Jednym z nieoczywistych zadań uczonych – a zwłaszcza fizyków – pozostaje wytyczanie granic. Właściwie nie tyle ich wytyczanie co raczej odkrywanie tego, co natura postanowiła uznać za niewykonalne.

Cudowną cechą nauki jest fakt, że od czasu do czasu raczy nas ona jakąś osza­ła­mia­jącą rewo­lu­cją, demo­lu­jącą aktualny porządek opisany w setkach pod­ręcz­ni­ków i wyzna­cza­jącą nowe hory­zonty. Takiego prze­wrotu dokonała teoria względ­no­ści, podająca w wąt­pli­wość uni­wer­sal­ność czasu oraz prze­strzeni, czy cho­ciażby mecha­nika kwantowa, kon­te­stu­jąca deter­mi­nizm i pełną prze­wi­dy­wal­ność wszech­świata. Jed­no­cze­śnie, niemal zawsze nowa­tor­ska idea, obalając jeden absolut, wpro­wa­dza w jego miejsce inny. Stąd pozwolę sobie na dość odważne stwier­dze­nie. Rze­czy­wi­stość pozo­staje oparta o zbiór nie­zmien­nych, fun­da­men­tal­nych reguł, wyzna­cza­ją­cych osta­teczne granice tego co jest fizycz­nie możliwe. Innymi słowy, kosmiczny kodeks zawiera zestaw prze­pi­sów, z którymi musimy się po prostu pogodzić.

W słow­ni­kach nauko­wych przy­bie­rają one formę praw, zasad, stałych i zakazów. Wąt­pli­wo­ści budzi jedynie, które z tych reguł rze­czy­wi­ście są nie­na­ru­szalne, a co do których wciąż jesteśmy w błędzie. Dlatego nie jestem w stanie zagwa­ran­to­wać wam, że każda z wyno­to­wa­nych nie­moż­li­wo­ści, nie doczeka się rewizji w odległej przy­szło­ści. Niemniej, w świetle całej obecnej wiedzy – co do zasady(!) – nie mamy powodów aby je kwe­stio­no­wać, zaś każdy wykształ­cony i świadomy człowiek, przy­naj­mniej pobież­nie powinien zdawać sobie sprawę z ich ist­nie­nia.

Niemożliwe jest aby uzyskać więcej energii niż dostarczymy

Poten­cjalne źródło nie­wy­czer­pal­nej energii zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­łoby nasze życie w sposób trudny do wyobra­że­nia. Roz­po­czę­łaby się nowa epoka w dziejach cywi­li­za­cji, i nie prze­sa­dzam tu w naj­mniej­szym stopniu. W podob­nych kate­go­riach powin­ni­śmy trak­to­wać per­pe­tuum mobile, czyli mityczne urzą­dze­nie potra­fiące wyko­ny­wać pracę w nie­skoń­czo­ność, bez dostar­cza­nia energii z zewnątrz. Wśród uczonych i hochsz­ta­ple­rów nigdy nie bra­ko­wało kan­dy­da­tów na Pro­me­te­usza, który z chęcią wykradłby dla ludz­ko­ści to dobro­dziej­stwo. Każdego z tych śmiałków spro­wa­dzały na ziemię brutalne zasady ter­mo­dy­na­miki oraz zasada zacho­wa­nia energii. Już w pierw­szej połowie XIX wieku James Joule, Robert Mayer i kilku innych fizyków połapało się, że energia w izo­lo­wa­nym układzie nigdy nie znika, ani nie pojawia się znikąd. Co gorsza, fizyka przeczy nie tylko ist­nie­niu maszyn “two­rzą­cych” energię, ale również urządzeń potra­fią­cych kon­wer­to­wać w pracę całość dostar­cza­nej energii, zatem dzia­ła­ją­cych ze stu­pro­cen­tową wydaj­no­ścią. W przy­ro­dzie nie ma nic za darmo. No, może z pewnym oso­bli­wym wyjąt­kiem…

