Ten cholerny monolit. 50 lat “Odysei kosmicznej 2001”

To jeden z tych nielicznych momentów, gdy potrafię utożsamić się z miłośnikami poezji. Seans Odysei kosmicznej 2001 pozwolił mi pojąć jak ogromną satysfakcję daje nie tyle bezpośrednie obcowanie z dziełem, co próby jego zrozumienia.

Mój Boże. Ile gwiazd.

David Bowman

Właściwy odbiór filmu 2001 Odyseja kosmiczna, w rzeczywistości następuje dopiero po zakończeniu seansu. Mistrz Stanley Kubrick przeszedł samego siebie, tworząc jedyne w swoim rodzaju, abstrakcyjne, transcendentne, zupełnie wyzute z akcji metafizyczne science-fiction. Przyznaję, sam w czasie oglądania ziewnąłem nie raz i nie dwa, a chyba nawet przymknąłem na moment oczy. Co tu dużo mówić, nie mam duszy artysty i flegmatyczne ujęcia tańczących w przestrzeni statków kosmicznych nie wyzwoliły we mnie takiej ekscytacji jak powinny. Nie zrobiła tego również fabuła (nie bezpośrednio), bohaterowie, ani dialogi. Jednak mimo to, film z 1968 roku zrobił coś czego nie zdołał dokonać chyba żaden inny – wprowadził mnie w rodzaj kinowego transu – zaś po ocknięciu, poczułem się nieprawdopodobnie zaintrygowany. Zdawałem sobie sprawę, że ten reżyser niczego nie pozostawia przypadkowi i każda scena, każde słowo, nawet każdy element scenografii ma swój cel.

Byłem chciwy wyjaśnień. Zwłaszcza w odniesieniu do obiektu w enigmatyczny sposób spajającego całą historię. Monolitu.

Ikoniczna scena rozpoczynająca film 2001 Odyseja kosmiczna.

Dla przypomnienia. W ciągu całego spektaklu, monolit pojawia się na ekranie trzykrotnie. Po raz pierwszy już na samym początku, gdy czarny prostopadłościan (TMA-0) objawia się naszym prymitywnym, małpokształtnym przodkom. Setki tysięcy, może miliony lat później, homo sapiens sapiens wkracza w epokę eksploracji kosmicznej i trafia na identyczny artefakt (TMA-1), odkryty dwanaście metrów pod powierzchnią księżycowego regolitu. Trzeci egzemplarz osobliwego tworu, tym razem w znacznie większym rozmiarze, ni stąd ni zowąd pojawia się na orbicie Jowisza (TMA-2), gdzie w kulminacyjnej scenie wciąga w swą głębię astronautę Dave’a Bowmana.

Czym był u diaska ten diabelny przedmiot?

Wyjaśnienie powierzchniowe

Dosłowna geneza oraz przeznaczenie monolitu nie stanowi większej zagadki. Wystarczy zajrzeć do książek Arthura C. Clarke’a (pierwsza powieść była pisana równolegle ze scenariuszem Kubricka) lub obejrzeć sequel 2010: Odyseja kosmiczna, aby usunąć część wątpliwości. Z powyższych utworów dowiadujemy się, że nieprzenikniona figura stanowi wytwór wysoko, naprawdę wysoko rozwiniętej cywilizacji kosmicznej.

Trudno mówić o zaskoczeniu, niemniej trzeba przyznać, że przedstawiony widzom ascetyczny prostopadłościan nie koreluje z przeciętnym wyobrażeniem konstrukcji kosmitów, jakie zazwyczaj podsuwa nam popkultura. Mamy do czynienia z czarnym, milczącym i pasywnym obiektem, bardzo oszczędnie zdradzającym swoje przeznaczenie i możliwości. A są one doprawdy potężne i różnorodne. Pod koniec pierwszej Odysei monolit okazuje się czymś w rodzaju czasoprzestrzennej bramy lub innego wymyślnego środka transportu. Z kolei w sequelu przedmiot ujawnia zdolność do samoreplikacji, mnożąc się na potęgę kosztem materii Jowisza. Co jednak najistotniejsze, w wykreowanej rzeczywistości monolit zdaje się czynnikiem sprawczym, inicjującym rozwój życia i cywilizacji. Początkowa scena z małpoludami dobitnie przekonuje nas, że to właśnie obecność monolitu kilka milionów lat temu, wpłynęła w jakiś sposób na dalszą ewolucję ziemskiej inteligencji. Była to iskra konieczna do wzniecenia świtu ludzkości.

