“Ale to tylko teoria”! Jeśli zdarzyło Ci się kiedyś, gałganie niesforny, wypowiedzieć te nieprzemyślane słowa – najwyższy czas abyś udał się teraz ze mną na wyprawę w metodologiczne ostępy nauki i odkrył poprawne znaczenie kilku fundamentalnych terminów.

Nauka formalna a empiryczna

Zda­wa­łoby się, że temat został już prze­wał­ko­wany na tyle sposobów, że nie ma już na świecie ani jednej błą­dzą­cej duszy. Nic z tych rzeczy. Jak widać, prze­pi­sa­nie ze słownika bądź jakichś pod­ręcz­ni­ków defi­ni­cji hipotezy i teorii – jak czyni to wielu autorów – nie zdaje egzaminu. Wciąż pod co drugą dyskusją doty­czącą wiel­kiego wybuchu czy ewolucji znajdzie się choć jeden deli­kwent twier­dzący, że przecież mamy do czy­nie­nia “zaledwie” z teorią. Spró­bujmy więc ugryźć temat od innej strony. Się­gnijmy jeszcze głębiej i zadajmy sobie pytanie: jak w ogóle prze­biega spraw­dza­nie wiedzy naukowej?

Odpo­wiedź brzmi: to zależy. Zależy cho­ciażby od dys­cy­pliny, w której pró­bu­jemy się poruszać. W naj­ogól­niej­szym zarysie mądrzy ludzie rozbili całą praktykę naukową na dwie grupy. Nie, nie chodzi tu o upo­śle­dzony podział na huma­ni­stykę i nauki ścisłe, ale o roz­róż­nie­nie oparte o kry­te­rium dowo­dze­nia. Tak się bowiem składa, że pod pewnymi wzglę­dami chemia czy biologia są znacznie bliższe socjo­lo­gii lub historii, niż mate­ma­tyce. Ta ostatnia wraz z logiką (i ich pochod­nymi) należą do uni­ka­to­wej, choć małej rodzinki tzw. nauk for­mal­nych. Dla nas istotne jest to, iż jedynie na gruncie logiki i mate­ma­tyki możemy stawiać twier­dze­nia pewne. W każdym razie, znacznie pew­niej­sze niż ma to miejsce w innych dzie­dzi­nach.

To trochę iro­niczne. Wyko­nu­jąc dzia­ła­nia na liczbach tak naprawdę zaj­mu­jemy się bytami abs­trak­cyj­nymi, nie­do­stęp­nymi zmysłom, niemalże pla­toń­skimi ideami – ale jednak mamy do tych nie­fi­zycz­nych tworów bez­po­średni, inte­lek­tu­alny dostęp. Dwa to dwa i koniec. Dwa plus dwa daje cztery i tak musi być. To sądy proste, pre­cy­zyjne i ostre niczym skalpel. Muszą takie być, bo bez nich zawa­liłby się cały sposób naszego rozu­mo­wa­nia. To fun­da­ment, a fun­da­ment powinien pozo­sta­wać twardy i nie­wzru­szony.

Jaki jest koń nikt nie wie

Cała reszta nauk, od filo­lo­gii przez ekonomię aż po astro­no­mię, należy do roz­le­głej rodziny nauk empi­rycz­nych. Przed­mioty ich zain­te­re­so­wa­nia realnie istnieją, a naszym zadaniem jest doko­na­nie aktu obser­wa­cji i (o ile to możliwe) eks­pe­ry­mentu. Możemy wyobra­zić sobie sytuację, w której genialny logik i mate­ma­tyk rozgryza cały logiczno-mate­ma­tyczny kod wszech­świata nie wycho­dząc z domu, przy użyciu li tylko kartki, ołówka i własnego mózgu. Przed­sta­wi­ciele innych dys­cy­plin nie mają tego komfortu. Potrze­bują bez­po­śred­niego lub pośred­niego kontaktu z badaną struk­turą. I tu pojawia się szereg kłopotów, nie zaj­mu­ją­cych głowy prze­cięt­nego zjadacza chleba.

