To już 10 lat…

Zaczęło się pewnego słonecznego dnia 2012 roku. Nie brałem wtedy pod uwagę scenariusza, w którym napiszę 627 tekstów, a ten nieduży blog przetrwa następne dziesięć lat i stanie się czymś więcej niż tylko osobliwym hobby.

Ależ pan namącił!

Ryba do tonącego

Oj tak, przebyliśmy wspólnie długą, wyboistą, pełną zakrętów, pogrzebanych projektów i nie zawsze satysfakcjonującą drogę. Studia dawno minęły, mój adres uległ dwukrotnej zmianie, włosów ubyło, a Kwantowo, ku mojemu zdumieniu, nadal trwa. Przez ten czas poprawiałem swój warsztat, rozbudowywałem domową biblioteczkę, nagrywałem podcasty, kręciłem filmiki, relacjonowałem wydarzenia, poznawałem ciekawych ludzi, zaczepiałem naukowców, szukałem guza (i doczekałem się pozwu, ale tylko jednego), brałem udział w trudnej do ogarnięcia liczbie dyskusji, a co najcenniejsze, przekazując wiedzę, poszerzałem również własne horyzonty.

Długo zastanawiałem się, w jaki sposób celebrować taki jubileusz. Szczerze mówiąc nie byłem pewny, czy w ogóle to robić, bo ani rozleniwiająca wakacyjna aura, ani cherlawa kondycja blogosfery nie tworzą atmosfery sprzyjającej świętowaniu. Później pomyślałem jednak, że – co by nie mówić – nie każda strona ma szczęście funkcjonować bez większych perturbacji przez tyle czasu. A jeśli przypuszczalnie może być to ostatnia okrągła rocznica, to tym bardziej nie wypada jej kompletnie przemilczeć lub, co gorsza, spędzić na narzekaniach. Dlatego może i nie odkorkuję szampana, ale przynajmniej pozwolę sobie na wynotowanie kilku wspomnień. A co mi tam.

I tak zacząłem się przeklikiwać przez dziesiątki podstron, co doprowadziło do powstania sentymentalnej listy 20 tekstów (miało być 10, ale nie potrafiłem się zdecydować). Nie jest to jednak zestawienie artykułów najpopularniejszych, ani najlepszych (o tym musi zadecydować czytelnik), ale takich, które z przeróżnych przyczyn, nie zawsze w pełni uświadomionych, zapisały się w mojej pamięci szczególnie jaskrawymi literami. Kto wie, może nie tylko w mojej?


Kosmiczna symfonia (seria)

Cykl Kosmicznej symfonii doczekał się aż pięciu części, tworzących historycznonaukowy zarys wielopokoleniowej (i wciąż niezakończonej) gonitwy uczonych za ujednoliconą teorią obejmującą wszystkie oddziaływania i prawa znane fizyce. W tamtym czasie pozostawałem pod ogromnym wrażeniem publikacji Briana Greenego (Piękno wszechświata, Struktura kosmosu), więc finał przydługiej narracji rozpoczynającej się w gabinetach Newtona i Maxwella, stanowiła obiecująca M-teoria. A był to czas, kiedy takie hasła jak supersymetria czy teoria strun pozostawały w polskojęzycznej sieci niemal anonimowe, zaś nasza Wikipedia ograniczała się do dwóch lakonicznych akapitów.

Wbrew dacie, jaka widnieje pod obecną wersją postu, Kosmiczna symfonia jest zdecydowanie najstarszym z przytoczonych tu tekstów. Jej pierwsza wersja pojawiła się w sieci jeszcze przed powstaniem samego Kwantowo, na starym blogu. Ciekawostka jest taka, że jedna z odsłon serii (chyba trzecia) była również moją pierwszą pracą, którą ukradziono i wykorzystano na YouTube.

