W 1953 roku Hillary i Norgay weszli na szczyt Mount Everestu, a w ciągu następnych dekad kolejni himalaiści zdołali zdobyć wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Dokonania te ukazały niesamowitą skalę wytrzymałości ludzkiego organizmu. Pozwolę więc sobie zadać pytanie: jak wysoka musiałaby być hipotetyczna góra, która znalazłaby się poza zasięgiem fizycznych możliwości człowieka?

Krótko: Wysokość Mount Everestu wydaje się znaj­do­wać całkiem blisko osta­tecz­nej granicy wyso­ko­ści, którą mogą (w miarę) bez­piecz­nie osiągać współ­cze­śni wspi­na­cze, bez jakichś spe­cjal­nych ska­fan­drów.

Ciut dłużej: Do zgłę­bie­nia tematu zachę­ciły mnie słowa rzucone przez zdobywcę korony Hima­la­jów i Kara­ko­rum, Krzysz­tofa Wie­lic­kiego. Słynny wspinacz stwier­dził, iż naj­wyż­sza góra świata to wspa­niałe dzieło Stwórcy, bowiem jest akurat na tyle wysoka aby ledwo, ale jednak dało się na nią wejść. Abs­tra­hu­jąc od kwestii inte­li­gent­nego pro­jek­tanta, od razu zacie­ka­wiło mnie czy rze­czy­wi­ście niecałe 9 km n.p.m. stanowi barierę dla ludz­kiego orga­ni­zmu. I o ile musiałby jeszcze urosnąć Everest, aby zdobycie jego szczytu i bez­pieczny powrót na niziny stał się prak­tycz­nie nie­wy­ko­nalny.

Przede wszyst­kim musimy być świadomi, że już wspi­naczka na ist­nie­jące ośmio­ty­sięcz­niki wiąże się z ogromnym ryzykiem i niemal zawsze odciska się na zdrowiu eks­plo­ra­to­rów. Nie mówię tu tylko o prze­ra­ża­ją­cych odmro­że­niach wszyst­kich kończyn, lecz również o uszczerbku jakiego doznaje mózg. Neurolog Nicolás Fayed prze­ba­dał kil­ku­dzie­się­ciu entu­zja­stów gór – zarówno wyja­da­czy jak i nowi­cju­szy – w tym trzy­na­stu ata­ku­ją­cych szczyt Everestu. Skan MRI znalazł ślady dege­ne­ra­cji u zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści badanych, w tym u wszyst­kich gości Dachu świata. Dokonana po czasie powtórna analiza potwier­dziła też, że zmiany te są nie­od­wra­calne lub w naj­lep­szym przy­padku rege­ne­ra­cja trwa bardzo długo. Rzecz jest tym poważ­niej­sza, że nie­któ­rzy z uczest­ni­ków nawet nie zdołali dotrzeć na sam szczyt i żaden nie prze­by­wał tam zbyt długo – do czego przecież bywają zmuszane niektóre wyprawy, ze względu na aurę. Oczy­wi­ście nie mówimy o jakimś dra­stycz­nym spu­sto­sze­niu szarych komórek, jednak powie­dze­nie “sport to zdrowie” w przy­padku hima­la­izmu zde­cy­do­wa­nie nie znajduje zasto­so­wa­nia.
Wszystko to wiąże się z główną atrakcją ośmio­ty­sięcz­ni­ków, czyli eks­tre­mal­nie niskim ciśnie­niem i nie­wy­star­cza­ją­cym stę­że­niem tlenu. Nie­cie­kawe warunki dla życia panują już powyżej 5000 metrów, ale na wyso­ko­ści 7500–8000 metrów – zależnie od przy­ję­tej defi­ni­cji – roz­po­czyna się już tzw. strefa śmierci. Teo­re­tycz­nie skład powie­trza jest taki sam jak na dole, ale spa­da­jące ciśnie­nie powoduje, iż każdy oddech dostar­cza orga­ni­zmowi o 2/3 mniej tlenu niż nor­mal­nie. Połączmy to z tyta­nicz­nym wysił­kiem zdobywcy, hura­ga­no­wym wiatrem i tem­pe­ra­tu­rami docho­dzą­cymi do -20°C latem i -50°C zimą, a otrzy­mamy jedno z naj­więk­szych wyzwań Matki Natury. O dziwo jednak, spro­stało mu do chwili obecnej ponad 4 tysiące osób, przy około 300 ofiarach śmier­tel­nych.