Roz­pa­trzmy takie oto stwier­dze­nie: Słońce jest jasne i ma żółtawą barwę. Czyż nie jest ono praw­dziwe i oczy­wi­ste? Nie­wąt­pli­wie pod takim zdaniem obser­wa­cyj­nym pod­pi­sa­łaby się więk­szość miesz­kań­ców Ziemi. Okej, ale w takim razie jak wytłu­ma­czyć takie zdjęcia:
Człowiek XXI wieku rzecz jasna rozumie, że istnieją różne długości fali świetl­nej i każdy obiekt inaczej będzie wyglądał w ultra­fio­le­cie, inaczej w pod­czer­wieni, a jeszcze inaczej w świetle widzial­nym. Nasze oko zbiera jedynie nie­wielki fragment rze­czy­wi­stego widma jakie do nas nie­ustan­nie dociera. Nie zmienia to faktu, iż wyrażone wcze­śniej spo­strze­że­nie okazuje się nie­pre­cy­zyjne, żeby nie powie­dzieć błędne.

W takim razie może nałóżmy na siebie foto­gra­fie wykonane w każdym możliwym spektrum, bądź wyraźmy tę infor­ma­cję językiem mate­ma­tyki! Ale czy to daje nam podstawy do sta­wia­nia abso­lut­nie nie­zbi­tego sądu? Skąd pewność, iż nasza wiedza na temat fizyki światła nie jest obar­czona jakąś maleńką nie­ści­sło­ścią? A co jeśli na prze­strzeni 150 milionów kilo­me­trów wiązka fotonów, w nieznany nam sposób, zmienia swoje wła­ści­wo­ści? A może nasze przy­rządy nie są w stanie wyłapać wszyst­kich wła­ści­wo­ści fali świetl­nej? Nie zapo­mi­najmy również o fakcie, że oglądamy obraz Słońca sprzed ośmiu minut, a zatem prze­sta­rzały.

To nie jest wcale rozu­mo­wa­nie wyssane z palca! Podob­nego ostrza chwytali się prze­ciw­nicy wiel­kiego wybuchu, pró­bu­jące wytłu­ma­czyć efekt prze­su­nię­cia ku czer­wieni odle­głych galaktyk (dowodu na eks­pan­sję wszech­świata) inną niż przy­pusz­czamy naturą światła. Fala świetlna miałaby ulegać “zmę­cze­niu” co two­rzy­łoby iluzję ucieczki kosmicz­nych obiektów i stałego rozrostu prze­strzeni. 

W ten sposób banalne zdanie obser­wa­cyjne, co do którego wszyscy mogliby się zgodzić, okazuje się nie­zmier­nie pro­ble­ma­tyczne. Nasza naoczna obser­wa­cja kom­plet­nie zmienia zna­cze­nie. Nie myślcie też, że z naukami huma­ni­stycz­nymi rzecz ma się choćby odrobinę kla­row­niej. Jeżeli bie­rze­cie do rąk Kroniki Jana Długosza to nie zapo­zna­je­cie się z prze­bie­giem bitwy pod Grun­wal­dem lecz jedynie z nie­do­sko­nałą narracją Jana Długosza. Mówimy czasem dzieciom w szkole, że historyk zajmuje się badaniem prze­szło­ści. To bujda. W rze­czy­wi­sto­ści nie ma fizycz­nej moż­li­wo­ści zbadania prze­szło­ści, bo przecież prze­szłość bez­pow­rot­nie minęła. Praw­dziwy przed­miot zain­te­re­so­wa­nia naukowca zawsze znajduje się za swego rodzaju woalem, pozo­sta­jąc dostępny dla naszego aparatu poznaw­czego w mniej­szym lub większym, ale nigdy nie pełnym zakresie. 

Bo tego nie da się weryfikować ani falsyfikować

Pod­su­mo­wu­jąc, w naukach empi­rycz­nych z zasady nie jesteśmy w stanie odsłonić niczego co zasłu­guje na miano prawdy kla­sycz­nej czy “prawdy osta­tecz­nej”. A nawet jeśli takowa pozo­staje w naszym zasięgu to nie istnieje sposób na bez­dy­sku­syjne potwier­dze­nie tego faktu. To przy­gnę­bia­jące, ale uczeni już dawno prze­stali płakać i nauczyli się korzy­stać z tego na co natura nam pozwala. A pozwala na doko­na­nie kon­fir­ma­cji i dys­kon­fir­ma­cji.

Powyższe terminy mogą brzmieć dla was obco, ale leżą całkiem blisko innych, praw­do­po­dob­nie bardziej znanych: wery­fi­ka­cji i fal­sy­fi­ka­cji. Nie wpro­wa­dzam jednak nowych słówek po to aby znużyć wasze szanowne głowy. Owszem, kon­fir­ma­cja podobnie do wery­fi­ka­cji odnosi się do spraw­dza­nia pozy­tyw­nego (to zdanie jest praw­dziwe!), a dys­kon­fir­ma­cja i fal­sy­fi­ka­cja ozna­czają spraw­dza­nie nega­tywne (to zdanie jest błędne!). Istnieją jednak między nimi istotne różnice. Osoba pre­cy­zyjna meto­do­lo­gicz­nie użyje terminu wery­fi­ka­cji wyłącz­nie w przy­padku sądu bez­sprzecz­nego i abso­lut­nie potwier­dzo­nego, a fal­sy­fi­ka­cji tylko przy sądzie bez­sprzecz­nie i nie­zbi­cie obalonym. Rzecz w tym, że jak usta­li­li­śmy w poprzed­nich aka­pi­tach, przed­sta­wi­ciele nauk empi­rycz­nych nigdy nie posia­dają stu­pro­cen­to­wej pewności co do swoich odkryć, ergo ich eks­pe­ry­menty niczego nie wery­fi­kują ani nie fal­sy­fi­kują. Meto­do­log powie, iż wycią­ga­jąc teleskop i oce­nia­jąc cechy poszcze­gól­nych ciał nie­bie­skich, co najwyżej kon­fir­mu­jemy lub dys­kon­fir­mu­jemy nasze teorie z zakresu astro­no­mii.

Wery­fi­ka­cji z praw­dzi­wego zda­rze­nia dokonuje mate­ma­tyk, wypro­wa­dza­jąc nie­pod­wa­żalny logiczny dowód na popraw­ność, dajmy na to, twier­dze­nia Pita­go­rasa.

Oczy­wi­ście w życiu codzien­nym, ba, nawet w tekstach nauko­wych i popu­lar­no­nau­ko­wych, mało kto zwraca na uwagę na ter­mi­no­lo­giczną hiper­po­praw­ność. I wcale nie zachęcam was do upra­wia­nia meto­do­lo­gicz­nego nazizmu. (Sam również w Meto­do­lo­gicz­nym dekalogu gęsto ucie­ka­łem się do wery­fi­ka­cji i fal­sy­fi­ka­cji, mając tak naprawdę na myśli kon­fir­ma­cje i dys­kon­fir­ma­cje). Sądzę jednak, że owe roz­róż­nie­nie może co ponie­któ­rym sku­tecz­nie roz­ja­śnić omawiane problemy od nowej strony.

Konfirmujmy zdania ogólne

No dobra, od czasu do czasu empi­ry­ści również ukuwają sądy tak trudne do zakwe­stio­no­wa­nia, że aż gra­ni­czące z pełną wery­fi­ka­cją. Ten koń ma cztery nogi. Jowisz to planeta gazowa. Ziemia posiada atmos­ferę. To tzw. zdania jed­nost­kowe, na tyle proste i łatwe do skon­tro­lo­wa­nia, aby móc z pew­no­ścią w głosie mówić o ich pełnej praw­dzi­wo­ści lub fał­szy­wo­ści.

Na naszą zgubę w nauce często odczu­wamy potrzebę żon­glo­wa­nia zdaniami ogólnymi. Gwiazda o masie 1,5 razy większej od Słońca eks­plo­duje jako super­nowa typu Ia. Prędkość światła w próżni c jest zawsze jed­na­kowa i wynosi 299 tys. km/s. Wszyst­kie lądy Ziemi tworzyły 300 milionów lat temu super­kon­ty­nent. Uczeni traktują te zdania jako pewniki. Słusznie, bo przeszły one wiele testów i nikt nie znalazł prze­sła­nek aby wątpić w ich zgodność z rze­czy­wi­sto­ścią. Jednakże, musimy pamiętać, iż żaden astronom nie obser­wo­wał wszyst­kich wybuchów super­no­wych, żaden fizyk nie mierzył pręd­ko­ści światła poza Układem Sło­necz­nym, zaś żaden geolog nie cofnął się w czasie do karbonu aby obejrzeć kształ­to­wa­nie kon­ty­nen­tów naszej planety.
“Jednak wszelkie doświad­cze­nia są trudne i długo trwają, uczonych jest niewielu, a liczba faktów, których prze­wi­dze­nie jest potrzebne jest ogromna. Wobec tej masy liczba bez­po­śred­nich prób, które możemy prze­pro­wa­dzić, zawsze będzie znikoma.”
— Henri Poincaré
Z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa możemy założyć, że wymie­nione zdania ogólne nigdy się nie zdez­ak­tu­ali­zują, ale jed­no­cze­śnie nikt nie znajdzie sposobu na prze­te­sto­wa­nie ich w sposób totalny, stu­pro­cen­towy, bez cienia szansy na przyszłe zmiany. Godzimy się więc z kon­fir­ma­cją. W końcu, jaki mamy wybór?

Od hipotezy do teorii

Dopiero teraz, na sam koniec, możemy pochylić się nad tytu­ło­wym pro­ble­mem hipotezy i teorii. Chyba należy się z tym pogodzić, że w nie­nau­ko­wej dyskusji oba pojęcia zwie­lo­krot­niają swoją pojem­ność na tyle, aż zaczy­nają się ze sobą zlewać. W słowniku nauki hipoteza i teoria ozna­czają jednak dwie różne insty­tu­cje. Zapa­mię­taj więc gamoniu paten­to­wany, że gdy zabie­rasz głos w sprawie kosmo­lo­gii, biologii, chemii czy far­ma­ko­ki­ne­tyki – stosując te terminy zamien­nie, stawiasz tamę na drodze do sen­sow­nej rozmowy i uzy­ska­niu jakich­kol­wiek war­to­ścio­wych wniosków! Przy okazji dajesz wyraz swojej igno­ran­cji, bo nie trzeba być kone­se­rem filo­zo­fii nauki aby zauważyć rozziew między jednym a drugim.

Hipoteza to naukowe przy­pusz­cze­nie. Wymaga weryfi… kon­fir­ma­cji, a na razie działa tylko na papierze i w głowie sta­wia­ją­cego ją uczonego. Czy zatem hipotezą można nazwać bez ogródek każdy pomysł jaki nam przyj­dzie do głowy? Czy jakiś nie­stwo­rzony wymysł rzucony przez znu­dzo­nego inter­nautę to już hipoteza? Raczej nie. Hipoteza od początku powinna współ­grać z zastanym korpusem nauki a poza tym, prze­wi­dy­wać sposób na swoje prze­te­sto­wa­nie. Doprawdy rewe­la­cyjni w wypeł­nia­niu tego postu­latu są fizycy cząstek ele­men­tar­nych. Taki Peter Higgs potrafił z pięć­dzie­się­cio­let­nim wyprze­dze­niem określić dokładne para­me­try bozonu, fak­tycz­nie uchwy­co­nego we wznie­sio­nym znacznie później Wielkim Zder­za­czu Hadronów. Z drugiej jednak strony, współ­cze­sna nauka traktuje ten warunek z coraz większym przy­mru­że­niem oka. Powstają hipotezy nie­re­al­nie trudne do spraw­dze­nia, albo takie, które będą czekać na eks­pe­ry­ment przez następne stulecia. To problem meto­do­lo­gii naszych czasów.

(Macie prawo zapytać, co z teorią strun, teorią super­sy­me­trii czy tzw. teorią wszyst­kiego? Przecież nie są one potwier­dzone, a nie­któ­rzy fizycy poddają pod wąt­pli­wość samą moż­li­wość ich prze­te­sto­wa­nia. Tutaj akurat autorzy popeł­nili mały wybieg stosując termin teorii w innym, mniej ścisłym zna­cze­niu – jako pewien rozległy zbiór twier­dzeń i pomniej­szych kon­cep­cji. Sądzę jednak, że nawet Michael Green czy Leonard Susskind nie obrażą się jeśli nazwę rzeczy po imieniu. W rze­czy­wi­sto­ści to naukowe hipotezy).
300 cliff przerDopiero gdy zdanie bądź zbiór zdań two­rzą­cych hipotezę docze­kają się odpo­wied­niego testu i przejdą go pomyśl­nie, zachodzi prze­kształ­ce­nie w teorię naukową. Tytuł teorii dumnie dzierżą m.in. teoria helio­cen­tryczna, teoria gier, szcze­gólna teoria względ­no­ści, ogólna teoria względ­no­ści, teoria wiel­kiego wybuchu, teoria ewolucji, mecha­nika kwantowa… W zasadzie niemal cała znana nam nauka korzysta z teorii, nawet jeśli poszcze­gólne koncepty nie noszą takiej nazwy. Tak proszę państwa: teoria naukowa, wbrew potocz­nemu zna­cze­niu, to już spraw­dzone i potwier­dzone – zgodnie z obecnym stanem wiedzy i myśli tech­nicz­nej – wyja­śnie­nie danego zjawiska. Naj­lep­sze spośród wszyst­kich dostęp­nych i jak na razie dzia­ła­jące. 

Pro­ble­ma­tyczne może być wska­za­nie kon­kret­nej granicy, po prze­kro­cze­niu której hipoteza uzyskuje status teorii. Jeden dobry eks­pe­ry­ment może, lecz wcale nie musi o niczym prze­są­dzać. Co więcej, nawet obo­wią­zu­jąca teoria nigdy nie prze­staje być testo­wana. Spraw­dziany trwają bez końca, stale ją hartując albo dopro­wa­dza­jąc do jej upadku. Oznacza to jed­no­cze­śnie, że nie należy trak­to­wać żadnej teorii jak dogmatu. Skoro posłu­gu­jemy się zdaniami ogólnymi pod­le­ga­ją­cymi wyłącz­nie nie­do­sko­na­łej kon­fir­ma­cji, zawsze będzie istniał cień szansy na jej pod­ko­pa­nie i obalenie bądź zre­for­mo­wa­nie. Nawet po stu latach funk­cjo­no­wa­nia, stara teoria może zostać zmie­ciona z hory­zontu nauki i zastą­piona lepszą, jeśli taka się pojawi.

To bolączka nauki i zarazem jej naj­więk­sza siła. Niemniej, prze­te­sto­wana i zahar­to­wana idea nigdy nie jest “tylko teorią”, lecz “aż teorią”.
Literatura uzupełniająca:
A. Szyszko-Bohusz, Nieśmiertelność genetyczna. Hipoteza czy teoria?, “Idō — Ruch dla Kultury: rocznik naukowy”, Kraków 2004;
L. Dubel, Historia doktryn politycznych i prawnych do schyłku XX wieku, Warszawa 2007;
R. Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji, przeł. P. Szwajcer, Warszawa 2010;
H. Poincaré, Nauka i hipoteza, przeł. M. Horowitz, Warszawa 2012;
J. Topolski, Metodologia historii, Warszawa 1994;
A. Chalmers, Czym jest to co zwiemy nauką?, Rozważania o naturze, statusie i metodach nauki. Wprowadzenie do współczesnej filozofii nauki, przeł. A. Chmielewski, Wrocław 1993.
podpis-czarny
  • ZL1

    “Dwa to dwa i koniec. Dwa plus dwa daje pięć i tak musi być.”
    To jakiś cytat z klasyka, bo nie kojarzę?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ajaj, tak ale chciałem ten akapit inaczej ułożyć… dobra zmienię to bo o czym innym myślałem. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • PJK

      Dokładny cytat to nie jest, ale “dwa plus dwa daje pięć” pojawia się wie­lo­krot­nie w “Roku 1984” Orwell’a 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Why

    “oglądamy obraz Słońca sprzed ośmiu minut, a zatem prze­sta­rzały.” ale w sumie dlaczego tak właśnie?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Tomek

      Bo światło sło­neczne dociera do nas około 8 minut ? 😀

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Zonkil9

    A teologia to nauka formalna czy empi­ryczna? Czy teologię można nazwać w ogóle nauką? 

