Pod koniec czerwca Europa się zagotowała. Niemcy przez kilka dni z rzędu poprawiały rekordy rejestrowanych upałów, kończąc na wyniku 41,7°C w Coschen. Stacja pomiarowa w czeskich Doksanach po raz pierwszy w historii odnotowała 41,9°C. Wielka Brytania biła własny rekord czerwcowego skwaru trzykrotnie, dzień po dniu. Wreszcie w naszych Słubicach, termometry pokazały najpierw 38,9°C – polski rekord czerwca, a nazajutrz aż 40,5°C – najwyższy wynik w historii prowadzonych pomiarów.
Jeżeli ostatnie dni nie były dla was najłatwiejsze[1], pomyślcie o tych, którzy mieli jeszcze gorzej. Denialiści na ten przykład, poza wysokimi temperaturami, musieli znosić nieprzyjemny dysonans poznawczy. Niektórzy z nich szli w zaparte i, ocierając pot z czoła, przekonywali siebie i innych, że w tropikalnym upale nie ma niczego niezwykłego.

Inni podeszli do tematu nieco ambitniej. Przyznali, że faktycznie jest ociupinkę za gorąco jak na naszą szerokość geograficzną, natychmiast jednak zaznaczając, że rekordy nie mają absolutnie, w żadnym możliwym sensie, nic wspólnego ze zmianami klimatu. Żeby ubrać swoje rozumowanie w szaty racjonalności, zasłonili się ostatnią literą greckiego alfabetu.
W końcówce czerwca polską część Facebooka zalała fala bliźniaczych postów, tłumaczących niedawne ekstremum zjawiskiem o bardzo naukowo brzmiącej nazwie: Omega block.

Każda porządna manipulacja musi zostać osadzona na prawdziwym fundamencie. W tym przypadku prawdą jest, że blokady omega istnieją i są powtarzającym się mechanizmem cyrkulacji powietrza.
Normalnie układy pogodowe przesuwają się nad Europą z zachodu na wschód, popychane przez prądy strumieniowe – takie „rzeki” powietrza 9-12 kilometrów nad naszymi głowami[2]. Podobnie jak zwykłe rzeki, prądy strumieniowe nie lubią płynąć po linii prostej, mając tendencję do meandrowania. Czasem zaczynają się wić tak mocno, że przepływ na danym obszarze zostaje przyblokowany. Wygląda to tak, jakby bańka wysokiego ciśnienia została wciśnięta pomiędzy dwa obszary niżu. Stąd nazwa: układ zarysowuje na mapie kształt przypominający grecką literę Ω.

Mówimy o blokadzie, ponieważ wewnątrz omegi pogoda wyhamowuje. Powietrze przez kilka, czasem kilkanaście dni niemal stoi w miejscu. Już samo to sprzyja upałowi i suszy, ale dochodzi jeszcze bonus. Przy braku wiatru i wysokim ciśnieniu powietrze regionalnie osiada. I tak jak w przypadku gazu sprężanego wewnątrz pompki rowerowej – jego temperatura rośnie. Dodatkowo.
Nie jest to zjawisko nowe ani ukrywane przez mityczny mainstream, jak sugerują przywołane posty. O tym, że niedawne rekordy mają związek z układem omega, pisał pod koniec czerwca Reuters, a w Polsce m.in. Wyborcza oraz TVN24. Powiem więcej: media wielokrotnie wspominały o tym mechanizmie również w poprzednich latach.

Nie jest to również zjawisko zarezerwowane dla Europy. W 2021 roku blokada omega uwięziła słup powietrza nad zachodnią Kanadą i wywindowała temperaturę do nieprawdopodobnych 49,6°C – pobijając dotychczasowy rekord gorąca o prawie pięć stopni. Miasteczko Lytton, gdzie odnotowano ten piekielny wynik, zostało wkrótce potem zrównane z ziemią przez falę pożarów. To tak na marginesie.

Tak więc samo zjawisko istnieje i potrafi sprowadzić na dany obszar piekło. Manipulacja polega na tym, że przywołane posty dodają natychmiast fałszywe zdanie, ustawiające narrację na antynaukowe tory:
„Owe zjawisko nie ma nic wspólnego ze zmianami klimatu ani emisjami CO2!”
Zaprezentowana tu logika jest następująca: skoro niedopałek papierosa rozpoczął pożar lasu, to brak deszczu i wysuszona na wiór ściółka nie mają z tym absolutnie nic wspólnego. Absurd. Owszem, rzucony przez jakiegoś gamonia pet może być bezpośrednim zapalnikiem, ale poziom wilgotności ma oczywisty wpływ na to, czy ogień rozniesie się po rozległym obszarze, doprowadzając do katastrofy.
Nie jest żadną tajemnicą, że tu i teraz temperaturę modeluje ze sto różnych elementów. Jednak żaden z nich nie funkcjonuje w próżni. Blokady omega istniały od zawsze, ale teraz mogą powstawać częściej, utrzymywać się dłużej i hamować cieplejsze masy powietrza. Prąd strumieniowy jest napędzany różnicą temperatur między gorącym równikiem a zimnymi biegunami[3]. Ponieważ jednak zmiany klimatyczne szybko ocieplają Arktykę, ten kontrast zanika. Prąd słabnie, łatwiej meandruje i zamiast płynnie przepychać układy pogodowe na wschód, zatrzymuje je w miejscu.
Negacjoniści globalnego ocieplenia niechcący sami to potwierdzają. W swoich tekstach podkreślają, że blokada omega jest zupełnie naturalnym zjawiskiem i odpowiadała za inne fale upałów z przeszłości. Ale nie zadali sobie naturalnego pytania, dlaczego wcześniejsze blokady nie windowały naszych temperatur do 40°C.
Skoro przy tym jesteśmy, pozwolę sobie zauważyć, że 23 z 30 najcięższych fal upałów od 1950 roku przetoczyły się przez Europę już po roku 2000. Zresztą to również znalazło nieświadome odzwierciedlenie w antynaukowych postach. Wspominają one o „rekordowych upałach z lat 2003, 2010 i 2018”, jakoś przeoczając fakt, że wszystkie te rekordy przypadły akurat na ostatnie ćwierćwiecze.
Mechanizm tej manipulacji jest zawsze podobny. Najpierw pojawia się prawdziwy termin naukowy (tym razem cykle Milankovicia zastąpiła blokada omega), nadający treści pozory fachowości. Potem wjeżdża ładna mapka i zestaw przypadkowych dat, żeby udowodnić, że wszystko już było. Skoro już było, to jest to naturalne. A skoro jest naturalne, to nie mamy na to najmniejszego wpływu. Globalne ocieplenie zostaje odwołane, a emisje gazów cieplarnianych nie mają znaczenia.
Tyle że to tak nie działa, a jedno nie wyklucza drugiego. Falę upałów w danym obszarze wywołują konkretne czynniki pogodowe, ale czynniki te zawsze działają w określonych widełkach. Te rozszerzają się na naszych oczach, zostawiając przestrzeń dla kolejnych ekstremów.

Ciekawe, co przyniesie lipiec i sierpień.
Ostatnie komentarze: