać nad ich zna­cze­niem oraz wła­ści­wo­ściami. Podobno odwie­dzając pewnego razu swojego pod­opiecz­nego, poskarżył się, że jego taksówka nosiła wyjąt­kowo nie­cie­kawy numer 1729. Rama­nujan odparł, że wręcz prze­ciwnie. Tak się składa, iż 1729 jest naj­mniejszą liczbą natu­ralną, jaką można wyrazić jako sumę dwóch sze­ścianów na dwa sposoby. Trudno powie­dzieć, czy rzeczona scena rze­czy­wi­ście miała miejsce, niemniej dobrze oddaje bły­sko­tli­wość ana­li­tycz­nego umysłu Rama­nu­jana.
Popiersie Ramunujana w ogrodzie Birla Industrial & Technological Museum.

Popiersie Rama­nu­jana w ogrodzie Birla Indu­strial & Tech­no­lo­gical Museum.

Niestety trium­falny pochód ku mię­dzy­na­ro­dowej sławie został bru­talnie prze­rwany. Od wiosny 1917 roku stan zdrowia Rama­nu­jana wyraźnie się pogor­szył. Dręczyła go bez­sen­ność, wychudł, miewał kosz­marne nocne gorączki, problemy z oddy­cha­niem, a nara­sta­jącym atakom kaszlu zaczęła towa­rzy­szyć krew. Na domiar złego, postęp choroby uła­twiała uboga dieta Hin­du­isty, dodat­kowo uszczu­plona nie­do­bo­rami zwią­za­nymi z trwającą I wojną światową. Pozba­wiony swoich ulu­bio­nych warzyw Rama­nujan potrafił pracować przez więk­szość doby, bez odpo­czynku i poży­wienia. Tak dopadła naszego bohatera gruźlica. Dzisiaj rzadka i jak naj­bar­dziej ule­czalna, w ówcze­snych warun­kach ozna­czała niemal pewny wyrok śmierci. (Chociaż dziś nie­którzy lekarze podej­rze­wają, że tak naprawdę zarzewie problemu leżało nie w płucach, lecz żołądku, gdzie gra­so­wały pełzaki czer­wonki). Mimo to, po niemal rocznej tułaczce po szpi­ta­lach i sana­to­riach, trzy­dzie­sto­latek niemal wrócił do zdrowia. Przy­najm­niej na tyle, że zdołał odbyć rejs powrotny do domu. Na miejscu dopadł go nawrót choroby, tym razem osta­teczny. 

Życiorys  Rama­nu­jana pozo­staje naj­lepszą aka­de­micką wersją historii typu „od pucybuta do milio­nera”. Człowiek, który zaczął w nędznej wiosce opodal Madrasu, w nie­długim czasie trafił do Trinity College w Cam­bridge i jako drugi Hindus w dziejach zasiadł w składzie Towa­rzy­stwa Kró­lew­skiego. A wszystko to w ciągu nie­spra­wie­dliwie krót­kiego, zaledwie 33-letniego życia.
Literatura uzupełniająca:
M. Murty, V. Kumar, The Mathematical Legacy of Srinivasa Ramanujan, Londyn 2013;
G. S. Carr, A Synopsis of Elementary Results in Pure and Applied Mathematics, Londyn 1880;
A. Janardhanan, A passage to infinity: The untold story of Srinivasa Ramanujan, [online: http://indianexpress.com/article/lifestyle/life-style/a-passage-to-infinity-the-untold-story-of-srinivasa-ramanujan/];
I. Ellis, The Mystery of Srinivasa Ramanujan’s Illness, [online: www.todayinsci.com/R/Ramanujan_Srinivasa/RamanujanSrinivasa-IllnessMystery.htm];
A jeśli kogoś interesuje nieco podkoloryzowana biografia Ramanujana, to polecam film Człowiek, który poznał nieskończoność, w reż. Matta Browna.
podpis-czarny

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.

  • asdf

    Wydaje mi się, że w artykule wkradł się błąd – chodziło nie o liczbę Ber­no­ul­liego, a o liczby Ber­no­ul­liego.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Prawda.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • WG

    Ciekawy artykuł. Niemniej, Einstein zde­cy­do­wanie nie był Szwaj­carem! 🙂 No i ilorazów inte­li­gencji się nie dodaje… IQ zbio­ro­wości to IQ osobnika najmniej inte­li­gent­nego. Jakby dodawać IQ posłów PIS to nie wypa­da­liby wcale tak źle! 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Zde­cy­do­wanie był Szwaj­carem od 1901 roku. Oczy­wi­ście najpierw był Niemcem, lecz zrzekł się oby­wa­tel­stwa, a pod koniec życia dołożył jeszcze oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie.

      Nie wiem, dlaczego za każdym razem gdy to piszę, znajduje się ktoś kto neguje świadomy wybór Alberta o przy­stą­pieniu do wspa­nia­łego narodu szwaj­car­skiego. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • grackul

        niestety mylisz oby­wa­tel­stwo z naro­do­wo­ścią, naro­do­wości zmienić nie możesz

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Jeżeli ktoś przyjął oby­wa­tel­stwo szwaj­car­skie, to nie ma niczego nie­wła­ści­wego w nazy­waniu go Szwaj­carem. W tekście nie stoi „fizyk naro­do­wości szwaj­car­skiej”, lecz po prostu „Szwajcar”. Nie napi­sałem nigdzie o jego uro­dzeniu czy pocho­dzeniu (bo że był Żydem wie chyba każde dziecko). Mało tego, jeżeli ktoś zrzeka się oby­wa­tel­stwa (dość mocna decyzja) danego kraju i przyj­muje oby­wa­tel­stwa drugiego, to mogę zakładać, że wręcz jego życze­niem jest koja­rzenie go z innym państwem. A Einstein jak wiadomo miał spore problemy ze swoją „ojczyzną”, zarówno podczas I WŚ, nie mówiąc już o II WŚ, w ogóle nie utoż­sa­miając się z tam­tejszą men­tal­no­ścią.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • grackul

        masz racje, nie wspo­mniałeś w tekscie o narodowosci/obywatelstwie, z komen­terza wynio­sko­wałem że mieszasz pojęcia oby­wa­tel­stwa i naro­do­wości, mi oso­bi­ście obo­jętnie jak go bedziesz nazywał, może być nawet ame­ry­ka­ninem

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • arthy

    Dla osób mniej obe­zna­nych z tematem także polecam film „Człowiek, który poznał nie­skoń­czo­ność” z jak zwykle genialnym Jeremym Ironsem w roli prof. Hardyego. Dla bardziej wni­kli­wych pozo­stają oczy­wi­ście książki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Michał Tar­nowski

    Proszę o poprawki, np. wyłą­czenie justo­wania biblio­grafii. Bardzo brzydko się roz­jeżdża. Sam tekst poza tym super i o kon­gru­encji Rama­nu­jana nie wie­działem. 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Dominik Kurek