Skon­cen­trujmy się na samym pro­ble­mie wyso­ko­ści. Umowna granica oddzie­la­jąca czło­wieka od prze­strzeni kosmicz­nej, znajduje się 100 kilo­me­trów nad naszymi głowami. Jednak roz­wa­żana góra-gigant dostępna dla czło­wieka, musia­łaby być znacznie niższa – z całą pew­no­ścią nie wykra­cza­jąc ponad 19 kilo­me­trów nad poziom morza. Mniej więcej na tym pułapie prze­biega bowiem linia Arm­stronga (od pilota Harry’ego Arm­stronga, nie astro­nauty Neila Arm­stronga), ponad którą krew zaczyna… wrzeć. Dosłow­nie. Z im niższym ciśnie­niem mamy do czy­nie­nia, tym mniej­szej tem­pe­ra­tury potrze­bu­jemy żeby zago­to­wać ciecz. Przy­kła­dowo czajnik z wodą na szczycie Everestu zagwiż­dże już przy osią­gnię­ciu 68°C. Po wznie­sie­niu się na pułap 19 kilo­me­trów, roz­rze­dzone powie­trze pozwala na zago­to­wa­nie wody w tem­pe­ra­tu­rze zaledwie 37°C. Teo­re­tycz­nie układ krwio­no­śny pozo­staje zamknięty, ale jaka­kol­wiek rana – a o to w górach nie­trudno – nie­chyb­nie dopro­wa­dzi do wyjąt­kowo nie­przy­jem­nej agonii. Swoją drogą, wrzenie śliny i łez również nie brzmi zachę­ca­jąco.

Już wcze­śniej, bo na 12 kilo­me­trach (choć granica jest nieostra i zależy od sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej) kończy się tro­pos­fera. Zatem Dachowi świata już bliżej niż dalej do krańca naj­niż­szej, gęstej i życio­daj­nej warstwy atmos­fery. Leżąca powyżej stra­tos­fera posiada jednak pewną zaletę. Mia­no­wi­cie, o ile tem­pe­ra­tura w górach wraz ze wzrostem wyso­ko­ści nie­ubła­ga­nie spada, o tyle przy wejściu w stra­tos­ferę sytuacja ulega odwró­ce­niu i powoli zaczyna znów rosnąć, aż do znośnego 0°C. Mimo to, wyściu­bia­nie nosa poza tro­pos­ferę nie stanowi naj­lep­szego pomysłu. Ciśnie­nie nadal spada i powie­trze jest dzie­się­cio­krot­nie bardziej roz­rze­dzone od nizin­nego, unie­moż­li­wia­jąc efek­tywne zaopa­trze­nie mózgu i tkanek w tlen. Człowiek by się dusił, a miękkie tkanki puchły. Poza tym, to właśnie na tych wyso­ko­ściach ozon zatrzy­muje więk­szość szko­dli­wych promieni UV. Jeśli więc już na ośmio­ty­sięcz­ni­kach wielu śmiałków cierpi na tzw. ślepotę śnieżną, to po prze­kro­cze­niu 12 kilo­me­trów nasze oczy jak i skóra, naprawdę solidnie by oberwały. Z czystej przekory mogli­by­śmy podumać nad tym czy atak na stra­tos­fe­ryczny szczyt, przy odpo­wied­nim sprzęcie, nie byłby wyko­nalny. W końcu chojrak pomógłby sobie butlą z tlenem i użył odpo­wied­niej odzieży ochron­nej – podobnie jak na niższych wyso­ko­ściach. Jednak i tak nie sądzę aby kla­syczny hima­la­izm w jaki­kol­wiek sposób podołał takiemu wyzwaniu. Już w momencie wkro­cze­nia do strefy śmierci, prze­by­cie każdych kil­ku­dzie­się­ciu metrów stanowi katorgę dla wszyst­kich układów ciała. Tutaj nato­miast roz­pa­tru­jemy dorzu­ce­nie stra­ceń­cowi jeszcze całych kilo­me­trów(!). Bez wąt­pie­nia nie prze­byłby takiej drogi za jednym razem i wyma­gałby zało­że­nia jednego lub kilku obozów. Innymi słowy musiałby prze­trwać całe dni w strefie śmierci i wyżej, co brzmi wręcz nie­do­rzecz­nie.

