Tagi


Archiwa


Zaprzyjaźnione


/ 17

Artykuły

Hipoteza to nie teoria. Zapamiętaj!

1st Lut '16

„Ale to tylko teoria”! Jeśli zdarzyło Ci się kiedyś, gałganie niesforny, wypowiedzieć te nieprzemyślane słowa – najwyższy czas abyś udał się teraz ze mną na wyprawę w metodologiczne ostępy nauki i odkrył poprawne znaczenie kilku fundamentalnych terminów.

Nauka formalna a empiryczna

Zda­wa­łoby się, że temat został już prze­wał­ko­wany na tyle sposobów, że nie ma już na świecie ani jednej błą­dzącej duszy. Nic z tych rzeczy. Jak widać, prze­pi­sanie ze słownika bądź jakichś pod­ręcz­ników defi­nicji hipotezy i teorii – jak czyni to wielu autorów – nie zdaje egzaminu. Wciąż pod co drugą dyskusją doty­czącą wiel­kiego wybuchu czy ewolucji znajdzie się choć jeden deli­kwent twier­dzący, że przecież mamy do czy­nienia „zaledwie” z teorią. Spró­bujmy więc ugryźć temat od innej strony. Się­gnijmy jeszcze głębiej i zadajmy sobie pytanie: jak w ogóle prze­biega spraw­dzanie wiedzy naukowej?

Odpo­wiedź brzmi: to zależy. Zależy cho­ciażby od dys­cy­pliny, w której pró­bu­jemy się poruszać. W naj­ogól­niej­szym zarysie mądrzy ludzie rozbili całą praktykę naukową na dwie grupy. Nie, nie chodzi tu o upo­śle­dzony podział na huma­ni­stykę i nauki ścisłe, ale o roz­róż­nienie oparte o kry­te­rium dowo­dzenia. Tak się bowiem składa, że pod pewnymi wzglę­dami chemia czy biologia są znacznie bliższe socjo­logii lub historii, niż mate­ma­tyce. Ta ostatnia wraz z logiką (i ich pochod­nymi) należą do uni­ka­towej, choć małej rodzinki tzw. nauk for­mal­nych. Dla nas istotne jest to, iż jedynie na gruncie logiki i mate­ma­tyki możemy stawiać twier­dzenia pewne. W każdym razie, znacznie pew­niejsze niż ma to miejsce w innych dzie­dzi­nach.

To trochę iro­niczne. Wyko­nując dzia­łania na liczbach tak naprawdę zaj­mu­jemy się bytami abs­trak­cyj­nymi, nie­do­stęp­nymi zmysłom, niemalże pla­toń­skimi ideami – ale jednak mamy do tych nie­fi­zycz­nych tworów bez­po­średni, inte­lek­tu­alny dostęp. Dwa to dwa i koniec. Dwa plus dwa daje cztery i tak musi być. To sądy proste, pre­cy­zyjne i ostre niczym skalpel. Muszą takie być, bo bez nich zawa­liłby się cały sposób naszego rozu­mo­wania. To fun­da­ment, a fun­da­ment powinien pozo­stawać twardy i nie­wzru­szony.

Jaki jest koń nikt nie wie

Cała reszta nauk, od filo­logii przez ekonomię aż po astro­nomię, należy do roz­le­głej rodziny nauk empi­rycz­nych. Przed­mioty ich zain­te­re­so­wania realnie istnieją, a naszym zadaniem jest doko­nanie aktu obser­wacji i (o ile to możliwe) eks­pe­ry­mentu. Możemy wyobrazić sobie sytuację, w której genialny logik i mate­matyk rozgryza cały logiczno-mate­ma­tyczny kod wszech­świata nie wycho­dząc z domu, przy użyciu li tylko kartki, ołówka i własnego mózgu. Przed­sta­wi­ciele innych dys­cy­plin nie mają tego komfortu. Potrze­bują bez­po­śred­niego lub pośred­niego kontaktu z badaną struk­turą. I tu pojawia się szereg kłopotów, nie zaj­mu­ją­cych głowy prze­cięt­nego zjadacza chleba.