    Hardy w kwe­stiach ducho­wych był ów prof. Hardy

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • yaxoo

    Witam. O ile się nie mylę, to cała historia wyglą­dała zupełnie inaczej, niż to opisano. Historia tego czło­wieka to tak nie­wy­obra­żalnie smutny dramat, że szkoda mówić. Człowiek ten był nie­zwykle biedny i żył w tak okrutnej nędzy, że to się w ogóle w głowie nie mieści. O ile pamiętam, to stu­diował w Indiach dwu­krotnie. Raz, po przy­znaniu mu sty­pen­dium, olał studia, bowiem chodził wyłącznie na zajęcia z mate­ma­tyki i na pierw­szej sesji oblał egzaminy z pozo­sta­łych przed­miotów. Drugim razem nakło­nili go mate­ma­tycy, miał się przy­łożyć, ale już nie pamiętam z jakiego powodu zre­zy­gnował. Zaś zmarł z powodu zapa­lenia płuc, a nie gruźlicy. W Anglii w cale nie trafił na uni­wer­sytet, sty­pen­dium umoż­li­wiało jedynie moż­li­wość wcho­dzenia na teren uczelni i bez­płatne uczest­nictwo w wybra­nych wykła­dach, nic więcej. Dla mate­ma­tyków tam stanowił cie­ka­wostkę, był „dzikusem”, który choć studiów nie skończył, rozumiał problemy mate­ma­tyczne. Niemniej jednak musiało mu się tam pracować z nimi dobrze, skoro trzy lata wytrzymał. A jako że nie miał nic, a uni­wer­sytet mu nie płacił, żył w jeszcze większej biedzie, niż w Indiach. Mieszkał w jakimś zagra­conym strychu-maga­zynie, jadł odpadki i pił desz­czówkę. Ponieważ na tym strychu była dziura zamiast okna, szybko złapał zapa­lenie płuc, którego oczy­wi­ście nie leczył, bo niby za co. Pisze się tu i tam, że był na diecie wegań­skiej, bo przecież hindus, weganian, a w Angli tylko kartofle mieli z roślin. Gość po prostu żył w skrajnej nędzy, łapał wszelkie możliwe choroby i nie miał za grosz sprytu, aby wyko­rzy­stać swoje tealenty do zna­le­zienia jakiej­kol­wiek intratnej pracy, czy do zostania zawo­dowym mate­ma­ty­kiem. Niestety, gdyby tam w Anglii kto­kol­wiek w ogóle go doceniał, gdyby fak­tycznie prof. Hardy widział w nim rów­no­praw­nego partnera, to Rama­nujan miałby z nim publi­kacje za życia, pozo­sta­wiłby po sobie wspólny dorobek, zaś przede wszystkim świat by się dowie­dział o roz­wią­zaniu pewnych pro­blemów mate­ma­tycz­nych, jakie uważano za nie­roz­wią­zwy­anle. Tym­czasem został odkryty na długo po tym, jak z Anglii uciekł, już po śmierci, i to przez przy­padek, gdy zna­le­ziono pozo­sta­wione przez niego notatki, które nota bene robił przez całe życie. Do tego czasu inni mate­ma­tycy już zdążyli w więk­szości nie­za­leżnie poczynić te same odkrycia.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      W takim razie miałeś stycz­ność z dość mocno róż­nią­cymi się bio­gra­fiami od tych, na które ja trafiłem. Tzn., jasne że był uważany za dzikusa i przez gros pra­cow­ników nauko­wych nigdy nie był trak­to­wany jako swój, niemniej otrzymał w końcu dyplom (bodaj „licen­cjata”, ale w systemie anglo­sa­skim to wygląda nieco inaczej) i już za życia trafił do Towa­rzy­stwa Kró­lew­skiego – nie był więc zupełnym zerem. Co do chory, w którymś z podanych na dole linków jest artykuł doty­czący właśnie zdrowia Rama­nu­jana. Któregoś z lekarzy zain­te­re­sował jego przy­padek i uważa, że – tak jak wspo­mniałem – choroba nie doty­czyła płuc, a mate­matyk był po prostu leczony na złą chorobę. Ale to jest oczy­wi­ście kwestia poboczna.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Witaj Adamie. Na wstępie chciałbym prze­prosić za pierwsze zdanie wcze­śniej­szego posta. Teraz widzę, że jest na tyle ogólne, iż zamiast oddawać sens tego, co chciałem napisać, ktoś może je odczytać zupełnie inaczej, np. jakobym suge­rował, iż Twój artykuł „kłamie” (było inaczej, niż to opisano). Zatem prze­pra­szam, jeżeli tym wpisem mógłbym suge­rować coś takiego. Tym­czasem moje intencje doty­czyły jedynie wydźwięku emo­cjo­nal­nego bio­grafii, że nie oddaje strasz­li­wego dra­ma­tyzmu losów tej postaci, jaki sam odczułem, kiedy o tym czło­wieku czytałem. Myślę, że wiele infor­macji, do jakich docie­ramy, jest znacznie uprosz­czo­nych i to w różny sposób. Stąd zapewne mogą brać się ewen­tu­alne różnice doty­czące szcze­gółów i co do tego nie wolno mi być w żadnym przy­padku kry­tycznym, jak sądzę. Uprosz­czona infor­macja jest po prostu niepełna, stąd różne „stresz­czenia” mogą nieco inaczej oddawać szcze­góły, bądź je pomijać i w tym nie ma przecież niczego złego.

        Odnośnie lekarzy – po latach wygodnie jest sobie siedzieć i snuć wizję, na co Napoleon mógł chorować 🙂 Tyle powiem o tej amebozie. Na co dzień można i gorsze rzeczy złapać pijąc wodę ze studni na wsi, gdzie natu­ralnie lubią bytować pier­wot­niaki i inne takie. Pisząc o zapa­leniu płuc zaga­lo­po­wałem się i tu należą mi się baty, przy­znaję. Pojęcia nie mam, skąd mi to w nocy przyszło do głowy, aby tak napisać, przecież nie mam pojęcia, na co mógł umrzeć, a nawet gdybym miał przed sobą zwłoki tego pana, to i tak nie umiałbym podać przy­czyny (nie jestem pato­lo­giem). W każdym razie chodziło mi o ten pobyt w Anglii, że tam złapał zapa­lenie płuc. Ale przecież nie mógł od tego umrzeć, bo na zapa­lenie płuc umiera się szybko, tym­czasem ten jegomość był w Anglii parę lat i jeszcze do Indii wrócił. 

