Dzień dziecka już za nami, więc można brać się za podsumowanie najciekawszych wiadomości jakie przyniósł nam świat nauki w ostatnim miesiącu. W majowych Komunikwantach, będzie m.in. o nowych pomysłach na eksplorację Marsa, nowym wyjaśnieniu działania napędu EmDrive oraz o postępującym zanieczyszczaniu oceanów. 

Marsjański helikopter

Powstanie marsjański helikopter

Od dekad bez­za­ło­gowe misje słane na różne globy Układu Sło­necz­nego, nie­zmien­nie przy­bie­rały formę kołowych pojazdów naziem­nych. Ostatnie zapo­wie­dzi NASA dają nadzieję, że już wkrótce wyj­dziemy poza ten schemat. Ame­ry­ka­nie pragną w lipcu 2020 roku posłać na Marsa urzą­dze­nie badawcze przy­po­mi­na­jące heli­kop­ter lub drona. Przed­się­wzię­cie nie należy jednak do szcze­gól­nie łatwych, ponieważ inży­nie­ro­wie muszą skon­stru­ować taki mecha­nizm, który zdoła wzbić się w powie­trze w atmos­fe­rze znacznie rzadszej od ziem­skiej. Istnieje też problem ste­ro­wa­nia. O ile zdalne kon­tro­lo­wa­nie pojazdów tu na Ziemi nie stanowi żadnego wyzwania, o tyle radiowe obsłu­gi­wa­nie sprzętu odda­lo­nego o dzie­siątki milionów kilo­me­trów nie wchodzi w grę. Z tego powodu naukowcy będą chcieli aby mar­sjań­ski dron był możliwie jak naj­bar­dziej auto­no­miczny. Jeśli się uda, otwo­rzymy nowy – jeśli nie rozdział, to przy­naj­mniej pod­roz­dzia­lik – w eks­plo­ra­cji ciał naszego Systemu. A kto wie, być może latające wehikuły posłużą w przy­szło­ści również członkom pierw­szej zało­go­wej wyprawy na Marsa?

Satelita Queqiao

Chińczycy wystrzelili satelitę Queqiao

Podczas gdy Ame­ry­ka­nie wciąż pozo­stają wpa­trzeni w Marsa, Chiny skupiają się na naj­bliż­szym globie. 20 maja z bazy w Xichang wystar­to­wała rakieta Chang Zheng 4C z satelitą Queqiao na pokła­dzie. Celem jest osią­gnię­cie punktu libra­cyj­nego L2, gdzie urzą­dze­nie posłuży jako stacja trans­mi­syjna pomiędzy naszą planetą a ciemną stroną Księżyca. To jednak dopiero pierwszy krok chiń­skiego planu. Do końca tego roku w kraterze ude­rze­nio­wym Aitken wyląduje sonda Chang’e 4. Dzięki lądow­ni­kowi i łazikowi, Agencja CNSA pragnie prze­pro­wa­dzić grun­towne badania regolitu oraz warunków panu­ją­cych po nie­wi­docz­nej stronie Srebr­nego Globu. Sam satelita Queqiao – poza pośred­ni­cze­niem w komu­ni­ka­cji z Chang’e 4 – również posiada zadania badawcze, ogra­ni­cza­jące się do pomiarów radio­wych i lase­ro­wych.
Napęd EM-Drive

EmDrive prawdopodobnie korzysta z pola magnetycznego

Już chyba ze dwa lata EmDrive rozpala wyobraź­nię entu­zja­stów “nie­kon­wen­cjo­nal­nych” tech­no­lo­gii – mamiąc wszyst­kich obiet­nicą rewo­lu­cyj­nego napędu kosmicz­nego. Dla przy­po­mnie­nia: wyna­la­zek przy­biera kształt meta­lo­wego stożka zawie­ra­ją­cego w swym wnętrzu jedynie emiter fal mikro­fa­lo­wych; te z kolei, odbi­ja­jąc się między ścianami, miały wytwa­rzać pęd. Internet prędko obiegł mit tajem­ni­czego urzą­dze­nia wyko­rzy­stu­ją­cego nieznane dotąd niuanse fizyki. Przez cały ten czas rzucano sprzecz­nymi donie­sie­niami, co naka­zy­wało zachować chłodny scep­ty­cyzm wobec wyna­lazku Rogera Shawyera.

