Na jaką maksymalną wysokość może wspiąć się człowiek?

W 1953 roku Hillary i Norgay weszli na szczyt Mount Everestu, a w ciągu następnych dekad kolejni himalaiści zdołali zdobyć wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Dokonania te ukazały niesamowitą skalę wytrzymałości ludzkiego organizmu. Pozwolę więc sobie zadać pytanie: jak wysoka musiałaby być hipotetyczna góra, która znalazłaby się poza zasięgiem fizycznych możliwości człowieka?

Krótko: Wysokość Mount Everestu wydaje się znajdować całkiem blisko ostatecznej granicy wysokości, którą mogą (w miarę) bezpiecznie osiągać współcześni wspinacze, bez jakichś specjalnych skafandrów.

Do zgłębienia tematu zachęciły mnie słowa rzucone przez zdobywcę korony Himalajów i Karakorum, Krzysztofa Wielickiego. Słynny wspinacz stwierdził, iż najwyższa góra świata to wspaniałe dzieło Stwórcy, bowiem jest akurat na tyle wysoka aby ledwo, ale jednak dało się na nią wejść. Abstrahując od kwestii inteligentnego projektanta, od razu zaciekawiło mnie, czy rzeczywiście niecałe 9 km n.p.m. stanowi barierę dla ludzkiego organizmu? I o ile musiałby jeszcze urosnąć Everest, aby zdobycie jego szczytu i bezpieczny powrót na niziny stał się praktycznie niewykonalny?

Przede wszystkim musimy być świadomi, że już wspinaczka na istniejące ośmiotysięczniki wiąże się z ogromnym ryzykiem i niemal zawsze odciska piętno na zdrowiu eksploratorów. Nie mówię tu tylko o przerażających odmrożeniach wszystkich kończyn, lecz również o uszczerbku jakiego doznaje mózg. Neurolog Nicolás Fayed przebadał kilkudziesięciu entuzjastów gór, wyjadaczy jak i nowicjuszy, w tym trzynastu atakujących szczyt Everestu. Skan MRI wykazał ślady degeneracji u zdecydowanej większości badanych, w tym u wszystkich (!) gości Dachu świata. Dokonana po czasie powtórna analiza potwierdziła też, że zmiany te są nieodwracalne lub w najlepszym przypadku regeneracja trwa bardzo długo. Rzecz jest tym poważniejsza, że niektórzy z uczestników nawet nie zdołali dotrzeć na sam szczyt i żaden nie przebywał tam zbyt długo – do czego przecież bywają zmuszane niektóre wyprawy, ze względu na aurę.

Nawet jeśli spustoszenie szarych komórek nie było drastyczne, powiedzenie “sport to zdrowie” w przypadku himalaizmu zdecydowanie nie znajduje zastosowania.

Wysokość Mount Everest

Wszystko kłopoty wiążą się z główną atrakcją ośmiotysięczników, czyli ekstremalnie niskim ciśnieniem i związanym z nim niewystarczającym stężeniem tlenu. Nieciekawe warunki dla życia panują już powyżej 5000 metrów, a już na wysokości 7500-8000 metrów – zależnie od przyjętej definicji – rozpoczyna się już tzw. strefa śmierci. Teoretycznie skład powietrza jest taki sam jak na dole, ale spadające ciśnienie powoduje, że każdy oddech dostarcza organizmowi o 2/3 mniej tlenu niż normalnie. Połączmy to z tytanicznym wysiłkiem zdobywcy, huraganowym wiatrem i temperaturami dochodzącymi do -20°C latem i -50°C zimą, a otrzymamy jedno z największych wyzwań Matki Natury. O dziwo jednak, sprostało mu do chwili obecnej ponad 4 tysiące osób, przy zaledwie 300 ofiarach śmiertelnych.

Skoncentrujmy się na samym problemie wysokości. Umowna granica oddzielająca człowieka od przestrzeni kosmicznej, znajduje się 100 kilometrów nad naszymi głowami. Jednak ludzki organizm trafi na poważne przeszkody znacznie wcześniej. Przykładowo, mniej więcej na pułapie 19 kilometrów przebiega linia Armstronga (od pilota Harry’ego Armstronga, nie astronauty Neila Armstronga), ponad którą krew zaczyna… wrzeć. Dosłownie. Z im niższym ciśnieniem mamy do czynienia, tym mniejszej temperatury potrzebujemy żeby zagotować ciecz. Przykładowo czajnik z wodą na szczycie Everestu zagwiżdże już przy osiągnięciu 68°C. Po wzniesieniu się na pułap 19 km, rozrzedzone powietrze pozwala na zagotowanie wody w temperaturze zaledwie 37°C. Teoretycznie układ krwionośny pozostaje zamknięty, ale jakakolwiek rana – a przecież o to w górach nietrudno – niechybnie doprowadzi do wyjątkowo nieprzyjemnej agonii. Zresztą, wrzenie śliny i łez również nie brzmi zachęcająco.