Zbudujmy społeczeństwo odkrywców

Tekst jak tekst, ale zawarty w nim pomysł do tej pory uważam za warty rozważenia. Skoro zamęczamy uczniów dziesiątkami lektur – od Sofoklesa po Mrożka – dlaczego nie dodać do kanonu choćby jednego jedynego przykładu literatury popularnonaukowej? Nie po to, żeby później przepytywać ucznia z regułek czy definicji, lecz po to, aby nastolatek odkrył, że nauka to nie tylko szkolny znój i suche podręczniki. Chętnie pociągnąłbym ten pomysł dalej, inicjując jakąś oficjalną akcję agitacyjną. Gdybym tylko posiadał szersze zasięgi…

7 faktów, które boimy się zaakceptować

A to chyba merytorycznie najsłabszy tekst z tego zestawienia. Nie mogę go jednak pominąć, ponieważ przez całe lata pozostawał on jednocześnie najczęściej wyświetlanym wpisem na blogu, dobitnie uświadamiając mnie, co do reguł panujących w internecie. Brutalna prawda jest taka, że ilość czasu i pracy włożonych w pisanie nie ma kompletnie żadnego przełożenia na poczytność artykułu. Pamiętam, że 7 faktów… powstało niemalże na kolanie, w ramach odstresowania, w przeddzień jakiegoś ważnego egzaminu.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie z uczelni (zdałem!) okazało się, że lekkie tekścidełko zostało podlinkowane przez parę dużych portali, w komentarzach trwała burza, a serwer mulił niemiłosiernie pod ciężarem dziesiątek tysięcy kliknięć. Dziwny jest ten świat.

Hipoteza to nie teoria. Zapamiętaj!

O ile jeszcze ktoś nieświadomie, podczas niezobowiązującej rozmowy zacznie używać “teorii” i “hipotezy” jako synonimów – można to jakoś przeżyć. Jednak, kiedy dziesiąty raz słuchasz o tym, że ewolucja czy wielki wybuch nie powinny być nauczane w szkołach, bo “przecież to tylko teorie” – już wiesz, że masz do czynienia z absolwentem Wyższej Szkoły Chłopskiego Rozumu im. Wojciecha Cejrowskiego. Ta i inne tego rodzaju bzdury pozwoliły mi zidentyfikować jedną z najważniejszych przyczyn popularności pseudonauki. Jest nią kompletne marginalizowanie (w szkole, ale często również na etapie studiów) metody naukowej. A kiedy człowiek jest dosłownie otoczony osiągnieciami nauki, wypadałoby znać reguły, dzięki którym to wszystko stało się możliwe.

Mezony Pi, czyli cząstki stawiające atom do pionu

Znacie ten moment, kiedy spływa na was natchnienie i tekst pisze się “sam”? Osobiście przeżyłem tylko kilka takich uniesień, a jedno nastąpiło po rozmowie z prof. Markiem Zrałkiem. Temat zszedł na nowe ustalenia CERN-u dotyczące egzotycznych barionów, a przy okazji szczegółów oddziaływania silnego. Naukowiec zwrócił moją uwagę, że popularne opracowania zwykle poprzestają na wspomnieniu o roli gluonów, kompletnie przemilczając równie istotną kwestię wirtualnych mezonów Pi. Cóż było robić? Po powrocie do domu natychmiast zakasałem rękawy i siadłem do klawiatury.

I po co ci ta wiedza?

Jeden z ponurych wpisów, w którym dałem wyraz swoim prywatnym spostrzeżeniom i niepokojom. Często biadolę nad sensem pisania o nauce, ale rzeczywisty problem sięga głębiej: wartości wszechstronnego wykształcenia, czy też zainteresowania nauką. Po sześciu latach od publikacji, wciąż miewam chwile, gdy wertowanie książek zdaje mi się bardziej pokarmem dla ego, niż rzeczywistą korzyścią.