Niemożliwe jest uzyskanie absolutnej próżni

Próżnia pozo­staje jednym z naj­więk­szych wyzwań współ­cze­snej fizyki. W miejsce zwykłej pustki, areny dla wydarzeń i materii, mecha­nika kwantowa wpro­wa­dziła próżnię kwantową – aktywną, tętniącą fluk­tu­acjami i wyplu­wa­jącą z siebie cząstki wir­tu­alne. Choć­by­śmy wypom­po­wali z pojem­nika całe powie­trze, usunęli wszelkie zanie­czysz­cze­nia, osłonili przed wiatrem sło­necz­nym i pro­mie­nio­wa­niem kosmicz­nym, i tak nie osią­gniemy czegoś na kształt próżni dosko­na­łej. Fizyczne jak i filo­zo­ficzne impli­ka­cje tego zjawiska wciąż pozna­jemy, ale nie ulega wąt­pli­wo­ści, że potęgi pustej z pozoru prze­strzeni, nie wolno igno­ro­wać.

Niemożliwe jest wyznaczenie uniwersalnego punktu odniesienia

Czte­ry­sta lat temu Gali­le­usz dumał nad naturą ruchu: “Ze sto razy, gdy znaj­do­wa­łem się w kajucie statku, zada­wa­łem sobie pytanie, czy okręt płynie, czy też jest nie­ru­chomy,  a czasami, oddany marze­niom, miałem wrażenie, że posuwa się on w kierunku prze­ciw­nym do rze­czy­wi­stego”. Rzecz prosta i oczy­wi­sta, a jednak mówiąca bardzo wiele o fizyce i pozwa­la­jąca na wycią­gnię­cie kar­dy­nal­nych wniosków. Przy­kła­dowo, już sam Gali­le­usz stwier­dził, że dostrze­żone przez niego zjawisko dobrze tłumaczy dlaczego miesz­kańcy szybko wiru­ją­cej planety, w ogóle nie zdają sobie sprawy z nie­ustan­nego ruchu.

Eks­plo­atu­jąc tę metaforę możemy zauważyć coś jeszcze. Wyobraźmy sobie bez­kre­sny ocean, z nie­re­al­nie gładką taflą wody i idealnie czystym niebem. Siedzimy w łódce i naprze­ciwko w oddali widzimy zbli­ża­jący się ku nam obiekt. Okazuje się, że to inna łódka, która powoli obok nas prze­pływa i w końcu znika za hory­zon­tem. O ile oba obiekty poru­szają się bez przy­śpie­szeń, nie mamy zie­lo­nego pojęcia z jaką pręd­ko­ścią suniemy my, a z jaką oni. Możemy wręcz założyć, że spo­czy­wamy w bezruchu i obser­wu­jemy poru­sza­jącą się obok łódkę, zaś jej pasa­że­ro­wie mają prawo stwier­dzić, że to oni się nie poru­szają, zaś my omijamy ich łódkę. Oba punkty widzenia są rów­no­ważne. W roli takiego bez­kre­snego oceanu, świetnie sprawdza się kosmiczna pustka. Planety, gwiazdy, galak­tyki – na pierwszy rzut oka wszystko pędzi z ogrom­nymi pręd­ko­ściami, ale zawsze jest to ruch względny. Nie ma powodu aby któ­ry­kol­wiek z obiektów cieszył się przy­wi­le­jem głównego, czy też jedynego praw­dzi­wego punktu odnie­sie­nia.

Niemożliwe jest użycie światła jako układu odniesienia

O gali­le­uszow­skiej zasadzie względ­no­ści dosko­nale wiedział młody Albert Einstein. Jednakże, w momencie gdy uta­len­to­wany fizyk odbierał wykształ­ce­nie, popu­lar­no­ścią cieszyła się idea eteru. Według niej cała prze­strzeń miała być wypeł­niona nie­zwy­kle sprę­ży­stą, nie­wi­dzialną sub­stan­cją, sta­no­wiącą jed­no­cze­śnie ośrodek prze­no­szący fale elek­tro­ma­gne­tyczne. Tak jak powie­trze pozwala roz­cho­dzić się fali dźwię­ko­wej, tak drgania wszech­obec­nej sub­stan­cji prze­no­si­łyby falę świetlną. Ozna­cza­łoby to jednak, że enig­ma­tyczny eter jest również świetnym kan­dy­da­tem na uni­wer­salny punkt odnie­sie­nia, jed­na­kowy dla wszyst­kich obser­wa­to­rów we wszech­świe­cie. Einstein sprze­ci­wił się temu wyja­śnie­niu przy okazji publi­ka­cji szcze­gól­nej teorii względ­no­ści. Jak wiadomo, jej pod­sta­wowy postulat wymagał aby wymazać z nauko­wego słownika pojęcie eteru, w zamian uznając za wartość stałą i nie­zmienną prędkość światła w próżni, ozna­czaną dziś literką c. Geniusz stwier­dził, że fala elek­tro­ma­gne­tyczna zawsze porusza się z pręd­ko­ścią 300 tys. km/s, nie­za­leż­nie od poło­że­nia i ruchu obser­wa­tora; a skoro tak, to możemy zapo­mnieć o użyciu jej jako uni­wer­sal­nego punktu odnie­sie­nia.

