Podążając za Saganem: jesteś gotowy umrzeć za naukę?

Zawsze mnie to nurtowało. Historia pęka w szwach, wypełniona tysiącami osób, które poniosły najwyższą cenę w imię wzniosłych idei. Za naród, za religię, za wolność. A czy człowiek jest zdolny do poświęcenia zdrowia i życia dla nauki?

Niniejszy tekst to drugi z serii inspirowanej najwybitniejszymi dziełami gatunku literatury science-fiction. Kontynuujemy rozważania na temat dzieła Carla Sagana, Kontakt.

Jeśli wierzyć XV-wiecznym rycinom, chiński wynalazca Wan Hu, miał przymocować do swojego fotela rakiety napełnione prochem aby wznieść się w powietrze. Próba wyprzedzenia swojej epoki, nie skończyła się dlań dobrze, ale legenda pozostała. Warto zauważyć, że do kultury nie przebija się zbyt wiele postaci historycznych lub fikcyjnych pokroju Wan Hu. W utworach literackich opiewamy głównie mężnych herosów walczących o prawdę, sprawiedliwość, wolność, miłość i tak dalej. Wolimy czcić rycerskie czyny Rolanda walczącego z Saracenami, niż wizjonera, ginącego podczas próby dokonania rewolucyjnego doświadczenia.

Zabawne, że do największych poświęceń, nierzadko zachęcają nas najbardziej nieuchwytne, wręcz abstrakcyjne idee. Kartkując księgę dziejów natrafimy na miliony ludzi, cierpiących męki w obronie swego boga, ojczyzny lub filozofii. Nauka, pojawia się w podobnym kontekście raczej okazjonalnie. Biorąc pod uwagę skalę prześladowań z powodów narodowościowych, politycznych lub religijnych, pojedyncze przypadki naukowych męczenników (w tym miejscu pokłon dla Giordano Bruno) wypadają raczej blado.

Ostatnie stosy dawno wygasły, ale o bohaterów nauki jest dzisiaj jakby łatwiej. Żeby nie być gołosłownym: w moim przekonaniu do tego elitarnego grona, z czystym sumieniem należy zaliczyć wszystkie osoby biorące udział w fundamentalnym dziele eksplorowania przestrzeni kosmicznej. Takie nazwy jak Sojuz 1, Challenger, Apollo 13, Columbia, Sojuz 13, przypominają nam, że każda wyprawa ponad atmosferę, każdy kosmiczny spacer, każde lądowanie i start rakiety bądź promu, to stąpanie po bardzo kruchym lodzie. Jedno tąpnięcie lub fałszywy ruch wystarczy aby po załodze została mokra plama. (Temat w interesujący sposób podejmuje “Grawitacja” Cuaróna – nawet jeśli film ma niewiele wspólnego z realizmem.) Być może śmiałkowie decydują się na potworne ryzyko kierowani żądzą przygody, a może zwykłym pragnieniem sławy – nie wnikam – jednak, samo zasiadanie za sterami maszyny mającej pod sobą setki ton paliwa, mogącej przez drobny błąd wylecieć w powietrze, wymaga nie lada odwagi.

Co ma w omawianym temacie do powiedzenia Sagan? 

Veganie nie mogli wiedzieć, ile ważyć będzie każdy z członków załogi, za to z wielką dokładnością określili masę każdego komponentu Maszyny i dopuszczalny ciężar całości. W ten sposób mało zostało na jakiekolwiek ziemskie wyposażenie. (…) Nie było, na przykład, miejsca na kombinezony. Zastanawiano się wręcz, czy Veganie pamiętali o tym, że człowiek ma dziwną skłonność do oddychania tlenem. Doprawdy, całe to przedsięwzięcie obarczone było ryzykiem, z którego dopiero teraz zaczynano zdawać sobie sprawę. (…) Zaś Ellie z rozpaczą rozmyślała, czy pozwolą jej wziąć choćby szczoteczkę do zębów i parę sztuk bielizny. Ale – pocieszała się – jeśli ONI potrafią zabrać człowieka na Vegę, nie ruszając go z fotela, to pewnie będą też mieli jakiś podkoszulek na zmianę.

Główna bohaterka Kontaktu zgłasza się jako ochotniczka do poprowadzenia wehikułu skonstruowanego według vegańskiego projektu. Męstwo niewątpliwie godne pionierów lotów kosmicznych. Urządzenie o dziwacznym kształcie i nie do końca zrozumiałym mechanizmie działania, z kosmicznego pojazdu bardzo łatwo może przekształcić się w śmiercionośną pułapkę. A to przecież nie jedyne niebezpieczeństwo – kolejne czyhają już na Ziemi. Pierwszy start książkowej maszyny nawet nie zdążył dojść do skutku, przerwany przez zamach bombowy. Patrząc brutalnej prawdzie w oczy, autor powieści prawdopodobnie miał słuszność biorąc pod uwagę tak dramatyczne zachowanie fundamentalistów w obliczu przedstawionych wydarzeń. Z kolei uśmiercony podczas eksplozji dr Drumlin, wyrasta na swego rodzaju męczennika nauki. Swoją drogą, wstyd że w XXI wieku nadal musimy rozważać prześladowania i ataki na uczonych.

Mimo śmierci rywala, dr Arroway ani przez moment nie bierze na poważnie opcji rezygnacji z szansy swojego życia. Ellie ponad wszystko pragnie być pierwszym człowiekiem, który odwiedzi Vegę oraz pierwszą osobą, która porozmawia z przedstawicielem obcej cywilizacji. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie taka motywacja do zaryzykowania życia, po stokroć przebija perspektywę walki o bardziej przyziemne sprawy. Nie chcę tu zgrywać chojraka, który bez zawahania wziąłby udział w zagadkowym przedsięwzięciu, ale mając przed sobą podobną możliwość, nie wypuściłbym jej z rąk bez gruntownej analizy. Chodzi nie tylko o zapisanie swego nazwiska złotymi zgłoskami w kronikach (wszech)świata. To bilet na wyprawę trudną do objęcia wyobraźnią. A jak zginąć, to z rozmachem.

Twój statek zostawił cię tu na chwilę i zniknął.
Może wróci za godzinę, może nigdy.
Przeżywasz swe ostatnie godziny pośród gwiazd,
światów, w pustce kosmosu.
Jakże można się oprzeć takiej pokusie…

Oczywiście historia i literatura zna wiele przykładów ludzi gotowych poświęcić wszystko w imię idei. Ale w ilu przypadkach wartością nadrzędną okazywała się nauka?

Janusze nauki #1: fizyka na Wykopkach Głupota na niedzielę: Fronda, Kaku i prymitywne tachiony Zaorać i postawić hipermarket