Zresztą, to kolejna ważna wska­zówka. Zakła­da­jąc, iż ostatni obóz nie powinien leżeć powyżej 8 kilo­me­trów, nasza hipo­te­tyczna góra musi posiadać szczyt umoż­li­wia­jący prze­pro­wa­dze­nie ataku i powrót do bazy w jednym ciągu. Pytanie brzmi, jak długo można wspinać się w strefie śmierci bez odpo­czynku w obozie? Tu niestety w grę wchodzi cała masa zmien­nych, doty­czą­cych zarówno pogody jak i pre­dys­po­zy­cji hima­la­isty (cie­ka­wostka: więk­szość Tybe­tań­czy­ków cieszy się posia­da­niem uni­ka­to­wego genu EGLN1, znacznie zmniej­sza­ją­cego wraż­li­wość na brak tlenu). Oczy­wi­ście z tego powodu, nie sposób podać tu kon­kret­nej liczby, bo przecież zawsze może być “o metr więcej”. Z relacji wielu wspi­na­czy można nato­miast wywnio­sko­wać, że na poziomie 8848 metrów wciąż czuli się nieźle, więc przy sprzy­ja­ją­cych warun­kach pewnie zdo­ła­liby przeć dalej. Nie byłaby to jednak impo­nu­jąca wysokość. Nawet przy dobrej pogodzie, mróz i nie­do­tle­nie­nie dra­stycz­nie utrud­niają każdy kolejny krok. Historia zna liczne przy­padki eks­plo­ra­to­rów, którzy wyco­fy­wali się z akcji, mimo podej­ścia na śmiesz­nie mały – z naszej per­spek­tywy – dystans 100 metrów od celu.

Jest jeszcze jeden aspekt, na który uwagę zwrócił w jednym z wywiadów Leszek Cichy. Zimowy zdobywca Mount Everestu stwier­dził, że mniej więcej 400–500 metrów ponad szczytem naj­wyż­szej góry globu, ciśnie­nie powinno już unie­moż­li­wić pra­wi­dłowe zacho­dze­nie osmozy w komór­kach. Mogłoby dopro­wa­dzić wręcz do zjawiska odwrot­nej osmozy, co kate­go­rycz­nie wyklucza wspi­naczkę. Jeśli nie prze­sa­dził w swoich prze­wi­dy­wa­niach, to naj­wyż­szy szczyt dostępny dla czło­wieka powinien leżeć nie wyżej niż jakieś 9400 metrów ponad poziomem morza, acz­kol­wiek obni­żył­bym ten pułap jeszcze o jakieś 200 metrów. Tak czy inaczej mowa o zaledwie kilkuset metrach ponad to co fak­tycz­nie zaofe­ro­wała nam natura, zaś słowa Krzysz­tofa Wie­lic­kiego zdają się znaj­do­wać odzwier­cie­dle­nie w rze­czy­wi­sto­ści. Hipo­te­tyczne dzie­się­cio­ty­sięcz­niki byłyby dla nas abso­lut­nie nie­do­stępne.

  • Cayden Cailean

    Świetny artykuł — dzięki!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Kamil Roszak

    A jak by tak zbudować ska­fan­der do wspi­naczki? Który zapewnił by odpo­wied­nią ochronę przez zimnem i brakiem tlenu, do tego posiadał jakiś system chro­niący przed upadkami. Wtedy naj­więk­sza góra świata nie była by już takim wyzwa­niem 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ania

      Mi się wydaje, że kie­run­kiem rozwoju ska­fan­drów będzie foto­wol­ta­ika. Jak już opa­no­wane zostanie two­rze­nie giętkich i lekkich paneli foto­wol­ta­icz­nych, skończy się problem odmrożeń i zimna.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Krzysz­tof Drabik

        Nie sądze. Stała sło­neczna na orbicie wynosi ok 1.3kW/m2. Po przej­ściu przez atmos­fere jest to o kilkaset wat mniej. Ważny jest też kąt pod jakim pada światło na panel. Naj­więk­szy zysk ener­ge­tyczny jest przy kącie prostym. Leżąc niestety nie da się wejść na Mount Everest… Po prze­mno­że­niu stałej sło­necz­nej przez “powierzch­nię” czło­wieka pewnie zosta­łoby kila­dzie­siąt wat zysku (przy zało­że­niu 100% spraw­no­ści). To trochę mało by się ogrzać… No i zostaje jeszcze kwestia pogody i przy­kry­cia paneli śniegiem…

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Krzysz­tof Drabik

      Też mnie ten temat zasta­na­wiał. Aby zmniej­szyć masę ska­fan­dra można by go zin­te­gro­wać z kom­pre­so­rem który byłby napę­dzany siłą mięśni użyt­kow­nika. Nadmiar powie­trza byłby usuwany auto­ma­tycz­nym zaworem regu­la­cyj­nym. Dodat­kowo mikro-wymien­nik ciepła mógłby odzy­ski­wać ciepło z wypusz­cza­nego, zużytego powie­trza. Pozo­staje kwestia prak­tycz­no­ści — jak w tym jeść, spać, wydalać, czy wymien­nik ciepła się nie oblodzi. Oraz czy człowiek przeżyje dekom­pre­sje…

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Wilq

        To jeszcze oszcza­cuj jaka sila miesni jest potrzebna zeby skom­pre­so­wac wystar­cza­jaca ilosc tlenu i jakich roz­mia­row musialby byc mecha­niczny kom­pre­sor.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Wilq

      Pro­ble­mem byloby skad wziac tlen do ska­fan­dra.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Kamil Roszak

        Tlen do ska­fan­dra nie był by pro­ble­mem. Można go pobrać z atmos­fery i podać po prostu w odpo­wied­nim stężeniu użyt­kow­ni­kowi.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Wilq

        Yyy… a jakby go sprezono?

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Kamil Roszak

        Tym zaj­mo­wały by się systemy hipo­te­tycz­nego ska­fan­dra.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        Systemy, które musia­łyby być zasilane. Czyli nie byłby to już wyczyn osią­gnięty wyłącz­nie siłą ludzkich mięśni i energią wypro­du­ko­waną w orga­ni­zmie. W ten sposób (np. w ska­fan­drze kosmicz­nym i egzosz­kie­le­cie zasi­la­nym stosem atomowym) mogli­by­śmy “zdobyć” dowolną górę. Tylko co to ma wspól­nego z ogra­ni­cze­niami orga­ni­zmu…

        Z podob­nych powodów, pewien obecnie bardzo znany hima­la­ista nie stosuje np. che­micz­nych “ogrze­wa­czy”. Coś w tym jest…

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • kasia

    Kolega pyta:“poważnie nie da się w labo­ra­to­rium zasy­mu­lo­wać ciśnie­nia i składu powie­trza z 10 000 m?”

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Da się, w końcu skądś powyższe prze­słanki wycią­gnę­li­śmy. Przy czym tego typu badania, jeśli już, to prowadzi się nie w kon­tek­ście wspi­naczki a np. lot­nic­twa. Kiedyś pro­wa­dzono również eks­pe­ry­menty na zwie­rzę­tach, ale z uwagi na ich cier­pie­nie to już nie wchodzi w grę.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Tomek Wątroba

    Od kiedy Rysy ma 2503 m.n.p.m ? A co do reszty artykuły, to zacny był.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Pia­stunka

      W sumie to od zawsze.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Prze­my­sław Rapacz

      Środkowy wierz­cho­łek Rysów po stronie sło­wac­kiej ma 2503 m.n.p.m.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Wojciech Nowa­kow­ski

    Zasta­na­wia­łem się kiedyś nad innym, choć nieco pokrew­nym zagad­nie­niem — czy istniała kiedyś góra wyższa od Mount Everestu? Płyty tek­to­nicz­nie w historii Ziemi zderzały się wie­lo­krot­nie, coś takiego jak obecna kolizja Półwyspu Indyj­skiego z płytą azja­tycką też pewnie się zdarzało. Oczy­wi­ście to tylko dywa­ga­cje, bo nigdy już tego nie zmie­rzymy.
    Druga kwestia — jak wysoki może być teo­re­tycz­nie naj­wyż­szy szczyt na naszej planecie? Czytałem gdzieś, że masyw Everestu jest już tak “ciężki” (miliardy ton?), że struk­tura jeszcze masyw­niej­sza mogłaby się “zapaść” pod własnym ciężarem — pamię­tajmy, że cała skorupa ziemska “pływa” na oceanie magmy.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Agnieszka Zawieja

      Według geologów naj­wyż­szy pułap to właśnie okolice 9 km. Dokład­nie jak napi­sa­łeś gdyby istniały wyższe góry zapadły by się co nazwane jest kolanem gra­wi­ta­cyj­nym. Gdzieś tu jest mój komen­tarz odnośnie tego zagad­nie­nia 🙂

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Monika

        Agnieszko, w swoim poprzed­niej wypo­wie­dzi użyłaś sfor­mu­ło­wa­nia “KOMPAS gra­wi­ta­cyjny”, a tutaj “KOLANO gra­wi­ta­cyjne”. Czy nie chodziło Ci przy­pad­kiem o KOLAPS gra­wi­ta­cyjny (w końcu mowa o zapa­da­niu się materii pod wpływem gra­wi­ta­cji)? Jeśli tak, to proszę Cię o większą uwagę przy wpro­wa­dza­niu innym ludziom nowych pojęć, bo później będą powielać ten błąd (w końcu tak się wypo­wie­dział geolog, czyli spe­cja­li­sta w temacie). Pozdra­wiam 🙂

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        Zapewne auto­ko­rekta przy wpro­wa­dza­niu zadzia­łała…

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Payap

    Dobry artykuł 🙂
    Ten artykuł to dobry przykład tego, jak można fajnie ożenić zwykłych ludzi z nauką 🙂

    Dlaczego nie wystę­puje to częściej na Kwantowo?
    Mam dwie diagnozy 🙂

    1. Za dużo tematów ściśle nauko­wych — głównie fizyka, kosmos itp.
    Zde­cy­do­wa­nie pchnął­bym tematy na nieco płytsze, dostęp­niej­sze wody. Co wcale nie oznacza, że byłoby mniej ciekawe. Ten ostatni arytkuł o wspi­naczce jest tego dobrym przy­kła­dem.
    Po prostu więcej nauko­wych tematów powią­za­nych ze spo­łe­czeń­stwem, życiem codzien­nym czy z aktu­al­nymi wyda­rze­niami. I byłoby git 🙂

    2. Często artykuły są zbyt długie.
    Ostatnio, np “Fizyk, który uśmier­cił dino­zaury” — to fajny temat, ale chyba nie na tyle super-ważny, żeby go roz­wle­kać. To taki typowy temat jak o tej wspi­naczce, i podobną też powinien mieć długość. A jest niestety roz­cią­gnięty do granic.
    Robisz sobie tutaj podwój­nie pod górkę — wkładasz więcej pracy, a mniej osób doczy­tuje do końca artykułu (tak było też ze mną).

    Również ostatnio — “Kosmiczne Symfonie” — choć tutaj rozumiem bardziej, bo temat Symfonii to w pewnym sensie esencja Kwantowo i rozumiem, że takie dłuższe artykuły powinny się tutaj znaj­do­wać.
    Jednak trzeba mieć świa­do­mość że te 3 części artykułu, są już w ogóle nie do prze­brnię­cia dla prze­cięt­niaka — bo nie dość, że dlugie, to jeszcze cięzkie. A może warto byłoby też pokom­bi­no­wać, jak to wszystko przed­sta­wić w nieco bardziej przy­stęp­nej formie 🙂

    Ale tak jak napi­sa­łem — to tylko początek, takich różnych arty­ku­łów dłu­ga­śnych, i przy okazji ciężkich, jest na Kwantowo bardzo wiele. Zbyt wiele.

    Pod­su­mo­wu­jąc, pogo­dził­bym jeszcze raz wszystko od nowa:
    — krótsze i przy­stęp­niej­sze tematy — większa ilość ludzi by na tym sko­rzy­stała, i ty też.
    — zostawić niektóre ciężkie kobyły typu ‘Kosmiczna Symfonia’ — bo gdzieś czuję, że to twój żywioł, i dla wielu ludzi również
    — zmienić nieco pro­por­cje — więcej krót­szych, przy­stęp­niej­szych tematów, a mniej dużych kobył.

    pozdra­wiam i powo­dze­nia.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Marcin Piotr

      A gdzie tu duże kobyły? Arty­ku­liki akurat w sam raz, nawet mogłyby być dłuższe, bo zawsze zosta­wiają mnie z pewnym nie­do­sy­tem…

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Wilq

    Czemu krew w zylach mialaby sie gotowac skoro nie jest wysta­wiona na dzia­la­nie atmos­fery? Podobnie jak krew nie bedzie sie gotowac w zylach kosmo­nau­tom wysta­wio­nym na dzia­la­nie prozni.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Marcin Piotr

      No a gdzie jest napisane, że krew w żyłach miałaby się gotować? Czarno na białym stoi, że:

      Teo­re­tycz­nie układ krwio­no­śny pozo­staje
      zamknięty, ale jaka­kol­wiek rana – a o to w górach nie­trudno – nie­chyb­nie
      dopro­wa­dzi do wyjąt­kowo nie­przy­jem­nej agonii.

      Czyli inaczej mówiąc dokąd nie masz nigdzie rany wszystko jest (mniej więcej) OK. Problem polega na tym, że jak się zranisz… Choć tak z drugiej strony myślę sobie, że jednak i to nie byłoby jakimś wielkim pro­ble­mem- w końcu od czegoś te płytki krwi mamy a odpa­ro­wa­nie wody + akty­wa­cja białek kaskady krzep­nię­cia + agre­ga­cja płytek krwi dałoby dość szybko solidny skrzep. Co do wrzenia łez- łzy praw­do­po­dob­nie by nie wrzały, bo tem­pe­ra­tura zewnętrz­nej powierzchni skóry i gałki ocznej wysta­wiona na mróz ma tem­pe­ra­turę niższą od szkol­nego 36,6. Co do śliny- to fak­tycz­nie- tu już by wrzało. Ale jest jeszcze jeden- i to problem bardzo poważny- problem, przy którym wrzenie śliny to tylko taka sobie cie­ka­wostka. Otóż polega on na tym, że do pra­wi­dło­wej wymiany gazowej między powie­trzem a układem krwio­no­śnym pęche­rzyk płucny “od strony atmos­fery” MUSI być pokryty cienką warstwą śluzu. Tlen najpierw roz­pusz­cza się w tej cie­niut­kiej zewnętrz­nej war­stewce cieczy (której głównym skład­ni­kiem jest oczy­wi­ście woda) a następ­nie dopiero jest wychwy­ty­wany przez pneu­mo­cyt. Odpa­ro­wa­nie tej war­stewki cał­ko­wi­cie zatrzy­muje wymianę gazową (po prostu pneu­mo­cyty nie są w stanie zaab­sor­bo­wać tlenu z gazu- mogą to zrobić tylko ze śro­do­wi­ska cieczy). Oczy­wi­ście organizm będzie się przed tym bronił gwał­tow­nie wydzie­la­jąc duże ilości śluzu (czyli prze­no­sząc wodę z osocza do pęche­rzyka płucnego). Pozo­stają tylko 3 “ale”: Po pierwsze czy będzie w stanie nadążyć za odpa­ro­wy­wu­jącą wodą aby utrzymać minimum nie­zbęd­nej wil­got­no­ści? Po drugie: nawet jeżeli będzie w stanie nadążyć to w dalszym ciągu “wygo­to­wy­wa­nie wody z krwi przez płuca” jest taką dość umiar­ko­wa­nie atrak­cyjną per­spek­tywą… No i po trzecie: przej­ście fazowe wody z cieczy do gazu (czyli mówiąc “po ludzku“p odpa­ro­wy­wa­nie) wiąże się z pobra­niem olbrzy­mich ilości ciepła. W tym wypadku źródłem tego ciepła będzie sam organizm co oznacza, że będzie się on bardzo szybko wyzię­biał (dokład­nie ten sam mecha­nizm co przy spoceniu). Pod­su­mo­wu­jąc: gwał­towne wyzię­bia­nie orga­ni­zmu przy (opty­mi­stycz­nie) -20 C… No kiepsko to widzę.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marcin Piotr

        No tak… Nie pomy­śla­łem o tym, że w stra­tos­fe­rze… im wyżej tym cieplej. Czyli odwrot­nie niż “u nas” w tro­pos­fe­rze, więc z tym wyzię­bia­niem przy -20 C prze­sa­dzi­łem. Wyzię­bia­nie oczy­wi­ście będzie, ale nie przy -20.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Agnieszka Zawieja

    Pisząc okiem geologa, dodam, że same góry powyżej ok 9 km nie mogą istnieć. Dojdzie do kompasu gra­wi­ta­cyj­nego, a góra i tak się obniży. Tak więc granicą jaka nałożyła na wysokość gór nasza planeta to właśnie okolica 9 km. Trzeba zwrócić tu uwagę na fakt, że sama skorupa kon­ty­nen­talne ma średnia grubość ok 35 km, nato­miast pod Hima­la­jami wynosi ona aż 75 km. W dolnej części skorupy panują zbyt wysokie ciśnie­nia, dochodzą wysokie tem­pe­ra­tury, a skały zaczy­nają się topić i “uciekać” z miejsc naj­więk­szych naprężeń 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Krystian Dłużniak