Niemożliwe aby ciało obdarzone masą osiągnęło prędkość światła

Inną kon­se­kwen­cją wypły­wa­jącą ze STW jest zakaz prze­kra­cza­nia pręd­ko­ści c, przez jaki­kol­wiek obiekt posia­da­jący masę; czy szerzej, przez jaki­kol­wiek sygnał mogący prze­nieść infor­ma­cję. Einstein wykazał, iż roz­pę­dzane ciało zacho­wuje się tak jakby stawało się masyw­niej­sze – po prostu trudniej je “popchnąć” i nadać mu jeszcze większą prędkość. Oznacza to, że aby osiągnąć c, nawet takie drobinki jak poje­dyn­czy proton czy elektron, wyma­ga­łyby dostar­cze­nia dosłow­nie nie­skoń­czo­nej porcji energii. To rzecz jasna nie­wy­ko­nalne, więc w praktyce musimy zado­wo­lić się co najwyżej gonie­niem kró­liczka i dobi­ja­niem do 99,9999999…% pręd­ko­ści światła.

Niemożliwe jest cofnięcie się w czasie

Zawsze pojawia się przy tej okazji pytanie: co stanie się z obiektem, który niczym foton osiągnie 100% c? Cóż, skoro zgodnie z postu­lo­waną w STW dyla­ta­cją czasu, zegar umiesz­czony w bardzo szybkiej rakiecie tyka wolniej niż zegary nie­ru­cho­mych względem niej obser­wa­to­rów, to w momencie dobicia do pręd­ko­ści światła, wska­zówki powinny ulec zamro­że­niu. Fantaści mogą w swoim rozu­mo­wa­niu pójść o krok dalej i założyć, że hipo­te­tyczne prze­kro­cze­nie przez rakietę bariery 100% c, zamie­ni­łoby ją w wehikuł czasu, prze­no­szący pasa­że­rów do prze­szło­ści. Jeden rabin powie tak, inny powie nie, ale wszystko wskazuje, że to roz­my­śla­nia bez prak­tycz­nego zna­cze­nia. Po pierwsze, jak usta­li­li­śmy w poprzed­nim punkcie, nawet energia całego wszech­świata nie wystar­czy­łaby aby jaki­kol­wiek masywny obiekt choćby zrównać ze światłem. Drugie obostrze­nie stanowią nato­miast prawidła logiki. Liczne eks­pe­ry­menty myślowe (choćby słynny paradoks dziadka) uświa­da­miają nam, że per­spek­tywa podróży w prze­szłość zabu­rzy­łaby natu­ralny, przy­czy­nowo-skutkowy cha­rak­ter fizycz­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Nie­któ­rzy dochodzą wręcz do kon­klu­zji, iż poprzez pierwszy z powyż­szych zakazów, wszech­świat niejako sam zabez­pie­czył swoją cza­so­prze­strzenną spójność i wyeli­mi­no­wał totalne absurdy, do których pro­wa­dzi­łyby wehikuły czasu.