Dwa stoły pana Eddingtona

Niektórzy z was mogą kojarzyć moje zamiłowanie do klasycznych dzieł dawnych mistrzów. Jedną z takich zapomnianych perełek jest praca Nowe oblicze natury, napisana jeszcze przed II wojną światową, przez sir Arthura Eddingtona (tego samego, który zweryfikował poprawność ogólnej teorii względności). Sformułowana przez Brytyjczyka filozofia “dwóch stołów” stała się dla mnie przyczynkiem do rozmyślań na temat niedoskonałości oraz trudnej do obejścia niekompletności zmysłowego poznania.

Człowiek, który wiedział wszystko – Thomas Young

W trakcie tych dziesięciu lat oddałem hołd wielu wielkim uczonym, a szczególnie lubiłem brać na warsztat postacie, które mimo niebagatelnych osiągnięć, nie zyskały odpowiedniej sławy. Zamiast więc pisać wtórną notę biograficzną Da Vinciego, Newtona, Tesli, Skłodowskiej, czy Hawkinga wolałem skupić się na sylwetkach Luisa Alvareza, Abdusa Salama, Srinivasy Ramanujana, czy Chien-Shiung Wu. Jednak szczególnie ciepło wspominam artykuł poświęcony Thomasowi Youngowi. Tak, niby każdy poznaje w szkole jego nazwisko (jako autora eksperymentu z dwiema szczelinami), ale dopiero głębsze zanurzenie się w jego życiorys pozwala zrozumieć skalę geniuszu, z jakim mamy do czynienia. Polihistor wpłynął nie tylko na dzieje fizyki, ale również medycyny, fizjologii, lingwistyki, a nawet egiptologii. Nieprawdopodobna postać, jeden z moich osobistych bohaterów.

Barionowa gra w chowanego

Pewnie nie raz i nie dwa słyszeliście o tym, że za miażdżącą większość bilansu masy i energii wszechświata odpowiadają tajemnicze składniki nazywane ciemną energią oraz ciemną materią. Słysząc takie ciekawostki, można by dojść do wniosku, że pozostałe 5% “świecącej materii” to po prostu doskonale nam znane mgławice, gwiazdy, planety i inne ciała niebieskie. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że nawet większość pospolitych atomów pozostaje przed nami dobrze ukrytych w takich strukturach jak WHIM, ICM czy bańki Lyman-alfa. Nigdy o nich nie słyszeliście? Nic dziwnego, bo większość autorów kompletnie ignoruje ten, skądinąd intrygujący problem.

Nie namawiam do głosowania

Czasem warto zakwestionować powszechnie przyjęte opinie, aby odkryć, że w istocie nie mają one żadnego uzasadnienia. Za taką nieprzemyślaną “prawdę” wypływającą cyklicznie podczas każdych wyborów uważałem i nadal uważam wmawianie społeczeństwu, że udział w głosowaniu to obowiązek każdego obywatela. Nieważne, że nie słyszałeś nigdy o trójpodziale władzy, że nie znasz nazwiska ani jednego ministra, że mylisz Marszałka Sejmu z premierem, a ordynacja kojarzy Ci się z nazwą choroby genitaliów – zagłosuj. Idź i zadecyduj o gospodarce, wymiarze sprawiedliwości, dyplomacji, edukacji i przyszłości przyszłych pokoleń. Czemu nie?

Gdy czas był przestrzenią: Model Hawkinga-Hartle’a

“A co było przed wielkim wybuchem?” – to jedno z tych osobliwych pytań, które trapią każdego na tyle mocno, żeby zostawić komentarz pod dowolnym postem o początkach wszechświata, ale jednocześnie zbyt słabo, żeby zechciał spędzić kilka minut na szukaniu dostępnych hipotez. Jedna z ciekawszych wyszła spod ręki Jima Hartle’a i Stephena Hawkinga. Tekst powstał w roku śmierci tego ostatniego, dla przypomnienia, że spuścizna Brytyjczyka bynajmniej nie ograniczała się do kwestii entropii czarnych dziur (gdzie, nawiasem mówiąc pomija się nazwisko Ja’akowa Bekensteina) i przecenianej Krótkiej historii czasu.