Roz­pa­trzmy takie oto stwier­dzenie: Słońce jest jasne i ma żółtawą barwę. Czyż nie jest ono praw­dziwe i oczy­wiste? Nie­wąt­pliwie pod takim zdaniem obser­wa­cyjnym pod­pi­sa­łaby się więk­szość miesz­kańców Ziemi. Okej, ale w takim razie jak wytłu­ma­czyć takie zdjęcia:
Człowiek XXI wieku rzecz jasna rozumie, że istnieją różne długości fali świetlnej i każdy obiekt inaczej będzie wyglądał w ultra­fio­lecie, inaczej w pod­czer­wieni, a jeszcze inaczej w świetle widzialnym. Nasze oko zbiera jedynie nie­wielki fragment rze­czy­wi­stego widma jakie do nas nie­ustannie dociera. Nie zmienia to faktu, iż wyrażone wcze­śniej spo­strze­żenie okazuje się nie­pre­cy­zyjne, żeby nie powie­dzieć błędne.

W takim razie może nałóżmy na siebie foto­grafie wykonane w każdym możliwym spektrum, bądź wyraźmy tę infor­mację językiem mate­ma­tyki! Ale czy to daje nam podstawy do sta­wiania abso­lutnie nie­zbi­tego sądu? Skąd pewność, iż nasza wiedza na temat fizyki światła nie jest obar­czona jakąś maleńką nie­ści­sło­ścią? A co jeśli na prze­strzeni 150 milionów kilo­me­trów wiązka fotonów, w nieznany nam sposób, zmienia swoje wła­ści­wości? A może nasze przy­rządy nie są w stanie wyłapać wszyst­kich wła­ści­wości fali świetlnej? Nie zapo­mi­najmy również o fakcie, że oglądamy obraz Słońca sprzed ośmiu minut, a zatem prze­sta­rzały.

To nie jest wcale rozu­mo­wanie wyssane z palca! Podob­nego ostrza chwytali się prze­ciw­nicy wiel­kiego wybuchu, pró­bu­jące wytłu­ma­czyć efekt prze­su­nięcia ku czer­wieni odle­głych galaktyk (dowodu na eks­pansję wszech­świata) inną niż przy­pusz­czamy naturą światła. Fala świetlna miałaby ulegać „zmę­czeniu” co two­rzy­łoby iluzję ucieczki kosmicz­nych obiektów i stałego rozrostu prze­strzeni. 

W ten sposób banalne zdanie obser­wa­cyjne, co do którego wszyscy mogliby się zgodzić, okazuje się nie­zmiernie pro­ble­ma­tyczne. Nasza naoczna obser­wacja kom­pletnie zmienia zna­czenie. Nie myślcie też, że z naukami huma­ni­stycz­nymi rzecz ma się choćby odrobinę kla­row­niej. Jeżeli bie­rzecie do rąk Kroniki Jana Długosza to nie zapo­zna­jecie się z prze­bie­giem bitwy pod Grun­waldem lecz jedynie z nie­do­sko­nałą narracją Jana Długosza. Mówimy czasem dzieciom w szkole, że historyk zajmuje się badaniem prze­szłości. To bujda. W rze­czy­wi­stości nie ma fizycznej moż­li­wości zbadania prze­szłości, bo przecież prze­szłość bez­pow­rotnie minęła. Praw­dziwy przed­miot zain­te­re­so­wania naukowca zawsze znajduje się za swego rodzaju woalem, pozo­stając dostępny dla naszego aparatu poznaw­czego w mniej­szym lub większym, ale nigdy nie pełnym zakresie. 