Niemożliwe jest jednoczesne określenie pędu i położenia cząstki

Nie będę nawet próbował liczyć ile razy na łamach Kwantowo pod­no­si­łem kwestię zasady nie­ozna­czo­no­ści. Powtórzę więc krótko: w mikro­świe­cie nie istnieje fizyczna moż­li­wość rów­no­cze­snego wyzna­cze­nia dokład­nego poło­że­nia obiektu oraz jego pędu. Kiedy dobrze pozna­jemy jedną kom­ple­men­tarną wartość cząstki ele­men­tar­nej, syme­trycz­nie tracimy część danych na temat drugiej. Wyni­ka­jąca stąd pewna doza nie­pew­no­ści, pozo­staje podstawą mecha­niki kwan­to­wej, jak również fun­da­men­tem dzia­ła­nia rze­czy­wi­sto­ści. Możemy się buntować, wszcząć strajk, oskarżać Wernera Heisen­berga o oszustwo – ale póki co, stu­let­nie równania nadal opisują zacho­wa­nie sub­a­to­mo­wych struktur z nie­zrów­naną precyzją.

Niemożliwe jest osiągnięcie temperatury zera absolutnego

Hipo­te­tyczny materiał schło­dzony do tem­pe­ra­tury 0K, cha­rak­te­ry­zo­wałby się kom­plet­nym unie­ru­cho­mie­niem budu­ją­cych go drobin. Stan ener­ge­tyczny takiego układu powinien być zerowy, nie ulegać żadnym zmianom. Ale jak już wiemy, w świecie kwantów nie istnieje coś takiego jak cząstka z jed­no­cze­śnie okre­ślo­nym poło­że­niem i pędem. A właśnie takim tworem byłby np. proton o jasno ozna­czo­nej loka­li­za­cji oraz pędzie równym zero. Z tem­pe­ra­turą rzecz ma się więc ana­lo­gicz­nie jak z pręd­ko­ścią światła: możemy nie­ustan­nie schła­dzać obiekt (jak na ironię wyko­rzy­stu­jąc do tego celu mnóstwo energii), bez końca tylko zbli­ża­jąc się do zera abso­lut­nego. Pół żartem, pół serio, już łatwiej uzyskać układ o tem­pe­ra­tu­rze poniżej 0K, niż jej równy.

Niemożliwe jest rozróżnienie dwóch elektronów

Fakt, o którym bardzo rzadko myślimy. Każda cząstka danego rodzaju, jest zupełnie iden­tyczna z inną cząstką, znaj­du­jącą się gdzie­kol­wiek we wszech­świe­cie. Każdy elektron czy proton, z dowol­nego atomu w waszych ciałach mogli­by­śmy zamienić z jakim­kol­wiek innym elek­tro­nem lub protonem i nikt by nie ucier­piał. W odróż­nie­niu od bank­no­tów zale­ga­ją­cych w naszych port­fe­lach (no dobra, w waszych), cząstki ele­men­tarne nie posia­dają żadnego numeru iden­ty­fi­ka­cyj­nego i pozo­stają ze sobą naprawdę tożsame. Mają dokład­nie ten sam ładunek elek­tryczny, tę samą masę, taki sam spin i tak dalej. Pewnie dla więk­szo­ści z was nie ma w tej infor­ma­cji niczego inte­re­su­ją­cego, ale jednak kwestia ta intry­go­wała wielu wybit­nych fizyków, w tym Richarda Feynmana. Popu­larny noblista dopusz­czał myśl, jakoby cały wszech­świat tak naprawdę posiadał tylko jeden jedyny elektron, który cofa się w czasie jako pozyton (swoja anty­cząstka), po czym znów zmienia zwrot stając się elek­tro­nem. I tak biliard biliar­dów razy. Rzecz jasna, hipoteza ta pozo­staje kom­plet­nie nie­fal­sy­fi­ko­walna i należy ją trak­to­wać raczej w kate­go­riach cie­ka­wostki, jednak dobrze obrazuje problem braku toż­sa­mo­ści cząstek.