7 faktów o piramidach, o których milczą… filmy z żółtymi napisami

Dziś już brakuje mi do tego cierpliwości, ale kiedyś miałem sporo frajdy z wbijania kija w mrowisko. Zwłaszcza w mrowisko foliarskie. W tym konkretnym przypadku wybrałem przewrotną formę, ponieważ nie kontestowałem bezpośrednio żadnej teorii spiskowej, a jedynie zwróciłem uwagę na kilka suchych, podręcznikowych faktów. Takich, które jak na złość nie bardzo kleją się z wizją tajemniczych, superzaawansowanych budowniczych piramid. To oczywiście w zupełności wystarczyło, aby niektórzy w amoku zaczęli mi złorzeczyć na wymyślne sposoby, oczywiście bez ustosunkowania się do samej treści wpisu. Jak wiadomo, kiedy fakty przeczą naszej tezie, tym gorzej dla faktów.

Pęknięty bozon – o cząstce Higgsa i jej rozpadach

Choć na blogu pojawiło się sporo tekstów o bozonie Higgsa i modelu standardowym, a najistotniejszy był prawdopodobnie ten z 2017 roku, to mi najbardziej zapadł w pamięć artykuł sporządzony przy okazji pierwszego zaobserwowania rozpadu boskiej cząstki na kwarki niskie. Odkrycie wydawało się ciekawe samo w sobie, ponieważ dodatkowo umacniało dotychczasową teorię. Dla mnie jednak był to przede wszystkim pretekst do głębszego zanurzenia się w fizykę wysokich energii i pokazania, że wyławianie śladów określonej cząstki z szumu tła, to coś więcej niż czekanie na proste piknięcie detektora.

Ujemna masa: alternatywa dla ciemnej kosmologii

W miarę zbieranego doświadczenia, z czasem coraz śmielej samodzielnie zaczepiałem naukowców, prosząc o wywiady, komentarze lub wyjaśnienie trapiących mnie wątpliwości. W końcu, po co opierać się na wtórnych przekazach, skoro można czerpać wiedzę prosto ze źródła?

Nie wiem czy pierwszym w ogóle, ale na pewno pierwszym zagranicznym fizykiem, do którego odważyłem się odezwać był Jamie Farnes z Oxfordu. Przyczynę stanowiła świeża publikacja Farnesa, opublikowana na łamach Astronomy & Astrophysics. Brytyjczyk wysunął w niej hipotezę “ujemnej masy”, tłumaczącą obserwowane anomalie w ruchu galaktyk i stanowiącą potencjalną alternatywę dla koncepcji ciemnej materii. Autor mile mnie zaskoczył, bo nie dość, że błyskawicznie i wylewnie odpowiedział na wszystkie moje pytania, to jeszcze z miejsca przeszedł na “ty” i pochwalił dodane do tekstu grafiki (a nikt nie docenia moich bohomazów!). Thanks Jamie!

Mondro frela ze Ślunska – Maria Goeppert-Mayer

Kolejna biografia, nietypowa, bo primaaprilisowa. Treść była jak najbardziej “na serio” i rzetelnie opisywała życiorys Marii Goeppert-Mayer – drugiej w historii (po Skłodowskiej) noblistki w dziedzinie fizyki. Żart polegał na tym, że notka poświęcona urodzonej w Katowicach uczonej, została sporządzona w całości w… ślunskiej godce. Doskonale pamiętam, że już sam proces tłumaczenia dostarczył nam (w żart żywo zaangażowała się moja partnerka, gdyż som niy znom wiela ślunskiego) niesamowitej radochy.