Bo tego nie da się weryfikować ani falsyfikować

Pod­su­mo­wując, w naukach empi­rycz­nych z zasady nie jesteśmy w stanie odsłonić niczego co zasłu­guje na miano prawdy kla­sycznej czy „prawdy osta­tecznej”. A nawet jeśli takowa pozo­staje w naszym zasięgu to nie istnieje sposób na bez­dy­sku­syjne potwier­dzenie tego faktu. To przy­gnę­bia­jące, ale uczeni już dawno prze­stali płakać i nauczyli się korzy­stać z tego na co natura nam pozwala. A pozwala na doko­nanie kon­fir­macji i dys­kon­fir­macji.

Powyższe terminy mogą brzmieć dla was obco, ale leżą całkiem blisko innych, praw­do­po­dobnie bardziej znanych: wery­fi­kacji i fal­sy­fi­kacji. Nie wpro­wa­dzam jednak nowych słówek po to aby znużyć wasze szanowne głowy. Owszem, kon­fir­macja podobnie do wery­fi­kacji odnosi się do spraw­dzania pozy­tyw­nego (to zdanie jest praw­dziwe!), a dys­kon­fir­macja i fal­sy­fi­kacja ozna­czają spraw­dzanie nega­tywne (to zdanie jest błędne!). Istnieją jednak między nimi istotne różnice. Osoba pre­cy­zyjna meto­do­lo­gicznie użyje terminu wery­fi­kacji wyłącznie w przy­padku sądu bez­sprzecz­nego i abso­lutnie potwier­dzo­nego, a fal­sy­fi­kacji tylko przy sądzie bez­sprzecznie i nie­zbicie obalonym. Rzecz w tym, że jak usta­li­liśmy w poprzed­nich aka­pi­tach, przed­sta­wi­ciele nauk empi­rycz­nych nigdy nie posia­dają stu­pro­cen­towej pewności co do swoich odkryć, ergo ich eks­pe­ry­menty niczego nie wery­fi­kują ani nie fal­sy­fi­kują. Meto­dolog powie, iż wycią­gając teleskop i oce­niając cechy poszcze­gól­nych ciał nie­bie­skich, co najwyżej kon­fir­mu­jemy lub dys­kon­fir­mu­jemy nasze teorie z zakresu astro­nomii.

Wery­fi­kacji z praw­dzi­wego zda­rzenia dokonuje mate­matyk, wypro­wa­dzając nie­pod­wa­żalny logiczny dowód na popraw­ność, dajmy na to, twier­dzenia Pita­go­rasa.

Oczy­wi­ście w życiu codziennym, ba, nawet w tekstach nauko­wych i popu­lar­no­nau­ko­wych, mało kto zwraca na uwagę na ter­mi­no­lo­giczną hiper­po­praw­ność. I wcale nie zachęcam was do upra­wiania meto­do­lo­gicz­nego nazizmu. (Sam również w Meto­do­lo­gicznym dekalogu gęsto ucie­kałem się do wery­fi­kacji i fal­sy­fi­kacji, mając tak naprawdę na myśli kon­fir­macje i dys­kon­fir­macje). Sądzę jednak, że owe roz­róż­nienie może co ponie­którym sku­tecznie roz­ja­śnić omawiane problemy od nowej strony.

Konfirmujmy zdania ogólne

No dobra, od czasu do czasu empi­ryści również ukuwają sądy tak trudne do zakwe­stio­no­wania, że aż gra­ni­czące z pełną wery­fi­kacją. Ten koń ma cztery nogi. Jowisz to planeta gazowa. Ziemia posiada atmos­ferę. To tzw. zdania jed­nost­kowe, na tyle proste i łatwe do skon­tro­lo­wania, aby móc z pew­no­ścią w głosie mówić o ich pełnej praw­dzi­wości lub fał­szy­wości.