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      To jest bardzo dobre pytanie, które również sobie swego czasu zadałem. Sądzę, że warto byłoby zajrzeć do samych pro­fe­so­rów teologii — choć nie są oni zbyt obiek­tywni. Nie­wy­klu­czone, że teologię można by potrak­to­wać ana­lo­gicz­nie do filo­zo­fii, którą na ogół stawia się “obok” nauki jako takiej.

      W każdym razie do nauk for­mal­nych zaliczyć jej nie sposób. To pewne.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Bar­tło­miej Kulas

      Teologia i filo­zo­fia to taki wyższy poziom abs­trak­cji, coś jak jest Newton i Einstein, teoria kwantowa, strun…, tak na swój sposób jest nauka i teologia. I tu okazuje się że jest nie­zwy­kle potrzebna i wywiera duży wpływ, ale zarazem jest problem żeby ją zamknąć — tak jest i koniec. Można powie­dzieć, że stoi w rozkroku między “banalnym” empi­ry­zmem (powiedzmy Newtona), a jakąś abs­trak­cją, o której w tym ładnym artykule była również mowa.
      Naj­więk­szym pro­ble­mem jest to że każdy musi się jakoś określić, gdzieś przybić pie­czątkę.

      (Ostatnie słowa Symeona można rozumieć jako “przymus” okre­śle­nia się: “«Oto Ten prze­zna­czony jest na upadek i na powsta­nie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprze­ci­wiać się będą. 35 A Twoją duszę miecz prze­nik­nie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu».”)

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Namtab Batman

    Świetny artykuł! Chyba będę go linkować każdej następ­nej osobie, która użyje argu­mentu “x to TYLKO teoria”.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Madrale teo­re­tycy

    A wiecie czym się różni teoria od praktyki? Teo­re­tycz­nie niczym 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Madrale teo­re­tycy

    Tak na poważnie, to zdjęcia Słońca w różnych zakre­sach widma niczego nie dowodzą, ponieważ ich kolory są sztucz­nie wyge­ne­ro­wane. Słońce obser­wo­wane gołym okiem (dla bez­pie­czeń­stwa lepiej przez filtr neu­tral­nie szary o gęstości optycz­nej co najmniej 3,0) fak­tycz­nie jest jasne i żółtawe dla każdego obser­wa­tora o zdrowym wzroku (bez silnych odchyleń od pra­wi­dło­wego postrze­ga­nia barw — czę­ściowy lub cał­ko­wity dal­to­nizm). Uwaga: mówimy o barwie Słońca powiedzmy na wyso­ko­ści około 45 stopni nad hory­zon­tem. Każdy chyba kojarzy, że barwa Słońca zależy od wyso­ko­ści nad hory­zon­tem (czyli długości drogi poko­ny­wa­nej przez światło w atmos­fe­rze Ziemi, bo zakładam, że obser­wa­cji doko­nu­jemy na powierzchni Ziemi, powiedzmy na poziomie morza na równiku) i od pory dnia (tak! przy tej samej wyso­ko­ści rano i wie­czo­rem barwa jest nieco inna, ze względu na to, że rano powie­trze jest chłod­niej­sze i inaczej roz­pra­sza światło niż po południu, gdy jest roz­grzane).
    Roz­pi­sa­łem się, choć i tak starałem się stresz­czać. Wybacz­cie. foto­mer­tia i kolo­ry­me­tria to moja spe­cjal­ność.
    Wracając do zdjęć, to owszem, zgadzam się, są ciemne i mają dziwne kolory. Ale to są cechy OBRAZÓW Słońca, a nie samego Słońca.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Marcin Banach

    Czyli ciągle mogę sobie bez­kar­nie ujeżdżać wyznaw­czy “teorii strun”.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Nie do końca wiem, co przez to rozu­miesz. Teoria Strun do hipoteza. Dia­bel­nie skom­pli­ko­wana i bardzo ele­gancka, ale niestety dziś nie­moż­liwa do jed­no­znacz­nego zwe­ry­fi­ko­wa­nia — co jej twórcy z żalem przy­znają. Niestety pro­ble­mem fizyki rzeczy naj­mniej­szych, naj­więk­szych, naj­bar­dziej ener­ge­tycz­nych itp. jest trudność prze­pro­wa­dze­nia eks­pe­ry­mentu i będziemy przed tą prze­szkodą stawali coraz częściej.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marcin Banach