Zagadka ruchu trzech ciał

Kolejny przykład tekstu “natchnionego” – tym prazem przez lekturę sławnej trylogii science-fiction autorstwa Cixin Liu. I choć o samym fizycznym problemie n-ciał wcześniej coś tam słyszałem, to dopiero cykl Wspomnienia o przeszłości Ziemi uplastycznił mi go na tyle (przez odniesienie go do rzeczywistego układu Alfa Centauri), że poczułem przemożną potrzebę przyjrzenia mu się znacznie bliżej. To doprawdy ekscytujące, że czasem nie trzeba uciekać do mechaniki kwantowej czy fizyki relatywistycznej, żeby trafić na coś tak intrygującego.

Kilka miesięcy później opublikowałem również pokrewny tematycznie artykuł pt. Ukryty chaos Układu Słonecznego.

Dlaczego latamy w kosmos? List do Anji Rubik

Coraz powszechniejszym gatunkiem celebryty jest celebryta-aktywista. W zasadzie nie mam nic przeciwko takim osobom. Mogę nawet uznać, że bywają pożyteczne – przynajmniej do momentu, kiedy prowadząc zacięty bój o lepsze jutro nie przedobrzą. A Anja przedobrzyła. Kiedy w maju 2020 roku Crew Dragon od SpaceX zanotował swoje pierwsze udane dokowanie do ISS, modelka wyskoczyła z grażynkowym biadoleniem o marnotrawieniu miliardów dolarów, jakie mogłyby przecież posłużyć na szczytniejszy cel, choćby na ochronę przyrody.

Ale nie ma tego złego. Post Anji Rubik zmobilizował mnie do odkopania i przetłumaczenia treści listu, jaki w 1970 roku jeden z dyrektorów NASA skierował do misjonarki, Mary Jucundy. Wspaniały, ponadczasowy (jak widać) dokument, cierpliwie tłumaczący, że dolary wydane na eksplorację kosmosu zwracają się z nawiązką. Cieszy mnie, że trafiła się okazja, aby go rozpowszechnić w naszym kraju. Kto wie, może tekst dotarł do samej Anji?

Głupota na niedzielę: IPN na wojnie z Darwinem

Seria Głupoty na niedzielę zawierała wiele pamiętnych artykułów, ale nie chciałem iść na łatwiznę, więc do tego zestawienia wybrałem tylko jeden wpis. Ale nie byle jaki, bo prowadzący do polemiki z samym Instytutem Pamięci Narodowej!

Rzecz odnosiła się do publikacji Korzenie i praktyka totalitaryzmu. Wypisy źródłowe wydanej przez gdański oddział IPN. Praca wydana, jako pomoc edukacyjna dla uczniów i nauczycieli, okazała się potworną manipulacją, żonglującą tendencyjnymi pytaniami oraz tezami żywcem wyrwanymi z Frondy. Autorzy z subtelnością inkwizycji przeciwstawiali darwinizm etyce chrześcijańskiej, dopytywali dlaczego ewolucja to “wciąż” tylko teoria, a nawet sugerowali, że świeckość państwa i myśl oświecenia nieuchronnie prowadzą do totalitaryzmu. Całość została skąpana w wykastrowanych, kompletnie zmanipulowanych cytatach Woltera, Rousseau i rzecz jasna Darwina.

Co ciekawe IPN pofatygował się z oficjalną odpowiedzią, w której oskarżył mnie o “złą wolę”. Nie pozostając dłużny, wynotowałem parę kolejnych manipulacji, które umknęły mi za pierwszym razem. Nawiasem mówiąc, Korzenie i praktyka totalitaryzmu możecie ocenić sami, albowiem plugawy dokument – podpisany przez doktorów i profesorów – wciąż pozostaje dostępny do pobrania.

Kwantowe interpretacje

Dwa lata temu stwierdziłem, że choć mimochodem często i gęsto odnoszę się do interpretacji zjawisk kwantowych, to temat nigdy nie doczekał się na blogu porządnego opracowania. Co gorsza, po przewertowaniu podręcznego księgozbioru zorientowałem się, że – poza trzema, może czterema najbardziej znanymi szkołami – cała reszta interpretacji jest w literaturze regularnie ignorowana. A szkoda, bo to całkiem smaczny kawałek fizyczno-filozoficznego tortu.