Na naszą zgubę w nauce często odczu­wamy potrzebę żon­glo­wania zdaniami ogólnymi. Gwiazda o masie 1,5 razy większej od Słońca eks­plo­duje jako super­nowa typu Ia. Prędkość światła w próżni c jest zawsze jed­na­kowa i wynosi 299 tys. km/s. Wszystkie lądy Ziemi tworzyły 300 milionów lat temu super­kon­ty­nent. Uczeni traktują te zdania jako pewniki. Słusznie, bo przeszły one wiele testów i nikt nie znalazł prze­słanek aby wątpić w ich zgodność z rze­czy­wi­sto­ścią. Jednakże, musimy pamiętać, iż żaden astronom nie obser­wował wszyst­kich wybuchów super­no­wych, żaden fizyk nie mierzył pręd­kości światła poza Układem Sło­necznym, zaś żaden geolog nie cofnął się w czasie do karbonu aby obejrzeć kształ­to­wanie kon­ty­nentów naszej planety.
„Jednak wszelkie doświad­czenia są trudne i długo trwają, uczonych jest niewielu, a liczba faktów, których prze­wi­dzenie jest potrzebne jest ogromna. Wobec tej masy liczba bez­po­śred­nich prób, które możemy prze­pro­wa­dzić, zawsze będzie znikoma.”
— Henri Poincaré

Z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa możemy założyć, że wymie­nione zdania ogólne nigdy się nie zdez­ak­tu­ali­zują, ale jed­no­cze­śnie nikt nie znajdzie sposobu na prze­te­sto­wanie ich w sposób totalny, stu­pro­cen­towy, bez cienia szansy na przyszłe zmiany. Godzimy się więc z kon­fir­macją. W końcu, jaki mamy wybór?

Od hipotezy do teorii

Dopiero teraz, na sam koniec, możemy pochylić się nad tytu­łowym pro­blemem hipotezy i teorii. Chyba należy się z tym pogodzić, że w nie­nau­kowej dyskusji oba pojęcia zwie­lo­krot­niają swoją pojem­ność na tyle, aż zaczy­nają się ze sobą zlewać. W słowniku nauki hipoteza i teoria ozna­czają jednak dwie różne insty­tucje. Zapa­miętaj więc gamoniu paten­to­wany, że gdy zabie­rasz głos w sprawie kosmo­logii, biologii, chemii czy far­ma­ko­ki­ne­tyki – stosując te terminy zamiennie, stawiasz tamę na drodze do sen­sownej rozmowy i uzy­skaniu jakich­kol­wiek war­to­ścio­wych wniosków! Przy okazji dajesz wyraz swojej igno­rancji, bo nie trzeba być kone­serem filo­zofii nauki aby zauważyć rozziew między jednym a drugim.

Hipoteza to naukowe przy­pusz­czenie. Wymaga weryfi… kon­fir­macji, a na razie działa tylko na papierze i w głowie sta­wia­ją­cego ją uczonego. Czy zatem hipotezą można nazwać bez ogródek każdy pomysł jaki nam przyj­dzie do głowy? Czy jakiś nie­stwo­rzony wymysł rzucony przez nudzo­nego inter­nautę to już hipoteza? Raczej nie. Hipoteza od początku powinna współ­grać z zastanym korpusem nauki a poza tym, prze­wi­dywać sposób na swoje prze­te­sto­wanie. Doprawdy rewe­la­cyjni w wypeł­nianiu tego postu­latu są fizycy cząstek ele­men­tar­nych. Taki Peter Higgs potrafił z pięć­dzie­się­cio­letnim wyprze­dze­niem określić dokładne para­metry bozonu, fak­tycznie uchwy­co­nego we wznie­sionym znacznie później Wielkim Zder­zaczu Hadronów. Z drugiej jednak strony, współ­czesna nauka traktuje ten warunek z coraz większym przy­mru­że­niem oka. Powstają hipotezy nie­re­alnie trudne do spraw­dzenia, albo takie, które będą czekać na eks­pe­ry­ment przez następne stulecia. To problem meto­do­logii naszych czasów.