Jak zauważył znany z futurologicznych ciągot Michio Kaku, monolit dość wyraźnie czerpie z idei tzw. sond von Neumanna. Zgodnie z tym pomysłem, obcy byliby w stanie słać w odległe zakątki wszechświata inteligentne urządzenia, zdolne do reprodukcji. Dokładnie coś takiego widzimy w Odysei kosmicznej. Przy czym monolit nie tylko tworzy swoje kopie, ale również modyfikuje organizmy i uważnie śledzi ich rozwój. Ujmując rzecz w sposób przyziemny: u Clarke’a jesteśmy jedynie świadomym zbożem jakie wykiełkowało na jednym z milionów kosmicznych poletek, zagospodarowanych przez bliżej nieznanych, intergalaktycznych siewców.

To ciekawy, ale dość prosty pomysł. W każdym razie, na pewno nie wyczerpujący przekazu zawartego w widowisku Kubricka.

Wyjaśnienie głębsze

Film 2001 Odyseja kosmiczna można zaliczyć do tych nielicznych ekranizacji, które skrywają nie mniej głębi – a pewnie nawet więcej – od książkowego pierwowzoru (przy czym trudno w tym przypadku mówić o pierwowzorze). Sam reżyser widział w swoim dziecku coś więcej niż tylko science-fiction. Określał je “wizualnym, niewerbalnym doświadczeniem, uderzającym widza na wewnętrznym poziomie świadomości, nie inaczej niż muzyka, czy malarstwo”.

Zresztą oba utwory wiele dzieli, zaś pisarz i filmowiec podobno byli daleko od wypracowania wspólnego poglądu na sens przedstawionej historii. Piszę to dlatego, że choć wspomniałem o odpowiedziach udzielanych czytelnikowi w prozie Arthura C. Clarke’a, to nie uważam aby w jakikolwiek sposób ucinały one dyskusję na temat ekranizacji. Co więcej, Stanley Kubrick intencjonalnie nakręcił Odyseję w taki, a nie inny sposób. Celowo obstawał przy prostym, minimalistycznym monolicie – będącym swoistym ucieleśnieniem zagadki – zapewniając odbiorcom pole do niekończących się rozważań. Oczywiście prostopadłościan nadal może być superkomputerem, sondą von Neumanna czy inną zaawansowaną machiną obcych, ale jednocześnie i przede wszystkim pozostaje symbolem.

Tylko co takiego symbolizuje? Film skończył właśnie pięćdziesiątkę, a to wystarczająco dużo czasu dla rozmnożenia najróżniejszych spekulacji. Oto kilka przykładów.

Ekran
Interpretacja, która narobiła w sieci sporo szumu. Według Roba Agera – jutubera zajmującego się analizą kina – kubrickowski monolit to przewrócony o na bok, czarny ekran. Scena, w której prymitywni homonidzi skaczą wokół ekscentrycznego znaleziska, to obraz nas samych. Istot zachwyconych tym co zostało im sprezentowane przez kogoś “u góry”, nawet jeśli nie do końca wiedzą czym to jest i do czego w rzeczywistości służy. Przeciętny zjadacz chleba chłonie podawany mu obraz, nawet jeśli to tylko narzucona propaganda, blaga mająca go wychować w określony sposób. Interesujące, choć jak dla mnie zbyt naciągane.

Zwiastun postępu, kamień milowy
Ascetyczna konstrukcja to po prostu symbol postępu. Skoku cywilizacyjnego jakiego ludzie muszą dokonywać od czasu do czasu aby wspiąć się na kolejny poziom cywilizacyjny. To trochę jak szczeble na drabinie prowadzącej ku kolejnym pozycjom w skali Kardaszewa (może nie dosłownie w tej konkretnej skali, ale wiesz co mam na myśli). Nasz gatunek co rusz natrafia na tajemnicze zjawisko – ogień, błyskawice, względność czasu i przestrzeni, kwantową nieokreśloność – które początkowo nas szokuje, później pozwala się oswoić, a w końcu dotknąć swojej istoty co umożliwia nam osiągnięcie następnego przełomu w rozumieniu rzeczywistości.

