Czytaj dalej

To jeden z tych nielicznych momentów, gdy potrafię utożsamić się z miłośnikami poezji. Dzięki Odysei kosmicznej 2001 pojąłem jak ogromną satysfakcję daje nie tyle bezpośrednie obcowanie z dziełem, co próby jego zrozumienia.

Mój Boże. Ile gwiazd.

David Bowman

Właściwy odbiór filmu Odyseja Kosmiczna, w rze­czy­wi­sto­ści nastę­puje dopiero po zakoń­cze­niu seansu. Mistrz Stanley Kubrick prze­szedł samego siebie, tworząc jedyne w swoim rodzaju, abs­trak­cyjne, trans­cen­dentne, zupełnie wyzute z akcji meta­fi­zyczne science-fiction. Przy­znaję, sam w czasie oglą­da­nia ziew­ną­łem nie raz i nie dwa, a chyba nawet przy­mkną­łem na moment oczy. Co tu dużo mówić, nie mam duszy artysty i fleg­ma­tyczne ujęcia tań­czą­cych w prze­strzeni statków kosmicz­nych nie wyzwo­liły we mnie takiej eks­cy­ta­cji jak powinny. Nie zrobiła tego również fabuła (nie bez­po­śred­nio), boha­te­ro­wie, ani dialogi. Jednak mimo to, film z 1968 roku zrobił coś czego nie zdołał dokonać chyba żaden inny – wpro­wa­dził mnie w rodzaj kinowego transu – zaś po ock­nię­ciu, poczułem się nie­praw­do­po­dob­nie zain­try­go­wany. Zdawałem sobie sprawę, że ten reżyser niczego nie pozo­sta­wia przy­pad­kowi i każda scena, każde słowo, nawet każdy element sce­no­gra­fii ma swój cel. Byłem chciwy wyja­śnień. Zwłasz­cza w odnie­sie­niu do obiektu w enig­ma­tyczny sposób spa­ja­ją­cego całą historię. Monolitu.

Dla przy­po­mnie­nia. W ciągu całego spek­ta­klu, monolit pojawia się na ekranie trzy­krot­nie. Po raz pierwszy już na samym początku, gdy czarny pro­sto­pa­dło­ścian (TMA‑0) objawia się naszym pry­mi­tyw­nym, mał­po­kształt­nym przodkom. Setki tysięcy, może miliony lat później, homo sapiens sapiens wkracza w epokę eks­plo­ra­cji kosmicz­nej i trafia na iden­tyczny artefakt (TMA‑1), odkryty dwa­na­ście metrów pod powierzch­nią księ­ży­co­wego regolitu. Trzeci egzem­plarz oso­bli­wego tworu, tym razem w znacznie większym roz­mia­rze, ni stąd ni zowąd pojawia się na orbicie Jowisza (TMA‑2), gdzie w kul­mi­na­cyj­nej scenie wciąga w swą głębię astro­nautę Dave’a Bowmana.

Czym był u diaska ten diabelny przed­miot?

Wyjaśnienie powierzchniowe

Dosłowna geneza oraz prze­zna­cze­nie monolitu nie stanowi większej zagadki. Wystar­czy zajrzeć do książek Arthura C. Clarke’a (pierwsza powieść była pisana rów­no­le­gle ze sce­na­riu­szem Kubricka) lub obejrzeć sequel 2010: Odyseja kosmiczna, aby usunąć część wąt­pli­wo­ści. Z powyż­szych utworów dowia­du­jemy się, że nie­prze­nik­niona figura stanowi wytwór wysoko, naprawdę wysoko roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji kosmicz­nej. Trudno mówić o zasko­cze­niu, niemniej trzeba przyznać, że przed­sta­wiony widzom asce­tyczny pro­sto­pa­dło­ścian nie koreluje z prze­cięt­nym wyobra­że­niem kon­struk­cji kosmitów, jakie zazwy­czaj podsuwa nam popkul­tura. Mamy do czy­nie­nia z czarnym, mil­czą­cym i pasywnym obiektem, bardzo oszczęd­nie zdra­dza­ją­cym swoje prze­zna­cze­nie i moż­li­wo­ści. A są one doprawdy potężne i róż­no­rodne. Pod koniec pierw­szej Odysei monolit okazuje się czymś w rodzaju cza­so­prze­strzen­nej bramy lub innego wymyśl­nego środka trans­portu. Z kolei w sequelu przed­miot ujawnia zdolność do samo­re­pli­ka­cji, mnożąc się na potęgę kosztem materii Jowisza. Co jednak naj­istot­niej­sze, w wykre­owa­nej rze­czy­wi­sto­ści monolit zdaje się czyn­ni­kiem spraw­czym, ini­cju­ją­cym rozwój życia i cywi­li­za­cji. Począt­kowa scena z mał­po­lu­dami dobitnie prze­ko­nuje nas, że to właśnie obecność monolitu kilka milionów lat temu, wpłynęła w jakiś sposób na dalszą ewolucję ziem­skiej inte­li­gen­cji. Była to iskra konieczna do wznie­ce­nia świtu ludz­ko­ści.