Chcąc wypełnić tę lukę, przystąpiłem do tworzenia strawnego cyklu, w którym przyjrzałem się kolejno: interpretacji statystycznej, czasowej Cramera, fali pilotującej, wieloświatowej, obiektywnego kolapsu GRW, darwinistycznej i oczywiście kopenhaskiej. Na tym jednak nie poprzestałem. Serię zwieńczyły wyniki sondy, gdzie zapytałem polskich chemików i fizyków kwantowych o preferowane podejście do MK. O akcji trudno byłoby mi zapomnieć, bo wymagała ogromu pracy, której rezultaty (zgodnie z prawidłami internetu) spotkały się z marginalnym zainteresowaniem. Od tamtej pory, kiedy przychodzi mi do głowy podobna ambitniejsza inicjatywa, po cichutku siadam w kąciku i czekam aż mi przejdzie. No, ale przynajmniej zaspokoiłem własną ciekawość.

Oto i on. Sagittarius A* – Czarne Słońce naszej galaktyki

Wpis wciąż świeży i raczej dość standardowy, ale kryje wstydliwą tajemnicę. Mianowicie, choć publikacja nastąpiła 12 maja 2022, to większość treści została napisana… wiosną 2019. Jeśli nie pamiętacie, to właśnie wtedy zespół Teleskopu Horyzontu Zdarzeń zapowiedział pierwszy w dziejach obraz przedstawiający cień horyzontu czarnej dziury. Wszystkie dostępne informacje pozwalały domniemywać, że pionierska obserwacja będzie dotyczyć serca Drogi Mlecznej, czyli Sagittariusa A*. Postanowiłem więc dobrze się przygotować i poświęciłem cały dzień, żeby napisać dorodny artykuł podsumowujący obecny stan wiedzy na temat centrum naszej galaktyki. Wiecie, tak aby natychmiast po pokazaniu wyników, poczęstować czytelników wysokokalorycznym kawałkiem wiedzy.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na konferencji przedstawiono obraz czarnej dziury w… galaktyce M87. Oczywiście tekst nie poszedł na zmarnowanie, ale (jak żaden inny) trafił do zamrażarki, czekając na właściwy moment. Ten nadszedł dopiero po trzech latach, kiedy to astronomowie EHT pokazali wreszcie oblicze Sagittariusa A*.


Bywało zabawnie, dziwnie, miło, złośliwie, czasem satysfakcjonująco, a czasem niewdzięcznie – ale chyba zawsze ciekawie. Cieszę się, że mimo upływu lat wciąż potrafię wykrzesać z siebie odrobinę dziecięcej ciekawości wobec wszechświata, jak również nie utraciłem zupełnie motywacji do piętnowania przejawów pseudonauki. Żałuję jedynie, że nie udało mi się bardziej poszerzyć naszej społeczności; sprawić, żeby blog nieco mocniej tętnił życiem. Jednocześnie naprawdę doceniam, że gdzieś tam jest te kilkadziesiąt, może kilkaset osób, którym po tak długim czasie wciąż chce się tu zaglądać. Dzięki.

PS Nawet nie próbujcie życzyć dwudziestu lat, bo taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę!
PPS Tak naprawdę nie ma jednej, konkretnej daty powstania Kwantowo. Od zarejestrowania domeny, przez postawienie bloga, aż do publikacji pierwszych wpisów upłynęły miesiące. Niemniej w wakacje 2012 roku strona już w pełni funkcjonowała.
PPPS Przy każdym podsumowaniu staram się dziękować patronom bloga. Tym razem pójdę o krok dalej. Przygotowałem rodzaj ściany chwały, na którą trafili najbardziej zasłużeni mecenasi, wspierający Kwantowo przez co najmniej rok. Tylko dzięki wam wciąż chce mi się chcieć.
Kwantowo 2013 Quantowe Quizy – sprawdź się! Zostałem zbirem