Niemożliwe jest aby dwie cząstki posiadały jednakowy stan kwantowy

Mowa o czymś, co powin­ni­ście kojarzyć z nudnych lekcji chemii w szkole – czyli o zakazie Pauliego. W latach 20. ubie­głego stulecia, mło­dziutki Wolfgang Pauli zauważył, że żadne dwa elek­trony nie mogą mieć tego samego zestawu liczb kwan­to­wych. Miało to kapi­talne zna­cze­nie dla całej rzeszy zna­mie­ni­tych chemików oraz fizyków, nie­ro­zu­mie­ją­cych dlaczego elek­trony oka­la­jące jądra atomów, układają się w bardzo kon­kret­nych kom­bi­na­cjach. W atomie helu, na jednej powłoce mogą zmieścić się dwa elek­trony, po warun­kiem, że posia­dają prze­ciwny spin. W przy­padku litu posia­da­ją­cego trzy elek­trony, ten ostatni nie ma wyboru i musi usadowić się już na wyższej powłoce, i tak dalej. Liczba krze­se­łek dla każdej cząstki została ściśle zde­fi­nio­wana przez naturę.
Ale uwaga! Reguła Pauliego dotyczy jedynie fer­mio­nów, czyli cegiełek budu­ją­cych materię. Wszelkie nośniki oddzia­ły­wań, jak cho­ciażby fotony, mają ten zakaz w nosie.

Niemożliwy jest powrót zza horyzontu zdarzeń czarnej dziury

Powróćmy jeszcze na moment w odmęty fizyki rela­ty­wi­stycz­nej. Niemal natych­miast po publi­ka­cji pracy Ein­ste­ina znaleźli się naukowcy spe­ku­lu­jący o obiekcie tak masywnym i gęstym, że prędkość ucieczki wymagana do opusz­cze­nia jego powierzchni, byłaby większa od pręd­ko­ści światła. Dziś wiemy, że takie stwory rze­czy­wi­ście istnieją i są wręcz powszech­nie rozsiane w prze­strzeni kosmicz­nej. Nie mamy prak­tycz­nej moż­li­wo­ści zbadania wnętrza czarnych dziur i tylko gdybamy na temat tego co wyrabia się w ich sercach. Wiemy nato­miast, że skoro siła przy­cią­ga­nia czarnej dziury nie zezwala na ucieczkę nawet światłu, to tym bardziej nigdy nie uda się to czło­wie­kowi ani żadnemu skon­stru­owa­nemu przez nas urzą­dze­niu.

Właśnie ta prze­ra­ża­jąca cecha czarnych dziur, od dawien dawna budzi kon­tro­wer­sje wśród fizyków. Wielu nie zgadza się z wizją kosmicz­nych śmiet­ni­ków, które pożerają materię, bez­pow­rot­nie usuwając ją z wszech­świata. Stąd takie hipotezy jak paro­wa­nie czarnych dziur opisane przez Stephena Hawkinga, czy roz­po­star­cie kompletu infor­ma­cji o pochło­nię­tych obiek­tach na powierzchni hory­zontu zdarzeń, suge­ro­wane przez Leonarda Sus­skinda. Być może są one pra­wi­dłowe, lecz nie zmienia to faktu, że żaden fizyczny obiekt nie jest w stanie dostać się za zło­wiesz­czą płachtę hory­zontu i jakby nigdy nic, w całej swojej oka­za­ło­ści po prostu zza niej powrócić.

Niemożliwa jest pełna weryfikacja teorii naukowej

Zamiast kla­sycz­nego pod­su­mo­wa­nia, wolę dodać jeszcze jedną nie­moż­li­wość, może nie tyle fizyczną co prak­tyczną. W naukach empi­rycz­nych, nigdy nie posia­damy pewności co do sfor­mu­ło­wa­nego zdania. Nie­któ­rzy uznają to za słabość nauki, ja raczej jako zwykły fakt, który należy zaak­cep­to­wać lub obrazić się na rze­czy­wi­stość. Nie chodzi tu nawet o ułomność ludz­kiego umysłu, lecz o moż­li­wo­ści tech­niczne. Aby dokonać stu­pro­cen­to­wej wery­fi­ka­cji danej tezy, musie­li­by­śmy posiadać pełny komplet danych na temat opi­sy­wa­nego zjawiska. Przez komplet rozumiem wiedzę o każdym egzem­pla­rzu badanego obiektu lub każdym przy­padku inte­re­su­ją­cego procesu jaki wystąpił gdzie­kol­wiek we wszech­świe­cie. Tylko wtedy byli­by­śmy w stanie abso­lut­nie wyklu­czyć moż­li­wość wystą­pie­nia anomalii i jakie­go­kol­wiek błędu w pomiarze. 