Już wcześniej, bo na 12 kilometrach (choć granica jest nieostra i zależy od szerokości geograficznej) kończy się troposfera, czyli najniższa, gęsta i życiodajna warstwa atmosfery. Leżąca powyżej stratosfera posiada jedną zaletę. Mianowicie, o ile temperatura w górach wraz ze wzrostem wysokości nieubłaganie spada, o tyle przy wejściu w stratosferę sytuacja ulega odwróceniu i powoli zaczyna znów rosnąć, aż do znośnego 0°C.

Mimo to, wyściubianie nosa poza troposferę nie stanowi najlepszego pomysłu. Ciśnienie nadal spada i powietrze jest dziesięciokrotnie bardziej rozrzedzone od nizinnego, uniemożliwiając efektywne zaopatrzenie mózgu i tkanek w tlen. Człowiek zacząłby się dusić, a miękkie tkanki puchnąć. Poza tym, to właśnie na tych wysokościach ozon zatrzymuje większość szkodliwych promieni UV. Jeśli więc już na ośmiotysięcznikach wielu śmiałków cierpi na tzw. ślepotę śnieżną, to po przekroczeniu 12 kilometrów nasze oczy jak i skóra potrzebowałyby naprawdę mocnej ochrony.

Z czystej przekory moglibyśmy podumać nad tym czy atak na stratosferyczny szczyt, przy odpowiednim sprzęcie i odrobinie szczęście, byłby wykonalny. W końcu chojrak pomógłby sobie butlą z tlenem i użył odpowiedniej odzieży – podobnie jak na niższych wysokościach. Jednak i tak nie sądzę aby klasyczny himalaizm w jakikolwiek sposób podołał takiemu wyzwaniu. Już w momencie wkroczenia do strefy śmierci, przebycie każdych kilkudziesięciu metrów stanowi katorgę dla wszystkich układów ciała. Tutaj natomiast rozpatrujemy dorzucenie straceńcowi jeszcze całych kilometrów (!). Bez wątpienia nie przebyłby takiej drogi za jednym razem i wymagałby założenia jednego lub kilku obozów. Innymi słowy musiałby przetrwać wiele czasu strefie śmierci i wyżej, co brzmi wręcz niedorzecznie.

Zresztą, to kolejna ważna wskazówka. Zakładając, iż ostatni obóz nie powinien leżeć powyżej 8 kilometrów, nasza hipotetyczna góra musi posiadać szczyt umożliwiający przeprowadzenie ataku i powrót do bazy w jednym ciągu. Pytanie brzmi, jak długo można wspinać się w strefie śmierci bez odpoczynku w obozie? Tu niestety w grę wchodzi cała masa zmiennych, dotyczących zarówno pogody jak i predyspozycji himalaisty (ciekawostka: większość Tybetańczyków cieszy się posiadaniem unikatowego genu EGLN1, znacznie zmniejszającego wrażliwość na brak tlenu). Oczywiście z tego powodu, nie sposób podać tu konkretnej liczby, bo przecież zawsze może być “o metr więcej”. Z relacji wielu wspinaczy można natomiast wywnioskować, że na poziomie 8848 metrów wciąż czuli się nieźle, więc przy sprzyjających warunkach pewnie zdołaliby przeć dalej. Nie byłaby to jednak imponująca wysokość. Nawet przy dobrej pogodzie, mróz i niedotlenienie drastycznie utrudniają każdy kolejny krok. Historia zna liczne przypadki eksploratorów, którzy wycofywali się z akcji, mimo podejścia na śmiesznie mały – z naszej perspektywy – dystans 100 metrów od celu.

Jest jeszcze jeden aspekt, na który uwagę zwrócił w jednym z wywiadów Leszek Cichy. Zimowy zdobywca Mount Everestu stwierdził, że mniej więcej 400-500 metrów ponad szczytem najwyższej góry globu, ciśnienie powinno już uniemożliwić prawidłowe zachodzenie osmozy w komórkach. Mogłoby doprowadzić wręcz do zjawiska odwrotnej osmozy, co kategorycznie wyklucza wspinaczkę. Jeśli nie przesadził w swoich przewidywaniach, to najwyższy szczyt dostępny dla człowieka powinien leżeć nie wyżej niż jakieś 9400 metrów ponad poziomem morza, aczkolwiek obniżyłbym ten pułap jeszcze o jakieś 200 metrów. Tak czy inaczej mowa o zaledwie kilkuset metrach ponad to co faktycznie zaoferowała nam natura, zaś słowa Krzysztofa Wielickiego zdają się znajdować odzwierciedlenie w rzeczywistości. Hipotetyczne dziesięciotysięczniki byłyby dla nas absolutnie niedostępne.

Test na ratunek Ziemi Masa Ziemi rośnie czy maleje? Co leży poza wszechświatem obserwowalnym?