Wydaje się, że zagadka dzia­ła­nia tajem­ni­czego napędu docze­kała się wia­ry­god­nego wyja­śnie­nia – rzecz jasna, nie­wy­ma­ga­ją­cego roz­szar­py­wa­nia praw natury. W ciekawym artykule na łamach arstech­nica, czytamy o nie­miec­kich bada­niach nad “efektem Macha”, które niejako przy okazji dotyczą również EmDrive. Doświad­cze­nia z komorą mikro­fa­lową dopro­wa­dziły naukow­ców do wniosku, że napęd rze­czy­wi­ście działa, jednak źródło jego funk­cjo­no­wa­nia jest dość pospo­lite. Okazuje się, iż mikro­fale wchodzą w inte­rak­cję z ziemską magne­tos­ferą, nadając urzą­dze­niu pęd. Czy to oznacza koniecz­ność porzu­ce­nia futu­ry­stycz­nego konceptu? Nie­ko­niecz­nie, bo przecież teo­re­tycz­nie mogli­by­śmy wyko­rzy­stać tę tech­no­lo­gię w przy­padku sond i sate­li­tów znaj­du­ją­cych się w pobliżu obiektów wypo­sa­żo­nych w silne pole magne­tyczne. Jednak o bardziej ambit­nych wojażach z użyciem EmDrive powin­ni­śmy raczej zapo­mnieć.
Gwiezdny żłobek

Możemy oglądać narodziny gwiazd. I to w 3D! 

Astro­fi­zycy oczy­wi­ście już dawno temu sfor­mu­ło­wali rzetelne i całkiem dokładne modele opi­su­jące zarówno naro­dziny jak i śmierć gwiazd, lecz obser­wa­cyjna wery­fi­ka­cja nie­któ­rych założeń długo nie była możliwa. Wiemy, że gwiazdy powstają wewnątrz gigan­tycz­nych gazowych obłoków, gdzie miaż­dżąca siła gra­wi­ta­cji dopro­wa­dza do zaini­cjo­wa­nia procesów ter­mo­ją­dro­wych. Niestety pod­glą­da­nie wcze­snych etapów tego fenomenu – szczel­nie przy­sła­nia­nego przez gorące chmury materii – naj­czę­ściej wykracza poza stan­dar­dowe moż­li­wo­ści tele­sko­pów. Euro­pej­scy uczeni obsłu­gu­jący Kosmiczne Obser­wa­to­rium Her­schela obmy­ślili jednak inną metodę, którą zdołali wyko­rzy­stać do zobra­zo­wa­nia chmury mole­ku­lar­nej odda­lo­nej o 570 lat świetl­nych. Herschel został skupiony na ciemnych prążkach prze­ci­na­ją­cych gwiezdny żłobek, co pozwala na ocenę czę­sto­tli­wo­ści drgań gazów. Przy­po­mina to na swój sposób badanie fal aku­stycz­nych. Taka analiza da astro­no­mom wgląd w trzewia mgławic, jak również ułatwi pomiary oraz usta­le­nie ich pełnych kształ­tów. 
Misja na Marsa InSight

Do Curiosity na Marsie dołączy InSight

Wróćmy do Marsa. Na początku tego miesiąca z kali­for­nij­skiej bazy Van­den­berg wystar­to­wała misja InSight. Niesiony przez rakietę Atlas V, bez­za­ło­gowy lądownik osiądzie na Czer­wo­nym Globie za siedem miesięcy. Po co NASA posyła na naszego sąsiada kolejne urzą­dze­nie? InSight to w rze­czy­wi­sto­ści akronim od Interior Explo­ra­tion Using Seismic Inve­sti­ga­tions, Geodesy and Heat Trans­port, i właśnie na tym – czyli eks­plo­ra­cji wnętrza planety za pomocą badań sej­smicz­nych, geodezji i trans­portu ciepl­nego – ma polegać warta niecały miliard dolarów misja. W odróż­nie­niu od popu­lar­nego Curio­sity i innych eks­pe­ry­men­tów z prze­szło­ści, celem InSight nie będzie analiza powierzchni Marsa, jego atmos­fery czy poszu­ki­wa­nia śladów wody. Tym razem naukow­ców inte­re­sują pio­nier­skie badania wnętrza obcej planety, jej sej­smo­lo­gii i struk­tury. Jako cie­ka­wostkę warto dodać, że to pierwsza tak poważna operacja, która wystar­to­wała z Kali­for­nii, a nie flo­rydz­kiego przy­lądku Cana­ve­ral.