Taka wery­fi­ka­cja pozo­staje oczy­wi­ście nie­wy­ko­nalna, w związku z czym zdajemy się na kon­fir­ma­cję, pozwa­la­jącą na sta­wia­nie twier­dzeń “tylko” z olbrzy­mim praw­do­po­do­bień­stwem. Dotyczy to również powyż­szych nie­moż­li­wo­ści. Warto o tym pamiętać i nie narzekać.
Literatura uzupełniająca:
E. Speyer, Spadkobiercy Newtona, przeł. J. Dziembowski, Warszawa 1997;
P. Davies, Czas. Niedokończona rewolucja Einsteina, przeł. L. Kallas, Warszawa 2002;
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
M. Kaku, Fizyka rzeczy niemożliwych. Fazery, pola siłowe, teleportacja i podróże w czasie, przeł. E. Łokas, Warszawa 2011.


  • kuba_wu

    “Przez komplet rozumiem wiedzę o każdym egzem­pla­rzu badanego obiektu lub każdym przy­padku badanego procesu jaki wystąpił”

    …ale nawet wtedy mogli­by­śmy co najwyżej powie­dzieć, że nasza teoria jest praw­dziwa w odnie­sie­niu do prze­szło­ści, a jak będzie w przy­szło­ści, któż wie… Czyli, jesteśmy zmuszeni ufać zasadzie indukcji, która jest nie­do­wo­dliwa.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Behemort

    ““Fizyczne jak i filo­zo­ficzne impli­ka­cje tego zjawiska wciąż pozna­jemy, ale nie ulega wąt­pli­wo­ści, że potęgi pustej z pozoru prze­strzeni, nie wolno igno­ro­wać.”
    To moja myśli, gdy dostałem wpier­dziel od dresa :p

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • sibke

      Geniusz xD

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Jacek Kapral

    A to nie Wheeler powie­dział, że jest tylko jeden elektron?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Przy więk­szo­ści punktów są linki do tekstów roz­wi­ja­ją­cych dane tematy. I w zalin­ko­wa­nym tekście “Elektron i pozyton, czyli bliź­niacy zagu­bieni w czasie” masz wymie­nio­nego również Johna Wheelera. Tutaj pozwo­li­łem sobie na grube skróty.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Pawelos Ozonos

        Jeżeli dobrze pamiętam, Feynman sam odrzucił te hipotezę, zauwa­ża­jąc, że gdyby tak było, obser­wo­wa­li­by­śmy wokół tyle samo elek­tro­nów co pozy­to­nów. Więc (jeżeli rze­czy­wi­ście pamięć mnie nie myli), hipoteza jest fal­sy­fi­ko­walna.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • didijo

    “Siedzimy w łódce i naprze­ciwko w oddali widzimy zbli­ża­jący się ku nam obiekt.…”
    Czy w takiej łódce czas nie będzie płynąć wolniej niż w drugiej, która płynie z większą pręd­ko­ścią? Mogli­by­śmy wtedy ustalić kto “bardziej stoi w miejscu”. Na podobnej zasadzie jak eks­pe­ry­ment z bliź­nia­kami. Z drugiej strony — jeśli oba bliź­niaki lecia­łyby bardzo szybko i jednego z nich wystrze­limy szybko w prze­ciwną stronę, to czy nie posta­rzeje się szybciej?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Wojtek

    Dużo dużo nie­ści­sło­ści i nawet błędów. Tak na szybko dla autora:
    — Nie­moż­liwe jest wyzna­cze­nie uni­wer­sal­nego punktu odnie­sie­nia
    i
    — Nie­moż­liwe jest użycie światła jako układu odnie­sie­nia
    Błąd. Itnieje uni­wer­salny i wyróż­niony układ odnie­sie­nia we Wszech­wie­cie.
    To układ spo­czyn­kowy względem kosmicz­nego pro­mie­nio­wa­nia tła.
    Jest to reszt­kowe pro­mie­no­wa­nie po Wielkim Wybuchu iso­tro­powo (niemal) wypeł­nia­jące
    cały Wszech­świat. Mierząc lokalnie kierunek i wielkośc dipo­lo­wej ani­so­tropi w roz­kła­dzie na niebe
    (sferze) tego pro­mie­nio­wa­nia każdy obser­wa­tor we Wszech­świe­cie może wyzna­czyć swoją prekość względem pro­mie­nio­wa­nia tła.

