Życie pozaziemskie (nie) musi istnieć!

Z tak zdecydowanym stwierdzeniem spotykam się pod niemal każdym tekstem opiewającym odmóżdżający ogrom wszechświata. W końcu, skoro gdzieś hen daleko znajdują się miliardy galaktyk z setkami miliardów gwiazd i bilionami planet. Życie pozaziemskie musi tam być! Czyż nie?

Wszyscy na pewno nie raz trafialiście na taką tezę. Wielu z was pewnie nawet ją popiera czy samemu powtarza. Czasem w wersji optymistycznej, ufając w powszechność prostych organizmów; a niekiedy popadając w hurraoptymizm, upierając się przy obfitości cywilizacji technicznych w kosmosie. Tak czy inaczej, podobne wnioski poprzedza zawsze jedno odważne założenie: procesy prowadzące do narodzin życia, musiały zajść w wielu miejscach we wszechświecie. Nie mogły,

musiały.

Skąd ta kategoryczność? Tu zawsze pada argument potężny niczym Olympus Mons. Argument na ilość, brzmiący mniej więcej tak: “Tyle miejsca i możliwości, wystarczy spojrzeć! Niemożliwe, że jesteśmy sami”. Czasami stwierdzeniu towarzyszy drugie, w stylu: “Każdy kto twierdzi inaczej, jest idiotą bez wyobraźni”. Żeby nie być gołosłownym, oto kilka oryginalnych opinii internautów, których wyszperanie zajęło mi dosłownie 5 minut:

  • Ja się utwierdzam w przekonaniu, że to niemożliwe że jesteśmy sami, że jakaś inna forma życia istnieje i może wygląda tak jak my, a może to zupełnie coś innego, w ogóle nie porównywalnego, ale istnieje.
  • I teraz “Jesteśmy sami we wszechświecie” Brzmi niedorzecznie prawda?
  • Jak dla mnie jest to pewnik. Nie wyobrażam sobie możliwości, że bylibyśmy sami. Kwestia kontaktu to już inna para kaloszy, bo jesteśmy za malutcy aby komunikować się na takie odległości zapewne.
  • Głowa wybucha jak człowiek sobie uświadomi że każda kropka na tym zdjęciu to gwiazda taka jak słońce, a wokół każdej takiej gwiazdy krąży kilka planet. A to tylko jedna, najbliższa nam galaktyka. A ile takich galaktyk jest we wszechświecie. I niech mi teraz ktoś powie że jesteśmy sami.
  • I weź tu powiedz spoglądając na to zdjęcie, że jesteśmy sami we wszechświecie…
  • Moim zdaniem, nie ma opcji byśmy byli sami. Nie wątpię w dużą widzę naukowców, ale prawda jest taka że wiedzą dużo, a tak naprawdę to nic nie widzą.

Cóż, może narażam się na niepochlebne komentarze, ale pozwolę sobie wlać nieco sceptycyzmu do waszych szanownych umysłów. Uważam, że popularny argument na ilość nie przejawia większej wartości. Nie dowodzi ani tego, że życie pozaziemskie musi gdzieś tam być, ani nawet, że jego istnienie życia we wszechświecie jest bardzo prawdopodobne. W rzeczy samej, nie dowodzi niczego. Ktoś może w tym momencie krzyknąć, że przecież sam Carl Sagan powtarzał, iż brak innych cywilizacji w kosmosie byłby “ogromnym marnotrawstwem przestrzeni”. Pomijając fakt, że ów cytat pochodzi z powieści i autor mógł sobie pozwolić na górnolotne i pobudzające wyobraźnię tezy – w zasadzie nie ma tu zaprzeczenia mojej myśli.

Życie pozaziemskie

Zgadzam się. Jeśli jesteśmy sami, w przepastnym i stale rosnącym kosmosie, to mamy do czynienia z oszałamiającym przykładem niegospodarności. Tyle, że to nie jest rzeczowy argument, a jedynie eleganckie hasło, mogące co najwyżej posłużyć za reklamę programu SETI. Swoją drogą odnoszę wrażenie, że cytat Sagana można również traktować jako prztyczek w nos dla wierzących w inteligentny projekt. Bo jaki architekt stworzyłby uniwersum o średnicy 92 mld lat świetlnych (wszechświat widzialny) wypełniony tym wszystkim, tylko dla jednego gatunku? Tylko po to aby oglądać ciągłe wojny o każdą tonę surowca i każdy kilometr kwadratowy drobnej, nic nie znaczącej w tej perspektywie planety? Odpowiedź już padła: stwórca-marnotrawca.