Nagrano przenoszenie wirusa HIV

Lubię tego typu nagrania. We fran­cu­skim Insty­tu­cie Cochin po raz pierwszy uchwy­cono na filmie “wyska­ku­ją­cego” z komórki wirusa HIV. Biolodzy dokonali obser­wa­cji na modelu in vitro, zawie­ra­ją­cym zabar­wione na zielono lim­fo­cyty T. Gdy tylko zain­fe­ko­wana komórka odpor­no­ściowa zbliżyła się do komórek nabłon­ko­wych, wirus (widoczny jako zie­lon­kawe kropki) wydostał się poza błonę, aby następ­nie prze­nik­nąć do tkanki nabłon­ko­wej. HIV nie zaraża jednak samego nabłonka, wyko­rzy­stu­jąc go jedynie do trans­portu i wypra­co­wa­nia pozycji do ataku na kolejne lim­fo­cyty. W ten sposób choroba bły­ska­wicz­nie ogarnia wszyst­kie płyny ustro­jowe i upo­śle­dza układ immu­no­lo­giczny nosi­ciela.


Plastik dotarł już nawet na dno Rowu Mariańskiego, ale…

W ostat­nich mie­sią­cach bardzo wiele mówi się o plastiku i natych­mia­sto­wej potrze­bie ogra­ni­cze­nia pro­duk­cji opakowań wyko­na­nych z tworzyw sztucz­nych. Nic dziwnego, ponieważ gigan­tyczne wyspy śmieci dry­fu­jące na powierzchni Pacyfiku oraz ślady plastiku w ark­tycz­nym lodowcu, nie napawają opty­mi­zmem. Kolejny argument za nowymi regu­la­cjami zna­le­ziono… na dnie Rowu Mariań­skiego. Japoń­czycy pene­tru­jący obszar położony 11 kilo­me­trów poniżej poziomu morza nawet tam – z dala od światła i ludzi – trafili na foliową torebkę. Możemy już śmiało powie­dzieć, że jako gatunek zdo­ła­li­śmy zaśmie­cić zarówno naj­wyż­sze jak i naj­niż­sze miejsce na Kuli Ziem­skiej.
Ocean Cleaneup

…Ocean Cleanup ma pomysł na oczyszczenie oceanów

Jedną z naj­bar­dziej ambit­nych ini­cja­tyw mających prze­ciw­dzia­łać postę­pu­ją­cemu zanie­czysz­cza­niu wszech­oce­anu jest Ocean Cleanup. Holen­der­ska orga­ni­za­cja uważa, że posiada receptę na zmniej­sze­nie liczby pla­sti­ko­wych ele­men­tów w Pacyfiku o połowę w zaledwie pięć lat. Jak twierdzą jej człon­ko­wie: “przy użyciu kon­wen­cjo­nal­nych metod, jak statki i sieci, sprzą­ta­nie zajęłoby tysiące lat i dzie­siątki miliar­dów dolarów”. Ocean Cleanup pro­po­nuje nie­po­rów­ny­wal­nie efek­tyw­niej­szą alter­na­tywę, pod postacią auto­no­micz­nych barier o długości nawet dwóch kilo­me­trów, wyko­na­nych z lekkiego, ale wytrzy­ma­łego poli­ety­lenu. Kon­struk­cja ma postać pływaka w kształ­cie rury (na zdjęciu), z przy­cze­pio­nym u spodu ekranem zatrzy­mu­ją­cym odpadki. Dobra wia­do­mość jest taka, że ini­cja­tywa weszła właśnie w fazę testów, a 120-metrowa bariera, została umiej­sco­wiona u wybrzeży Kali­for­nii. Nawet jeśli pomy­sło­dawcy prze­sa­dzili w swoich obiet­ni­cach, sama idea ma poten­cjał do znacz­nego popra­wie­nia stanu świa­to­wych wód.

Na kolejną, już waka­cyjną odsłonę prze­glądu nauko­wych wia­do­mo­ści, zapra­szam na początku lipca.

 

  • Orion Cen­tau­rii

    Bardzo przy­jemny skrót zeszło­mie­sięcz­nych wydarzeń. Dziękuję 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0