    — Nie­moż­liwe jest cof­nię­cie się w czasie
    Przed­sta­wiona argu­men­ta­cja opiera się tylko o STW. A STW to jes niepełny opis rze­czy­wi­sto­ści, bo brakuje gra­wi­ta­cji. W OTW zaś mamy wiele roz­wią­zań dopusz­cza­ją­cych ist­nie­nie zamknię­tych krzywych cza­so­wych (pył van Stockuma, walec Tiplera, etc.). Kazu­al­nośc również jest tylko postu­la­tem i to bardziej natury anto­picz­nej i este­tycz­nej, nie zaś prawe fizycz­nym. Z punktu widzenia fizyki nie istnieje zasada zabra­nia­jąca podróży wstecz w czasie. Co więcej w elek­tro­dy­na­mice kwan­to­wej istnieją ciekawe przypadi. Np. wdg wszyst­kich równań i obser­wa­to­rów elek­tronu poru­sza­ją­cego się wstecz w czasie nie da się odróżnić od pozytonu porszu­ają­cego się w przód.

    - Nie­moż­liwe jest aby dwie cząstki posia­dały jed­na­kowy stan kwantowy
    Oczy­wi­ście, że jest to możliwe. Dwa Fermiony w izo­lo­wa­nym układzie nie mogą mieć wszyst­kich tych samych liczb kwan­to­wych (zakaz Pauliego), ale bosonów już on nie dotyczny. I nie­prawdą jest, że tylko fermiony budują materię. Mamy np. atomy, które jako całość zacho­wują się jak bosony.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Jak na osobę szu­ka­jącą nie­ści­sło­ści na siłę (choć mam nadzieję, że w dobrej wierze) czytasz tekst bardzo po łebkach. Wska­zu­jesz na “elektron poru­sza­jący się wstecz w czasie nie­roz­róż­nialny od pozytonu”, podczas gdy właśnie do tej hipotezy odnio­słem się w jednym z akapitów, dając również link do tekstu, w którym poru­sza­łem ten problem. A jeśli już o to chodzi, to swego czasu pisałem też o inte­re­su­ją­cym pomyśle Kipa Thorne’a, który miał na poziomie kwan­to­wym roz­wią­zy­wać ewen­tu­alne para­doksy ruchu w czasie — ale to nie zmienia faktu, że jak na razie nie mamy cienia dowodu, że cof­nię­cie w czasie jest możliwe.

      Dalej piszesz, o fer­mio­nach, na co również zwró­ci­łem uwagę w ostatnim zdaniu tegoż akapitu. Z kolei kon­den­sat Bosego-Ein­ste­ina i inne egzo­tyczne wyjątki — siłą rzeczą w tego typu prze­kro­jo­wym tekście ich nie wspo­mi­nam.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Dominik Kurek

    Wedle autora książki “Jak zbudować wehikuł czasu” nie ma w prawach fizyki prze­szkód w cofaniu się. Tyle że będzie można to zrobić tylko do momentu, w którym roz­po­częło się eks­pe­ry­ment, pole­ga­jący na takim mani­pu­lo­wa­niu cza­so­prze­strze­nią, o którym możemy (na razie) marzyć.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • https://wszstk.wordpress.com/ Zacny­_Łoś

    A może opiszesz kiedyś “prze­kro­cze­nie granicy zera abso­lut­nego”? Podobno był taki eks­pe­ry­ment, jest opisany na pl wiki­pe­dii, ale trudno go zro­zu­mieć.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Jakub Zawi­now­ski

    Fajny artykuł na przy­po­mnie­nie podstaw 🙂 Moją wąt­pli­wość budzi tylko, jakoby nie dało się roz­róż­nić dowol­nych 2 elek­tro­nów, bo “mają dokład­nie ten sam ładunek elek­tryczny, tę samą masę, taki sam spin i tak dalej”, ale “w atomie helu, na jednej powłoce mogą zmieścić się dwa elek­trony, po warun­kiem, że posia­dają prze­ciwny spin.” — rozumiem sens, ale w tej formie brzmi to lekko sprzecz­nie 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0