Jak zauważył znany z futu­ro­lo­gicz­nych ciągot Michio Kaku, monolit dość wyraźnie czerpie z idei tzw. sond von Neumanna. Zgodnie z tym pomysłem, obcy byliby w stanie słać w odległe zakątki wszech­świata inte­li­gentne urzą­dze­nia, zdolne do repro­duk­cji. Dokład­nie coś takiego widzimy w Odysei kosmicz­nej. Przy czym monolit nie tylko tworzy swoje kopie, ale również mody­fi­kuje orga­ni­zmy i uważnie śledzi ich rozwój. Ujmując rzecz w sposób przy­ziemny: u Clarke’a jesteśmy jedynie świa­do­mym zbożem jakie wykieł­ko­wało na jednym z milionów kosmicz­nych poletek, zago­spo­da­ro­wa­nych przez bliżej nie­zna­nych, inter­ga­lak­tycz­nych siewców.

To ciekawy, ale dość prosty pomysł. W każdym razie, na pewno nie wyczer­pu­jący przekazu zawar­tego w wido­wi­sku Kubricka.

Wyjaśnienie głębsze

Film 2001: Odyseja kosmiczna można zaliczyć do tych nie­licz­nych ekra­ni­za­cji, które skrywają nie mniej głębi – a pewnie nawet więcej – od książ­ko­wego pier­wo­wzoru (przy czym trudno w tym przy­padku mówić o pier­wo­wzo­rze). Sam reżyser widział w swoim dziecku coś więcej niż tylko science-fiction. Określał je “wizu­al­nym, nie­wer­bal­nym doświad­cze­niem, ude­rza­ją­cym widza na wewnętrz­nym poziomie świa­do­mo­ści, nie inaczej niż muzyka, czy malar­stwo”. Zresztą oba utwory wiele dzieli, zaś pisarz i fil­mo­wiec podobno byli daleko od wypra­co­wa­nia wspól­nego poglądu na sens przed­sta­wio­nej historii. Piszę to dlatego, że choć wspo­mnia­łem o odpo­wie­dziach udzie­la­nych czy­tel­ni­kowi w prozie Arthura C. Clarke’a, to nie uważam aby w jaki­kol­wiek sposób ucinały one dyskusję na temat ekra­ni­za­cji. Co więcej, Stanley Kubrick inten­cjo­nal­nie nakręcił Odyseję w taki, a nie inny sposób. Celowo obstawał przy prostym, mini­ma­li­stycz­nym mono­li­cie – będącym swoistym ucie­le­śnie­niem zagadki – zapew­nia­jąc odbior­com pole do nie­koń­czą­cych się rozważań. Oczy­wi­ście pro­sto­pa­dło­ścian nadal może być super­kom­pu­te­rem, sondą von Neumanna czy inną zaawan­so­waną machiną obcych, ale jed­no­cze­śnie i przede wszyst­kim pozo­staje symbolem.

Tylko co takiego sym­bo­li­zuje? Film skończył właśnie pięć­dzie­siątkę, a to wystar­cza­jąco dużo czasu dla roz­mno­że­nia naj­róż­niej­szych spe­ku­la­cji. Oto kilka przy­kła­dów.

Ekran
Inter­pre­ta­cja, która narobiła w sieci sporo szumu. Według Roba Agera – jutubera zaj­mu­ją­cego się analizą kina – kubric­kow­ski monolit to prze­wró­cony o na bok, czarny ekran. Scena, w której pry­mi­tywni homo­ni­dzi skaczą wokół eks­cen­trycz­nego zna­le­zi­ska, to obraz nas samych. Istot zachwy­co­nych tym co zostało im spre­zen­to­wane przez kogoś “u góry”, nawet jeśli nie do końca wiedzą czym to jest i do czego w rze­czy­wi­sto­ści służy. Prze­ciętny zjadacz chleba chłonie podawany mu obraz, nawet jeśli to tylko narzu­cona pro­pa­ganda, blaga mająca go wychować w okre­ślony sposób. Inte­re­su­jące, choć jak dla mnie zbyt nacią­gane.

Zwiastun postępu, kamień milowy
Asce­tyczna kon­struk­cja to po prostu symbol postępu. Skoku cywi­li­za­cyj­nego jakiego ludzie muszą doko­ny­wać od czasu do czasu aby wspiąć się na kolejny poziom cywi­li­za­cyjny. To trochę jak szczeble na drabinie pro­wa­dzą­cej ku kolejnym pozycjom w skali Kar­da­szewa (może nie dosłow­nie w tej kon­kret­nej skali, ale wiesz co mam na myśli). Nasz gatunek co rusz natrafia na tajem­ni­cze zjawisko – ogień, bły­ska­wice, względ­ność czasu i prze­strzeni, kwantową nie­okre­ślo­ność – które począt­kowo nas szokuje, później pozwala się oswoić, a w końcu dotknąć swojej istoty co umoż­li­wia nam osią­gnię­cie następ­nego przełomu w rozu­mie­niu rze­czy­wi­sto­ści.