        Ta teoria jest czymś w rodzaju świętej krowy. Pełni rolę świec­kiej religii.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Cóż, ja takiego wrażenia w ogóle nigdy nie odnio­słem. W religii istnieje jakiś obiekt kultu, czczenia, irra­cjo­nal­no­ści. Tu tego nie widzę.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marcin Banach

        Kult zwi­nię­tych wymiarów.
        “nie­moż­liwa do jed­no­znacz­nego zwe­ry­fi­ko­wa­nia” — podaj jaka część jest możliwa do zwe­ry­fi­ko­wa­nia?
        “bardzo ele­gancka” — co w niej ele­ganc­kiego? Ele­ganc­kie byłoby zało­że­nie że, na naj­niż­szym poziomie prze­strzeń jest jed­no­wy­mia­rowa a nie jakieś kosz­marne zwinięte wymiary — Brzytwa Ockhama się kłania.
        Ta hipoteza to przejaw poezji w fizyce i o zgrozo oglą­da­jąc programy popu­lar­no­nau­kowe lub czytając cza­so­pi­sma osoba nie mająca jakiejś większej wiedzy może odnieść wrażenie, że jest to teoria naukowa.
        Oczy­wi­ście gdyby udało się ją udo­wod­nić moja krytyka się kończy

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Odnoszę wrażenie, że teoria ta wzbudza w Tobie wielkie emocje — ale ja nie jestem jej twórcą, żebym miał tu potrzebę kru­sze­nia kopii. Żaden kult — w słow­ni­ko­wym sensie — nie istnieje, w każdym razie ja nigdy się z takowym nie spo­tka­łem. To jest zało­że­nie, przy­pusz­cze­nie, nikt niczego tu nie czci. Dlatego uważam Twoje słowa za prze­sa­dzone i to mocno.

        Napi­sa­łem wyraźnie, że teoria strun jest nie­moż­liwa do zwe­ry­fi­ko­wa­nia, więc nie rozumiem po co powta­rzasz to samo pytanie. Oczy­wi­ście mowa o kon­fir­ma­cji eks­pe­ry­men­tal­nej, bo na poziomie mate­ma­tycz­nym jak naj­bar­dziej możemy dużo zdziałać. Nasze dotych­cza­sowe doświad­cze­nia pokazują, że to już dużo. Eks­pe­ry­ment nie wchodzi w rachubę, lecz — jak w wielu innych przy­pad­kach — możliwe jest, że ktoś wpadnie na pomysł prze­te­sto­wa­nia hipotezy “naokoło”, poszu­ku­jąc odcisków strun.

        Czy wymiary dys­kwa­li­fi­kują hipotezę? To pomysł bardzo stary, znacznie starszy niż same struny. Już Kaluza pisząc do Ein­ste­ina uważał, że elek­tro­ma­gne­tyzm da się połączyć z gra­wi­ta­cją właśnie z uwzględ­nie­niem kolej­nego wymiaru. Takie wnioski nie wzięły się znikąd, z nudów, lecz z wyjąt­ko­wo­ści poru­sza­nego zagad­nie­nia. Teoria wszyst­kiego nie­wąt­pli­wie istnieje, bo natura jest spójna. Nie zna­leź­li­śmy “prostego” roz­wią­za­nia (jak suge­ro­wałby Ockham), więc posta­no­wiono wyjść poza para­dyg­mat. A jak pisał sam Popper, taki skok jest potrzebny aby wyjść z nauko­wego impasu. Nie twierdzę, że teoria strun nie jest ślepą uliczką — ale praw­dziwe roz­wią­za­nie może być równie dzi­waczne, jeśli nie bardziej.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Dominik Kurek

    Co w takim razie np. z TEORIĄ geo­cen­tryczną? Skoro nie jest naukowa, to czemu nosi tak zmyłkową nazwę?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0