Czarna otchłań
A może ciemna powierzchnia monolitu to po prostu odniesienie do bezkresu wszechświata? Wpatrujemy się w nieboskłon od samego początku i od zarania budzi on naszą fascynację. Rozwój astronomii poprzedził narodziny wielu innych dziedzin, umożliwiając starożytnym zaprojektowanie kalendarza, zrozumienie cykliczności zjawisk naturalnych, a co za tym idzie, wykształcenie rolnictwa. Dziś znów próbujemy dotknąć kosmicznego monolitu, żywiąc nadzieję, że naszym przeznaczeniem jest eksploracja obcych światów.

Element kosmicznych godów
Najbardziej odjechana interpretacja doszukuje się w przedstawionej fabule metafory stosunku płciowego. Przypominając sobie “ekstrawaganckie” rekwizyty z Mechanicznej pomarańczy, nietrudno podejrzewać Kubricka o seksualne podteksty, jednak w tym przypadku nie czuję się przekonany. Zwolennicy tej hipotezy uważają, że falliczny statek Discovery nosi w sobie konieczny materiał genetyczny w formie ludzi; zaś kontakt z obcymi przynosi w końcu narodziny gwiezdnego dziecka.

Bóstwo
Nie mogło się obyć bez odwołań do siły wyższej. Jednak ma to sens, bo czyż tak rozwinięta cywilizacja jak ta stojąca za zaprojektowaniem monolitu, nie powinna być już rozpatrywana w kategoriach boga? Zwłaszcza, że monolit pozostaje jedyną fizyczną manifestacją istnienia obcych. Oba filmy ukazują nam dobitnie, że za mamy do czynienia z istotami pozamaterialnymi, które zdołały wyzwolić się z okowów własnej cielesności. Do tego stopnia, że posiadły zdolność wzniesienia się ponad ludzkie pojmowanie czasu i przestrzeni. Dowodzi tego postać Davida Bowmana, oscylującego w znamiennej scenie między postacią starca i gwiezdnego dziecka. Jeśli dodamy do tego niesłychaną moc sprawczą obcych, możemy zbliżyć się do wniosku, iż potężny artefakt to równoważność dotyku Stwórcy. Na marginesie, do tego pomysłu pasuje też nietypowy komunikat pojawiający się pod koniec drugiego filmu: “Wszystkie te światy należą do Was. Poza Europą. Nie próbujcie na niej lądować”. Nie wiem jak Tobie, ale mi przywołuje on skojarzenie z biblijnym mitem o pierwszych ludziach i jednym jedynym owocem, którego pod żadnym pozorem nie wolno im było zerwać.

Absolutna konsternacja. Jak dla mnie żadna z powyższych prób wytłumaczenia kubrickowskich aberracji nie jest ani lepsza ani gorsza od reszty. Na dobrą sprawę to nie sam monolit stanowi tu zagadkę, lecz kryjący się za jego kształtem kreatorzy. Reżyser-egzystencjalista stawia nas w obliczu absolutu i ani myśli narzucać nam co mamy o nim sądzić. Gwiezdne dziecko spoglądające z ciekawością na Kulę Ziemską, małą i samotną, przypomina nam jak wiele pracy przed nami. Nie zakończyliśmy naszej ewolucyjnej wędrówki, a z perspektywy innej cywilizacji możemy okazać się równie prymitywni co Homo habilis, niezdarnie władający kamiennym pięściakiem. Kiedyś, w dalekiej przyszłości, przyjdzie nam zmierzyć się z tym absolutem – czymkolwiek by był – i zupełnie zmienimy perspektywę.

Dobrze, wystarczy tego nakręcania się. Minęło pół wieku, a na temat kolejnych warstw Odysei kosmicznej, wciąż można rozprawiać godzinami. Jeśli drogi czytelniku, z jakiejkolwiek przyczyny nie miałeś dotąd okazji poznać największego dzieła Kubricka – to świetny moment na nadrobienie zaległości. W najgorszym razie zaśniesz, w najlepszym – przez kolejne kilka dni będą dręczyły Cię podobne przemyślenia jak te powyżej.

Architekt nowej fizyki cz.1: Albert Einstein i podejrzany czas Zachwyty nad kosmosem i nauką – recenzja “Kosmicznych rozterek” Sandra Bullock na orbicie – opinia o “Grawitacji”