Czarna otchłań
A może ciemna powierzch­nia monolitu to po prostu odnie­sie­nie do bezkresu wszech­świata? Wpa­tru­jemy się w nie­bo­skłon od samego początku i od zarania budzi on naszą fascy­na­cję. Rozwój astro­no­mii poprze­dził naro­dziny wielu innych dziedzin, umoż­li­wia­jąc sta­ro­żyt­nym zapro­jek­to­wa­nie kalen­da­rza, zro­zu­mie­nie cyklicz­no­ści zjawisk natu­ral­nych, a co za tym idzie, wykształ­ce­nie rol­nic­twa. Dziś znów pró­bu­jemy dotknąć kosmicz­nego monolitu, żywiąc nadzieję, że naszym prze­zna­cze­niem jest eks­plo­ra­cja obcych światów.

Element kosmicz­nych godów
Naj­bar­dziej odje­chana inter­pre­ta­cja doszu­kuje się w przed­sta­wio­nej fabule metafory stosunku płcio­wego. Przy­po­mi­na­jąc sobie “eks­tra­wa­ganc­kie” rekwi­zyty z Mecha­nicz­nej poma­rań­czy, nie­trudno podej­rze­wać Kubricka o sek­su­alne pod­tek­sty, jednak w tym przy­padku nie czuję się prze­ko­nany. Zwo­len­nicy tej hipotezy uważają, że fal­liczny statek Disco­very nosi w sobie konieczny materiał gene­tyczny w formie ludzi; zaś kontakt z obcymi przynosi w końcu naro­dziny gwiezd­nego dziecka.

Bóstwo
Nie mogło się obyć bez odwołań do siły wyższej. Jednak ma to sens, bo czyż tak roz­wi­nięta cywi­li­za­cja jak ta stojąca za zapro­jek­to­wa­niem monolitu, nie powinna być już roz­pa­try­wana w kate­go­riach boga? Zwłasz­cza, że monolit pozo­staje jedyną fizyczną mani­fe­sta­cją ist­nie­nia obcych. Oba filmy ukazują nam dobitnie, że za mamy do czy­nie­nia z istotami poza­ma­te­rial­nymi, które zdołały wyzwolić się z okowów własnej cie­le­sno­ści. Do tego stopnia, że posiadły zdolność wznie­sie­nia się ponad ludzkie poj­mo­wa­nie czasu i prze­strzeni. Dowodzi tego postać Davida Bowmana, oscy­lu­ją­cego w zna­mien­nej scenie między postacią starca i gwiezd­nego dziecka. Jeśli dodamy do tego nie­sły­chaną moc sprawczą obcych, możemy zbliżyć się do wniosku, iż potężny artefakt to rów­no­waż­ność dotyku Stwórcy. Na mar­gi­ne­sie, do tego pomysłu pasuje też nie­ty­powy komu­ni­kat poja­wia­jący się pod koniec drugiego filmu: “Wszyst­kie te światy należą do Was. Poza Europą. Nie pró­buj­cie na niej lądować”. Nie wiem jak Tobie, ale mi przy­wo­łuje on sko­ja­rze­nie z biblij­nym mitem o pierw­szych ludziach i jednym jedynym owocem, którego pod żadnym pozorem nie wolno im było zerwać.

Abso­lutna kon­ster­na­cja. Jak dla mnie żadna z powyż­szych prób wytłu­ma­cze­nia kubric­kow­skich aber­ra­cji nie jest ani lepsza ani gorsza od reszty. Na dobrą sprawę to nie sam monolit stanowi tu zagadkę, lecz kryjący się za jego kształ­tem kre­ato­rzy. Reżyser-egzy­sten­cja­li­sta stawia nas w obliczu absolutu i ani myśli narzucać nam co mamy o nim sądzić. Gwiezdne dziecko spo­glą­da­jące z cie­ka­wo­ścią na Kulę Ziemską, małą i samotną, przy­po­mina nam jak wiele pracy przed nami. Nie zakoń­czy­li­śmy naszej ewo­lu­cyj­nej wędrówki, a z per­spek­tywy innej cywi­li­za­cji możemy okazać się równie pry­mi­tywni co Homo habilis, nie­zdar­nie wła­da­jący kamien­nym pię­ścia­kiem. Kiedyś, w dalekiej przy­szło­ści, przyj­dzie nam zmierzyć się z tym abso­lu­tem – czym­kol­wiek by był – i zupełnie zmienimy per­spek­tywę.

Dobrze, wystar­czy tego nakrę­ca­nia się. Minęło pół wieku, a na temat kolej­nych warstw Odysei kosmicz­nej, wciąż można roz­pra­wiać godzi­nami. Jeśli drogi czy­tel­niku, z jakiej­kol­wiek przy­czyny nie miałeś dotąd okazji poznać naj­więk­szego dzieła Kubricka – to świetny moment na nad­ro­bie­nie zale­gło­ści. W naj­gor­szym razie zaśniesz, w naj­lep­szym – przez kolejne kilka dni będą dręczyły Cię podobne prze­my­śle­nia jak te powyżej.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.