(Macie prawo zapytać, co z teorią strun, teorią super­sy­me­trii czy tzw. teorią wszyst­kiego? Przecież nie są one potwier­dzone, a nie­którzy fizycy poddają pod wąt­pli­wość samą moż­li­wość ich prze­te­sto­wania. Tutaj akurat autorzy popeł­nili mały wybieg stosując termin teorii w innym, mniej ścisłym zna­czeniu – jako pewien rozległy zbiór twier­dzeń i pomniej­szych kon­cepcji. Sądzę jednak, że nawet Michael Green czy Leonard Susskind nie obrażą się jeśli nazwę rzeczy po imieniu. W rze­czy­wi­stości to naukowe hipotezy).
300 cliff przerDopiero gdy zdanie bądź zbiór zdań two­rzą­cych hipotezę docze­kają się odpo­wied­niego testu i przejdą go pomyślnie, zachodzi prze­kształ­cenie w teorię naukową. Tytuł teorii dumnie dzierżą m.in. teoria helio­cen­tryczna, teoria gier, szcze­gólna teoria względ­ności, ogólna teoria względ­ności, teoria wiel­kiego wybuchu, teoria ewolucji, mecha­nika kwantowa… W zasadzie niemal cała znana nam nauka korzysta z teorii, nawet jeśli poszcze­gólne koncepty nie noszą takiej nazwy. Tak proszę państwa: teoria naukowa, wbrew potocz­nemu zna­czeniu, to już spraw­dzone i potwier­dzone – zgodnie z obecnym stanem wiedzy i myśli tech­nicznej – wyja­śnienie danego zjawiska. Naj­lepsze spośród wszyst­kich dostęp­nych i jak na razie dzia­ła­jące. 

Pro­ble­ma­tyczne może być wska­zanie kon­kretnej granicy, po prze­kro­czeniu której hipoteza uzyskuje status teorii. Jeden dobry eks­pe­ry­ment może, lecz wcale nie musi o niczym prze­są­dzać. Co więcej, nawet obo­wią­zu­jąca teoria nigdy nie prze­staje być testo­wana. Spraw­dziany trwają bez końca, stale ją hartując albo dopro­wa­dzając do jej upadku. Oznacza to jed­no­cze­śnie, że nie należy trak­tować żadnej teorii jak dogmatu. Skoro posłu­gu­jemy się zdaniami ogólnymi pod­le­ga­ją­cymi wyłącznie nie­do­sko­nałej kon­fir­macji, zawsze będzie istniał cień szansy na jej pod­ko­panie i obalenie bądź zre­for­mo­wanie. Nawet po stu latach funk­cjo­no­wania, stara teoria może zostać zmie­ciona z hory­zontu nauki i zastą­piona lepszą, jeśli taka się pojawi.

To bolączka nauki i zarazem jej naj­większa siła. Niemniej, prze­te­sto­wana i zahar­to­wana idea nigdy nie jest „tylko teorią”, lecz „aż teorią”.
Literatura uzupełniająca:
A. Szyszko-Bohusz, Nieśmiertelność genetyczna. Hipoteza czy teoria?, „Idō – Ruch dla Kultury: rocznik naukowy”, Kraków 2004;
L. Dubel, Historia doktryn politycznych i prawnych do schyłku XX wieku, Warszawa 2007;
R. Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji, przeł. P. Szwajcer, Warszawa 2010;
H. Poincaré, Nauka i hipoteza, przeł. M. Horowitz, Warszawa 2012;
J. Topolski, Metodologia historii, Warszawa 1994;
A. Chalmers, Czym jest to co zwiemy nauką?, Rozważania o naturze, statusie i metodach nauki. Wprowadzenie do współczesnej filozofii nauki, przeł. A. Chmielewski, Wrocław 1993.
podpis-czarny

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.

  • ZL1

    „Dwa to dwa i koniec. Dwa plus dwa daje pięć i tak musi być.”
    To jakiś cytat z klasyka, bo nie kojarzę?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ajaj, tak ale chciałem ten akapit inaczej ułożyć… dobra zmienię to bo o czym innym myślałem. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • PJK

      Dokładny cytat to nie jest, ale „dwa plus dwa daje pięć” pojawia się wie­lo­krotnie w „Roku 1984” Orwell’a 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Why

    „oglądamy obraz Słońca sprzed ośmiu minut, a zatem prze­sta­rzały.” ale w sumie dlaczego tak właśnie?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Tomek

      Bo światło sło­neczne dociera do nas około 8 minut ? 😀

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Zonkil9

    A teologia to nauka formalna czy empi­ryczna? Czy teologię można nazwać w ogóle nauką? 

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      To jest bardzo dobre pytanie, które również sobie swego czasu zadałem. Sądzę, że warto byłoby zajrzeć do samych pro­fe­sorów teologii – choć nie są oni zbyt obiek­tywni. Nie­wy­klu­czone, że teologię można by potrak­tować ana­lo­gicznie do filo­zofii, którą na ogół stawia się „obok” nauki jako takiej.

      W każdym razie do nauk for­mal­nych zaliczyć jej nie sposób. To pewne.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Bar­tło­miej Kulas

      Teologia i filo­zofia to taki wyższy poziom abs­trakcji, coś jak jest Newton i Einstein, teoria kwantowa, strun…, tak na swój sposób jest nauka i teologia. I tu okazuje się że jest nie­zwykle potrzebna i wywiera duży wpływ, ale zarazem jest problem żeby ją zamknąć – tak jest i koniec. Można powie­dzieć, że stoi w rozkroku między „banalnym” empi­ry­zmem (powiedzmy Newtona), a jakąś abs­trakcją, o której w tym ładnym artykule była również mowa.
      Naj­więk­szym pro­blemem jest to że każdy musi się jakoś określić, gdzieś przybić pie­czątkę.

      (Ostatnie słowa Symeona można rozumieć jako „przymus” okre­ślenia się: „«Oto Ten prze­zna­czony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprze­ci­wiać się będą. 35 A Twoją duszę miecz prze­niknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu».”)

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Namtab Batman

    Świetny artykuł! Chyba będę go linkować każdej następnej osobie, która użyje argu­mentu „x to TYLKO teoria”.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Madrale teo­re­tycy

    A wiecie czym się różni teoria od praktyki? Teo­re­tycznie niczym 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Madrale teo­re­tycy

    Tak na poważnie, to zdjęcia Słońca w różnych zakre­sach widma niczego nie dowodzą, ponieważ ich kolory są sztucznie wyge­ne­ro­wane. Słońce obser­wo­wane gołym okiem (dla bez­pie­czeń­stwa lepiej przez filtr neu­tralnie szary o gęstości optycznej co najmniej 3,0) fak­tycznie jest jasne i żółtawe dla każdego obser­wa­tora o zdrowym wzroku (bez silnych odchyleń od pra­wi­dło­wego postrze­gania barw – czę­ściowy lub cał­ko­wity dal­to­nizm). Uwaga: mówimy o barwie Słońca powiedzmy na wyso­kości około 45 stopni nad hory­zontem. Każdy chyba kojarzy, że barwa Słońca zależy od wyso­kości nad hory­zontem (czyli długości drogi poko­ny­wanej przez światło w atmos­ferze Ziemi, bo zakładam, że obser­wacji doko­nu­jemy na powierzchni Ziemi, powiedzmy na poziomie morza na równiku) i od pory dnia (tak! przy tej samej wyso­kości rano i wie­czorem barwa jest nieco inna, ze względu na to, że rano powie­trze jest chłod­niejsze i inaczej roz­prasza światło niż po południu, gdy jest roz­grzane).
    Roz­pi­sałem się, choć i tak starałem się stresz­czać. Wybaczcie. foto­mertia i kolo­ry­me­tria to moja spe­cjal­ność.
    Wracając do zdjęć, to owszem, zgadzam się, są ciemne i mają dziwne kolory. Ale to są cechy OBRAZÓW Słońca, a nie samego Słońca.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Marcin Banach