        Pisząc o dzi­ku­sach i zerach nie miałem na myśli tego, iż on był zerem. Miałem na myśli to, że nie był trak­to­wany na tyle poważnie, na ile zasłu­giwał. Nie był dzikusem, był za dzikusa uważany. Nie był zerem, to inni nie widzieli w nim talentu, jaki powinni byli widzieć. Że został tam potrak­to­wany jako „dzikus” na studiach. A powinien być potrak­to­wany co najmniej jako adiunkt, patrząc na to, ile chłopina dokonał sam i do czego był zdolny. Mimo tytułu „bachelor”, o ile pamiętam, program edu­ka­cyjny tamże ofe­ro­wany był odpo­wied­ni­kiem pełnych studiów dok­to­ranc­kich. W krajach anglo­sa­skich wówczas każdy uni­wer­sytet miał własny program edu­ka­cyjny i własne stopnie i tytuły, często podobne w nazwie, ale nie odpo­wia­da­jące sobie. I tak „bachelor” jednej uczelni był podobny do dzi­siej­szego „bachelor” (co w naszym systemie wyglą­da­łoby tak, jakby do 18 r.ż. uczyć się w zawo­dówce, zaś na 4-letnich studiach następnie reali­zować program liceum ogól­no­kształ­cą­cego), ale innej odpo­wiadał edukacji na poziomie dok­tor­skim (co byłoby u nas odpo­wied­ni­kiem tego, że dajmy na to w liceum ogól­no­kształ­cącym, wybie­ra­łoby sobie jeden przed­miot, który byłby, w prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych, nauczany następnie na poziomie aka­de­mickim i powyżej, a zamiast matury, studia takie koń­czy­łyby się własną pracą empi­ryczną o wysokich walorach poznaw­czych w tej właśnie dzie­dzinie). Nawet szybko rzuciłem okiem na Wikii, gdzie wyczy­tałem, że „Rama­nujan was awarded a Bachelor of Science degree by research (this degree was later renamed PhD) in March 1916 for his work on highly com­po­site numbers, the first part of which was publi­shed as a paper in the Pro­ce­edings of the London Mathe­ma­tical Society. The paper was more than 50 pages and proved various pro­per­ties of such numbers. ” Czyli nawet nie wie­działem wcze­śniej, że jednak coś tam opu­bli­kował. Teraz mam refleksję, że być może zbyt surowo oceniłem postawę Angiel­skich pro­fe­sorów względem tego, powiedzmy, geniusza. Możliwe, że facet był tak bardzo zanie­dbany edu­ka­cyjnie, że na pierwszy plan wysunęło się – z per­spek­tywy jego opie­kunów i mentorów – uzu­peł­nienie tych braków, aby w ogóle móc jak­kol­wiek sen­sownie ukie­run­kować później ten wielki talent. Zatem nie byłby on postrze­gany jako „dzikus” czy zero, ile prędzej już jako rodzaj takiego właśnie zanie­dba­nego pro­to­au­ty­styka, któremu trzeba pokazać, jak wygląda tablica, kreda, biblio­teka, cza­so­pismo naukowe, struk­tura pracy mate­ma­tyka (aksjo­maty, wypro­wa­dzanie wzorów, dowo­dzenie twier­dzeń itp), bez czego był bezradny w świecie mate­ma­tyki tak samo, jak w świecie orga­ni­zo­wania sobie dobro­bytu gospo­darczo-socjal­nego… nie wiem.

        Wiem jednak, że to bardzo smutna historia. Facet był geniu­szem, ale nie mógł ani rozwijać talentu, ani go wyko­rzy­stać dla poprawy własnych warunków bytowych, ani nawet go nikomu nie prze­kazał, w sensie że nie pozo­stawił po sobie żadnej pracy pisemnej, uczniów itd. Nikt by w ogóle o nim nic nie wiedział, gdyby nie to, że przy­pad­kiem zapo­dział gdzieś swoje notatki, akurat w miejscu, w którym później ktoś potrafił je nale­życie odczytać i zro­zu­mieć. Nasza cywi­li­zacja jest okrutna, bez­li­tosna dla jed­no­stek. Ciekawe, jak wielu podob­nych geniuszy jest zmuszona dziś żyć na ulicy, w kar­to­nach, nie mając szansy rozwijać, wyko­rzy­stywać i dzielić się swym talentem, zmagając się za to z cho­ro­bami, które w przy­padku bogatych i dobrze sytu­owa­nych „w systemie” ludzi są w pełni wyle­czalne.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0