Równanie Drake'a pozwala ustalić powszechność inteligencji pozaziemskiej

Ale wróćmy do kosmicznego optymizmu i argumentu na ilość. Każdy z nas kojarzy słynne równanie Franka Drake’a, mające pozwolić na oszacowanie liczby potencjalnych cywilizacji zamieszkujących galaktykę. To naprawdę prosty wzór, z którego skorzystać mógłby przeciętny uczeń gimnazjum. Skrywa jednak pewną bolączkę: nie posiadamy większości danych, które należy pod niego podstawić aby otrzymać miarodajny wynik. 

Nie chcę poświęcać tego tekstu równaniu Drake’a, ale rzucenie nań okiem będzie na pewno pomocne. Przy obecnym stanie wiedzy astronomicznej możemy pokusić się o podanie przybliżonego tempa procesów gwiazdotwórczych, odsetka gwiazd posiadających planety, w tym planety ziemiopodobne i znajdujące się w strefie życia. Ciągle napływające doniesienia z obserwatoriów ukazały nam, że nawet pobliską Proximę Centauri okrąża jakiś skalisty świat. Uprawnia nas to, do śmiałego sądu o istnieniu miliardów planet, wśród których niejedna oferuje warunki korzystne dla rozwoju życia. Cenna informacja, ale samodzielnie bezwartościowa.

Zachłyśnięci naszą stale wzrastającą wiedzą astronomiczną, koncentrujemy się na odkrytych kartach, tracąc z oczu pozostałe. Tym samym popełniamy koszmarny błąd w swoim rozumowaniu. Zakładamy, że jedna bardzo duża liczba podłożona pod równanie Drake’a, już uprawnia nas do wydania pewnego sądu. Mamy miliard potencjalnych miejsc, w których mógłby zrodzić się jakiś prosty organizm. Niech będzie. A teraz, na jakiej podstawie wyliczymy prawdopodobieństwo powstania tegoż życia? Szansę na przejście martwych związków chemicznych w coś, co daje się zdefiniować jako żywy organizm?

Na żadnej. Nie ma takiej podstawy.

Nasza ignorancja w sferze biologii brutalnie spada nam na głowy, studząc przesadny entuzjazm. Eksperyment Stanleya Millera wykazał, że przy odpowiednich warunkach może dojść do samoistnego wytrącenia pewnych aminokwasów. Oczywiście to niezwykle cenna wiedza, ale nie daje odpowiedzi na nasze pytanie. W dalszym ciągu nie mamy pojęcia jaka jest szansa na samorództwo w sprzyjającej atmosferze (nie jesteśmy nawet pewni co możemy nazwać sprzyjającą atmosferą). Czy w praoceanie, proste życie powstaje niemal zawsze i rozwija się w sposób pandemiczny? A może potrzebny jest niemały łut szczęścia? Wreszcie, nie da się wykluczyć, że abiogeneza pozostaje zjawiskiem ekstremalnie rzadkim i wydarzyła się… tylko jeden jedyny raz, w całej galaktyce. Albo nawet w całym widzialnym wszechświecie. Już pomijam przez grzeczność kwestię ewolucji, której kręte ścieżki wcale nie muszą prowadzić do ukształtowania istot obdarzonych ludzką świadomością i inteligencją.

Co nam z miliarda żyznych i przyjaznych planet, jeśli prawdopodobieństwo samoistnego zrodzenia protokomórki wynosi, dajmy na to, jeden do stu biliardów? Oczywiście nie wiem czy tyle wynosi. Właśnie w tym rzecz: nikt tego nie wie! Jednym z głównych zadań nauki pozostaje ustalenie niesamowitej granicy oddzielającej świat związków chemicznych od świata żywych organizmów. Dla współczesnych uczonych to nadal terra incognita. Nie uważam wcale, że musimy być sami we wszechświecie, ani tego nie pragnę. Nie wykluczam, iż życie (a przynajmniej jego najprostsze formy) mogło opanować liczne rejony wszechświata. Apeluję jednak o umiar i zważenie na obecny stan wiedzy. Między wyrazami “musi” a “może” przebiega gigantyczny kanion naszej ignorancji.

Dopóki biologom nie uda się spełnić marzenia Stanleya Millera i zaobserwować abiogenezy w laboratorium, dopóki nie oszacujemy szansy na abiogenezę, powszechność życia pozostaje równie prawdopodobna co założenie, że stanowi ono ewenement w dziejach wszechświata.

Gluony, czyli kwantowe kolorowanki [+słowo o egzotycznych hadronach] 5 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o misji Hayabusa 2 5 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o kosmicznych neutrinach