      Właśnie tej infor­ma­cji szukałem. Thx.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • adz0

    Super artykuł! Od dzisiaj zaczynam czytać bloga. Podzię­kuj za reklamę To Tylko Teoria. 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • pwgdrk

    “O dziwo jednak, spro­stało mu do chwili obecnej ponad 4 tysiące osób, przy około 300 ofiarach śmier­tel­nych.” — Z tych 4000 praw­do­po­dob­nie ponad 90% wcho­dziło ze wspo­ma­ga­niem tlenowym, co — jak twierdzą eksperci — obniża rela­tywne odczu­wa­nie wyso­ko­ści o ok 2000 m — z Everestu robi się wysoki sze­ścio­ty­sięcz­nik.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Prawda, choć nie zapo­mi­najmy, że sam tlen do oddy­cha­nia nie zmienia innych wartości Everestu, w tym wpływu ciśnie­nia na tkanki, osmozę itp. Poza tym mogę się mylić, ale raczej nikt nie wchodzi na górę przy­ssany do butli jak nurek :). Tlen z butli tylko łyka się co jakiś czas, a nie oddycha nim przez całą wędrówkę.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Skate

    Olympus Mons na Marsie ma ponad 20 km wyso­ko­ści, przy naszych ziem­skich szczy­tach to dopiero gigant.

    Ciekawe czy ludzki organizm byłby w stanie zaadop­to­wać się do jeszcze większej wyso­ko­ści. Człowiek prze­nie­siony z poziomu morza na szczyt Everestu praw­do­po­dob­nie umarłby po kilku minutach, nato­miast po odpo­wied­nim przy­go­to­wa­niu jest w stanie prze­trzy­mać 2 dni. Bardzo dużo zależy od pre­dys­po­zy­cji osob­ni­czych. Z zapewne nie do końca pozna­nych powodów jedni wspi­na­cze mają dużą lepszą tole­ran­cję na wysokość niż inni. Ktoś może być bardzo dobrym, wydajnym spor­tow­cem na nizinach a okazuje się że już na wyso­ko­ści 5 tys. metrów kom­plet­nie wysiada.

    Może szczyty 9–10 tysięczne fak­tycz­nie nale­ża­łoby zacząć zdobywać w ska­fan­drach i dopiero z czasem udałoby się ogra­ni­czyć wspo­ma­ga­nie. Wszyst­kie ośmio­ty­sięcz­niki zostały zdobyte z użyciem tlenu, nato­miast teraz hima­la­iści biegają bez butli i wejście na szczyt z użyciem tlenu jest ze spor­to­wego punktu widzenia uznawane za bez­war­to­ściowe.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      W związku z tym co napi­sa­łeś na temat wydol­no­ści spor­tow­ców, która wysiada przy dużej wyso­ko­ści, warto wspo­mnieć o przy­padku Boliwii. Powszech­nie znany jest fakt, że o ile boli­wij­scy piłkarze do elity nie nalezą, to dziwnym trafem u siebie potrafią wygrać z każdym prze­ciw­ni­kiem. 🙂 La Paz jako najwyżej położona stolica świata, zawsze daje niezły wycisk przy­jezd­nym.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Joanna Goc-Celuch

    Super artykuł 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Mariusz So

    Ad. niskich ciśnień i dużych wyso­ko­ści. W Polsce takie badania prowadzi Wojskowy Instytut Medycyny Lot­ni­czej. Komora niskich ciśnień to stan­dar­dowe badanie dla per­so­nelu lata­ją­cego i skoczków spa­do­chro­no­wych. Sprawdza się organizm na 10 km z tlenem oraz na 7,5 km bez tlenu — tj. wchodzi się na 7,5 km, odłącza tlen, a badany w tym czasie roz­wią­zuje testy, spraw­dzane są reakcje na nie­do­tle­nie­nie. Średni czas, po którym satu­ra­cja spadnie do 70% to 2 do 4 min. Przy tym poziomie tlen jest pod­łą­czany. Pod­su­mo­wu­jąc: dla nie­za­akli­ma­ty­zo­wa­nego czło­wieka “wysa­dze­nie” na 7,5 km oznacza kilka minut, zanim straci przy­tom­ność. Umrzeć nie umrzemy, ale lekko nie będzie 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0