    Czyli ciągle mogę sobie bez­karnie ujeżdżać wyznawczy „teorii strun”.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Nie do końca wiem, co przez to rozu­miesz. Teoria Strun do hipoteza. Dia­belnie skom­pli­ko­wana i bardzo ele­gancka, ale niestety dziś nie­moż­liwa do jed­no­znacz­nego zwe­ry­fi­ko­wania – co jej twórcy z żalem przy­znają. Niestety pro­blemem fizyki rzeczy naj­mniej­szych, naj­więk­szych, naj­bar­dziej ener­ge­tycz­nych itp. jest trudność prze­pro­wa­dzenia eks­pe­ry­mentu i będziemy przed tą prze­szkodą stawali coraz częściej.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marcin Banach

        Ta teoria jest czymś w rodzaju świętej krowy. Pełni rolę świec­kiej religii.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Cóż, ja takiego wrażenia w ogóle nigdy nie odnio­słem. W religii istnieje jakiś obiekt kultu, czczenia, irra­cjo­nal­ności. Tu tego nie widzę.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marcin Banach

        Kult zwi­nię­tych wymiarów.
        „nie­moż­liwa do jed­no­znacz­nego zwe­ry­fi­ko­wania” – podaj jaka część jest możliwa do zwe­ry­fi­ko­wania?
        „bardzo ele­gancka” – co w niej ele­ganc­kiego? Ele­ganckie byłoby zało­żenie że, na naj­niż­szym poziomie prze­strzeń jest jed­no­wy­mia­rowa a nie jakieś kosz­marne zwinięte wymiary – Brzytwa Ockhama się kłania.
        Ta hipoteza to przejaw poezji w fizyce i o zgrozo oglą­dając programy popu­lar­no­nau­kowe lub czytając cza­so­pisma osoba nie mająca jakiejś większej wiedzy może odnieść wrażenie, że jest to teoria naukowa.
        Oczy­wi­ście gdyby udało się ją udo­wodnić moja krytyka się kończy

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Odnoszę wrażenie, że teoria ta wzbudza w Tobie wielkie emocje – ale ja nie jestem jej twórcą, żebym miał tu potrzebę kru­szenia kopii. Żaden kult – w słow­ni­kowym sensie – nie istnieje, w każdym razie ja nigdy się z takowym nie spo­tkałem. To jest zało­żenie, przy­pusz­czenie, nikt niczego tu nie czci. Dlatego uważam Twoje słowa za prze­sa­dzone i to mocno.

        Napi­sałem wyraźnie, że teoria strun jest nie­moż­liwa do zwe­ry­fi­ko­wania, więc nie rozumiem po co powta­rzasz to samo pytanie. Oczy­wi­ście mowa o kon­fir­macji eks­pe­ry­men­talnej, bo na poziomie mate­ma­tycznym jak naj­bar­dziej możemy dużo zdziałać. Nasze dotych­cza­sowe doświad­czenia pokazują, że to już dużo. Eks­pe­ry­ment nie wchodzi w rachubę, lecz – jak w wielu innych przy­pad­kach – możliwe jest, że ktoś wpadnie na pomysł prze­te­sto­wania hipotezy „naokoło”, poszu­kując odcisków strun.

        Czy wymiary dys­kwa­li­fi­kują hipotezę? To pomysł bardzo stary, znacznie starszy niż same struny. Już Kaluza pisząc do Ein­steina uważał, że elek­tro­ma­gne­tyzm da się połączyć z gra­wi­tacją właśnie z uwzględ­nie­niem kolej­nego wymiaru. Takie wnioski nie wzięły się znikąd, z nudów, lecz z wyjąt­ko­wości poru­sza­nego zagad­nienia. Teoria wszyst­kiego nie­wąt­pliwie istnieje, bo natura jest spójna. Nie zna­leź­liśmy „prostego” roz­wią­zania (jak suge­ro­wałby Ockham), więc posta­no­wiono wyjść poza para­dygmat. A jak pisał sam Popper, taki skok jest potrzebny aby wyjść z nauko­wego impasu. Nie twierdzę, że teoria strun nie jest ślepą uliczką – ale praw­dziwe roz­wią­zanie może być równie dzi­waczne, jeśli nie bardziej.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0